Pixel Heaven 2016 – polskie indyki gulgotały donośnie

Nitek dnia 6 czerwca, 2016 o 11:03    12 

Jeszcze sobotniej nocy, podczas streamu, gdzieś w okolicach pierwszej, być może nawet drugiej, walczyłem ze sobą czy ruszyć się, czy jednak nie, na tzw. festiwal gier bez grafiki, Pixel Heaven, Retro & Indie Gaming Fest vol. 4. No, ale przecież. Gikz tam figurował, nie mogło być inaczej.A było wręcz pysznie.

Robimy sobie najpierw oprawę dźwiękową, bo w stu procentowej wixie, trzygodzinna podróż do Warszawy, za kółkiem, minęła jak era ośmiobitowców. Najgorsze ww tym wszystkim, że tylko z pozoru jazda ta była prosta. Wszak nie od dziś wiadomo, że trasa najeżona jest żółtymi pudłami strzelającymi rodzinne fotki przysyłane do domu, za fest konkretne kwoty, oby nie. Nie mam podróżniczej playlisty swej, śmiało można powiedzieć, że wożę ze sobą całego mego Bandcampa, ale wyjdziemy od tego, bo to dobra wixa jest.

Przyjechałem w samo południe, prawie, na trzynastą, co wynikiem i tak jest mocno niezłym. W sam raz na konferencję CDP.PL, które to ogłosiło, kilka dni po tym jak zrobił to Techland, że wchodzą na rynek globalny i brać pod swoje skrzydła będą polskie indyki, którym będą sypały złotówkami do pieca, by wspomóc w ich produkcji i dalej, po zakończeniu tego procesu. Całość opatrzyli nazwą Klabater, co tłumaczy Michała Gembickiego, prezes firmy, jako przyjaznego ducha albo skrzata, opiekuna statku. Gdy trzeba, załata dziurę w kadłubie, a swoją latarenką oświetla drogę nawet w czasie najgorszych sztormów. Dla pracujących z nami twórców jesteśmy właśnie takim dobrym duchem, z którym zawsze dobija się do bezpiecznej przystani. Zaprezentowali do tego trzy projekty o czym za chwilę. Tuż po nich pojawił się Molyneux, zgodnie z zapowiedzią, jako rozmówca via Skype i choć byłem zainteresowany, bo to przecież sam Piotr! tak nagłośnienie na tyle wygenerowało pogłos, że uniemożliwiło jakikolwiek odbiór nadawanych treści. Żeby cokolwiek usłyszeć trzeba było wręcz nasłuchiwać przez szklankę, bo nie dość, że kształt sali robił swoje tworząc echo, tak umiejscowienie sceny pośród stoisk z polskimi grami indie, gdzie przechodziły tłumy, zniechęciły mnie w dalszym uczestnictwie w jakichkolwiek panelach. Darowałem sobie Bena Daglisha (kompozytor muzyki m.in. do Last Ninja), braci Oliver (Dizzy), czy Adriana Chmielarza, Gembickiego (CEO CDP.PL), Szymona Bryły (Artifex Mundi) i Jacka Głowackiego (Techland)  opowiadających o dystrybucji gier w dobie rewolucji cyfrowej. Lekko dosłyszałem, akurat będąc gdzieś za sceną, jedną anegdotę o wymuszeniu nazwy przez niemieckiego wydawcę bodajże, gry Reflux na Robo Rumbble.

DSC_2455

DSC_2410

Za to rzuciłem się na polowanie indorów polskich, których echo niosło się wszędzie i jak jeszcze chwilę wcześniej mogłem mieć wątpliwości czy moja obecność jest uzasadniona i co ja tam będę robił sam, tak nawet nie spostrzegłem się kiedy wybiła 19, a moja karoca poczęła zamieniać się w dynie zmuszając do ucieczki. Co jednak zobaczyłem i pogadałem z developerami, to moje. Tłuste sztuki. Indyki znaczy.

Beat Cop

BeatCop_Screenshots_08

Pokazywany fragment gry pokazywał zabawę rozciągniętą na kilka dni. w Beat Cop wcielamy się w policjanta, który po dziwnych zdarzeniach losowych zostaje cofnięty do roli krawężnika do jednej z dzielnic. W przydziale dostaje dość przepastną i pełną detali ulicę (odbicia otoczenia w szybach budynków!) na której wiele się dzieje. Naszym zadaniem poza wyrobieniem planu mandatowego poprzez karanie za wszelkie przewinienia, będzie także dość rozbudowany socjal. W międzyczasie gra będzie odkrywać przez nas tajemnice tamtej feralnej nocy. Rozgrywka finalnie ma zamykać się w około dwudziestu jeden dniach, co szacuje się jako 4 – 6 godzin zabawy, w zależności od naszej smykałki do zadań pobocznych. Sam przywitałem się podczas demka z właścicielami sklepików i zarzuciłem haczyk na dealerów narkotyków grasujących w okolicy. Z podręcznego menu kontekstowego przyzwałem lawetę i zgarnąłem pulę za wypisywanie mandatów za przekroczony czas parkowania. Żeby nie było nam nudno NPC podbijać będą do nas z mniejszymi zleceniami, ale także dojdą zadania jak poszukiwanie konkretnych fur czy osób w tym bądź co bądź, gęstym pikselowym tłumie. Nawet w krótkich sekwencjach przyjdzie nam bronić sprzedawców przed oprychami. Tego akurat nie widziałem. Twistem zaś jest brak rozbudowywania postaci, poza paskiem staminy potrzebnej do biegania. Kondycja potrzebna jest, bo podczas patrolu ulicy, kiedy ktoś ukradnie babeczce torebkę, ten ostatni pączek może być kroplą przechylającą czarę goryczy. Zamiast progresu postaci w grze znajdzie się system reputacji warunkujący zdarzenia na dzielni i pewnie też zakończenie. Całość odwołuje się mocno do stylowy znanej z filmów z lat ’80, a sami twórcy już słuchają, że trochę przeginają z dowcipami czerpiącymi z tamtego okresu. Łatwy w obsłudze Police Questy można powiedzieć, trochę. Zapowiada się fajnie i mówię to nie dlatego, że teraz anulują mi mandat. Oficjalne www.

911 Operator

911Screen22Gdzie ja byłem, że wcześniej o tym nie słyszałem. Chyba po trochu dlatego, że wydaje temat Playway, którzy dopiero ostatnio The Way (też było na PH) wzbudzają we mnie jako takie emocje. 911 Operator to gra, która zdobyła nagrodę dla najlepszego indyka na Digital Dragons 2016. Okej, przespałem, ale nadrobiłem. Idea zabawy z założenia wydaje się być prosta. Oto jesteśmy my, Hale Berry z filmu Połączenie, dyspozytor służb porządkowych i medycznych. Siedzimy przed ekranem na którym rozpościera się mapa wybranego przez nas miasta. Nie tam jakieś Hong Kongi, Nowe Jorki czy inne Abu Dabi. Chcesz Katowice, gra pobiera mapę Katowic. Chcesz Jaworzno, masz Jaworzno. Chcesz Sosnowiec, error 404. Prosty patent, pobierania map z Googli, ale robi fest. Bo oto już za moment odbierasz pierwszy telefon, wnuczek postrzelony przez babcię. W myśl lekkiego rpg, paragrafówki, prowadzi się rozmowę wyklękując kolejne odpowiedzi, by uzyskać niezbędne informacje jak choćby adres, bo bez tego trzeba wisieć na telefonie, żeby lokalizator znalazł miejsce skąd pochodzi rozmowa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że wpisując Wasze miasto, może okazać się, że dzwoni Wasz sąsiad z góry według mapy. A potem kobieta, która znalazła w śmietniku noworodka z dyndającą pępowiną, której trzeba coś natychmiast doradzić, a mapę obsiewają miejsca kolejnych zdarzeń, napady, wypadki. Tam zaś trzeba posłać jednostki z dostępnej puli, które będzie można dokupować i rozbudowywać dostępne możliwości. Wozy policyjne, ambulanse. I nagle okazuje się, że w telefonie rozwiązujesz z dzieciakiem matematykę, a miasto punkt po punkcie staje w ogniu. 911 Operator to kompletny mindfuck, biorąc pod uwagę, że wydarzenia z ekranu mogą rozgrywać się na Waszym podwórku. Oberwie się produkcji za brak spolszczenia na starcie przez co rozgrywka wywoła lekki dysonans przez umiejscowienie jej w Sosnow… a nie, tam nie, i odbieraniu anglojęzycznych telefonów. Twórcy wspominają o 150 autentycznych rozmowach jakie mają nagrane, a pula wzrasta. Mam nadzieję, że dojdą do tego jakieś zabawy z seryjnymi mordercami ala Zodiak, a zaszczepiony pomysł integracji z Twwitchem pozwoli im wygrać, bo gra choć nie kipi wodotryskami graficznymi, nadrabia niesowitym klimatem. Zdaje się, że do zagrania jeszcze w tym roku. Oficjalne www.

Angry John

ship

Laureat nagrody za najlepszy arcade na Digital Dragons 2015. Również nie słyszałem wcześniej, błąd, kajam się. W wielkim skrócie – Nuclear Throne ino, że ładniejsze. Proceduralne zestawiany bullet hell wymieszany z rogalem. Czterech graczy ww lokalnym co-opie sieje pożogę rozmiarów znacznych w manierze twin stick shootera. Kilkadziesiąt przedmiotów o różnych właściwościach, fikuśne bronie i masa kurczaków, kurczaki! Dobry temat, zwłaszcza jak ktoś lubi popykać raz na czas w Nuclear Throne to tym bardziej powinien wyczekiwać. Oprawa audio i posklejane piksele są prima sort, co wespół z miodną zabawą, zagrałem nawet na trzech, daje dobre wejście w gatunek przez Polaków jeszcze właściwie nietknięty. I nie, nie mają przeciwników z głową konia, ale zagadałem. Negocjuję z Low Poly Wolf. Angry John jeszcze ww tym roku będzie do zagrania,a le planuje spędzić okres dojrzewania w formule wczesnego dostępu. Z uśmiechem schodziłem ze stanowiska, także będę doglądał. Oficjalne www.

Regalia: Of Men and Monarchs

regaliaJedna z trzech gier objętych Klabaterem CDP.PL (to jednak dziwna nazwa). Polskie jRPG, które zabierało dość dużo na Kickstarterze, by powstać. Opowiadać będzie historię potomka rodu, który odziedziczył całą chawirę po swojej rodzinie. Szybko okazuje się, że posiadłość jest w ruinie, a o długi doprasza się poborca podatkowy. Są też inne frakcje, które stukają się wokół, no i my pośród całego konfliktu. Zabawa przebiega w manierze turowej, takie są też bitki, ale i sposób prowadzenia rozgrywki. Na mapie świata składającej się na kilka środowisk skaczemy od miejscówek, co upłynnia czas. A trzeba się spieszyć, bo pan poborca co trzy miesiące domaga się wypełnienia różnorakich zadań ze złożeniem odpowiedniej ilości hajsu do jego kiesy. W międzyczasie domostwo będzie odbudowywane, co odblokuje nam szereg dodatkowych możliwości. Gra oddaje do dyspozycji kilkanaście postaci o przypisanych doń odpowiednim skillsecie, którzy można dopakować, a same zdolności ewoluować. Poszczególne miejscówki zestawiane będą na sztywno i udając się na takie bagna przykładowo, trochę na wzór lochów z Darkest Dungeon, poruszać się będziemy po kilku, czasem kilkunastu ciekawych punktach okraszonych różnymi zdarzeniami. Poza walką, napotkamy też eventy tekstowe, z różnorakimi efektami i nagrodami, w zależności od podejmowanych przez nas decyzji. Lekko napisane i dość ciekawe, by nie zanudzić. W grze starano się uniknąć grindu ww samych walkach, ale dołożono tu więzi między bohaterami, opcjonalne, ale zaskarbiając sobie przyjaźń takiego kowala można dostać bonusy do tworzonych przez niego elementów ekwipunków. Korzyści będzie wiele, ale to czy będzie nam się chciało w to bawić, zależy od nas samych. Ładna oprawa, pełny voice acting, całkiem zgrabnie uszyte bitki. Podobno odwiedzający utyskują, że animacje ładne, ale zbyt wolne, więc po co w ogóle. No, po co w ogóle grę robić. Całość zapowiada się przednio i na trzydzieści godzin. Widać inspirację Final Fantasy Tactics i Personą, co twórcy przyznają otwarcie. Oficjalne www.

Inne tytuły z Klabatera (trzeci raz przekręciłem tę nazwę, eh) były mocno oblegane. Jeden z nich to Symmetry (Steam Greenlight), symulator bazy, coś ala This War of Mine czy Sheltered tylko, że w kosmosie. Nie dopchałem się, ale wieść głosi, że nie ma czego żałować specjalnie. Ostatni zaś to Alice VR (oficjalne www), przygoda sci-fi, łażenie po ścianach dzięki zmiennej grawitacji bujana na bebechach Unreal Engine 4. Notka prasowa wyróżnia wiele ścieżek i zakończeń i w sumie patrząc przez ramie na monitor wyglądało to dość okazale. No, ale nie grałem, więc się nie wypowiem.

BUTCHER

butcher

Łażąc i biorąc udział w panelach można się było zastanawiać, co tam tak w kącie dźwiękiem rozjeżdża niczym walcem nieświadome niczego umysły. To Butcher od Transhuman Design, o którym słyszałem, widziałem, ale dopiero teraz zagrałem i było FEST! Tak z kopytkiem fest. Towar pierwszorzędny, który rozbroił mnie swoją bezprecedensowością, bo podczas kiedy wszystkie stoiska chowały gry w słuchawkach, tak tu nie było mowy o opieprzaniu się. Grzali z głośników ile wlezie, a że głównie to krótkie serie karabinów maszynowych to inna kwestia. Butcher to przypowieść o malarzu powierzchni płaskich czerpiący farbę z flaków przeciwnika. Ostro, ciężko i krwawo, jak za starych dobrych. Przy czym niemożebnie ciężko, nawet jak na rasowy twin stick shooter. Prezentowane były trzy poziomy oraz boss z planowanych, zdaje się dwudziestu (ale rączki sobie nie dam). Na wyższym poziomie trudności jaki hardo odpaliłem gra wzięła i sprzedała mi piąchopirynę jakbym brał udział do zdjęć na kolejną płytę Pantery. Krew to właściwie każdy piksel, duże tempo rozwałki i niemożebnie ciężki klimat miażdżący Slain! sprawi, że się zakochacie.  Dość duży wybór fikuśnych broni wymusza żwawe poruszanie, a zdradziecki friendly fire powoduje, że granaty już nie są takie fajne, a płomienie z miotacza bezpieczne. Lekko jak Broforce, choć bez destrukcji i mniej śmieszne, ale jakże dobre. Pojawić się ma zdaje się jeszcze w tym roku. Na oficjalnej www możecie ograć prototyp, build dość stary, zarówno w przeglądarce jak i stand alone.

Rage Disco

AbstractArtGenerator2016_02

Mogliście pomyśleć, że polskie indyki to tematy bezpieczne. Bynajmniej. Poza No Drugs, Rage Disco celuje w inne nuty. Poznajcie historię androida archeologa, który odkrył piramidę wiecznej imprezy, wixy. Zniesmaczony odkryciem wykolegował się z uczestnictwa w tejże, jednak zapodział gdzieś swą kurtkę, co rozpoczyna jego epicki quest ku wolności. Tak mi powiedziano. Sama gra to ostra psychodela bez trzymanki. Trochę bullet hell, trochę endless runner z procedurlanością tak mocną, że kiedy nie patrzysz, poziomy zmieniają się na bieżąco. Zamknięci w piramidzie wiecznej wixy, naszym celem jest znalezienie drogi na zewnątrz, obviously, a przy okazji raczenie się wieloma narkotykami w różnych ilościach na raz, by poznać i odkryć siebie. I faktycznie, dragoland i zawartość dostępnych specyfików robi wrażenie. Są jakieś kwasy, tabletki wywołujące glitche, spowalniające czas, przyspieszające, zaginające poziom, mocne sprawy. Podobno zrealizowane na podstawie doświadczeń opisywanych przez znajomych, którzy zaś potwierdzają wszystkie te efekty jako zgodne z prawdą. Całość jest dość chaotyczna i generalnie to samo bieganie po walących stroboskopami po oczach lokacjach, gdzie uciekamy przed chmarą przeciwników otumanieni jakimiś tabsami bądź mieszankami alko. Nie ma tu zabijania, a do obrony służy odpala co jakiś czas osłona. Osobliwy tytuł, który pewnie znajdzie odbiorców, ale na dłuższą metę obcowanie z nim może być męczące. Możecie się zapisać do bety i zagrać sami, smacznego 😉

Serial Cleaner

serial-cleaner-thumb

Symulator Pana Wolfa z Pulp Fiction, gdzie gramy tytułowym czyścicielem. Miejsc zbrodni, więc nie do końca Leonem Zawodowcem. Ciekawy projekt iFun4All, gdzie na udostępnionym demie można było spróbować siły własnego mopa. Całość okazuje się łamigłówką z lekką dozą skradanki, bowiem sprzątacz przywoływany jest na miejsca zbrodni, gdzie musi pozbyć się ciał i narzędzi zbrodni, by policja nie mogła namierzyć sprawcy. Mota zatem ciałami do jeziora, albo własnego samochodu, zastawia pole widzenia funkcjonariuszy samochodami czy szafkami i lawiruje do celu. Zabawa przypomina trochę Volume i z kawałka co zagrałem rzuca się w oczy dość głupiutkie AI przeciwników, których oszukać jest dość prosto i skąpe możliwości manewrowania ciałami. Co jest logiczne i pewnie w trakcie rozgrywki można się przyzwyczaić, że na danej mapie można ciał się pozbyć rzucając do jeziora, a nie np. chowając do śmietnika. O ile czytając czy oglądając grę na obrazkach lekko byłem napalony, tak grając w ten fragment podjarany byłem trochę mniej. Zobaczymy jak projekt się rozwinie. Oficjalne www.

To i tak nie wszystko, bo było też Crush Your Enemies, które przecież już znamy. Pojawiło się także Se7en, ale nie chciało mi się tam stać i czekać. Przy trzecim podejściu zrezygnowałem. Większość stoisk pozwała siedzieć ile dusza zapragnie, bez limitu czasu, więc można było spędzić trochę czasu w kolejkach wszelkich, niestety. Tyle co zerknąłem to gościa goniły służby prawa i porządku, a ten nie robiąc sobie nic z tego zaczął skakać po budynkach to tu, to tam.

DSC_2433

Nie dopchałem się do MoshPit Simulator od SOSa, choć dane było mi poobserwować zabawę innych. Całość prezentowana na HTC VIVE i kto do tematu podszedł, wychodził zadowolony. Faktycznie nie tylko pod względem wykonania zabawa przywodzi na myśl Goat Simulator, ale jako samo założenie, gdzie w różnych miejscówkach nacierają na nas postacie, a naszym zadaniem jest odpychanie ich gdziekolwiek. Fizyka daje radę, a obserwowanie ludzi, którzy w goglach symulują łapanie za tyłki, tudzież głaskanie po wirtualnych pośladkach wykręcone postacie ludzików to frajda sama w sobie. Dobry przykład, że choć wykonanie nie robi, pomysłem się obroni samo i pewnie tak się stanie.

DSC_2396

SOS zresztą okazał się być fest sympatycznym gościem, podobnie jak i Krawi3c, którego spotkałem i osoba, której nie zapamiętałem, bo jak ktoś mówi, że z jutuba jest subem i śledzi od dwóch lat to mało co człowiek słyszy. Pogadałem też z Pawłem Płazą, którego możecie kojarzyć 😉 i wieloma innymi osobami. Zresztą poniekąd kameralność imprezy robi wydarzeniu bardzo dobrze, bo co rusz można było się natknąć na kogoś znanego ze środowiska. A to przewijali się dziennikarze, a to suchary pamiętające mogły dorwać Tadka Zielińskiego, czy Micza i inne osoby z załogi Pixela bądź Sikreta. Można było dosiadać do starych kompów z nowoczesnym zimnym sprzedawanym na zewnątrz, a gastro przygasić burgerem z food trucka. CDP rozstawiło Giermasz, gdzie po taniości szło wyhaczyć wiele, choć rozsierdzili mnie faktem, że koszulkę z Overwatcha to tylko do edycji jakiejś fest wypasionej, za czterysta. Były Pixel Boxy, były flippery, był Sociable Soccer od Johna Hare’a do zagrania, a sama miejscówka Hali Miejskich Zakładów Autobusowych robiła należytą atmosferę. I cholera nie wiem gdzie i kiedy, ale zgubiłem tam sześć godzin, ot tak.

Gdyby ktoś mnie zapytał czy IEM, czy takie Pixel Heaven, biorę to drugie, w ciemno.

There is SOS on my Horse

There is SOS on my Horse

Dzięki Krawi3c za użyczenie fotek!

Dzięki Krawi3c za użyczenie fotek!

Dodaj komentarz



12 myśli nt. „Pixel Heaven 2016 – polskie indyki gulgotały donośnie

Powrót do artykułu