Spode łba – gry wszędzie

bosman_plama dnia 3 lutego, 2015 o 8:26    43 

Zrobiło się prawie gorąco w komentarzach pod głosowaniem na gry roku, ale nie tyle za sprawą wzbudzających wielkie emocje kandydatów co opcji politycznych. Cała ta dyskusja przypomniała mi, że istnieje coś takiego, jak polityka (wiecie, “najszlachetniejsza ze sztuk”, jak napisał koleś edukujący Aleksandra W. na utracjusza i podbójcę świata) oraz, co jeszcze gorsze, politycy. To zaś zaowocowało przeglądnięciem ich wyczynów z ostatniego pół roku, podczas którego o nich zapominałem. I wiecie co? Ci ludzie za mało grają.

Dawno, dawno temu posadzono iluśtam kandydatów na obiboków przed komputerami i kazano zagrać im w Sim City 2000, żeby pokazali co wiedzą o zarządzaniu miastem. Część z nich powrzucała kosmiczne podatki i nikt nie chciał u nich mieszkać, ale sądząc po kolejnych zmianach przepisów podatkowych niewiele ich to nauczyło. Pewnie uważają, że jest “prawda życia i prawda ekranu”. Mimo wszystko istnieją przykłady na to, że gry można wykorzystywać w edukacji. Może tylko trzeba trafić na mniej opornych edukowanych?

sim cityTa gra mogłaby nosić tytuł: “zdążyć przed Godzillą”. Uczy, między innymi, że choćbyś nie wiem jakim był geniuszem zarządzania, zawsze może przyjść ktoś, kto Ci wszystko zdepcze.

Dobra, dość wyzłośliwiania się. Gry zrobiły w ostatnich latach zawrotną karierę. Nie dość, że przez rewolucje: mobilną oraz społecznościową grają w nie nawet te nobliwe matki, które na co dzień się z gier nobliwie naśmiewają, to jeszcze używają ich niektóre armie do szkolenia żołnierzy, a szefowie jednych rządów wręczają je szefom innych jako dowód sukcesu swojego kraju. Poza tym są gry instrumentem tak potężnie wpływającym na ludzi, że odpowiadają za większość zła na świecie, o czym chętnie donoszą brukowce (inna prasa już chyba nie istnieje). Czy nie jest to wielka kariera?

Mimo wszystko wydaje się, że gry nie zostały docenione – pomijając kwestię zła na świecie. Tacy kandydaci na sejm na przykład na wszelki wypadek nie przyznają się, że w nie grają. A przecież każdy powinien przynajmniej godzinę dziennie poświęcić na obowiązkowe granie w zarządzanie miastem, albo poszaleć na Quake Live. Pierwsze pozwoliłoby mu liznąć nieco wiedzy na temat jego pracy, o której zwykle ma mizerne pojęcie. Drugie dałoby mu szanse się odstresować. Właściwie należałoby wręcz postawić jakiś sejmowy serwer, na którym posłowie i posłanki odstrzeliwaliby sobie nawzajem głowy. Może gdyby poseł z partii prorządowej wyżyłby się na posłach z partii antyrządowej nie traciłby czasu na mównicy sejmowej na ciskanie retorycznych pocisków i zająłby się pracą? Przecież ci nieszczęśnicy używają sejmu właśnie jak Quake – do nawalania w przeciwników. A tak mieliby to z głowy, emocje by opadły, złość by przeszła.

quake_live2Posłowie z prawej sceny politycznej z pewnością ochoczo strzelaliby do czerwonych

Premierem mógłby zostać ktoś z największą ilością fragów.

Albo niekoniecznie. W ramach jednej partii, albo jeszcze lepiej – koalicji, posłowie graliby np. w Armę ucząc się na czym polega współpraca. Już po kilku sesjach partie i kluby poselskie działałyby sprawniej. Wiedziałyby co oznacza stawianie sobie celów i ich realizacja, na czym polega trzymanie się wyznaczonych ról itp. Kandydaci na liderów musieliby wykazywać się umiejętnością planowania akcji i dowodzenia grupą.

Arma3Józek zapomniał, że to nie sejm – tu trzeba myśleć co się robi – i dostał kulkę.

Przy odrobinie szczęścia tak bardzo skupiliby się oni wszyscy na graniu, że zapomnieliby rządzić.

I świat od razu zrobiłby się, dzięki grom, lepszy.

 

Dodaj komentarz



43 myśli nt. „Spode łba – gry wszędzie

  1. Iago

    Abstrahując od polityki: Kerbal Space Program ma specjalną wersję przystosowaną – jako narzędzie dla nauczycieli – do nauczania fizyki. W dodatku wersja ta jest trochę tańsza (szczególnie, jeśli wykażesz się zatrudnieniem w stosownej placówce edukacyjnej) od komercyjnej.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Iago

      No proszę, o tym nie wiedziałem.
      Osobiście doświadczyłem edukacyjnej roli gier gdy zaciskałem zęby starając się zrozumieć teksty w anglojęzycznych wersjach Fallouta. Oczywiście, moje słownictwo nabrało po tym specyficznych odcieni.

            1. Iago

              @MusialemToPowiedziec

              Takie podejście potrafię zrozumieć u ludzi 40+, którzy dorastali za ostatnich podrygów komuny i po prostu nie mieli okazji nauczyć się angielskiego. Ew. u tych, którzy w szkole mieli niemiecki.

              Dla mnie wersja anglojęzyczna jest zawsze lepsza (nie muszę się domyślać co tłumocz miał na myśli, cierpieć koszmarnych kalek językowych, obawiać się niekompatybilności modów czy spóźnionych patchy). Ale to ja, ja w ogóle dziwny jestem.

              1. aihS Webmajster

                @Iago

                Nie mam problemów z angielskim w grach, ba, to dzięki grom opanowałem masę zupełnie zbędnego na co dzień słownictwa :), ale z wiekiem stałem się leniwy. Jeżeli jest dostępna wersja zlokalizowana to nie chce mi się bawić z angielską. Oczywiście daleki jestem od ignorowania gier ze względu na brak spolszczenia.

              2. iHS

                @Iago

                E, mam tak samo. Czuję silną alergię na polskie tłumaczenia. Przy każdej grze orignowskiej spędzam obowiązkowe długie chwile na przywracaniu nielegalnej anglojęzycznej wersji (Dzięki temu nie mogłem się cieszyć ani Diwinią Świętojebliwą, ani żniwiarzami). Choć do tej pory nie wiem jak brzmiał Maleńczuk jako kapitan Bailey,a to akurat chciałbym usłyszeć. Jednak ilość żartów, niuansów, powiedzonek jaka umyka przy tłumaczeniach, które, umówmy się, są coraz częściej ordynarnie robione na kolanie będąc znacznie trudniejsze niż tłumaczenia takiej książki -ja dziękuję, biorę w oryginale. Po polsku gram w wiedźmina za to.

              3. Iago

                @iHS

                Steam umożliwia w większości przypadków instalację dowolnej wersji językowej. Nawet w tytułach zakupionych w PL (miałem np. pudełkowe Dawn of War II od CDProjektu, które od razu zainstalowało się po angielsku). Zmorą natomiast są tytuły, które odczytują lokalizację z ustawień systemu i na tej podstawie wybierają język, ignorując ustawienia użytkownika (Gauntlet tak robił – zmieniałem lokalizację w systemie na angielską, żeby to rozwiązać; potem dodali swobodny wybór języka).

                Dowcip polega na tym, ze jestem już praktycznie dwujęzyczny: większość tego, co czytam, jest po angielsku (nie tylko w necie, wliczam książki stojące na moich półkach), filmy oglądam po angielsku (lub z angielskimi napisami, jeśli oryginał nie jest angielski), tylko z ludźmi w domu i na ulicy rozmawiam po polsku.

                I jeszcze taki drobiazg: spora część tytułów ma multiplayer. Tłumaczenie terminów powoduje problemy z porozumieniem się w wielojęzycznej społeczności (i – ogólnie rzecz ujmując – powstanie getta/fragmentaryzację społeczności). No chyba, że ktoś gra tylko z krajanami. Ja jakoś nie lubię słuchać “k….” co drugie słowo. Żeby nie było wątpliwości – słyszeć “f…” co drugie słowo też nie lubię.

              4. Garett

                @Iago

                Mam bardzo podobnie, choć książki nadal czytam w większości po polsku, ale gry, filmy itd. itp. to głównie po angielsku (jeśli angielski jest językiem oryginału oczywiście). Istnieje tylko kilka wyjątków: Wiedźmin (nie wyobrażam sobie tej gry po angielsku, po prostu nie) i filmy animowane, bardzo często polskie tłumaczenia i dubbing jest zwyczajnie lepszy od angielskiego.

              5. bosman_plama Autor tekstu

                @Iago

                Na szczęście doświadczyłem mistrzowskich spolszczeń w BG2 czy P:T. One do tego stopnia przekonały mnie do języka polskiego w grach, że zazwyczaj ustawiam go sobie jako podstawowy. Lenistwo też gra rolę, oczywiście.
                Ale dobre lokalizacje to coś, czego nie warto przegapiać. Np. seria: “kurwakurwakurwakurwaaa!” wyrzucona przez Pazurę w Bad Company2 brzmiała w moich uszach dużo lepiej niż “fuckfuckfuckfuck!” w wersji angielskiej.

              6. Iago

                @bosman_plama

                Też doświadczyłem. I sobie chwaliłem. Ba, są całe serie (np. Gothic), których nie wyobrażam sobie niezlokalizowanych. Oraz – dla odmiany – nie wyobrażam sobie grania w Wiedźmaka po angielsku.
                Edytka: choć Charles Dance jako Emhyr var Emreis kusi…

                Tyle, że jakość tłumaczeń od czasów BG i “Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” w wykonaniu Fronczewskiego drastycznie wręcz spadła (przykład: w wydrukowanej instrukcji do NWN2, też od CDP, “turn undead” – kapłański feature odganiający umarlaki – przełożono na “stawać się umarłym”. Argh). W dodatku pojawił się idiotyczny trend lokalizowania (bo to nie jest tłumaczenie) nazw własnych (przez co w Skyrimie PL pojawiły się koszmary, które cytował mi znajomy: Nocnica czy Pęknina). Winię Łozińskiego.

              7. Garett

                @Iago

                Przy NWN to jest problem w ogóle D&D i wydawnictwa Wizardsów w Polsce. Mój boże jakie głupoty potrafili tłumacze pisać w 3 i 3,5 ed to głowa mała, plus zero konsekwencji pomiędzy księgami (nie zawsze, ale jednak), także jeśli w jednej coś się nazywało tak i tak to wcale nie znaczyło, że w drugiej będzie to przetłumaczone tak samo.

              8. bosman_plama Autor tekstu

                @Garett

                W NWN2 przynajmniej zebrali niezłą paczkę: Zborowski, Fronczewski (trochę zmarnowany), Kowalewski, Talar.
                Tyle, że grze zabrakło dialogów i “setek”, które pozwoliłyby tym aktorom rozwinąć skrzydła. Grze brakowało pomysłu na postaci. Niby z nimi kombinowano, ale wyszły nijako.

              9. mr_geo

                @Iago

                Ja omijam “polskie tłumaczenia” i “polskie wersje językowe” gier nie-polskojęzycznych jak plagę eboli i ankieterów partii politycznych. Po pierwsze primo: dobór głosów jest tragiczny (tak tak, Fronczewski, tak tak, Pazura wiem; tyle że jeśli wlewasz szklankę zacnego wina do wanny pomyj to nie znaczy że otrzymujesz wannę zacnego wina), po drugie primo w 95% jakość tłumaczeń powoduje szczękościsk i chęć zatłuczenia autorów słownikiem języka polskiego. Co więcej, w pseudo patriotycznym zacietrzewieniu “tłumacze” rzucają się też na spolszczanie towarzyszących grze “technikaliów” co powoduje wręcz językową Hiroshimę (pic related, i nie, to nie jest photoshop…).

                http://zapisz.net/view.php?filename=462_ceasar4_wtf.jpg

                Do cholery, gry są z definicji rozrywką masową, więc język (milcząco zakładam że mowa o angielskim 🙂 ) też będzie na poziomie “masowym”! Jeśli ktoś w dzisiejszych czasach, mając do dyspozycji internet, TV, pierdylion tanich jak barszcz kursów językowych na rozmaitych nośnikach (ksiązki, płyty, e-booki, e-learning), szkołę, znajomych itd, nie opanował go w stopniu pozwalającym grać w Skyrima czy inne Simsy to znaczy że nie nadaje się do funkcjonowania w społeczeństwie. I nie wmawiać mi tu że “bo ja/on/oni to som wychowani za komuny i tam angielskiego nie było, paaaaanie, a teraz to ja już za stary na uczenie się!” i takie tam bzdety. Moja 94-letnia babcia, kobiecina co jeszcze za głębokiej sanacji wszystkiego 6 klas szkoły powszechnej skończyła na zabitej krzywą deską i zardzewiałym hufnalem wsi mazowieckiej, po miesięcznym tłumaczeniu ogarnęła angielsko języczną stronę internetową jej kardio holtera na tyle, że teraz sama wysyła przez internet swoje EKG i co tam jeszcze ten holter zapisuje do swojego lekarza. I nie mnemotechnicznie (“naciśnij zielone z tym fidrygałkiem i jak wyskoczy to okrągłe to wtedy wpisz ‘zupa'”), tylko robiąc notatki co “login”, “have”, “send”, “upload” etc. po polsku znaczy.
                Więc jak siwiuteńka staruszka może to i ty, leniu intelektualny co ci się nie chce zapamiętać co “have” znaczy też możesz! 😀

                Co do gier jako pomocy edukacyjnej: to duńczycy (chyba?) zrobili DTM kraju jako mapę do Minecrafta i udostępnili ją dzieciakom w szkołach żeby się na niej o geografii własnego państwa uczyły. W rok wyniki uczniaków skoczyły o 40% w górę…

                A politykom gier bym nie dawał – pierwsze co zrobią kiedy zorientują się że to popularne i przyjemne to doyebią jakiś podatek, akcyzę i wprowadzą płatne koncesje na prowadzenie serwerów!

              10. maladict

                @mr_geo

                Żeby podsumować wątek tłumaczeń gier na polski wystarczy powiedzieć ‘Sterburta, Edziu’.
                A sam problem jest stary jak branża. Jeszcze w czasach amigowych, w Centurionie sięgając po informacje o prowincji można było się dowiedzieć, że ‘ich armia jest ordynarna’.

        1. QRec

          @MusialemToPowiedziec

          Racja, wszyscyśmy Bosmanami. Angielskiego instytucjonalnie zacząłem uczyć się dopiero w LO. Nie znałem najczęściej używanych w życiu codziennym zwrotów, jednak słownictwo z zakresu broni białej i pancerzy miałem w małym palcu. Nie wiesz jak jest po angieslku stół? Nie szkodzi! Ważne, że wiesz że włócznia to spear, halabarda to halberd, puklerz to buckler a napierśnik to breastplate. Inna sprawa, że nawet po polsku dla większości społeczeństwa te słowa nic nie mówią 🙂

  2. Private_dzban

    Może u nas nie grają, ale za granicą pewnie tak i nie zawsze kończy się to najlepiej. Minister obrony Korei Południowej przestał być ministrem, kiedy zalecał rozwagę przy działaniach odwetowych w stosunku do Korei Północnej, która prężyła muskuły. Powiedział chyba, że rzeczywistość to nie StarCraft 😛

    1. legwan.zielony

      @Private_dzban

      Jak zwykle okazało się, że polityk nie wie w jakich realiach żyją jego wyborcy…

      A propos – jest o tym fajne opowiadanie Ephraima Kishona w zbiorku “W tył zwrot pani Lot” (nie pamiętam tytułu opowiadania). Chociaż ja i tak najbardziej lubię spośród tamtych tekstów “Głowę do pozłoty”.

  3. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    Z tych co bardziej znanych (w sensie z mediów) polityków to chyba tylko Waldemar Pawlak przyznawał się do grania. Ale on ogólnie mocno nowymi technologiami zainteresowany więc to granie tu nie dziwi. O innych nie słyszałem.

  4. quross

    Bosman, nie wiem o jakim konkretnie wydarzeniu mówisz, ale ja pamiętam o posadzeniu polityków przed Sim City 3000 i z tego co pamiętam, nieźle poszło wtedy kandydatowi na prezydenta Warszawy (a może już był wtedy prezydentem?), Lechowi Kaczyńskiemu. Jego miasto się najbardziej rozwinęło czy coś w ten deseń.

    Nie googluje, więc jak coś znajdziesz na ten temat to mnie popraw 🙂

Powrót do artykułu