Z zupełnie innej beczki – Dylan Dog

bosman_plama dnia 18 października, 2020 o 16:40    16 

Na nowe polskie wydanie Dylan Doga musiałem czekać cztery lata. W tym czasie we Włoszech ukazało się 48 tomików, nie licząc wydań specjalnych. Niezłe zapóźnienie, prawda? Jeśli dodać jeszcze, że we Włoszech komiks ukazuje się od 1986 roku a u nas z całego tego dobra wydano… 22 tomy (niektóre w wydaniach zbiorczych), wydaje się, że szans na nadrobienie nie ma.


Gdyby ktoś podjął się tego wyzwania, czekałaby go tytaniczna robota. A w dodatku prawdopodobnie hobbystyczna, bo z trudnych do wyjaśnienia powodów seria niespecjalnie się w Polsce sprzedaje. Podobnie jak inne komiksy wydawane w takim formacie – wielkością przypominające książki i czarno białe. W 2001 roku próbował wprowadzić ten format na nasz rynek nie byle kto, bo Egmont Polska (obok Dylana wydawano jeszcze jeden tytuł) i nie udało się. Po lokalnym gigancie komiksowym pałeczkę przejęło małe wydawnictwo Bum Projekt, a w tym roku równie niewielkie podkrakowskie Tore. Trzymam za nie kciuki, acz z ostrożną nadzieją, bo Tore wypuściło Dylana w czasie takim sobie dla rynku wydawniczego w ogóle. Co więcej, zdarza się słyszeć ze strony komiksiarzy, że rynek w Polsce jest już przeciążony. Rośnie wprawdzie liczba (i cena) wydawanych komiksów, ale nie czytelników. Zatem ci sami ludzie kupują coraz więcej komiksów. I, jeśli mam oprzeć się na własnym przykładzie, coraz trudniej dają radę nadążać za całym tym bogactwem oferty.

To specjalne wielkie wydanie DD. Na zdjęciu widać leżące obok niego książki, żebyśce mieli porównanie. Obok tych wielkoformatowych wydań są też specjalne kolorowe oraz grubsze zbiorcze.

Ten słabo u nas rozpoznawalny bohater na świecie jest kojarzony lepiej, choć nie należy może do pierwszej ligi komiksowych bohaterów. W Londynie, gdzie mieszka bohater, przy 7 Craven Road, gdzie znajduje się jego biuro i mieszkanie, otworzono Cafe Dylan Dog. W latach 90 powstały o nim gry. Dylan Dog: Murders oparta jest na prostym gameplayu, w którym Dylan łazi po zamkniętych pomieszczeniach (widok z boku, jak w platformówkach) i strzela z rewolweru do niezbyt narzucających mu się przeciwników. Z kolei Dylan Dog: Through The Looking Glass to pełna podanych w komiksowym stylu dialogów przygodówka. Istnieją też dwie ekranizacje, oficjalna amerykańska z 2010 roku oraz nieoficjalna włoska z 1994. Czemu nieoficjalna? Bo w przeciwieństwie do amerykańskiej nie opowiada o Dylanie, ale o facecie, który nazywa się Francesco Dellamorte i mieszka gdzieś we Włoszech na cmentarzu, gdzie zajmuje się likwidacją „powracających”, czyli zombie. Dlaczego o tym filmie (Cemetery man) wspomina się przy okazji Dylan Doga? Cóż, film nakręcono w oparciu o powieść Tiziano Sclaviego, który jest także ojcem Dylan Doga. Ale to nie wszystko. Pana Dellamorte zagrał w tym filmie angielski aktor, Rupert Everett, na którym wygląd Dylan Doga oparł rysownik Claudio Villa. Co więcej, Dellamorte chodzi ubrany z grubsza jak Dylan Dog: jeansy (bądź inne spodnie), ciemna marynarka i jasna koszula. Dylan ubiera się wprawdzie wyłącznie w koszulę czerwoną, ale widać to wyłącznie ma okładkach, w czarno białym komiksie koszula jest biała (czerwona zbyt zlewałaby się z czarną marynarką). Francesco Dellamorte wygląda więc jak Dylan, zajmuje się z grubsza tym samym co Dylan i nawet charakter ma mocno dylanowaty.

Francesco Dellamorte, czyli tak jakby Dylan Dog. Dodatkową zaletą tego filmu jest całkiem sporo iście komiksowych kadrów. Niemniej musze ostrzec – żeby cieszyć się filmem, trzeba mieć choć trochę miłości do włoskich horrorów klasy może nie “zet”, ale blisko. Urwana gadająca głowa panny młodej skacząca do gardła tatusiowi znacznie lepiej broni się w kadrze komiksu, niż w filmie, którego budżet na efekty był, umówmy się, taki sobie.

Ba, ma nawet pomocnika, którego zadaniem jest rzucanie bohaterowi rewolweru w krytycznych sytuacjach (sam Dylan niechętnie nosi swój rewolwer, dlatego co jakiś czas musi się domagać krzykiem, by mu go podano, Dellamorte ma ten sam zwyczaj). Tak samo jak Dog, Dellamorte przejawia skłonność do pakowania się w kłopotliwe romanse. To raczej także nie przypadek, że włoski policjant wygląda tak samo jak mentor Dylana z komiksów. Włoskiemu filmowi bliżej jest zresztą pod względem humoru, klimatu i pewnej dziwności fabuły do komiksów, niż oficjalnej amerykańskiej adaptacji. Ach, prawda Dellamorte, tak samo jak komiksowy Dylan, jeździ białym garbusem. Amerykanie, z niejasnych powodów uznali, że czarny garbus będzie lepszy. Przenieśli też akcję z Londynu do Nowego Orleanu a cały serial nakręcili raczej w klimacie Buffy niż Dylan Doga. I to właściwie bez ukrywania inspiracji. Dylana gonią hordy wampirów wyglądających dokładnie jak te z Buffy. Zresztą wariacja na temat pogromczyni w końcu się w filmie pojawia. Tak więc film, który oficjalnie ekranizacją nie jest, ma z komiksem więcej wspólnego niż ekranizacja.

Ale, żebyśmy wszyscy nie mieli za łatwo, filmowy Francesco Delllamorte pojawił się potem także w komiksach o Dylan Dogu.

Przez tyle lat nie mogły się w serii nie trafić i crossovery. Na pierwszym planie widać komiks, w którym Dylan spotyka innego kompletnie u nas nieznanego bohatera – Martina Mystere. Martin jest postacią bardziej w typie Nathana Drake’a, czyli odkrywa tajemnice przeszłości. Jego przeciwnicy to nie wampiry, ale różni milonerzy, technologiczni geniusze i tacy tam szaleńcy.

No dobra, o czym jest ten cały Dylan Dog, komiks, który wyszedł z Włoch, uzyskał pochwałę Umberto Eco i jest znany na całym świecie, na którym sprzedała się w nakładzie ponad 60 milionów egzemplarzy? Który kupowałem prawie na kilogramy podczas wyjazdu do Włoch (numery z ostatnich miesięcy można kupować w kioskach, np. na dworcach, a jeszcze starsze w komiksiarniach i antykwariatach), albo po który wyskakiwałem do Belgradu, bo w Serbii, Chorwacji i Macedonii Dylan Dog ukazuje się co miesiąc (plus wydania specjalne) i znam w Belgradzie księgarnię, w której w dziale komiksowym zawsze można znaleźć kilkanaście tomów. Dodam, że na Bałkanach i we Włoszech te komiksy są znacznie tańsze niż u nas.

Parę kadrów z La Casa delle memorie, jednego z moich ulubionych Dylan Dogów.

Dylan Dog to „detektyw mroku”. Pracował kiedyś jako zwyczajny glina ze Scotland Yard, ale po śmierci żony zainteresował się różnymi niesamowitymi sprawami i odtąd żyje z przyjmowania zleceń związanych z rzeczami, w które ludzie zwykle nie wierzą. Gra na klarnecie (zna tylko jedną melodię) i bez końca składa jeden model okrętu. A ponadto zmaga się z ghulami, zombie, wampirami, wilkołakami, duchami a nawet samą śmiercią oraz każdą nadnaturalną istotą, jaką twórcy byli stanie wymyśleć przez ponad trzydzieści lat ukazywania się komiksu. Pomaga mu asystent wyglądający jak Groucho Marx i wykazujący się zbliżonym poczuciem humoru oraz były szef ze Scotland Yard inspektor Bloch. Jednak bardziej niż Buffy, pogromczynię wampirów, Dylan przypomina naszego wiedźmina. Nie tylko dlatego, że podobnie jak na Geralta na Dylana leci praktycznie każda napotkana kobieta, ale też Dylan, podobnie jak Geralt zaskakująco często odkrywa, że prawdziwymi potworami są ludzie. Bywa więc, że musi ratować nadnaturalne stwory przed zakusami śmiertelników, albo przekonuje się, że za dziwnymi zgonami może i stoją duchy, ale sterowane bądź podpuszczane przez śmiertelników. Może się też okazać, jak w właśnie opublikowanym u nas tomie Mater Morbi, że demon to istota, której potrzeby wcale nie odbiegają daleko od naszych.

W kolorze Dylan może wyglądać tak. O ile tomy czarno białe zwykle (choć nie zawsze) hołdują bardzej konserwatywnej kresce, kolorowe pozwalają twórcom trochę zaszaleć.

Nowy wydawca, w moim przekonaniu, wybrał świetny tytuł na swój debiut (w oryginale ten komiks ukazał się w 2012 roku). Mater Morbi to jeden z lepszych Dylanów, jakie czytałem. Może też nieźle wprowadzić nowych czytelników w świat DD, choć trochę się obawiam, że może ich nieco odstraszyć poważnym tonem opowieści. Choć Mike Mignola namalował kilka okładek do serii, a Dylan zajmuje się z grubsza podobnymi sprawami co Hellboy, znacznie rzadziej od czerwonego diabła rozwiązuje problemy waląc je po mordach. Z drugiej strony finałowe tomy Hellboya też są raczej posępne, a Dylan oferuje w jednym tomie więcej seksu, niż Hellboy we wszystkich tomach razem wziętych. W Mater Morbi jest to erotyka w typie sado-maso, a dominie nie sposób odmówić atrakcyjności. Przy tym nawet posępne opowieści w Dylan Dog są zazwyczaj, no cóż, ładne. I wymowie Mater Morbi nie sposób odmówić specyficznego piękna. Tych, którzy wolą lżejsze tematy, spieszę poinformować, że wśród wydawanych przez prawie cztery dekady komiksów są i takie dużo lżejsze, pełen humoru. Przez tyle lat nazbierało się tyle materiału, że znajdziecie w serii właściwie wszystko. Tym jednak, co wyróżnia Dylan Doga od innych serii, czy to komiksowych czy filmowych i książkowych o podobnej tematyce jest powiew surrealizmu oraz owa „dziwność” o której wspominałem przy okazji włoskiego filmu. Nie wszystko w Dylan Dog jest wytłumaczalne, czasem służy zbudowaniu nastroju i wrażenia obcości i niesamowitości, a zdarzają się tomy tak zakręcone, że po ich przeczytaniu czujemy się jak Dylan – jakbyśmy obcowali z czymś niezwykłym, czego nigdy do końca nie pojmiemy.

Byście jednak nie uznali, że Dylan Dog to komiks dziwny i nadambitny, spieszę pospieszyć z informacją, że Dylan strzela z rewolweru, leje po pyskach, wdał się w więcej romansów niż Bond i rzuca całkiem niezłymi dowcipami. Obok tomów opartych na nastroju, dużo jest tych opartych na akcji, całkiem sporo na iście kryminalnych intrygach. A te intrygi bywają obłędne (jak np. jedna z moich ulubionych, o facecie grającym ze śmiercią w szachy).

Obrazek dodany specjalnie dla kolegi Projana:)

Dodaj komentarz



16 myśli nt. „Z zupełnie innej beczki – Dylan Dog

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @lemon

      Na studiach uczyłem się serbskiego. Działo się to oczywiście sto lat temu i dziś pamiętam piąte przez dziesiąte, ale dzięki temu, że i serbski i chorwacki i macedoński to języki słowiańskie (i dość do siebie podobne), daję radę Dylanowi z niewielka pomocą słownika.

      Gorzej z włoskim. Podczas ostatniego wyjadu do Włoch miałem trochę więcej czasu na odwiedzanie księgarni, włóczenie się po kioskach i antykwariatach i kupiłem te DD trochę z entuzjastyczną wiarą we własne możliwości, bo włoskiego nie znam. No i zacząłem się go uczyć, żeby móc je czytać:).

            1. Mnisio

              @bosman_plama

              Wieczna wojna to mimo wszystko co innego – military SF, od razu widać, że trzeba wyłożyć dużą kasę.
              Z fundacją można zrobić praktycznie wszystko – wątki są rozpięte przez wszystkie czasy i skale, więc można zacząć od kameralnych początków i jak serial się przyjmie to dopiero pójść w “droższe” rejony i wątki.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @Mnisio

                Teoretycznie tak. Ale sceny batalistyczne w powieści są tak naprawdę dość kameralne: atak czterdziestu paru żołnierzy na bazę wroga, potem akcja w górach, której nie widać, bo bohater od razu zostaje ranny i na końcu największa i widowiskowa bitwa, która rzeczywiście wykładałąby pewnych nakładów, choć to, co najbardziej w niej widowiskowe to ostrzał dronów z dział laserowych. Potem znów walczy garstka żołnierzy przeciw przeważającym siłom wroga.

                A walki kosmiczne są wręcz anty widowiskowe. Okręt wystrzeliwuje rakietę na odleglość kilkuset milonów kilometrów i czeka na potwierdzenie o trafieniu:).

              2. Mnisio

                @bosman_plama

                To tak jak robienie filmu o I wojnie światowej i cała akcja w okopach.
                W filmie o wojnie muszą być fajerwerki, a nie prawda, bo inaczej będzie nudny.
                Więc te kameralne walki, a nawet szkolenie na charonie muszą mieć efekt WOW – więc kasa musi być. Chyba, że idziemy w niskobudżetowy film – coś poziomy np. firefly.

                Ja czekam (raczej się nie doczekam) na ekranizację cyklu Amber Zelaznego. Też można zacząć tanio, a kończyć na poziomie gry o tron. Choć Zelazny jest chyba dla filmowców odstręczający – zbyt inny.

Powrót do artykułu