Spode łba – wszystko płynie

bosman_plama dnia 29 września, 2015 o 9:42    91 

Czas, pieniądze, coraz realistyczniej oddawane strumienie i rzeki w różnych grach, alkohol w żyłach, a przede wszystkim woda na Marsie. Naukowcy zacierają ręce i szaleją z radości, entuzjaści coś tam przebąkują o jakichś potencjalnych drobinach życia. I wszyscy z jakiegoś powodu się cieszą. Najwyraźniej nikt nigdy nie sprawdzał co na temat Marsa ma do powiedzenia najważniejsza wyrocznia naszych czasów – popkultura. A jej zdaniem Mars to rodzaj piekła.

Prawdę mówiąc zastanawiam się, czy numer z odkryciem wypływającej okresowo na marsjańską powierzchnie wody to nie chwyt marketingowy. Dziwnie to odkrycie zgrało się z promocją filmu Marsjanin, prawda? Przypadek…?

W dodatku jest to jeden z nielicznych w miarę optymistycznych filmów na temat Marsa.

Bo tak naprawdę z Marsem nie ma lekko. Odkąd w drugiej połowie XIX wieku pojawiła się sugestia, że na czerwonej planecie znajdują kanały, ludzkość zwariowała na temat planety dedykowanej bogowi wojny. Bo skoro są kanały, to ktoś powinien je zbudować, prawda? Odtąd Mars stał się kandydatem numer jeden do szukania życia (i to w miarę inteligentnego) poza naszą planetą.

marsChoć naukowcy ostatecznie orzekli, że żadnych kanałów nie ma i nie było, dla popkultury ich nawijki nie miały już żadnego znaczenia. Pisarze zaludnili tę planetę błyskawicznie. W 1912 Edgar Rice Burroughs wysłał tam Johna Cartera, by ten mógł rozdać kilka sierpowych przedstawicielom tamtejszych ras, a także spotkać kobietę swojego życia. Przy Burroughsie wypada zatrzymać się na chwilkę, ponieważ jest to pisarz zaskakująco słabo u nas znany, a w takich Usach uważany za kultowego. Wiemy, że wymyślił Tarzana, prawda? Tyle, że dla nas najczęściej historia chłopca wychowanego przez małpy kończy się na tym, że poznaje on Jane, jedzie z nią do cywilizacji, gdzie okazuje się być lordem, po czym się w tej cywilizacji nie odnajduje, więc wraca. I to by było na tyle?

frazetta-jc5Niezawodny Frank Frazetta i jego wizja Cartera i księżniczki

Otóż nie. Powieści o Tarzanie powstało ponad 20, a w trakcie swoich przygód zdążył on odwiedzić na przykład Pellucidar. A cóż to jest Pellucidar? Otóż oprócz wymyślania świata afrykańskiej dżungli oraz marsjańskich pustyń i miast, Burroughs stworzył także świat wydrążonej Ziemi i w 1929 roku wysłał do niego Tarzana. Nie jestem pewien czy cykl Marsjański łączy się z pozostałymi (a dochodzą do tego jeszcze Wenusjański i parę innych, w tym dwie powieści o Księżycu), ale wydaje się, że Burroughs stworzył fascynujące awanturnicze uniwersum. I szkoda, że film John Carter okazał się taką wtopą, bo skłonny do budowania filmowych wszechświatów Disney miałby szansę uzupełnić nim uniwersa Marvela i Gwiezdnych Wojen. Wypada tu jeszcze wspomnieć, że Lucas nie ukrywał, iż Księżniczka Marsa należy do kanonu inspiracji Star Wars.

Princess_of_Mars_largeZ mrowia powieści Burroughsa u nas ukazało się zaledwie kilka, poświęconych przede wszystkim Tarzanowi. Wydawanie kolejnych tomów marsjańskich stara się kontynuować wydawnictwo Solaris, aczkolwiek jego szef zapowiedział, że na pewno nie wyda całości. Jeśli chcielibyście się z nią zapoznać, pozostaje wam więc skorzystanie z oryginałów. Na szczęście w wersji elektronicznej są one dostępne właściwie za grosze.

wiezienna marsieŚladami Johna Cartera wyruszył w powieści Więzień na Marsie Francuz, Robert Darvel, którego pojazd napędzała energia joginów. Podobnie jak Carter, Darvel odkrywa, że na Marsie nie ma lekko, ponieważ żyje tam rasa nieśmiertelnych bardzo łasa na ludzką krew. Z tą krwią musi być najwyraźniej coś na rzeczy, stanowi ona przecież także przysmak marsjan najsłynniejszych, tych, którzy dla odmiany przylecieli w odwiedziny do nas. ale złapali katar i poumierali. Niemniej we wszystkich trzech powieściach na Marsie mieszkają dość wredne typy. Burroughs i Le Rouge (autor Więźnia na Marsie i jego kontynuacji – Niewidzialni) umieszczali tam przynajmniej jakąś opozycję, czasem dość ponętną. Wells o opozycji już nie wspomina, jeśli w ogóle istniała, to została w domu.

kronikiZnacznie milej, choć też niepokojąco, opisał Marsjan jeden z najsłynniejszych pisarzy, którzy się nim zajmowali – Ray Bradbury, autor Kronik Marsjańskich. U niego Marsjanie są starą rasą (podobnie jak w Obcym w obcym kraju, Heinleina). Z niepokojem obserwują przybywanie na ich planetę pełnych energii Ziemian. Teoretycznie Marsjan spotyka los rdzennych (swoja drogą też o skórze o zabarwieniu czerwieni) mieszkańców północnej Ameryki, jednak przybysze z czasem zaczynają odrywać, że ich kultura zaczyna dziwnie ewoluować. Bradbury nie napisał powieści o wojnie – tej tam nie ma, w każdym razie nie w tradycyjnym sensie. Kroniki Marsjańskie to zbiór opowiadań, w których wszystko rozgrywa się na poziomie kultury i duchowości.

obcywobcymHeinlein z kolei kazał marsjańskim starcom wychować bohatera powieści Obcy w obcym kraju, by ten mógł powrócić na Ziemię i zostać mesjaszem hipisów. Choć tym razem ludzie i marsjanie nie strzelają do siebie z promieni śmierci, to wojna kulturowa trwa, ścierają się pomysły na duchowość i style życia.

misja na marsaTwórcy Misji na Marsa wykorzystali motyw marsjańskiej wielkiej gęby wpatrującej się w dal

O ile powieści od przygodówek Burroughsa ewoluowały w stronę krytyki społecznej zaprezentowanej przez Heinleina i pięknie snutych opowiadań Bradburego, kino nie poczuło pokusy skorzystania z podobnych głębi. Dla filmowców Mars to zazwyczaj pułapka na astronautów. Mogą się na nim rozbijać i szukać obcych cywilizacji (Misja na Marsa), tłuc z oszalałem robotem zwiadowczym (Czerwona planeta) albo spotykać wredne baterie zmieniające ich w zombie (Ostatnie dni na Marsie) – to ostatnie spotkało nawet Doctora Who i to w odcinku zatytułowanym dość niepokojąco w świetle ostatnich odkryć, bo Wody Marsa.

DOCTOR WHO - The Waters of MarsMarsjańska woda nie posmakowała tej pani. Może to kwestia wysokiego zasolenia?

Kiedy jednak po tych wszystkich trudach udaje się ludziom Marsa skolonizować, wcale nie robi się od tego łatwiej. Stosunkowo łagodnie potraktowali czerwona planetę twórcy anime Armitage III. Tam, demokratyczny (w miarę) rząd marsjański próbuje stawiać opór ziemskiemu matriarchatowi, będącemu potęgą gospodarczą.

armitageIIINa czerwonej planecie cyberlaski ubierają się na czerwono

Wątek martiarchatu w kontekście Marsa (planety, z której ponoć pochodzą faceci) jest dość interesujący. W filmie Duchy Marsa Johna Carpentera matriarchat panuje właśnie na Marsie, mężczyzn nie ma wśród wysokich przedstawicieli rządu, a w wojsku mogą się dochrapać co najwyżej stopnia sierżanta, a i to tylko jeśli są Johnem Stathamem. Carpenter zresztą przestaje udawać, że chodzi o jakieś bakterie i wprowadza dosłownie Duchy Marsa, które zamieniają ludzi w rodzaj oszalałych zabójców. jakieś skojarzenia z Doomem?

duchymarsaNawet jeśli ludzi nie zjadają bakterie albo duchy i udaje się założyć kolonię ładnie rozwijająca się w społeczność i tak nie ma lekko. Kolor czerwony kojarzy się twórcom najwyraźniej nie tylko z krwią, ale i z rewolucją. I rewolucje wybuchają na czerwonej planecie permanentnie. jeśli nie prowadzi ich Arnold Schwarzenegger, to wyręczamy go sami wiodąc górników do obalenia wyzyskiwaczy w Red Faction.

czerwonaplanetaJeśli boisz się, że na Marsie możesz nie zastać odpowiednio wrogich tubylców, poleć tam z robotem, który oszaleje po wylądowaniu. Film Czerwona Planeta.

Słowem – nie zaznasz spokoju na Marsie. Mimo to pchamy się nań od pawie dwustu lat (a i wcześniej budził naszą ciekawość). Wypatrujemy z ciekawością kolejnych doniesień na temat dotyczących go odkryć i ciągle drżymy na myśl, że może znajdować się tam życie. Może podświadomie wyczuwamy, że rację ma teoria utrzymująca, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy Marsjanami, bo stamtąd przybyło na Ziemię życie. W takim przypadku bylibyśmy jak John Carter, który po powrocie na Ziemię marzył już tylko o tym, by wrócić do domu, na Barsoom.

 

Dodaj komentarz



91 myśli nt. „Spode łba – wszystko płynie

  1. slowman

    Z pewnością wspaniały tekst. To jak już wykonałem trochę analnych pieszczot przejdę do offtopu.

    Drodzy współużytkownicy, towarzysze. Czy moglibyście mi wskazać słuchawki do grania i mówienia (w sensie, że z mikrofonem; (chcę wyjść ze studni) oraz czasem słuchania muzyki) w przystępnej (tak do 200 zł) cenie, a przy tym o sprawdzonej jakości (nie rozpadły się po upływie gwarancji)?

    1. aihS Webmajster

      @slowman

      Polecam nie kupować headsetów. Osobiście mogę szczerze polecić polowanie na CAL! (lehusan approves™), a mikrofon to z tanich trzeba po prostu potestować. Ja mam 20-letni mikrofon za 5PLN, który jakością bije na głowę większość współczesnego szmelcu.

      Jeżeli chcesz być wygodny (leniwy) to Creative Fatality zawsze są bezpiecznym wyborem choć ani dźwięk ani mikro nie są nadzwyczajne. EDIT Pechowe egzemplarze Fatality potrafią rozpaść się jeszcze na gwarancji. Choć może to te bardziej szczęśliwe 😉

      EDIT2 CAL! dobrze izolują od otoczenia, ale nie w drugą stronę więc jak masz dużo gości w loszku to będą słyszeć, jeżeli lubisz jak dzbanek przyodziewać tekturowe elfie uszy to muszle mogą okazać się zbyt małe

              1. Private_dzban

                @slowman

                Miałem napisać, że gdybym miał się pozbyć wszelkich zniekształceń i niedoskonałości wyglądu, to musiałbym wstawić jej zdjęcie, a o to chodzi żeby tego nie robić.
                Słabo trochę kiedy pomysł na odpowiedź został zawarty w komentarzu na który chciałem odpowiedzieć 😐

            1. Revant

              @Beti

              Szczerze? Zawsze będę uważał, że słuchanie muzyki nie polega na głośności, a na czystości poszczególnych dźwięków. Wolę więc założyć słuchawki i się odciąć wsłuchując się dokładnie w każdy dźwięk, niż, za przeproszeniem, “napierdzielać” całemu bloku przez ściany.

          1. aihS Webmajster

            @Revant

            Sennheiser ma sens od czterech cyferek więc no ten… CAL! 😉 Ja z takich wypaśnych Sennheiserów zszedłem i cierpiałem straszne katusze, a ja raczej głuchy jestem więc nie wiem jakby to było u kogoś kto ma słuch. CALe to pierwsze “tanie” słuchawki, do których byłem w stanie się przyzwyczaić. Tanie Sennheisery mają słabe opinie.

              1. aihS Webmajster

                @Revant

                Wiesz to zależy do czego porównujesz. Tak jak napisałem jestem głuchy, ale dawno temu na któreś urodziny zostałem uraczony słuchawkami z wyższej półki i ciężko po nich znaleźć coś sensownego. Co do zwrotu masz takie prawo, a jak będzie w praktyce to nie wiem. Jak testować to lepiej znaleźć jakiś wyspecjalizowany sklep, raczej nie dla idiotów, i na legalu posprawdzać.

          1. furry

            @Private_dzban

            Kurczę, wszyscy ten mikrofon polecają a mi nie banglał z W8, ani jak wpinałem do przedniego panelu, ani z byłu bezpośrednio. Dźwięk wychodził przez HDMI na telewizor, pewnie W8 nie ogarniał.

            Przypomniałem sobie, że miałem sprawdzić na W10, choć nie wiem po co, w ostatni piątek znowu przysnąłem po 20.00 🙁

            1. Private_dzban

              @furry

              Jak sprawdzisz na W10, to majki będzie wiedział czy działa szybciej od Ciebie :v
              A mikrofon kupiłem przez przypadek, bo był dołączany do słuchawek 😉 Fajnie, przypnę sobie do klaty – pomyślałem. Dopiero po zakupie pokapowałem się, że nie mam klaty. Ale rozmawiać się da, więc nie narzekam.

    2. michrz

      @slowman

      @slowman
      Nie kupuj headsetów. Zdecydowanie słuchawki + mikrofon.

      Świetne i mało znane słuchawki to Panasonic RP-HTX7. Na Amazonie angielskim praktycznie w permanentnej wyprzedaży po 30 GBP. Czasem są oferty za 25, ale ostatnio takie ceny widziałem około roku temu. http://www.amazon.co.uk/s/ref=nb_sb_noss?url=search-alias%3Daps&field-keywords=Panasoni+Rp+HTX7

      Bardzo fajny model, solidny, z grubym kablem. Grają nader zacnie, ale przede wszystkim są wygodne i bardzo dobrze izolują. Kabel jest krótki, do lapka/mp3 w sam raz, ale jeśli chcesz podpinać do kompa stojącego na podłodze to trzeba sobie przedłużkę sprawić.

      Korzystam od dwóch lat, wyglądają i działają jak nówki.

    3. ixtern

      @slowman

      Z gamingowych headsetów chwalone są HyperX Cloud/Cloud 2 za równowagę między jakością a ceną (choć pewnie nie będą grały muzyki lepiej niż tańsze Superluxy).
      Jeżeli chodzi o headsety Sennheisera, to mówi się, że najlepsze w nich są mikrofony. Jeśli słuchanie muzyki jest dla Ciebie ważne, to rzeczywiście lepszy jest zestaw słuchawki “muzyczne”+mikrofon. Wielu ludziom z różnych względów jednak to nie odpowiada i dlatego mają osobne słuchawki do grania i osobne do muzyki (jak ja).
      CALe – tylko jeśli masz małe uszy.

  2. MusialemToPowiedziec

    Tekst o Marsie i tylko tak mimochodem wspomniany Doom?

    Niech ci będzie, że w ogóle o grach było mało w tekście (bo co ciekawe, jakoś mało gier na Marsie mamy, poza Doom to na wycieczkę po czerwonej planecie zabrali nas w XXI wieku Red Faction (który też z Marsa na jedną cześć uciekł), Destiny, kilka “walking-simulator”, w XX wieku jeszcze kilka ścigałek było i tyle).

    Może to dlatego, że Mars dla nas nie jest “wielką niewiadomą”, tylko jeszcze jedną pustą planetą?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @MusialemToPowiedziec

      Jeśli się temu przyjrzeć, to w ogóle niewiele jest planet naszego układu słonecznego wykorzystywanych w grach. Kto wie, czy Mars i tak nie jest do przodu. Inne od czasu do czasu możemy sobie może pooglądać z zewnątrz. Ale i to nie za często. Twórcy gier, których akcja rozgrywa się w kosmosie wolą, zdaje się, wymyślać własne planety.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Nitek

          Mam wrażenie, że gier fantastycznych nadkrytyczni odbiorcy czepiają się mniej niż książek i filmów. Co innego, gdyby dotyczyły drugiej wojny światowej:).
          Może nowy Mass Effect skupi się na naszym Układzie Słonecznym? Na Księżycu już Shepard był.

  3. Yanecky

    Ciekawy tekst. Z nowszych powieści mi został w głowie Mars i agorafobiczni marsjanie z cyklu Coreya, a także Mars jako siedziba bogów z Ilium i Olympos Dana Simmonsa. A Burroughsa cyklem marsjanskim (3 tomami) zaczytywałem się w dzieciństwie, potem książki mi zginęły, a ja nie mogłem sobie po latach przypomnieć, kto to napisał (i nakładało mi się to z książkami księżycowymi Żuławskiego).

  4. mr_geo

    Nie bardzo trybie to ciągłe narzekanie że “John Carter ze muwi” brzydki jest, be, fuj, nieudany, klapa i w ogóle to ma świerzb, trąd i owsiki. Ktoś się spodziewał po produkcji klasy Space Conan, wypchanej kliszami i stereotypami jak dobry kulebiak farszem, ważkich odniesień filozoficznych, głębokiej fabuły i eschatologicznej zadumy? To miało być lekkie, łatwe i przyjemne kino akcji gdzie heros obija róznych złych i zdobywa seksowną księżniczkę w bikini z kolczugi wraz z przypisaną owej zawartości bikini połową królestwa. I taką rolę spełnia więcej niż zadowalająco.

    I żeby w tekście o Marsie w literaturze popularnej opuścić K.S. Robinsona i jego “[wstaw kolor RGB] Mars”. Bosman, bójże się żony albo chociaż boga…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @mr_geo

      Auć. Tu mnie dopadłeś. Wielka opowieść o terraformowaniu. Wypadło z głowy. Moja wina.

      A ja film John Carter bardzo lubię i boli mnie, ze przepadł. Jako opowieść przygodowa zjada, moim zdaniem , całego Marvela na śniadanie – bo tam są same łupanki (wyłączę z tego spisu “Zimowego Żołnierza”) i tyle. W Carterze była solidna przygoda, fajna mocna laska oraz ponowne spotkanie Juliusza Cezara z Markiem Antoniuszem (który, moim zdaniem ukradł bohaterowi kawał filmu). Mnie się to podobało bardzo.
      Ale widzom nie.

      Podobno Disney zawalił promocję i dlatego tak to wypadło.

      1. Epipodiusz

        @bosman_plama

        nie podobno, ale na pewno disney zawalił promocję. Hype train ruszył ze stacji bardzo powoli i ociężale 2 tygodnie przed premierą ( mniej więcej ) Totalnie nie wiadomo było co to za twór. Ja poszedłem do kina z ciekawości i dlatego, że nic innego nie puszczali. Film niezły , ale nie przyniósł zakładanych zysków i przepadł. A szkoda, wielka szkoda…

      1. furry

        @Wyspa

        Ja się od “Czerwonego” odbiłem, dotarłem tak do 1/3, jakoś zmęczyłem “Lata ryżu i soli” i mogę spokojnie powiedzieć, że Robinson to nie moje porno. Za to dobrze pamiętam “Kroniki marsjańskie”, trzeba kiedyś wrócić.

        Kończę “Marsjanina”, książka wciąga, chociaż jest dość toporna. I jest szansa na dobry film z tego materiału.

    2. MusialemToPowiedziec

      @mr_geo

      Disney zawalił promocję Cartera bardzo, więc się film nie sprzedał tak, by od razu trylogię sfinansować.

      Z drugiej strony, kiedy w czasie studiowania sobie pracowałem sprawdzając w filmach, czy “norweskie napisy pojawiają się wtedy, gdy gra rumuńskie audio, a rumuńskie audio włącza się wtedy, kiedy ktoś na ekranie otwiera usta”, to John Carter był pierwszym filmem (i to na dodatek oglądanym z angielskim audio, więc nawet rozumiałem co się dzieje), który mnie po pierwszym obejrzeniu wynudził.

      I to mówię mimo tego, że obejrzałem dziesiątki odcinków takich hitów jak Bob Budowniczy po litewsku czy Klubik Myszki Miki po norwesku (i nie, nie znam tych języków).

Powrót do artykułu