Spode łba – na łatwiznę

bosman_plama dnia 22 grudnia, 2015 o 8:42    60 

Dziś wszyscy jesteśmy przysłowiowymi gospodyniami domowymi. Wiecie, tymi, które po tym jak już oczyszczą z kurzu wszystkie zakamarki mieszkania, umyją naczynie i wyjmą pieczeń z piekarnika, odkurzą dzieci i pozwolą mężowi zająć się graniem w gry, siadają z ulgą przed telewizorem, by zobaczyć kto z kim, co i dlaczego w ich ulubionej telenoweli bądź soap operze. A potem porozmawiać o tym na necie. Dziś wszyscy robimy tak samo.

To, oczywiście, wina Gwiezdnych Wojen. Nie przypadkiem nazwa “space opera” brzmi dość podobnie do “soap opera”. W tych mydlanych teoretycznie (ale tylko teoretycznie) mniej do siebie strzelają, ale jeśli przyjrzeć się Gwiezdnym Wojnom, reszta pozostaje bez zmian. Nie mniej niż wybuchami kolejnych Gwiazd Śmierci ekscytowaliśmy się zagadką z kim zwiąże się księżniczka Leia, kto jest czyim ojcem bądź bratem. Tak było prawie czterdzieści lat temu i tak jest teraz. Gdzieniegdzie przewijają pytania typu: “ale jaki właściwie był ustrój Republiki i czemu składała się ona raptem z pięciu planet na krzyż?”, ale zdecydowana większość internetu deliberuje nad tym, czyją córką bądź siostrą jest Rey. A część już zastanawia się z kim się dziewczyna zwiąże. Ba, kobieca część internetu zaczyna wysnuwać już bromance między dwoma sympatycznymi kolesiami z filmu. Tylko czekać na fanfiki, które rychło zaczną wykraczać poza nieerotyczne relacje między chłopakami.

reyUbiera się jak jedi, ma droida i potencjał na zostanie herosem. Do tego jest ładna. Nie może nie wygrać.

A wszystko to dlatego, że dziś postacie bywają ważniejsze od fabuły. Fabuła nie pokaże się na przyjęciu w ciuchach, które wszyscy zapragną nosić. Fabuła nie przyjedzie na konwent podbić serca publiczności wesołym zachowaniem. Fabuła nie wda się w romans z drugą fabułą (no dobra, to akurat jest do pomyślenia, wystarczy wspomnieć o pomysłach na pożenienie fabuł Doctor Who i Star Trek, choć to niekoniecznie kwestia fabuły, a raczej światów i bohaterów). Fabuły wreszcie nie da się sprzedać jako figurek albo robocików, którym możemy rozkazywać przez telefon. To wszystko mogą nam zapewnić odpowiednio skrojeni bohaterowie i aktorzy, którzy ich odtwarzają. Częściowo takim bohaterem może być też świat – tak jest właśnie w przypadku Gwiezdnych Wojen, ale też np. Star Trek.

Postacie są więc najważniejsze. A za tym iść musi waga ich relacji z innymi postaciami. Ciekawi nas kto jest z kim, jak i dlaczego, czy ma na imię Rydż, czy Hermiona, czy Rey. Twórcy popkultury (w tym marketingowcy) doskonale to rozumieją, dlatego oferują nam mrowie postaci skrojonych pod nasze potrzeby. Czasem, oczywiście, chybiają. Wtedy powstają Gwiezdne Wojny nr 1,2 i 3, w których najbardziej charyzmatyczną postać uśmiercono w pierwszej części a stworek typowany na największym hit marketingowy niemal uśmiercił trylogię. Spece od kreowania postaci nauczyli się jednak na błędach i nowych bohaterów nowych SW dostaliśmy tak świetnych, że widzowie (ja też) pokochali ich z miejsca. Nawet emo w czarnym płaszczu ma swoich fanów.

rydżRydż jest niemal równie kultowy co MacGyver

Co ciekawe to, co doskonale udaje się filmowcom, serialowcom i komiksiarzom a nawet pisarzom, nie zawsze wychodzi twórcom gier. Ile moglibyście wskazać naprawdę charyzmatycznych postaci z gier? Takich, które osiągnęły miano kultowych? O których fani piszą bromance? Agent 47? Tak, łysol się nada. Asasyn z serii? Już mniej. Przez to, że każdy jest taki sam charakter jednostkowych postaci się zaciera i największą charyzmę ma w tej serii mundurek z kapturem. Jakimś cudem ponad kapturową przeciętność wybił się Ezio i jego gracze pamiętają, nie jest to jednak postać poruszająca tłumy. W sumie, poza graczami (a i to nie wszystkimi) nikt gościa nie zna. Zupełnie innego kalibru postacią jest Lara Croft. Może śmiało stanąć obok Hana Solo i nie czuć się zakłopotana w jego tow… No dobra, nie przy Hanie. Ale przy Indianie Jonesie już by mogła. Zwłaszcza, że spokojnie mogłaby mówić do niego: “tato”.

Ktoś więcej?

kojakNajbardziej kultowy charakternik mojego dzieciństwa.

Wiedźmin Geralt? Fakt, to charakternik, ale nie jest dzieckiem gier, lecz powieści. Nathan Drake? Uczynienie z niego wyłączności Sony ograniczyło jego szanse na prawdziwą kultowość. Przy czym w jego przypadku twórcy załapali o co chodzi – zastanawiamy się więc która z lasek wybierze (i dlaczego wybiera niewłaściwą), kim jest jego przybrany ojciec i jakie relacje łączyły tego ojca z pewną blondyną pojawiającą się w trzeciej części… Tak, twórcy Uncharted doskonale rozumieją o co chodzi w soap operowej popkulturze. Nawet kandydaci na bromance by się znaleźli.

elenaIch dwóch i ta niewłaściwa. Nathan wygląda, jakby sprawdzał, czy obrączka zmieści mu się na palcu, ale znacznie ciekawsze jest to gdzie łapę trzyma Sully (to ten siwy). Zresztą o ile Nathan patrzy na swojego przybranego ojca, to Sully ewidentnie gapi się w biust Eleny. Z takiego jednego obrazka fandom np. Supernatural zrobiłby rozkminę na tysiące wpisów i pewnie z pięćdziesiąt fanfików.

Z jakichś przyczyn gry mniej ociekają kultowymi postaciami niż cała reszta popkultury. No dobra, jest jeszcze Pacman. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że kino wypuszcza tylko w ciągu jednego roku więcej postaci, na których punkcie fani dostają fioła, niż gry przez dekadę. Jasne, ten rok był wyjątkowy przez Gwiezdne Wojny, które tylko w jednym filmie upchnęło całą gromadkę kultowych herosów i przedkultowych herosów. Ale nie zmienia to faktu, że kino nauczyło się już taśmowo generować fajoskich bohaterów, a gry dopiero do tego dochodzą. I nawet jeśli już próbują, to ich sukces najczęściej jest nieporównywalny z sukcesami filmowych kultowości.

Być może problem wynika ze specyfiki gier. Najważniejsza postać w nich to ta, którą prowadzimy. Gdy gramy w FPP zwyczajnie nie widzimy swojej gęby, a trudno stworzyć charyzmatycznego kultowego charakternika w oparciu o krajobrazy przed jego oczami. Da się oczywiście, co udowodnił Half Life. Ale z Call of Duty: Modern Warfare 1 zapamiętaliśmy raczej Price’a, niż MacTavisha. Ten drugi otrzymał charakterną gębę dopiero w drugiej części gry i prawdę mówiąc natychmiast zdobył moją sympatię. Z kolei cRPGi, w których możemy stwarzać postać jaką chcemy stają przed problemem nadmiarowości bohaterów. Mass Effect zdołał z tego wybrnąć promując wszędzie jedynie słuszną gębę Sheparda, ale Dragon Age już nie powtórzyło tego sukcesu. Inna sprawa, że przynajmniej w Polsce nie tyle Shepard dorobił się kultowości, co raczej hasło, że facet nie wie na co się porywa.

soapNajwiększy wstrząs w CoD:MW2? Jak dla mnie odkrycie, że w pierwszej części byłem tym gościem z takim fajoskim irokezem.

W efekcie zapamiętujemy głównie bohaterów gier TPP. Oraz czarne charaktery. Jeżeli na jednej szali wagi położylibyśmy doskonale pamiętanych growych drani a z drugiej pozytywniaków, obawiam się, że dranie by przeważyli. Czy ktokolwiek – poza Larą – może równać się z kultowością takiego Piramidogłowego? Z pierwszego Fallouta jedną z najlepiej zapamiętanych postaci był Mistrz. Far Cry 3 nie stał głównym bohaterem, ale jego głównym ześwirowanym wrogiem (numer spróbowano powtórzyć w FC4). Oczywiście, filmy, seriale, komiksy itd, też mają swoich przepotężnych drani, czy Vadera czy Hannibala Lectera. Ale nie przede wszystkim drani.

piramidogłowySpróbuj podskoczyć temu po lewej

To zacznie się zmieniać. Przykład Uncharted pokazuje, że bardzo prawdopodobna jest przyszłość, w której postacie z gier będą masowo dorabiać się zaginionego rodzeństwa i miłości życia do wyboru. Oferowanie najlepszych tytułów na wyłączność jednej bądź drugiej konsoli (albo PC) utrudni osiąganie im statusu porównywalnego z Batmanem, czy Hanem Solo. Bo cóż z tego, że jakaś część świata będzie miała mokre sny na temat Bayonetty, skoro reszta świata nawet nie rozpozna jej na obrazku. Ale świat się zmienia. Kto wie, czy za pięć lat bardziej niż sposobem na wykonanie zadania Agenta 47 nie będziecie się ekscytować tym czy wybierze na asystentkę blondynkę czy brunetkę i czy ta ruda to jego siostra, czy też zapomniana w wyniku wypadku dawna kochanka. No i czy główny przeciwnik jest naprawdę jego synem, czy tylko udaje.

Obrazek tytułowy pokazujący jakimi ścieżkami chodzą myśli (i marzenia) fanów, to fragment większej całości, którą możecie znaleźć w galerii AlienFodder, o tu.

Dodaj komentarz



60 myśli nt. „Spode łba – na łatwiznę

  1. MusialemToPowiedziec

    “Ba, kobieca część internetu zaczyna wysnuwać już bromance między dwoma sympatycznymi kolesiami z filmu. Tylko czekać na fanfiki, które rychło zaczną wykraczać poza nieerotyczne relacje między chłopakami” – czekać? Już są.

    Jest też dość prosty powód, dla którego bohaterowie FPSów są tacy nierozpoznawalni – twórcy gier z jakiegoś powodu nie lubią luster.

    1. Eschelius

      @MusialemToPowiedziec

      5 minut od wydania nowego dzieła popkulturowego w sieci jest 1000 fanfików z gejowskimi związkami. Absolutna norma. A przodują w tym fanki mangi/anime, chociaż fandom Supernatural jakoś specjalnie też nie odstaje.

      Z Mass Effecta to najciekawsi akurat byli Wrex i Garrus (chociaż ten się wpisywał w stereotypy, najpierw gliny ograniczanego paragrafami, a potem renegata), cała reszta była mocno meh.

  2. slowman

    Takie coś mi wyskoczyło na facebooku:
    “Na fazie ‪#‎StarWars‬, nadrobiłam wszystkie odcinki 2. sezonu Star Wars Rebels – i trzeba powiedzieć, że ten serial przeszedł niesamowitą zmianę na lepsze. Poważniejszym klimatem, głębszymi story arkami i połączeniem działań faktycznej Rebelii z Jedi i Mocą (nie wspominając o świetnych scenach akcji i nie tylko) zaczyna wyglądać i czuć jak moje ukochane ‪#‎TheCloneWars‬. Jeśli wahacie się po 1. sezonie, możecie spokojnie dać Rebeliantom kolejną szansę ”

    Prawda to? Da się oglądać bez znajomości 1 sezonu?

    1. aihS Webmajster

      @slowman

      Ja obejrzałem jakieś 80% pierwszego sezonu i nie byłem specjalnie załamany – równie to słabe jak początek CW, ale wciąga. Jeżeli drugi sezon Rebels powtarza ewolucje CW to można się tylko cieszyć bo w takim razie sezon 5 będzie w przyszłości zrywał czapki z głów 😉

      1. slowman

        @aihS

        Oglądam jeden odcinek serialu na tydzień i muszę wybierać rodzynki, więc inne pytanie. Które sezony CW są takie fajne-fajne i czy da się je oglądać bez wcześniejszych sezonów lub ewentualnie da się streszczenie najważniejszych rzeczy z wcześniej wyprosić u np. siwowłosego z żółtaczką?

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @aihS

            Bosman nie pomoże, bo ogląda jak leci. Pierwsze odcinki mnie do tego stopnia nie porwały, że zrobiłem sobie przerwę uznając wyższość Kronik Yody. Ale potem wróciłem, odnotowałem rozwój, ucieszyłem się z pojawienia się postaci z innych GW i czekam co będzie dalej pamiętając, że nie od razu Clone Wars zbudowano.

  3. Wyspa

    Um… ale gry w pewnym okresie wręcz na postaciach stały… no może nie PCtowe ale przeca wszystkie największe marki Nintendo na postaciach były (i są) oparte i to w czasach gdy człowiek jak myślał gry to miał właśnie Nintendo na myśli (ew. automaty).
    Donkey Kong, Link, Star Fox, Mario, Samus, Alucard i tak by wymieniać…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Wyspa

      To były wszystko postacie z czasów, gdy widzieliśmy kim gramy. W tej chwili są bardziej mityczne niż Han Solo w “Przebudzeniu mocy” albo uczciwe podatki. No i zyskały sławę głównie dlatego, że często stanowiły jedyny wyróżniający się element otoczenia;).

      1. Wyspa

        @bosman_plama

        Co nie znaczy że można im odmówić kultowości. W Polsce trochę to przeszło bez echa ale na zachodzie, a szczególnie za oceanem te postaci do tej pory furorę w pewnych kręgach robią i są już raczej ikonami popkultury nie mniejszymi niż ich filmowi bracia.
        Powiem tez szczerze że ostatnio w kinie też nie widzę jakoś szczególnie wysypu nowych potencjalnie kultowych postaci… połowa to zgraja znana nam z komiksów już od wielu wielu lat, przeniesiona ostatnio na ekrany kin, następni to odgrzewani bohaterowie lat 80 i 90. W grach jest podobnie, żyjemy w erze sequeli i remaków.
        No i też nie jest tak że nowe postaci się nie pojawiają, choć pewnie nie siedzą w kręgu naszych zainteresowań. Ja tam zupełnie nie kojarzę bohaterów takiego LoLa czy DOTY ale po wysypie cosplayerów można się domyślić że coś tam jest na rzeczy, taka Moxxi z Borderów też praktycznie na każdym konwencie jest. Kolejne iteracje Snake’a ciągle dają sobie radę a takie trio z GTA V to już praktycznie pewniak jeżeli chodzi o ich status.

  4. larkson

    “Ale z Call of Duty: Modern Warfare 1 zapamiętaliśmy raczej Price’a”

    Za co go zapamiętaliśmy? No chyba tylko za to, że miał wąsa. No i może za teksty typu “Zrób to” “Zabij tego”. Nie wiem czemu ludzie lubią postacie z CoDów jak to są ludki praktycznie bez osobowości. Podobnie jak Gordon Freeman, którego gębę znamy tylko i wyłącznie z pudełka i materiałów promocyjnych.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @lemon

        Reznov jest spoko, ale to inna seria, inni twórcy i w ogóle. Ale oni też dostrzegli potencjał, dzięki czemu ciągnęli to dalej – z lepszym lub gorszym skutkiem. Ale ja akurat pałam większą sympatią do Price’a, może dlatego, że był pierwszy? Może dlatego, że lubię film “Twierdza”, z którego pożyczono to i owo w CoD:MW2?

  5. thewhitestar

    Średnio mnie obchodzą Gwiezdne Wojny, toteż nie bardzo mam ochotę oglądać tego całego filmu o którym gdzieniegdzie ostatnio się mówi i pisze. Ale jedna rzecz mnie ciekawi, powiedzcie mnie, czy głównymi bohaterami najnowszej części, zgodnie z trendem amerykańskiej poprawności politycznej jest: kobieta, murzyn i gej?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @thewhitestar

      Trochę tak, a trochę nie. Bo dzięki konstrukcji postaci to są po prostu fajni bohaterowie, a nie płcie czy rasy. To albo triumf politpoprawności, której do tej pory takie rzeczy nie wychodziły i zawsze było widać, że wciskają tą poprawność na siłę, albo triumf dobrej przygody, dla której właśnie fajność bohaterów jest najważniejsza. Osobiście stawiam na to drugie, bo tak lepiej mi się ten film ogląda.

      1. slowman

        @bosman_plama

        A jak w filmie pojawia się źle napisany biały heteroseksualny mężczyzna, to to jest porażka antypolipoprawności? Nigdy czegoś takiego nie czytałem na gikzie chyba, choć przysiągłbym, że na paru podobnych bohaterów narzekałeś (dobra, zakładam, bo tylko pamiętam, że narzekałeś też na inne sposoby niż tylko “pp psuje” a też większość bohaterów jest raczej bliższa temu typowi) 😀 Przepraszam, ale tak śmiesznie wygląda takie pisanie jakby tylko podważając status quo człowiek wpadał w sidła ideologii.

          1. slowman

            @bosman_plama

            “We didn’t write Fin to be any color or anyone to be any color,” he added, referring to John Boyega’s character in the film. “We just cast the movie.”
            http://time.com/3954441/j-j-abrams-diversity-star-wars/

            Widocznie JJ nie kierował się żadną ideologią, skoro tego ideologicznie nie argumentował. 😉 A przynajmniej nie słyszałem o tym, że JJ argumentowałby taką obsadę przez pp.

            Poza tym wsadzanie białego heteroseksualisty nie musi być ideologicznie argumentowane, bo nikt o to nie pyta.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @slowman

              Można jednak zwrócić uwagę, że wypowiedział się w kontekście rasowym, więc z jakichś przyczyn czuł taką potrzebę.

              Nikt o białego hetero nie pyta? A widziałeś dyskusje pod trailerami nowego filmu o egipskich bogach? Czytałeś o oburzeniu wywołanym “Sztandarem chwały” Eastwooda? Albo kolorem skóry Mojżesza w “Exodus”? Oj, padają pytania o tych białych, są protesty w sprawach białego koloru skóry aktorów.

              1. slowman

                @bosman_plama

                Pewnie czuł taką potrzebę w związku z pytaniem o zróżnicowanie. 😉

                Mojżesz to inna sprawa, bo on chyba powinien być nieco ciemniejszy, więc to niekoniecznie pp, a po prostu jakaś ideologia nie pozwalająca też wyjść z pomysłem filmu z czarnym Kennedym, czy innym słynnym białasem. “Sztandar chwały”, racja, tam chyba jakiś indianin*… nie wiem, nie oglądałem. Poza tym jest trochę inaczej mówić w kontekście głównych postaci czystej fikcji a postaciami historycznymi – nikogo się nie wyczernia, nikomu się nie zmienia płci w Star Warsach przecież i nie można nawet mieć takich podejrzeń.

                *A w wypadku “Sztandaru chwały” mogło chodzić o indianina (nie znam dyskusji tak tylko na boku) http://www.filmweb.pl/film/Sztandar+chwa%C5%82y-2006-193980/discussion/Ta+najs%C5%82ynniejsza+fotografia+jest+jednocze%C5%9Bnie+najwi%C4%99kszym+fa%C5%82szerstwem.,1699477#post_8492930

                E: Odpowiadający na pytanie o “Exodusa” musiał się poprzeć jakąś ideologią. Choćby “wierzę, że był biały” nie jest nieideologiczna.

              2. bosman_plama Autor tekstu

                @slowman

                W przypadku “Sztandarów’…” Spike Lee pojechał Eastwooda za rasizm, że wszyscy żołnierze amerykańscy byli biali (na co Eastwood odparł, że jak kręci film historyczny to w realiach, a ponieważ ma pozycję jaką ma, to wystarczyło – choć pewnie nie Spike’owi Lee).

                W przypadku “Exodusu” i tego filmu o bogach egipskich (tam zresztą twórcy się pokajali, co zabawne, użyli podobnych słów jak Adams, że tak wyszło z castingu, ale dodali, że przepraszają) dotykamy prostej sprawy – albo nie kolor skóry ma znaczenie, tylko aktorstwo i wtedy nie czepiamy się Hermiony o ciemnej skórze (ostatnia aferka), afrykańskiego boga nordyckiego, ale i białych bogów egipskich i Mojżesza, albo kolor skóry ma znaczenie i nie pierniczymy o rasizmie, gdy pojawiają się zdziwienia, że np. Nick Fury zmienia kolor.

              3. slowman

                @bosman_plama

                Jak pisałem wyżej, jest inaczej mówić o kolorze skóry postaci historycznych a inaczej o fikcyjnych (w tym nordyckich bogów). Głównie dlatego, że wtedy pojawiają się nie tylko przekonania (czy jak kto woli – ideologie) nt. pp, ale i te, które mówią o tym jak ma się mieć film do historii świata w ogóle. Chociaż sam nie miałbym problemu z czarnym Piłsudskim, to jednak łatwiej mi zrozumieć oburzenie z tego powodu niż oburzenie czarnym Bondem.

                Dlatego napisz o jaką białą postać fikcyjną zadawano pytania, sugerując, że musi być niebiała tak po prostu, bez powodu innego niż pp. Tak jak przy Bondzie i Albie (skojarzenie czarny – dzikus – nie-Bond to rasizm), czy wspomnianej Hermionie (jeżeli akurat się nie mówi, że musi nią grać Emma, bo przyjmowanie możliwości zmiany aktorki, ale nie koloru skóry to też rasizm), choćby. Tylko takie porównanie ma sens.

              4. bosman_plama Autor tekstu

                @slowman

                Trochę przestaję Cię rozumieć. Zakładam, że pisząc “Alba” masz na myśli Idrisa Elbę, tylko dopadło Cię przejęzyczenie kontekstowe.

                Kiedy piszesz do mnie: przedstaw porównanie sytuacji co do przecinka identycznych, to muszę Ci odpowiedzieć, że takiego porównania nie dostaniesz. Po pierwsze go nie ma, bo świat jest na to zbyt różnorodny, po drugie zaciemniałoby całą sytuację upraszczając zjawisko, które w istocie jest złożone.

                Każda kultura ma swoich bohaterów – fikcyjnych albo nie. I każda reaguje rozdrażnieniem, gdy uważa, że film narusza granice jej wrażliwości. Iran protestował przeciw filmowi “300”. Komuś nie podobają się biali bogowie egipscy. Komuś nie podoba się afrykański Nick Fury. Jest pewna blogerka, która uwielbia tą abominację, jaką jest serial “Muszkieterowie” i tłumaczy, że nie wolno wszędzie domagać się wierności historycznej w popkulturze, ale zmiażdżyła drugą część filmu “300” krytykując ją za nieścisłości historyczne. To elementy tego samego, albo bardzo podobnego zjawiska. Nie da się wyciąć z niego próbki i powiedzieć: “a teraz opowiedz mi tylko o tym fragmencie ignorując resztę”.

      2. maladict

        @bosman_plama

        Trochę tak, a trochę nie. Bo dzięki konstrukcji postaci to są po prostu fajni bohaterowie, a nie płcie czy rasy. To albo triumf politpoprawności, której do tej pory takie rzeczy nie wychodziły i zawsze było widać, że wciskają tą poprawność na siłę, albo triumf dobrej przygody, dla której właśnie fajność bohaterów jest najważniejsza. Osobiście stawiam na to drugie, bo tak lepiej mi się ten film ogląda.

        Też się nad tym przez chwilę zastanawiałem i cieszę się, że się mogę z tobą zgodzić, choć przez moment rozważałem trzecią mozłiwość – zobojętnieliśmy na politpoprawność do tego stopnia, że już nie dajemy latającego faka.
        Inna prawa, że ja przestałem dawać faka po obejrzeniu Branaghowskiej adaptacji Wiele hałasu o nic, gdzie Keanu Reeves i Denzel Washington grali braci.

  6. Revant

    Dla mnie kultowy jest Sam Fisher, ale tam romansów mało, a im dalej w serii tym gorzej, więc już raczej utracił możliwość na poszerzenie swojej widowni. Piramidogłowy to miód, choć dopiero w pełni doceniłem jego “straszność”, jak przeszedłem grę ponownie, ale z większym skillem w j. angielskim 😉

    Offtop – nie ma to jak zacząć dzień od wyrwania komuś błotnika, gdy robi się manewr wymijający typa wymuszającego pierwszeństwo. Typ znika, a ja panika. Policja, 2 stówki w pizdu, a i składki w pizdu. Miodzio.

    1. lemon

      @larkson

      Masz na myśli aktorów czy ich postacie? Na pewnym poziomie podobieństwa oczywiście są: piękne i urocze młode osoby, sieroty (albo “sieroty”), ustawione nisko na społecznej drabinie, anielsko niewinne, które przeznaczenie wybrało do wielkich czynów… – listę takich postaci można by jeszcze rozwijać.

Powrót do artykułu