Zombie na W-Fie – recenzja Resident Evil 6

Nitek dnia 6 kwietnia, 2013 o 8:06    20 

Był taki czas, że wszyscy zachwycali się Backstreet Boys, Sabriną, Twoim Weekendem i Resident Evil. Jeszcze na Playstation. Słynna wstawka filmowa z opuszczoną willą podgniłą złem wszelkim, rewolucyjna jak na tamte czasy grafika z wykorzystaniem trójwymiarowych modeli, zaczerpnięta jeszcze z Alone In The Dark. Dzisiaj, podobnie jak Twój Weekend, Resident nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Nikt nie czeka na kolejną edycję z wypiekami na twarzy, gotowy po raz enty ratować świat przez plagą zombie realizowaną według scenariusza wszech złej korporacji Parasol, Umbrella znaczy się.

Pamiętam jak kiedyś byłem zelektryzowany rozmachem części pierwszej. Tymi klockami ociosanymi z brązu, które udawały zombie i bohaterami całego horroru. Horroru. O tym Resident zdaje się od jakiegoś czasu zapominać, bo w którymś momencie swoją straszność schował pod płaszczem gry akcji, niby przez trendy przetarte w grach czasów obecnych. Zombie wraz z kolejnymi częściami ewoluowało równorzędnie do nieumarłych ewoluujących w kinematografii, od powłóczących nogami wszytskozjadów do działających grupowo, a do tego szybkich, maszynek do mięska. Choć po drodze zmieniło się wiele, tak jednego Resident nigdy nie porzucił. Otoczki produkcji klasy B z dokładką kiczu, który jest obecny w serii od samego początku. Czy to dalej bawi? Otwórzcie sobie piwko, będę snuł opowieść.

 

BH6_2013_03_22_23_10_18_65.jpg

 

Zarysowanie fabuły Residentów jest jak próba wyjaśnienia o co chodzi i co się działo w dotychczasowych odcinkach Mody na Sukces. Cechą wspólną obu produkcji jest to, że nieważne kiedy do niej siądziemy, bo po kilku minutach wiemy o co chodzi, zatem nie lękajcie się Ci, którzy o Residencie dużo słyszeli, a nie grali, choćby z tego względu, że poprzednie części zatraciły swój element zajebistości przy przenoszeniu z konsoli na komputery. Choćby Resident Evil 4, który zaliczył kilkuletni poślizg względem wersji konsolowych, odstraszał brakiem wsparcia myszy i grafiką, która zestarzała się szybciej niż liście na drzewach między latem a jesienią. Szkoda, bo to dobra gra była, ale porównując moje doświadczenia z wersją z Playstation 2 a PC, nie sięgajcie po nią w wersji na pudło stojące pod biurkiem. Słabe porty, ot co.

Wspomniane sterowanie w RE to dziwna sprawa. Zawsze były jakieś udziwnienia. Jakkolwiek to zabrzmi, część szósta wprowadziła rewolucję. Proszę usiąść wygodnie, będzie mały szok. Po siedmiu latach na rynku, to właśnie w tej części przyjdzie nam poruszać się i strzelać jednocześnie, wow. Nie liczę wszelkich spin offów, bo te, przynajmniej mi znane, były zazwyczaj gorsze od gier z głównej serii i jakoś starałem się je omijać, choć podejrzewam, że w nich takiej funkcjonalności jeszcze nie było.

 

BH6_2013_03_30_22_33_57_166.jpg

 

Nie jestem jakimś psychofanem tej marki, ale jak wspomniałem wcześniej, wiąże z nią dużo wspomnień, jak choćby kolegę, który spanikowany uciekał z pokoju grając w część pierwszą, w której swój występ miały potężne tarantule, bo jak się okazało kolega cierpi na arachnofobię. Były też zwiastuny części drugiej, w której paluchy maczał sam Romero, a w intro części pierwszej swoją rolę miało także najprawdziwsze zeskanowane oko trupa. Wszystkie składowe horroru klasy B, choć w tym przypadku należałoby stwierdzić – gry klasy B.

 

BH6_2013_03_25_22_53_47_847.jpg

 

Nie inaczej jest w części szóstej, która prezentuje odmienną rozgrywkę względem poprzedników. Mimo wprowadzenia rewolucji w strzelaniu, sterowanie nadal wydaje się drętwe, jednakże po dłuższym obcowaniu z grą można do tego przywyknąć, choć nie jest to to samo co choćby w Tomb Raiderze. Gromadzenie przedmiotów zostało podmienione na model user friendly, co wyeliminowało wieczny problem młodszych Residentów, jakim były ciągłe braki miejsca na noszone graty z powodu ograniczonego miejsca w ekwipunku, którym trzeba było sprawnie zarządzać, żeby mieć to, co akurat niezbędne. Powoduje to oczywiście absurdy jak noszenie pięciu karabinów, trzech pistoletów i wiadra granatów, ale czymże byłyby gry bez umowności. Choć na normalu jest raczej easy, tak na weteranie znowu odczujecie, że mimo wszystko rzeczy potrzebnych macie za mało. Odwieczny brak amunicji, albo apteczek. Choć tutaj obie opcje także nie były mi obce, jednak nie były tak kłopotliwe jak kiedyś.

 

BH6_2013_04_05_22_24_40_906.jpg

 

Nie, nie ma regeneracji zdrowia. Jest nadal staroszkolnie. Zbieramy roślinki, które łączymy ze sobą, co daje nam lecznicze ziółka w tabsach. To się nie zmieniło, nawet są te same spraye lecznicze odnawiające pasek zdrowia. Na braki w zasobach ołowiu lekarstwem okazuje się rozdawanie kopniaków, które są trochę zbyt dopakowane, bo można przebijać się bez problemu przez większe grupy zmutowanych, niezbyt przyjaznych kolegów rozdając tylko buty, a zdarzyło się, że nawet jednego bossa utłukłem nożem. Broni jest dużo, chociaż nie każda postać ma w plecaku te same gnaty. Cięgi należą się osobie, która do Residenta wplotła element losowości znajdowanych przedmiotów, bo często zamiast tak potrzebnej amunicji, ze skrzynek będą sypać się punkty doświadczenia, dzięki którym kupimy nowe zdolności dla naszej postaci.

 

BH6_2013_04_03_23_25_19_249.jpg

 

Postać, właśnie. Gra podzielona została na części, nie, nie w formie DLC i oddaje nam do dyspozycji siedem grywalnych postaci. Część z nich jest znana z poprzednich gier, część to pomagierzy skrojeni na potrzeby gry w trybie kooperacji. Być może sami pomagierzy znani są ze spin offów, ale nie znam się, to się nie wypowiem. Jest za to Leon z części drugiej i czwartej, jest Chris części pierwszej, Code Veronica i części piątej. Telenowela, zwłaszcza że gdzieś jeszcze zdarzył się reboot i już kompletnie mózg nie jest w stanie nadążyć za ciągiem historii. Nieważne, nie przeszkadza to nadto. Postaci zatem mamy siedem, a kampanii oddanych nam do dyspozycji cztery. Ta ostatnia to dodatkowa kampania, w której gramy Adą Wong, normalnie dostępna była po przejściu całości, ale w wersji PC jest do ogrania od sztycha. Podobnie jak i wszystkie dodatki z konsol.

Wybiłem się z rytmu wyliczanki.

 

BH6_2013_03_25_07_49_27_905.jpg

 

Siedem postaci, cztery kampanie, każda kampania zamyka się w pięciu rozdziałach, z czego każdy przechodzi się od jednej godziny wzwyż, przynajmniej tyle mi to zajmuje na poziomie weteran, a to i tak nie najwyższy z nich. Kalkulator mówi, że gry w grze znajdziecie minimum dwadzieścia godzin, co nie do końca jest prawdą, bo sam mam ciut więcej. Na oko to z trzydzieści. Podejrzewam, że to kwestia ogrywanego poziomu trudności. Co nie zmienia faktu, że jest to dość obszerna gra.
Fabularnie RE6 nie wybija się przed szereg, jest ktoś zły, są mutanty czy też zombie, choć bliżej im do mutantów jednak, a naszym zadaniem w każdym przypadku jest powstrzymanie tego złego, warto zaznaczyć jednak, że w każdej kampanii szef ostateczny jest inny. Wszystkie kampanie toczą się równolegle, a poszczególne zdarzenia miejscami przeplatają się, ukazując sytuację z różnych perspektyw. Niby nic, a jednak gadałem do siebie momentami ‘ach, to tak było’. Każdy bohater ma swojego pomagiera, którym może sterować ktoś mniej lub bardziej znajomy, czy to standardowo przez internet, czy też siedząc obok na kanapie dzięki obecności split screena. Doliczcie do tego szereg trybów multi i wyjdzie Wam całkiem dużo zawartości. Podejrzewam, że sam multi nie będzie specjalnie popularny, ba, sam w niego jakoś nie grałem, ale kooperacja przyciąga, zwłaszcza, że jak zabraknie miejsca przy naszym boku, pozostali gracze wcielają się w mutantów i utrudniają nam życie. True story.

 

BH6_2013_03_24_01_52_09_940.jpg

 

Z pozostałych trybów warto wspomnieć o najemnikach oraz najemnikach bez litości, gdzie na czas i punkty walczymy z falami przeciwników odpowiednio dla trybów z liczbą zombie 150 i 300, a wiadomo że i Herkules dupa, kiedy zombie kupa. Nie zapominajmy też o niedawnym patchu, który pozwoli nam w najemnikach bez litości grać ekipą znaną z L4D.

 

BH6_2013_04_06_09_18_32_26.jpg

 

Jest też tryb polowanie na agenta, w którym dołączamy do rozgrywki innego gracza w roli zombie i próbujemy mu napsuć krwi. Jest też szturm, w którym wraz z kompanem ubijamy zombie tworząc ciąg kombinacji, jednak nie dane mi było go spróbować ze względu na brak chętnego do gry, co może świadczyć o tym, że albo w to nikt nie gra, albo skopane jest wyszukiwanie innych graczy, bo za drugim razem kogoś znalazło, ale nie połączyło. Być może coś pokręciłem, bo jak już mówiłem, nie bawi mnie multiplayer w Residentach i nie zmierzałem w jego stronę. Zdarzyło się, że zapomniałem grać offline i nagle ni z tego, ni z owego inni gracze dołączali do mnie w kampanii, więc chyba jednak działa. Niektórym.

 

BH6_2013_04_06_07_16_16_162.jpg

 

Oprawa graficzna jest nierówna. O ile postaci wszelkie pieszczą oczy detalami i dopracowaniem, tak tekstury otoczenia wyglądają często jak wymioty niemowlaka. Niestety poskąpiono im wysokiej rozdzielczości i szczegółowości. Udźwiękowienie gry jest w porządku, broń brzmi jak powinna, przynajmniej nie przeszkadza, a wypowiadane kwestie są wykonane przyzwoicie. To chyba takie fatum serii, bo scenariusze zawsze miały na bakier z dobrymi dialogami i już od zarania dziejów śmieszą swoją płytkością i głupotą. Nie szukając daleko, oto przykład, który odcisnął na mnie swoje piętno jeszcze z części pierwszej.

 

Dużo wody w Wiśle upłynęło od tamtych czasów i nie sądzę już, żeby się to zmieniło, chociaż jakoś specjalnie nie wadzi, a raczej podtrzymuje konwencję gry akcji klasy B ze wszystkimi właściwościami.

 

– Nie macie pojęcia co się stanie jak umrę
– Świat będzie lepszym miejscem

 

Wspomniałem, że po drugiej stronie pistoletu stają mutanty maści wszelkiej. Zgadza się. Ciężko nazwać je zombie z tego prostego względu, że nie przypominam sobie, żeby nadgniłe ciała w jakiekolwiek produkcji biegały (!) z karabinami (!!) czy też strzelały z RPG. Wszystko za sprawą wirusa alfabetycznego, przewijającego się od początków serii, choć tym razem zamiast litery T, odcinek szósty sponsoruje literka C. Mutanci mają szeroką gamę ruchów, a także prócz zębów operują różnorakimi narzędziami pozbawiających serca bicia. W dodatku są bardzo sprawne. A to biegną, a to wejdą po drabinie, a to wykonają dziwaczne skoki tygrysie w naszą stronę. Żeby nie było za kolorowo, można odstrzelić delikwentowi kończynę w miejsce której odrasta mutacja przypominająca oczy ważki. Wróć, owada. Jest różnorodnie, a do tego w każdej kampanii trafi się większy szeryf psujący nastrój swoją upierdliwością, chociaż pojedynki z szefami nie wywołują jakiś większych emocji.

 

BH6_2013_03_24_19_55_51_816.jpg

 

W kampaniach też przyjdzie nam pośmigać różnymi pojazdami, co jest zdecydowanie najgorzej zrealizowaną częścią całości. Zazwyczaj zamknięci jesteśmy ścianami, które nie dają nam możliwości jakiś większych manewrów prócz mijania przeszkód jakie staną nam na drodze. Dla wielbicieli linowości mam dobrą wiadomość. Gra jest liniowa. Nie ma otwartego świata, nie ma bezkresnych terenów, nic z tych rzeczy. Z drugiej strony ciężko spodziewać się otwartości świata po grze, która w dużej mierze toczy się w zamkniętych lokacjach lub ciasnych korytarzach budynków, które przemierzamy. Jasne, mogłoby to być jakieś miasto, ale nie jest. Rezyduje tutaj także spora ilość QTE, byście mogli połamać swoje zręczne paluszki i sekwencje ucieczek, w których liczy się precyzja obierania właściwego kierunku. Dobra, zapomnij o tym, to też jest QTE tylko dobrze zamaskowane, powiedzmy. Ostatnia kampania przynajmniej na początku wymusza skradanie, ale jakieś takie to meh. Wolałbym dalej naparzać Rambo style i nie martwić się niczym, niż udawać, że się skradam biegnąc. de fuq.

 

BH6_2013_03_24_15_50_35_310.jpg

 

Cechą charakterystyczną poprzednich odsłon były zagadki. Nie były jakieś mega skomplikowane, ale były. Wiecie już do czego zmierzam. Tu ich nie ma. Jest za to jednorazowe zbierane medalików, żeby otworzyć drzwi i jest to tak głupie, jak brzmi. Generalnie jak już jest jakaś zagadka, to polega na przyniesieniu przedmiotu z punktu A do rzeczy B. Słabo. Poza tym biegniemy i strzelamy, przepraszam, idziemy i strzelamy. I rozdajemy kopniaki. Co jakiś czas gra raczy nas skryptami w dość pokaźnej ilości, a to nas goni helikopter, a to jedziemy motorem po szynach i strzela do nas helikopter, a to skaczemy nad helikopterem, a to lecimy helikopterem, a to strzelamy do odpowiednika Skórzanej Twarzy z Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną, któremu jednak daleko do pierwowzoru.

 

BH6_2013_04_01_08_32_19_354.jpg

 

Gra została opatrzona spolszczeniem kinowym, które ujęło mnie za serce. Dialogi przetłumaczone są bez większych baboli, a co podobało mi się najbardziej, to pozostawione nazwy oryginalne naszych adwersarzy. W sumie są tak dziwne, że się nie dziwie. Można spokojnie tłuc mutanty nindża z włączonym językiem polskim.

 

BH6_2013_03_22_23_35_59_44.jpg

 

Uzgodnijmy sobie jedno. Resident Evil skończył się na kill'em all na części drugiej. Później zgubiono gdzieś korzenie serii, zombie poszły z duchem czasu, poszedł i Resident. Część 4 i 5 miały śladową ilość koniny, za to dużo protein i dużo akcji. Tak jest i tutaj. Nie miałem co do tej gry żadnych oczekiwań, ot nastawiłem się na grę niższego segmentu, w której postrzelam sobie do zombiepodobnych towarzyszy niedoli i muszę przyznać, że jestem nasycony. Skończyłem grę z 33 godzinami na liczniku i z czystym sumieniem powiem Wam, że bawiłem się dobrze. Jednakże jeśli szukacie zombie strzelania, który urwie Wam głowę tuż przy samych laczkach, poczekajcie lepiej na Day Z. Resident Evil 6 to średniak, którego należałoby oszlifować ku uciesze publiczności, jednak jak widać zadowolenie zeń płynące jest kwestią nastawienia. Ostatecznie i tak wybór należy do Was. Jak dla mnie to

not_bad.png

Dodaj komentarz



20 myśli nt. „Zombie na W-Fie – recenzja Resident Evil 6

  1. Revant

    Jako fan serii po prostu mocno się odbiłem. Grając tylko Leonem z 2-3 godziny. Nie nastawiałem się specjalnie na jakiś mistyczny powrót do korzeni, czytało się w końcu recenzje wersji konsolowych, a jednak nadal nie mam ochoty nawet próbować. Liczę już tylko na RE: Revelations wychodzące niedługo na PC, które podobno zostało ciepło przyjęte na 3DS.

    PS. A pamiętacie pierwszy filmik ukazujący rozgrywkę z RE4, w którym Leon chadza po “mrocznej” willi? What the hell happend?

            1. nicolai0

              @Nitek

              Nie no, wszyscy mi się tu dziwią. Ja w jego wieku chodziłem już “na Atari” do ówczesnych gralni zlokalizowanych w piwnicach bloków czy nawet prywatnych mieszkaniach na moim blokowisku, a czasy pierwszej komunii to u mnie powszechne kupowanie C64 przez wszystkich znajomych (czy raczej ich rodziców). I nikt nie patrzył w co tam gramy.

              Młody jest już w tym wieku i ja doskonale wiem, w co gra – siedzimy razem i omawiamy akcję na ekranie. Dla mnie jest to sensowny krok dalej w tej rozrywce w stosunku do “naszych czasów”.

              1. Nitek Autor tekstu De Kuń

                @mokraTrawa

                roznica tamtych czasow a obecnych jest taka, ze po pierwsze nie bylo az takich scen w grach jak teraz, np widok z oczu obcietej glowy w Chivalry, czy też dzwiek dlawiacych sie krwia towarzyszy broni.
                kiedys byly kwadraty strzelajace kwadratami do kwadratow i mimo wszystko nie gralbym z dzieciakiem w odpieranie hordy zombie ktore tniemy na plasterki w dosc obrazowy sposob.
                dlatego mnie to dziwi. w wieku komunijnym tez dostalem amige 500 i nie kojarze mega brutalnych gier. dopiero pozniej byl taki franko czy moonstone, ale zanim to wyszlo srednia wieku rosla.

              2. Goblin_Wizard

                @mokraTrawa

                Heh, pamiętam Cobrę z kinie nocnym na którą dostałem bana. Miałem wtedy u siebie czarno-biały spadkowy telewizor (rodzice już mieli kolorowy). Po cichu włączyłem i oglądałem prawie bez głosu ale ojciec się obudził i kazał wyłączyć. A tak czekałem na moja ulubioną scenę kiedy to “dobry” Sylwek wiesza tego “złego” na żebra na haku. Eeech.. dzieciństwo. Miło powspominać.

              3. nicolai0

                @Nitek

                To prawda. Jednak “wtedy” wczuwka bywała większa, bo więcej zostawało dla wyobraźni i akcja działa się gównie w głowie. Nieraz sami tu o tym pisaliśmy.

                Ps. Ja dość dobrze pamiętam jedną grę, gdzie level kończył się rozstrzelaniem jeńców pod murem, a wpisanie trzyliterowego nicka polegało na wysłaniu trzech gości pod gilotynę.

Powrót do artykułu