Spode łba – o co biega z tymi space operami

bosman_plama dnia 8 grudnia, 2015 o 9:05    45 

Siedziało nas trzech: tegoroczny zajdlista, Michał Cholewa, Darek Domagalski, autor dziesięciu powieści, z których żadna nie traktowała o strzelaninach w kosmosie oraz ja. Mieliśmy debatować o rosnącej popularności space oper w Polsce, ale niespecjalnie nam to wyszło, bo przez czterdzieści minut skupialiśmy się na ustalaniu definicji. Nie ustaliliśmy jej, oczywiście, ale doszliśmy przynajmniej do tego, że żaden z nas nie jest autorem space opery.

Prawdę mówiąc nie do końca się z tym zgadzam. Uważam, że ja i owszem, jestem. Nie da się jednak ukryć, że publiczność naciskająca by ustalić tę nieszczęsną definicję, ze wszystkich sił opierała się na klasyce z lat czterdziestych i poddawała się frakcji niechętnej zmianom. A w takim ujęciu space opera może być tylko łatwą, prostą i przyjemną lekturą (filmem, grą) bez światłocieni z nieskomplikowaną intrygą i ogniem z lewej bądź prawej burty. Równocześnie jednak nie może to być SF militarna, która wprawdzie nie bardzo wiadomo czym się różni od space opery, ale można to wyczuć. Piszę to wszystko nie po to, by ponabijać się z publiczności, ani nawet nie po to, by ponabijać się z siebie i kolegów – wszyscy bowiem byliśmy twórcami tego zapędzenia się w kozi róg. Piszę to wszystko, by pokazać, że w literaturze fantastycznej wcale nie jest łatwiej niż w grach, w których przynależność gatunkowa to ostatnio rodzaj gry w grze, a na pewno zagadki.

fortaPodczas panelu, który odbywał się na Nordconie, dowiedziałem się między innymi o tym, że Darek Domagalski walczył o to, by nie mieć statku kosmicznego na okładce swojej nowej powieści, a Michał Cholewa o to, by statek mieć. Na razie Michał statku nie dostał, chyba, że okładka przedstawia jego wnętrze.

Oczywiście, kurczowe trzymanie się zakresów definicji sprzed lat siedemdziesięciu może stanowić jakieś, stosunkowo proste, rozwiązanie. Wtedy jednak space operą nie będzie ani Battlestar Galactica (bo skomplikowane i niejednoznaczne) ani Gwiezdne Wojny (bo fantasy) ani nawet Mass Effect, bo też za bardzo skomplikowany. Lepiej więc chyba uznać, że definicje w literaturze są równie stałe jak uczucia Sookie Stackhouse (heroiny z serialu True Blood, niemal co odcinek – a czasem nawet kilka razy w ciągu jednego odcinka – zmieniającej swoje przekonanie dotyczące faktu, którego z krwiopijców kocha a którego nienawidzi). Na swój prywatny użytek przyjmuję definicję, że space operą jest wszystko co dotyczy strzelanin w kosmosie i nie zostało napisane przez Lema albo Dukaja. Już tu pojawią się zgrzyty, bo znam ludzi uważających Niezwyciężonego Lema za najlepszą space operę w historii. W moim przekonaniu jednak space operę piszesz, bo cieszą cię strzelanki w kosmosie i czasem przy okazji coś opowiesz, albo pokażesz. Lem użył uzbrojonego po zęby okrętu kosmicznego nie dlatego, że cieszył się gdy blastery robiły “piuu piuuu” a rakiety “wziuuuuuu!”, ale dlatego, że taki okręt był mu akurat potrzebny do powiedzenia czegoś o świecie. Równie dobrze można by powiedzieć, że Anna Karenina to western, bo w pewnym momencie do siebie strzelają, albo powieść płaszcza i szpady, bo wspomina się o szablach ewentualnie dramat pijacki, ponieważ pojawiają się opisy hulak.

formy chaosuTrzeba to sobie powiedzieć szczerze. W latach dziewięćdziesiątych laski wygoniły z okładek powieści fantastycznych wszystkie elementy. Różniły się tylko bronią, jaką trzymały w rękach.

Teraz, skoro mamy już jasność co do przedmiotu, należy powiedzieć sobie wprost, że jakkolwiek byśmy się oburzali na odkręconą fizykę w Gwiezdnych Wojnach, wykluczającą możliwość uznania tej serii za fantastykę naukową, to nie są one żadnym fantasy, ale właśnie space operą. Dlaczego? Ponieważ kręci się je – i te lepsze i te gorsze części – z wielkiej miłości do “piuu piuuu” i “wziuuut!”. Jak dla mnie to wyczerpuje temat. Tak samo będzie z Mass Effect oraz z moimi Niebiańskimi Pastwiskami, którym czasem domawia się space operowości ze względu na poruszanie w nich także poważniejszych tematów. Nie szkodzi. Nawet gdyby wszystkie te tytuły były traktatami filozoficznymi, powstały (między innymi) z miłości do rozbłysków i wspominanych już efektów dźwiękowych.

star trekOstatnie Star Treki to właśnie wyraz miłości do “piuu piuu”. Nikt już tu nie marudzi o pierwszej dyrektywie, nikt nie snuje technokratycznych rozważań przed atakiem. Statkiem kosmicznym wystrzeliwuje się prosto przed oczy zdumionych zapóźnionych technologicznie tubylców, a fazery chyba nawet nie mają opcji “na ogłuszanie”.

I tym samym dochodzimy wreszcie do przyczyny całego tego zamieszania, czyli do powtórnego odkrycia radości z kosmicznych strzelanin i serialu The Expanse. Bo tak naprawdę rzeczywiście przez całe lata było raczej cicho w temacie. Być może to wina nowej trylogii SW, która, nawet jeśli nie wywołała u wszystkich rozczarowania, to nie rozpętała dzikiego szału na space operę. Tyle dobrego, że powstały dzięki niej naprawdę fajne space operowe Wojny Klonów. Ale po za tym trudno porównywać jej oddziaływanie z wpływem pierwszych Gwiezdnych Wojen. Na zachodzie pojawiło się za to zjawisko, które nazwano: New Space Opera, nie wiem jednak czy miało ono na celu odreagowanie po SW. Na pewno oznaczało nieco inne podejście do tematu space opery – miała ona przestać być przede wszystkim lekka i bzdurnawa, poruszać poważniejsze tematy, bardziej opierać się na nauce itp.

reynoldsOsobiście nie jestem pewien, czy to na pewno aż taka nowość. Nie da się jednak ukryć, że u Reynoldsa czy Hamiltona (pisarze, których cykle powieściowe ukazywały się u nas w ostatnich latach) nieco więcej jest nauki i poważnych zagadnień niż np. u Van Vogta czy Colina Cappa (bardzo lubię obu autorów, żeby nie było, ale to właśnie autorzy podchodzący do tematu bardziej rozrywkowo, Van Vogt zaczął wydawać w latach czterdziestych ubiegłego wieku, a Kapp w pięćdziesiątych, jednak jego największa aktywność przypada na lata siedemdziesiąte).

przebudzenieNie inaczej jest z cyklem powieściowym Jamesa S.A. Coreya, który wydaje u nas Fabryka Słów (a jeśli coś wydaje FS, to wiesz, że musi być popularne), który stacja Sci-Fi, poza granicami naszego kraju znana jako SyFy, zaczęła produkować jako serial The Expanse. Na początku powieści i serialu starzy fani fantastyki mogą doznać poczucia deja vu, bo dostajemy konflikt między planetami zewnętrznymi i wewnętrznymi oraz samotnego rozbitka próbującego przetrwać na opuszczonym wraku okrętu. Każdy, kto miał przyjemność czytać powieść “opowiadającą o prawdziwych wydarzeniach, które zdarzyły się w przyszłości” (cytat z samej powieści), czyli Gwiazdy moim przeznaczeniem, Alfreda Bestera przez pierwszych kilka minut serialu może odnieść wrażenie, że ogląda ekranizację tej właśnie powieści, tyle, że z dziewczyną w roli rozbitka. Na szczęście potem i Corey i twórcy serialu ruszają już własną drogą.

ex1I wygląda na to, że wreszcie jest dobrze. Ktoś w SyFy poszedł po rozum do głowy i uznał, że próba nakręcenia całego serialu w jednym hangarze udającym i wnętrze statku kosmicznego i bazy orbitalne i miasta na dalekich planetach, musi być skazana na niepowodzenie. Ktoś inny podpowiedział, że jeszcze jedna podróba Firerfly może wcale nie okazać się tak dobrym pomysłem, jak początkowo uważano. W ten sposób odsunięto sposoby na kręcenie np. Dark Matter i Killjoys i zrobiono coś, co scenograficznie i klimatycznie przypomina Battlestar Galactica, ale równocześnie na tyle odchodzi od tamtego serialu fabularnie, że poczucie deja vu nas nie dopada (nie licząc fanów Bestera przez pierwszych kilka minut). Co ważne, jest to serial kręcony na poważnie. Owszem, jednym z bohaterów jest gliniarz balansujący na granicy ciemnej strony Mocy, od archetypów nie uciekniemy. Jak dla mnie ważne jest też, że kosmos nie wygląda w tym serialu jak sklep z zabawkami. Czasem lubię takie podejście, ale lubię też, gdy kosmos jest zimnym miejscem pełnym grozy, lodowatą ciemnością, która łatwo może stać się grobowcem dla nieostrożnych.

ex2

Tak naprawdę teza o tym, że space opera siedziała ukryta gdzieś w cieniu przez całe lata jest tezą łatwą do podważenia. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie niedawno przypuściła coś w rodzaju ofensywy. Jeśli wybierzecie się do księgarni, to na jej półkach więcej znajdziecie książek, na okładkach których będą rakiety bądź dzielni kosmonauci, niż półnagie laski z mieczami. W kinach dopiero co święcili triumfy Strażnicy Galaktyki, zaraz wchodzą Gwiezdne Wojny (i to pewnie nie koniec), a sama stacja SyFy dała nam trzy space operowe seriale (w tym jeden zapowiadający się wyśmienicie).

eliteDo tego dorzućcie gry. Możemy się zastanawiać czy Elite: Dangerous i Star Citizen na pewno da się zaliczyć do space opery (moim zdaniem spełniają warunek miłości do kosmicznych strzelanin). Ale jeśli tak, to kiedy ostatnio mówiliśmy o dwóch tego typu grach produkowanych w mniej więcej tym samym czasie? Do tego dochodzi Mass Effect i wszystko to, co już powstało i za chwilę powstanie w świecie Gwiezdnych Wojen. A o ile zakład, że gdy nowe SW rozpętają szał ostatecznie, w grach indie rozpocznie się rewolucja space operowa. Może zresztą już trwa, ale ja o tym nie wiem?

starcitizen

A w Polsce… No dobra, nie powstał żaden serial i raczej nie powstaje żaden film. Za to książek powstaje rzeczywiście więcej. Tylko w tym roku ukazały się powieści Przybyłka, Podlewskiego, Jamiołkowskiego, Dębskiego i moja. O space operze przebąkuje coś Biedrzycki. W przyszłym roku ukaże się prawdopodobnie kolejny tom cyklu Szmidta. A to, zapewne nie koniec. Co dalej? Może jednak gra? W końcu pojawiły się ostatnio plotki o dziwnych rozbłyskach energii w okolicach galaktyki Chrome.

Świat rozrywki pewnym krokiem wraca między gwiazdy.

 

Dodaj komentarz



45 myśli nt. „Spode łba – o co biega z tymi space operami

  1. MusialemToPowiedziec

    Jak ktoś potrzebuje powodu, żeby polatać: Kanadyjczycy ogłosili listę najlepszych gier z Kanady z ostatniego roku, na liście AssCreed Syndicate jako GOTY i Dragon Age Inquisition z “najlepszym pisaniem” (choć tu konkurencją były dwa różne AssCreedy, więc można trochę wybaczyć, że jednak DAI wygrało z Invisible Inc.).
    Trochę dziwne, ale Fani wybrali Witchera 3 na najlepszą grę międzynarodową – dziwne dlatego, że ani nie zadziałał efekt Halo, ani efekt Bethesdy.

  2. Tasioros

    Gdy swego czasu czytałem jedną z powieści Mike’a Resnicka z cyklu Starship, kolega ujrzawszy książkę gdzieś na półce zapytał, co to jest. A że taka space opera odpowiedziałem. Na to ten zadał mi pytanie, czymże owa space opera jest? Zagiął mnie trochę, lecz po chwili namysłu odpowiedziałem coś w deseń: “Taka tam prosta powieść przygodowa w kosmosie, różne planety i kosmici, statki, krążowniki i walki tychże w przestrzeni za pomocą co najmniej laserów”. Specjalistą absolutnie nie jestem, a i dorobek czytelniczy raczej mam mizerny, ale chyba byłem dość blisko.

  3. Revant

    Mam straszny problem ze space operami i podobnymi im tematami. Uwielbiam Star Treka, uwielbiam Star Wars, podobał mi się Mass Effect, ale jak zabrałem się za Niebiańskie Pastwiska…to utknąłem po wstępie. Ogólnie chyba mam tak, że wolę jednak te wszystkie batalie kosmiczne oglądać lub ogrywać, niż czytać. Bardzo chciałbym spróbować kiedyś na porządnie Lema albo ogarnąć Expanded Universe z SW. Boje się jednak, bo wszystkie próby czytane kończyły się dość szybko. W grach i filmach mam zaś odwrotnie. Weird.

      1. iago

        @bosman_plama

        Ja z pretensjami, Bosmanie, do “Niebiańskich pastwisk” (wiem, świnia jestem, bo pożyczyłem zamiast kupić, ale ostatnio mam mały budżet na książki). Dlaczego, ach, dlaczego nie ma u Ciebie “weberowskiego” infodumpa z wyjaśnieniami zasad świata gdzieś przed 50 stroną? Wszyscy, od narratora po halabardników dziesiątego chóru, wiedzą jak to działa, a czytelnika trzymasz w zupełnie-nie-błogiej-za-to-wpieniającej niewiedzy. Czy potem jest wszystko wyjaśnione, czy też muszę się zaopatrzyć w wikipedię?

          1. iago

            @bosman_plama

            Rozumiem i przyjmuję do wiadomości. Chciałem tylko zasygnalizować, że niezrozumienie zasad działania świata utrudnia (podkreślam – mi utrudnia) czerpanie przyjemności z obcowania z intrygą i fabułą (bo część kwestii bohaterów jest szumem z niewiadomą wartością informacyjną). Ale skoro się wyjaśnia to zagryzam zęby i czytam dalej.

  4. furry

    Z gatunkiem hucznie zwanym space opera zawsze kojarzył mi się cykl o Honor Harrington, którego jakoś nigdy nie mogłem napocząć, mimo że pierwsze części są dostępne zupełnie za darmo (po angielsku). Nie wiem dlaczego, nie wiem czy działa tu mechanizm “jak coś jest za darmo to na pewno słabe”, czy po prostu jedni wolą jabłka, a inni śliwki? Mam znajomego, który bardzo zachwala, bardzo namawia, a ja jakoś zawsze mam lepsze rzeczy do czytania, wziąłem się za “Sześć światów Hain”, a półeczka wynajmowana u Jeffa Bezosa rośnie szybciej niż ta Gabenowa.

    A propos okładek z lat 90-tych, przypomniały mi się te z  pierwszego wydania Trylogii Hain, bardzo eksponujące gatunek socjologicznego SF tworzonego przez panią Urszulę. 😀

    Jedyną(?) space operą którą dobrze wspominam jest historia statku pilotowanego przez Zaphoda Beeblebroksa, ale to zupełnie inna bajka. I serio więcej nie kojarzę. Tego Reynoldsa i chciałbym i boję się, za to kupiłem kiedyś  dwa tomy “Pustki” Hamiltona w cenie niższej niż butelka dobrego piwa, ale trzeciego chyba nie będzie, więc się kurzy. Jedną z cech dobrej space opery jest rozbicie na co najmniej 30 tomów, koniecznie.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @furry

      Nie jestem pewien tej seryjności. Jeśli mówimy o współczesności, to pewnie tak, ale wtedy ta zasada dotyczy wszystkiego – i fantasy i urban fantasy, horrorów itp. itd.
      W czasach klasycznych nie zawsze tak było. Jasne, cykle były już u zarania gatunku, o czym można się przekonać sprawdzając ofertę wydawnictwa Solaris. Ale nigdy nie powstała kontynuacja “Gwiazdy moim przeznaczeniem”, “cykl” chaosu liczy da tomy. Sniegow machnął trylogię (zapomniałem o niej wspomnieć w tekście). Van Vogt zdecydowanie więcej stworzył pojedynczych powieści niż cykli (a te cykle liczyły maksymalnie trzy tomy). Heinlein też nie szalał z cyklami.

    2. iago

      @furry

      Honorka jest fajna. Militarne sci-fi, dużo strzelania, sympatyczne postacie, a w późniejszych tomach – dużo polityki na międzygwiezdną skalę.
      Ale od polskiego tłumaczenia należy trzymać się jak najdalej. Popełnił je J. Kotarski – niby o zmarłych powinno się mówić tylko dobrze, ale… tłumaczenie było a) “twórcze” (tłumacz dopisywał teksty, których nie było w oryginale…) i b) niechlujne (z tomu na tom inne tłumaczenie tego samego terminu, a przynajmniej raz ta sama osoba pojawia się jako dwie różne, o różnej płci… ).

      BTW: prawie cała seria – aż po War of Honor (oraz 4 zbiorki opowiadań i po jednym tomie z podcykli Saganami Island i Wages of Sin) jest absolutnie legalnie dostępna w formie darmowych ebooków – http://baencd.thefifthimperium.com/ (Shadows of Saganami CD).

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Ziuta

      Rosjanie w ogóle biją nas serialami i filmami na głowę. Zdążyli już filmować Strugackich, Bułyczowa, Łukjanienkę i pewnie innych, o których nie mam pojęcia. Ale faktycznie space oper w tym niewiele. A chętnie bym zobaczył nowocześnie zekranizowanego Sniegowa.

      1. Ziuta

        @bosman_plama

        Może Szefner to wstęp do Sniegowa? W każdym razie szef wytwórni opowiadał, jak to ten serial jest spełnieniem jego marzeń, że zbiera do niego najlepszą ekipę (w tym kolesi, którzy zrobili rosyjskie Life on Mars lepiej od oryginału) i że kasę zebrał przed kryzysem, więc produkcja jest pewna.

        I fakt, ostatnimi czasy Rosjanie robili głównie jakieś paranormalne kryminały i młodzieżówki. Oraz jedno przegenialne słowiańskie fantasy: https://www.youtube.com/watch?v=t2iW3ee0U4Q

    2. Beti

      @Ziuta

      Ruscy też zrobili ten film https://www.youtube.com/watch?v=G-gZqGDaYTY
      Fabuła oparta jest o “Powieść lat minionych” – jeden z najstarszych dokumentów opisujących dzieje słowian, oraz islandzkiej Sadze o królach. Głównym bohaterem jest Włodzimierz Wielki – władca który ochrzcił Ruś.
      Jestem pod ogromnym wrażeniem. Mam nadzieję, że ukaże się w naszych kinach.
      Niektóre ujęcia (np. zimowy las) to mistrzostwo świata <3

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Beti

        Fakt, wygląda czadowo. Rosjanie mają i kasę i poczucie potrzeby promowania swojej kultury i cywilizacji poprzez kino. To coś, czego u nas jakoś nikt nie rozumie, w związku z czym dotacje idą na filmy o tym, że pijemy. Wprawdzie PiS dostrzegł problem, kłopot jednak w tym, że kręcenia takich filmów też się trzeba nauczyć. A u nas nie ma już chyba, kto by pamiętał jak się to robi.

        Swoją drogą przy popularności, jaką cieszą się…. jakby to nazwać… seriale soap history?;)… jest szansa i dla uboższej kinematografii. Inna sprawa, że TVP chyba nie stać nawet na uszycie kostiumów do polskiego odpowiednika “Wspaniałego stulecia” czy “Cesarzowej Qi”.

  5. Cadhi

    Ja do kosmosu jestem sceptycznie nastawiony. Książki o tej tematyce jakoś mnie nie pociągają. Nie wiem dlaczego. Za to filmy już bardziej. Z kolei jeśli chodzi o fantasy (krasnoludy albo coś średniowiecznego) to wolę książki, a filmy tak sobie. Poza tym, wypadają one raczej słabo. Oglądam i narzekam. Np. wczoraj nie wiem czemu obejrzałem film Mythica. Pompatyczna muzyka (chyba tylko 1 motyw) grająca przez niemal cały film dodatkowo szkodził mojej głowie.
    Dzięki wpisowi zainteresuje się serialem The Expanse.

  6. serafin

    Pierwszy odcinek Expanse rzeczywiście ekscytująco obiecujący, mam szczerą nadzieję, że pół budżetu na sezon nie poszło na pilota. I nawet aktorzy mi odpowiadają, a po zwiastunach byłem pewien, że koleś grający Holdena nie będzie pasował do roli. Jest dobrze. Trzy klasy lepiej niż Dark Matter i Killjoys, głównie przez spory budżet. Jak na razie cztery Battlestary na pięć.

    A odnośnie space opery – bardziej niż definicja martwi mnie to, że tak cholernie ciężko znaleźć jakąś dobrą, zwłaszcza jeśli chodzi o cykle. Poza Reynoldsem, Hamiltonem i Corey’ami teraz mamy tylko jakieś pojedyncze rzeczy, a reszta to straszna mierzwa w stylu Starship Resnicka (swoją drogą jak autor Santiago mógł popełnić takiego knota… nie dojdziesz) albo tasiemcowe space-soap jak Honor Harrington (jestem fanem, ale nie jest to wielka literatura). Już militarne sci-fi, które momentami faktycznie trudno odróżnić od space opery trzyma się lepiej, jest świetny Scalzi, jest Troy Rising od Ringo (dużo lepsze od jego Posleen War, które też da się czytać od biedy) i jest znośne Frontlines Kloosa tak bardzo pachnące Wieczną Wojną.

  7. lemon

    Zdaje się, że od jakiegoś czasu (new) space opera stała się marketingowym balonem obejmującym wszystkie opowieści, do których pasują hasła “przygodowa” (zwłaszcza w znaczeniu takim, że łatwa w odbiorze) i “w kosmosie”. Czyli np. “Ślepowidzenie” space operą już nie jest, chociaż nie można powiedzieć, żeby tamtejsi bohaterowie nie przeżywali przygody w kosmosie. Za to gdyby przenieść akcję Ryfterów Wattsa w kosmos, to bez problemu można by ją do space opery zaliczyć. Tak też z grubsza i ja bym to widział.

  8. ixtern

    Space opera… Aby zaistniała space opera, muszą zaistnieć gwiezdne imperia, bez tego trudno mówić o operze. A że, jak wiadomo, imperia bezustannnie walczą ze sobą, więc część militarna jest obowiązkowa.
    Casualowa space opera (jak n.p.Star Wars) rekwizyty zapożycza od niezbyt głębokich nurtów popularnych (imperator, księżniczka), choć elementy kojarzone obecnie z fantasy (moce parapsychiczne, odpowiednik magii) stara się wyjaśniać paranaukowo. Piszę obecnie, bo “naukawe” para-moce objawiły się w S-F dużo wcześniej, niż magia w fantasy (o ile za umowny początek fantasy przyjmiemy Tolkiena, no może LeGuin, bo przecież nie Howarda).
    Wyrafinowane współczesne space opery oprócz tradycyjnych wątków militarnych zawierają również polityczne, ekonomiczne, ekologiczne i jakie tylko chora wyobraźnia autora wypluje (chora, bo przecież żaden “normalny” (mainstreamowy) twórca nie pisze fantastyki, a jak już pisze, to wychodzą gnioty, co jest dowodem, że fantastyka nie jest prawdziwą literaturą).

    A teraz już prywatnie: BOSMANIE!!! KSIĄŻKI!!! Jak się nie zgłosisz, to zacznę rozdawać na lewo i prawo. Ominą Cię takie smaczki, jak “Wygnanie władcy” Adamowa z lat pięćdziesiątych, czy angielski komiks o doktorze Who z lat sześćdziesiątych (trochę podniszczony, ale w twardych okładkach).

  9. lupus_yonderboy

    Ja jeszcze dodałbym cykl “Wojna Wspomaganych” Brina i “Upadek imperium strachu” WJ Williamsa, właśnie ostatnio mnie naszła ochota na space opery i zaliczyłem oba cykle 6+3 w sumie. Niestety wszystko tylko w wersji tradycyjnej po polsku albo ebuki z gryzonia. Swoją drogą, ile kosztuje piratów przeskanowanie książki OCRem i zrobienie z tego mobi? Odkąd kupiłem Kindla wolę czytać na ebooku i zaczynam mieć jak przed laty, kupuję analogową kopię, żeby mieć w domu ale jej nie czytam 🙂 Pamiętam to samo odnośnie muzyki – kupowałem płytę tylko po to żeby empetrójki mieć “legalnie”.

Powrót do artykułu