Co jest grane – analogowo

Nitek dnia 13 lutego, 2014 o 9:53    148 

Przemyciłem ostatnio zacny trailer, mam nadzieję zacnego filmu i do głowy wpadło zapytanie – biegaliście kiedyś z mieczami po lesie?

Pamiętam, że kiedyś dane mi było zaledwie polizać rozgrywkę, pewnie powszechnie znaną w Cyberpunka 2020. Jakaś misja z odzyskiwaniem tajemniczej przesyłki, egzoszkielety czy inne mechy i moje urwane nogi. Do tego niewyćwiczone sprawianie wrażenie, że tam gdzieś, za jakimiś skrzyniami czai się coś, co przed chwilą znalazł kolega. Kuriozalne sytuacje. Nigdy później nie dane mi zagrać. Taka lama, ale też to, że umówienie się na kolejną sesje w kilka osób już wtedy było dość ciężkie, mimo że nie było powszechnie dostępnego internetu. To wychodzi na to, że lama byłem, oh. Ale pamiętam, że Fallouta 2 wtedy pożyczyłem. Chyba w roli cukierka na pocieszenie. No, ale wtedy przyniosłem F2 do domu. Być może kontakt z nim ograniczył kontakt ze znajomymi. Cokolwiek by to nie było, w C2020 nigdy więcej nie było mi dane.

zew

Cthulhu, taki niedostępny. Była podjara jak mało czym, bo wtedy ciężko było ogarnąć podręczniki do jakiegokolwiek RPG. Przepastna, skserowana księga, nie tyle przestraszyła wszystkich Przedwiecznymi, ale swoimi rozmiarami i stopniem skomplikowania, w związku z czym do dzisiaj pozostało niezagrane, w sferze marzeń. Taki psikus.

doomtroop1Znacznie łatwiej poszło nam z Doom Trooperem. Ho, ho. Granie na zapałki, gdzieś na niezamieszkanych terenach za naszym wspaniałym szaroburym blokowiskiem, na zielonej trawce. Chociaż nigdy nie zostałem posiadaczem swojej talii, tak gibko łoiłem zestawem pożyczonym. Co łatwe do przewidzenia – po rozstaniu się z nim, temat pokrył się pajęczyną niepamięci, którą przerwałem właśnie teraz.

ensnaring+bridgeMagic The Gathering zamyka rozdziały analogów. Powyższą kartę trafiłem, nawet jakaś skromną wartość miała, ale sprzedać się jej nie dało. Swojego czasu w Katowicach pod Starym Dworcem zmontowano sklepik z planszówkami, wielkimi makietami pod Warhammera, masą karcianek i podręczników wszelkich. Choć nie zagrzałem tam stołka na długo, tak przesiedziałem tam trochę czasu, choć nie na tyle, żeby z pamięci przywołać kogokolwiek. Dobry czas, choć mięta do analogowego grania wysuszyła się w tamtym okresie właśnie. To co z tego zostało to parę pozycji z jakimi się zetknąłem i niechęć do siadania z drugiej strony stołu, by zostać skopanym niemiłosiernie w Scrabble.

Odpowiadając na pytanie początkowe, nie. Nigdy nie biegałem z mieczem po lesie. Biegałem za to z patykami robiąc wesołe pew-pew-pew w stronę kolegów z tamtych lat, gdzie nikomu nie działa się krzywda, choć szyszki były granatami, a my wesołymi wojakami. Teraz widzę jak dziecko wychodzi zagrać “w noża” w piaskownicy, hoho. MOPS, policja i w ogóle afera, że dziecko z nożem siedzi w piaskownicy i rzuca nim w piasek. A kiedyś to było takie zwyczajne.

To jak, biegaliście kiedyś z mieczami po lesie czy starczy Wam zwiedzanie w Skyrimie, a zamiast prawdziwych kart wolicie tapować zgrabne wirtualne landszafty Steam Edition  ?

Dodaj komentarz



148 myśli nt. „Co jest grane – analogowo

    1. Nitek Autor tekstu De Kuń

      @Probabilistyk

      Jak się grało w Pelego?

      U nas jest huta szkła i tam robiono takie zielone kulki. Nie wiem z czego i jaka była ich geneza powstania właściwie. Grało się w kulki pod blokiem. Coś ala golf. Kopało się dołek i pstrykało kulkami do dziurki. Wygrany brał kulki przegranego. Stawki były wysokie, a kulek znaczące ilości. Piękna sprawa, ale nie wiem czy te kulki w ogóle dzisiaj jeszcze robią. Jak to było z dwajścia lat temu.

      1. Probabilistyk

        @Nitek

        Zasady pisane “z pamieci” moga wymagac weryfikacji.
        Pele – podworkowa gra “w pilke” znana w uwczesnym moim regionie (geograficzne centrum kraju). Z tego co wiem wystepowala pod innymi nazwami w innych regoinach. Zasady sa luzne i mozna je modyfikowac w zaleznosci od liczby graczy.
        Wymagania:
        – min. 3 graczy w tym 1 bramkarz
        – jedna bramka (szerokosc z tego co pamietam to 5 – 6 krokow, taka halowka)
        – pilka “biedronwoka” najelpiej rozmiar 5
        – wyznaczenie pola karneg o promieniu “na oko” 6 krokow
        Zasady:
        – gra polega na strzelaniu do jednej bramki przez “napastnikow”
        – kazdy napastnik moze raz dotknac pilki – wykonujac podanie do innego napastnika lub oddajac strzal na bramke. Odstepstwem od reguly bylo podbicie pilki do gory i zonglowanie – wtedy mozna dotykac pilki wielokrotnie (lub bardziej “PRO” 3 razy), az do momentu gdy pilka upadla na ziemie
        – “pudlo” – wybicie pilki przez napastnika poza linie koncowa boiska (ta za bramka) skutkowalo zamiana miejsc z bramkarzem (i skasowaniem punktow/goli strzelonych schodzacemu bramkarzowi)
        – na poczatku wybieramy bramkarza, jak nikt sie nie zglaszal to robilismy zonglerki, ten co osiagnal najgorszy wynik szedl na “bude”
        – w zaleznosci ilu bylo graczy, ustalalismy ile punktow ma bramkarz do stracenia (gol = strata punktu). Zazwyczaj im wiecej graczy tym bramkarz otrzymuje mniejsza ilosc punktow
        – gdy zostaje 2 zawodnikow zwyciezca wybierany jest zasada “karnych”
        W czasie podstawowki i liceum kazdy w okolicy znal te zasady i na haslo “kto gra w pelego” zbiegalo sie zawsze od 4 do 10 graczy 😉

        1. Nitek Autor tekstu De Kuń

          @Probabilistyk

          O M G

          Nie wiedziałem, że to ma nazwę 😀 Znaczy inną. U nas to się nazywało “kapki”
          Kapki było odmienną nazwą żonglerki zdaje się. Szczerze nienawidziłem, bo jako gracz od urodzenia nie byłem nigdy specjalnie sportowo manulanie sprawny. Chyba że na Playstation Muvie ;D W związku z tym zawsze lądowałem na bramce, co z tych samych względów okazało się dla mnie zbawienne, choć cechują mnie niemożebnie dziurawe ręce 😀
          Sportowiec ze mnie słaby.

            1. Nitek Autor tekstu De Kuń

              @lehusan

              W dupę, grało się w dupę.
              Tu akurat kopało się o ścianę bloku i kto nie trafił dostawał literkę. Najpierw gonił nas jakiś jegomość z pierwszego piętra, potem blok obłożyli blachą, a na koniec na placyku zbudowali parking. Ale to stary już byłem, więc zimna ryba.

              1. Probabilistyk

                @Nitek

                U mnie to “starsi” – czyli bracia lub koledzy z wyzszych klas na przerwach przekazywali to wiedze, tak samo jak pozniej ja bedac “starszym” uczylem mlodszych.
                Przekazywanie wiedzy o nowych grach odbywalo sie rowniez podczas wyjazdow rodzinnych do innych czesci kraju – od kuzynow. Jak ktos jechal na wakacje do ciotki to przywzil rozne nowosci, ktore po weryfikacji stawaly sie popularne.

                Aha na rowni z “Pelem” byly “kwadraty” gdzie w ogolnym opisie wygladalo to tak, ze kazdy mial swoj kwadrat 2x2m (lub 5×5 plyt chodnikowych 😉 ) i trzeba bylo serwowac do przeciwnego kwadratu. Kazdy mogl (tu roznie do tego podchodzono) raz lub 3 razy odbic pilke nie pozwalajac jej upas na nasze pole.

  1. Revant

    Cholercia, Doom Trooper! Wujek mój wyjechał do Anglii i zostawił parę rzeczy “z młodości” – zgarnąłem właśnie pokaźną talie kart do DT, ale nie wiedziałem do dziś jak to się nazywa xD kart fajnie wyglądają, więc nadal się kurzą obok talii do Magicka…anyway, ja nie biegałem z mieczykiem po lesie, ale trafiały mi się całkiem przyjemne sesje w D&D w plenerze, głównie na opuszczonej strzelnicy wojskowej. Tania nalewka, kilka podręczników, słoneczko majowe, czyli ówczesna gimbaza pełną gębą. Z “analogów” to pamiętam jeszcze cudowny podręcznik i epizodyczne próby ogrania Wampira: Mroczne Wieki. Choć chciało mi się coś w klimatach Maskarady, to jednak i tak pierwszy kontakt z wampirkami był emocjonujący. Odpowiedź więc Nitku na twoje ostatnie pytanie brzmi ode mnie następująco: nie ma czasu, ale jest mnóstwo chęci. Z wielką przyjemnością rozegrałbym jeszcze raz sesje przy świecach i herbacie, w jakimkolwiek nawet systemie bo żadna gra wideo nie odda działania wyobraźni, zwłaszcza kumulatywnej kilku osób. Tylko czemu tak mało czasu na zaaranżowanie tego 🙁

    1. Garett

      @Revant

      Oj tak D&D, World of Darknes (ale już ten nowszy), Vampire: Requiem, Shadowrun…. ech szkoda że już nie ma czasu grać i też nie bardzo z kim. Chociaż jak wracam do rodzinnego miasta to jeszcze ze znajmomymi umawiamy się na “sesje”, tylko dziwnym sposobem na drugi dzień strasznie głowa boli i pić się chce :P. Wracając do tematu po lesie ganiali często gęsto znajomi, organizowali LARPY itd. Ponoć miny autochtonów widzących co się dzieje były bezcenne. Ja za to najmilej wspominam sesje grane w piwnicy u kumpla, ech ten klimat.

  2. pan-hydraulik

    Gdzieś na “łąkach” między krakowskim Prokocimiem a Bieżanowem stała samotnie Jarzębina-Orodruina a pobliskie rury ciepłownicze robiły za granicę Mordoru.

    Z “badylami za garażami” też się biegało, kumpel miał pokaźną zieloną belę od ławki i robił za Heaviego, posturą również.

    A w duce graliście?

      1. gniewquo

        @Nitek

        walka to w zasadzie 20% całości tej zabawy.
        Są ludzie którym wielką frajdę sprawia własnie machanie GOŁYMI MIECZAMI*, innych cieszą przygotowania do sezonu: szycie ciuchów, składanie kolczugi, czy lamelki, łatanie butów, wielką uciechą jest spotkanie znajomych z różnych części Polski po sezonie zimowym, wspólne biesiadowanie do rana, spanie pod gołym niebem, namiotem, w chacie z bali drewna na wolinie.
        Mnie osobiście cieszyła walka do pewnego momentu, teraz bitwy i pojedynki odpuściłem, jednak czasami wracam do linii i na treningach ze znajomymi tez sie poszturcham 🙂
        Zazwyczaj wychodzi się z takich bitew obolałym ale szczęśliwym, chociaż kilku znajomym zdarzyło się po bitwie wyjechać na sygnale 😀

        tutaj chyba najbardziej do tej pory widowiskowo zaprezentowana bitwa wolińska:
        http://www.youtube.com/watch?v=NOYMQAre3qw

        *@Beti: doczekałaś się 😀

          1. gniewquo

            @Beti

            W tej “społeczności” rzadko znamy się pod naszymi imionami/nazwiskami, ludzi kojarzy się na zasadzie: Wojmir z Horodnej, Sosna z Dębu itp.
            Jest nawet stara historia o jakimś pseudo-gwałcie na imprezie historycznej, gdzie policja przesłuchiwała uczestników:
            – gdzie byłeś? co robiłeś?
            – Piłem.
            – Z kim?
            – Z Mściwojem.
            – Prawdziwe imię i nazwisko?
            – Nie znam!
            – Jak wygląda?
            – Długie włosy, broda
            Tak wyglądało 90% facetów na tej imprezie 🙂

            Dopiero Facebook odarł nas z tej tajemnicy 😀
            Wracając do Twojego pytania, niestety nie znam Twojego znajomego 🙁

              1. Nitek Autor tekstu De Kuń

                @Beti

                Dzięki gniewko. Zawsze mnie zastanawiało jak to jest z tymi rycerzykami biegającymi po lesie. O ile LARPa gdzieś jakoś ogarnę, że fajnie, bo… nie, nie wiem czemu. No fajnie.
                Ale zawsze mnie zastanawiało co myślą osoby realizujące takie bitwy. Czy tam są jakieś zasady podczas walki czy coś? Trzy hity i padasz?
                I tak się nikt nie krępuje biegać z kozim mlekiem w drewnianym wiadrze po zamku? 😀 czy wszyscy mają tam absolutną wczuwkę?

              2. gniewquo

                @Nitek

                Wszystko zależy od odtwarzanej epoki.
                Ja zajmuję się wczesnym średniowieczem i w bitwach jak na dołączonym filmiku jest zasada: cios w miejsce punktowane – padasz. Miejsce punktowane u nas, ze względu na dosyć ubogi pancerz to: głowa bez twarzy, tułów, ręce od barków do łokci i nogi do kolan.
                W przypadku pojedynków może to być: pojedynek minutowy non stop i zliczanie ciosów punktowanych, lub do 3 ciosów punktowanych.
                W odtwórstwie późnego średniowiecza średnio się orientuję, wiem jedynie że jedną z możliwości są zasady buhurtowe, tzn. leją się dopóki stoją, jak koleś leży to odpadł.
                Na takiej zasadzie leją się w Bitwie Narodów http://www.youtube.com/watch?v=2A4-TIvKCNw
                Z kozim mlekiem jeszcze nikogo nie spotkałem, ale z wodą w przerwach między bitwami zawsze jakieś dziewczyny podbiegną.
                Nie wszyscy wczuwają się w klimat, zależy wszystko od drużyny.
                My staramy się zachowywać jakieś pozory, ograniczenie plasików, puszek, worków nylonowych itp. do minimum niezależnie czy są to godziny zwiedzania, impreza wieczorna bez turystów, czy kameralny wypad do lasu w totalne odludzie.
                Są też drużyny, które mają na ten klimat wyjebane i chleją wódę prosto z flachy.

              3. Nitek Autor tekstu De Kuń

                @gniewquo

                Hue hue, sounds like fun 🙂 Kingdom Come Deliverance na żywo.
                Mam znajomego, który akurat lubuje się w klimatach około 2WŚ, ale w sumie jakoś nigdy z nim się nie zgadałem co i jak. Ci od flaszki pewnie po konsumpcji mają największą wczuwkę na dzielni. To musi być przykre zaliczyć w nochala :s

                Gdzieś kiedyś jadąc na te moje wojaże zwiedzania wybrzeża PL trafiłem do jakiegoś okręgu z bunkrami i tam takie inscenizacje w @Ś były organizowane, ale niestety nie było mi dane ;s niestety na śmierć zapomniałem nazwy miejscówki, ale bunkier konkretny.

              4. gniewquo

                @projan

                wychodzą z założenia, że jak taki pancerny już leży to łatwiej go dobić, z tego względu też własnie techniki zapaśnicze spisują się w buhurtach najlepiej.
                I coś z ustawki w tym jest 😀
                z ciekawostek: w zeszłorocznej Bitwie Narodów wystąpiły m.in. reprezentacje USA, Izraela i Japonii 😀
                Za to pojedynki na miecz długi wyglądają już dość ciekawie, zwłaszcza jeżeli ogląda się gości z ARMA: http://www.youtube.com/watch?v=ciXn1RCmJzs
                Ci odrzucają całą otoczkę historyczną i traktują to w sposób czysto sportowy, jednak posiłkują się średniowiecznymi traktatami mistrzów fechtunku

          1. bosman_plama

            @Nitek

            Z pałami stali w równych szeregach aż do przyjazdu armatek. Wtedy zaczynała się zabawa. Ale nie zawsze była jednostronna. Ledwie paręset metrów stamtąd oddział pałkarzy wycofał się kiedyś do kościoła, szukając w nim schronienia przed manifestantami:D. To jednak było w okolicy, gdzie wozy z armatkami nie bardzo jak miały się wepchać ciasnymi, średniowiecznymi uliczkami:D.

              1. bosman_plama

                @maladict

                Hehe, dobre. Ja się tam pojawiłem dwa razy. Raz grałem w chowanego z armatką wodną (na szczęście dużo drzew rośnie na Plantach), a raz tłum wepchnął mnie na teren Związku Radzieckiego, na co pałkarze zareagowali dość nerwowo. Ale nigdy, jakimś cudem, nie oberwałem. A że byłem wtedy szczeniakiem, to i głównie o szczeniacką radochę mi chodziło:D.

                Za to kumpel z Huty do dziś opowiada, że dziwnie się czuje oddychając powietrzem bez zawartości gazu łzawiącego.

  3. shani

    Pelno tego u mnie wszystkiego bylo. Choc nie biegalem wtedy po lasach (dziwne, ze teraz biegam i walam sie w blocie w jakies ASG, tak o na starosc), to sporo karcianek przegralem, pozniej na zmiane byly eRPGi z karciankami, z bitewniakow tylko WFRP (mam kolo 100 figurek z czego z braku czasu pomalowalem tylko slownie dwie 😛 Ale bitwy zawsze byly przednie, z sesjami zdjeciowymi), teraz chyba z lenistwa, a moze i bardziej braku czasu planszowki zostaly (jednak ogranie jakiejs planszowki duzo mniej czasu zajmuje niz sesja w WFB, czy ostatnimi czasy Neuroshima).
    Caly ten okres wspominam wielokrotnie do dzis, best lata zycia ever, a nie jakas tam praca, tfu tfu…
    Z karcianek zaczynalem od Doom Troopera, pozniej byl niewielki epizod z gra Kult (bardzo zaluje, bo teraz jak patrze na niektore karty co mi zostaly, to gra okazuje sie byc mega klimatyczna) , nastepny Dark Eden (naprawde swietna karcianka jak ktos nie zna) i wtedy jakos ktos mi pokazal MtG, w ktore potrafie od czasu do czasu do dzisiaj grac 🙂 Po MtG wszystkie inne poszly w odstawke.

  4. Probabilistyk

    Patrz Koniu co zrobiles na wspomnienia mnie wzielo, te Twoje kulki przypomnialy mi inna zajebiaszcza gre analogowa. “Wyscig” tudziez “kapsle” lub “kolarze“. Gralo sie kapslami po bro lub innych napojach gazowanych na wczesniej narysowanym (kreda) torze. 4 graczy jeden tor, gra turowa gdzie kazdy mial jedno “pstrykniecie” na ture i nie wolno bylo wypasc z trasy… kurde ale to bylo fajne.

    1. mr_geo

      @Probabilistyk

      W mojej rzeczywistości tor dla kapsli był robiony w piaskownicy za pomocą nogi obutej w trampek 🙂 Miał on tą przewagę nad rysowanym kredą że w piasku można było robić “przeszkody” w stylu płotków z patyków i kamieni albo wilczych dołów przykrytych trawą.

      I te spory o to czy kapsel jest jeszcze “na bandzie” czy już jest “skucha”… 😀

  5. mr_geo

    Ech, stare dobre czasy 🙂
    Ganiałem nie z mieczem, ale z toporem! N No dobra, z ostrzem z jakiejś takiej zgniło-żółtej pianko-gąbki. Który to topór był przywieziony z NRD przez jakiegoś wujka czy innego stryjka i był obiektem zazdrości połowy gdańskiego osiedla “Przymorze” (a kto mieszka w 3mieście ten wie że “Przymorze” to było osiedle przed duże “OŚ”! 😀 )
    Gąbkowy topór dostał się w moje ręce akurat kiedy – z bliżej nieznanych mi powodów – na Przymorzu nastąpiła moda na rycerzy i dochodziło do masowych bitew pomiędzy “Krzyżakami” z 4 piętrowych bloków i z Leningradzkich a “Polakami” z falowców. Jako mieszkaniec tego ostatniego walczyłem oczywiście pod znakiem Orła i Pogoni, gromiąc wrogów piankowym ostrzem i tarczą z kartonowych wytłoczek po jajkach, wg. projektu mojego starszego brata. Ponieważ 99,9% dzielnych rycerzy obu znaków miało miecze z patyków vel listewek (broń miotająca była zakazana za mocy jakiejś niepisanej umowy – co ciekawe starannie przestrzeganej) ja z mym enerdowskim berdyszem zadawałem szyku jak się patrzy!

      1. mr_geo

        @Probabilistyk

        W czasie jednego z bardziej udanych epizodów tej osiedlowej kampanii, tj. oblężenia “polskiej” fortecy (kupa żelbetowych płyt stropowych, pozostałość po jakiejś nigdy nie zrealizowanej gierkowskiej inwestycji) natężenie bojowych wrzasków obu walczących stron doszło do takiego poziomu że doszło do gwałtownej interwencji rodziców przekonanych że ich pociechy właśnie się wzajemnie zarzynają 😀

        A żeby było śmieszniej nie pamiętam aby ktokolwiek odniósł jakieś poważniejsze obrażenia niż kilka siniaków w czasie tych zabaw… A dziś wszyscy odstają histerii kiedy dzieciak spadnie z huśtawki i obetrze sobie kolano… sigh…

        1. bosman_plama

          @mr_geo

          Kurcze, przypomniałeś mi, jak kiedyś z kumplami broniliśmy takiej fortecy (wznoszonego domku jednorodzinnego) przed bandą “wrogów”. W walce bronią mogło być wszystko – deski, gruz, a nawet całe cegły. I też nikt nie zginął.

          Inna sprawa, że jak czasem z kumplem wspominamy takie igraszki, to on zawsze kończy słowami: “mam szczerą nadzieję, że mój syn tak się nie bawi”.

      1. aihS Webmajster

        @slowman

        Właśnie w radiu powiedzieli, że nasza reprezentacja awansowała na 70 pozycję. Teraz jesteśmy na równi z Boliwią. Awans wynika z tego, że nie graliśmy a ci nad nami grali i przegrali. Proponuję więc już nigdy nie wystawić kopaczy, prędzej czy później pierwsze miejsce nasze 😛

  6. yustus

    Nitek -> to musiał być Cyberpunk 2020 a nie jakieś 77 na końcu 😛

    Ale powiało nostalgią :
    zielone kulki!
    I kapki!
    Kolarze, kapsle i dziury w atlasie bo chciałem mieć pro flagi!
    Ganianie po lesie z “mieczami” i obite knykcie!
    Był okres gdzie strzelaliśmy się z łuków, cud, że nic nikomu się wtedy nie stało…
    To były czasy 🙂

    Rozmarzyłem się… i jak ja mam teraz się skoncentrować na pracy? 😉

  7. Rattie Rat

    Jak chyba każdy w młodości latałem z kijami i bawiłem się w żołnierzy czy tam innych rycerzy. Ale w takiego “prawdziwego larpa” nigdy nie grałem i nie zamierzam, bo mnie to nie kręci. Ale jeśli chodzi o “papierowe” RPG, to uwielbiam! Mam też niesamowite szczęście, bo udało nam się ze znajomymi utworzyć ekipę i staramy się zagrać sesję raz na 2-3 tygodnie. Żadna gra komputerowa nie może się równać takiej sesji.

  8. Nitek Autor tekstu De Kuń

    ign ogłosiło, że począwszy od dzisiaj będą zmieniać wystawione dotychczas oceny. Haha. Niestety strona klękła, jak i wiara w nich. O ile ktoś takową posiadał. Być może komuś się uda przeczytać co tam wymodzili jeśli chodzi o wytłumaczenie poza “nowym spojrzeniem”, ale meh. śmieszności.

    1. Mindestens

      @Nitek

      Tl;dr “W przeszłości wystawiliśmy za niskie oceny pewnym popularnym do dzisiaj grom, w związku z czym nasi przehajpowani i/lub fanbojowaci czytelnicy podważają nasze kryteria oceniania gier. Aby przywrócić stan, w którym pelikany łykają wszystko, co wyjdzie z naszych klawiatur, gry te otrzymają nowe recenzje oddające ich aktualny stan po aktualizacjach/patchach, a my zobowiązujemy się reagować w ten sposób ilekroć uznamy liczbę wzburzonych pelikanów za niepokojącą”.

      Pełen tekst: http://uk.ign.com/articles/2014/02/13/igns-re-review-policy

      Mowa o League of Legends i Minecrafcie.

Powrót do artykułu