Spode łba. Groch z kapustą, czyli eskapizm i okolice

bosman_plama dnia 21 kwietnia, 2015 o 8:59    106 

Ponieważ myślami i duszą jestem już na Pyrkonie, nie mam za bardzo czego się czepiać, a ewentualne tematy, na które chętnie pokręciłbym nosem wolę pozostawić na przyszły tydzień. Dlatego dzisiejszy wpis będzie mocno offtopowy, aczkolwiek wiązać się będzie z pewną sprawą grową. Otóż

przyszedł do tego drugiego mnie (czyli tego mniej sympatycznego zmuszonego do robienia za pieniądze rzeczy podłych i krwawych ) facet, który postanowił zorganizować w Krakowie festiwal gier. Opowiadał o nim z zaangażowaniem i aby mocniej rozreklamować swoją ideę, rzucił w pewnym momencie: “… będą tam również inne atrakcyjne imprezy towarzyszące, na przykład cosplay”. Pokiwałem głową, że fajnie, ale po chwili uświadomiłem sobie, że tak naprawdę, jako ten drugi ja, posępny siepacz systemu, nie powinienem wiedzieć czym jest cosplay. Bo niby skąd? Znaczenie tego słowa znają przecież tylko nerdzi, ci księża, którzy są wstrząśnięci faktem, że ludzie przebierają się za demony i te feministki, które wstrząśnięte są faktem, że kobiety w ogóle się przebierają.

MMdocdcPonieważ zdjęcia cosplayerek i cosplayowców mogą być strzeżone prawami autorskimi wrzucam okołoseksistowskiego mema (He-mema?).

Ale ja?

To uświadomiło mi, że ja i Wy nie jesteśmy normalni. Ewentualnie, że jesteśmy tak mocno normalniejsi od większości, że aż i tak jesteśmy nienormalni.

Kilka lat temu znany Wam, być może, Jarosław Grzędowicz zżymał się na łamach Nowej Fantastyki na pewną dziennikarkę, która zapytała go, czy literatura fantastyczna (jej pisanie i czytanie) to rodzaj eskapizmu. Ponieważ Grzędowicz nie ceni chyba powiedzonka Dukaja, że “bycie pisarzem fantastycznym to jak bycie aktorem porno – niby też aktor i pisarz, ale…” (to nie jest dokładny cytat, tylko przybliżenie z pamięci), nie uciekł w takie sprytne zestawienie, ale ponarzekał. Jedną ze starych sprawdzonych metod fanów fantastyki jest w takiej sytuacji podjęcie próby przekonania rozmówcy, że: a. jest głąbem i b. fantastyka towarzyszy nam od zarania ludzkości i każdy wielki pisarz się nią zajmował (tu padają nazwiska typu: Słowacki, Mickiewicz, Reymont, Twain). Reakcja Grzędowicza (wybrał opcję a, o ile pamiętam) stanowiła typową reakcję mieszkańca oblężonej twierdzy i była dość charakterystyczna dla zachowań fana zapytanego “czemu właściwie zajmuje się tymi bzdurami”.

fight-club-1170x520Ten garnitularz po prawej też wie rzeczy, których wiedzieć nie powinien

Dziś, kilka lat po tamtym wydarzeniu, do takiej reakcji zapewne by nie doszło. Bo dziś fantastyka tak bardzo zatriumfowała, jest tak totalnie wszechobecna, że starzy fani nie bardzo wiedzą co zrobić z tym dobrodziejstwem i chyba niedługo pozamykają się w schronach udając, że wciąż są mniejszością. Poniekąd – jako starzy, niezrozumiani, są. Ale jako miłośnicy fantastyki należą dziś do większości. To fantastyczne filmy są najbardziej dochodowymi przebojami kinowymi, to powieści fantastyczne – cóż, że najczęściej z działu YA – sprzedają się najlepiej (nie licząc poradników, oczywiście i wywiadów z celebrytami). Polską fantastykę przestały wydawać wydawnictwa niszowe, wyspecjalizowane w “eksapizmie” a zaczęli wydawać wszyscy (np. Wydawnictwo Literackie, ZNAK, Rebis – wcześniej polskich autorów nie wydawał, ostatnio Insignis). Starzy fantaści stanęli naprzeciw tego, co powinno być ich triumfem i ręce im opadły.

Otóż my, gracze, znajdujemy się w tej samej sytuacji, co fantaści. Wszyscy grają. Nasza mała enklawa została zawłaszczona przez globalizm i możemy albo otoczyć nasze fajne szałasy z bitów murem i udawać, że nie widzimy świata, albo pogodzić się z losem, a nawet czerpać z niego jakieś profity. Jakkolwiek byśmy się jednak nie starali, zbliża się dzień, w którym przestaniemy być elitą naszej niszy i każdy – od prezesa firmy handlującej ogórkami z całym światem, po jego konkurencję – babuleńkę, która sprzedaje własne ogórki na rynku (tak, zgadza się, zawiązaliśmy na gikzie spisek i promujemy ogórki) – będzie wiedział co to są np. ‘fragi”. Na razie jeden z moich redaktorów pobiegł do brata – gracza, by zapytać go czy słowo “kamper”, którego użyłem w tekście może się w grach odnosić do snajpera. Za rok, dwa, to będzie wiedza oczywista i podstawowa.

fumofuJeśli nie chcesz, żeby czepiali się Ciebie rozmaici fanatycy, spraw, że będziesz tak zabawnie niezrozumiały, że nie będą mieli pojęcia co z Tobą, niereformowalnym dziwakiem, robić.

Jednak taki sukces niesie pewne konsekwencje.

Widzicie, podobnie, jak dawniej fantaści, byliśmy pewnym małym klubem, który, jak wszystkie niszowe społeczności, czuł się nieźle w poczuciu pewnej fałszywej albo nie (zależy jak to zdefiniujemy) elitarności. W sytuacji, gdy świat podprowadził nam nasze wiedźmińskie receptury i uznał je za swoje, musimy być przygotowani na to, że wlezie nam w nasze miłe ciepełko ze wszystkim, co zwykle świat nosi ze sobą. A to, zwykle, nie są miłe rzeczy.

Najpierw z zachodu (i wschodu, bo Japończycy to kochają) przyszły do nas cosplayerki i cosplayerzy. I to było fajne. Teraz przychodzą za nimi ci, którzy czują się fatalnie jeśli wszystkiego nie sklasyfikują i nie ocenią. Ale bandy etnologów i socjologów są początkowo niegroźne. Niestety, wokół nich, jak to jest w świecie przyrody, krążą pasożytnicze i symbiotyczne jednostki, które specjalizują się w piętnowaniu wszystkiego. W ten sposób między fantastów i graczy zawitali nieodłączni bracia, grający wprawdzie dal różnych drużyn, ale de facto do tej samej bramki – szatan i seksizm.

woody-allenProblem ze światem polega na tym, że jest sfrustrowany i neurotyczny. Tak naprawdę rzeczywistości nie opisują ani “trzej Muszkieterowie” ani powieści Manna czy Tołstoja, Masłowskiej, Myśliwskiego czy Żulczyka. Świat najdokładniej i najtrafniej diagnozują i ukazują Woody Allen z Palahniukiem, bo obaj pokazują nas jako konglomeraty neuroz i frustracji. My wszyscy chcielibyśmy, żeby honor był w cenie a cosplay był niewinną zabawą fanów. Ale świat, ten świat, który zdobyliśmy, który zaczyna rozumieć terminologię, jaką się posługujemy, widzi wszystko przez pryzmat swojego strachu i ześwirowania. Dla świata przebranie się za bohaterkę Czarodziejki z Księżyca oznacza z jednej strony oddawanie czci demonom, z drugiej strony patriarchalną opresję i seksizm.

Świat wziął nasze zabawki, ale ich nie rozpoznał. Bo nie umie. Neuroza i strach nie znają pojęcia: “zabawa”, zastępują ją wyrazami typu: “kompensacja” czy “eskapizm”. W efekcie nasze zabawki stają się podejrzane i potencjalnie niebezpieczne. Dlatego powinniśmy być przygotowani na to, że hordy inkwizytorów spod różnych sztandarów będą się nad nami coraz bardziej pastwić w najbliższym czasie. Czasy, kiedy media za każdą strzelaninę obwiniały “złe gry” będziemy wspominać z rozrzewnieniem, jako czasy świętego spokoju, gdy nikt się nas za bardzo nie czepiał.

pingwinyDo Woody Allena i Palahniuka dorzuciłbym jeszcze kreskówki. Z jednej strony takie Pingwiny naśmiewają się z marzeń małych chłopców (czyli większości facetów) o tym, jak powinni działać prawdziwie męscy bohaterowie, z drugiej, choć śmiejemy się z tej paczki, to tak naprawdę kto z nas nie chciałby być jak Rico?

Dziś, ten drugi, złowrogi ja, zna znaczenie słowa “cosplay”, a wraz z nim zaczyna go poznawać reszta smutnych, zgarniturowanych neurotyków. Niestety, nie żyjemy w Japonii (tzn. pod tym względem, bo pod wieloma innymi na szczęście tam nie żyjemy). Japończycy poradzili sobie z takimi sprawami znakomicie. Gdy po klęsce wojennej zmieniali taktykę podboju świata i wymyślali globalne taktyki marketingowe dla mangi i anime, zorientowali się, że świat może uznać ich za niebezpiecznych świrów. “To nic – powiedział wtedy jakiś przebiegły minister. – Zagrajmy właśnie tym. Poustawiamy na każdym rogu ulicy automaty sprzedające używane majciochy i sprawimy, że świat uzna nas za tak ześwirowanych erotomanów, że przestanie się tym przejmować. Uznają to wręcz za zabawną słabostkę. I nawet nie zorientują się kiedy wszystkie ich córki i synowie będą chcieli zostać Czarodziejką z Księżyca albo cyborgiem o wielkim biuście. HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!”. Tak jest, podstawowe założenia Ghost in the Shell i Czarodziejki z Księżyca, zostały opracowane w tajnym bunkrze w 1945. Ale to temat na osobną opowieść. Grunt, że Japończycy nie przejmują się naszymi inkwizytorami.

gitsObrazek, którego założenia zostały opracowane w maju 1945 roku w tajnym centrum alternatywnego podboju świata na Okinawie.

I wiecie co? My też nie powinniśmy. Oczywiście, nam będzie trochę trudniej. Jednak jeśli przejmiemy “wiewiórzą gadkę” to skończymy jak ekipa Pingwinów z Madagaskaru w odcinku, w którym po raz pierwszy poznali sprawę Czerwonego Wiewióra. To znaczy – ześwirujemy i wszędzie będziemy widzieć zło i złowrogie podteksty. Rozmowa z inkwizytorem i innym fanatykiem zawsze kończy się źle. Albo się od niego zarazimy, albo nas napiętnuje. Wzruszenie ramionami wydaje mi się najlepszym wyjściem. Wprawdzie napiętnuje nas i tak, ale przynajmniej go wkurzymy.

Trochę smutne, że takie refleksje nachodzą mnie przed konwentem miłośników fantastyki. Ale wiecie, trochę za dużo się ostatnio zebrało ataków smutnych neurotyków. Grupa Smutnych Szczeniaczków dokonała napadu na nagrodę Hugo (jedni, ponieważ niepokoiły ich pewne zjawiska związane z tą nagrodą, inni ponieważ poczuli się… krzyżowcami i ostatnimi rycerzami Chrystusa – serio, cały czas mówimy o nagrodach fandomu dla powieści i opowiadań fantastycznych). Sławek Serafin wziął przykład z Wysokich Obcasów i machnął tekst o seksizmie (tyle, że SS przynajmniej nie był niekompetentny) a ekipa, która chciała na Pyrkonie zorganizować szybkie randki dla geeków została uznana za homofobów. Nie chce mi się z nimi wszystkimi bawić ani kłócić. Ponieważ nie zostanę Japończykiem, pozostaje mi chyba tylko to wzruszenie ramionami. I eskapistyczne znerdzenie.

Dodaj komentarz



106 myśli nt. „Spode łba. Groch z kapustą, czyli eskapizm i okolice

      1. Iago

        @lehusan

        Jak pani, której biuro Rzecznika Praw Obywatelskich pomyliło się z Głównym Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, dopnie swego to będzie “dowodzik poproszę, bo PEGI 16 lub 18”.
        Nie to, żebym nie uważał, że powinna być sprawowana kontrola nad tym, co pakują sobie do głów małoletni. Ale kontrolę tę powinni sprawować rodzice ww. małoletnich. BTW: wcale nie jest potrzebna zmiana prawa, żeby nie sprzedawać smarkaterii gier oznaczonych PEGI 18. Wystarczy powołać się na istniejące przepisy kodeksu cywilnego, zgodnie z którymi małoletni nie jest (w pełni) zdolny do czynności prawnych (w tym: zawarcia wiążącej umowy sprzedaży). IMO wydatek 100+ PLN na grę nie jest “drobną bieżącą sprawą życia codziennego”.

            1. maladict

              @Iago

              A ja bym bardzo chętnie posłuchał, bo nie rozumiem o co taki hurr durr. Pewnie, że byłoby w pytkę gdyby rodzic był w stanie kontrolować dzieciaka przez 24h na dobę i na dodatek nadążał za tym co się wydaje i czym się dzieciaki aktualnie jarają. Ale tak nie jest i w pewnym momencie musi wkroczyć prawo.

              1. PeteScorpio

                @maladict

                Poza tym nikomu korona z głowy nie spadnie ani żaden kotek na świecie nie umrze jeśli kupując grę oznaczoną PEGI 18 trzeba będzie pokazać dowód. Na razie to tylko kwestia jednego wywiadu, a wątpię by w zacofanych głowach naszych polityków zakiełkował pomysł by zająć się czymś związanym z nowymi technologiami, jeszcze w gorącym okresie kampanijnym, więc chill out 🙂

              2. Iago

                @PeteScorpio

                Zgodnie z istniejącym w Polsce prawem to kupując np. lodówkę też powinieneś przedstawiać poświadczenie posiadania nieograniczonej zdolności do czynności prawnych. Np. dowód osobisty.
                Nie rozchodzi się o pokazywanie dowodu osobistego przy zakupie gier, tylko o tworzenie prawa, które a) będzie prawdopodobnie martwe lub tylko nieskuteczne, b) kryminalizuje już istniejącą działalność gospodarczą, której ew. szkodliwość (czy to dla konkretnego małoletniego, czy społeczna – w przeciwieństwie do przywołanego przez Ciebie alkoholu) wcale nie została dowiedziona, c) prawdopodobnie zwiększy piractwo.
                Po co? Żeby kilku urzędasów mogło dalej poklepywać się po plecach z samozadowolenia? Żeby policja miała słupki wykrywalności przestępstw gospodarczych? Żeby rodzice nadal nie interesowali się w co grają ich dzieci, tylko tym razem z poczuciem rozgrzeszenia z tego, bo “państwo zakazało”?

              3. PeteScorpio

                @Iago

                Ok spoko. Ja jakoś nie dostrzegam wymienionych przez Ciebie zagrożeń i wciąż uważam, że zaproponowane przez panią Rzecznik Praw Obywatelskich rozwiązanie może być pożyteczne choć, jak wspomniałem wcześniej, wątpię by ktoś się tym na poważnie zajął w obecnej sytuacji (wiadomo kampania, “Smoleńsk, kurwa!”)

              4. Iago

                @PeteScorpio

                Istnieje w RP obowiązek sporządzenia do każdego projektu prawa dokumentu pn. Ocena skutków regulacji (nie jestem z tego szczególnie dumny, ale kilkakrotnie osobiście brałem udział w procesie legislacyjnym). Dokument ten ma być rzetelną analizą kompleksowego wpływu wszystkich projektowanych rozwiązań na już istniejący porządek prawny i społeczny, a nie zbiorem pobożnych życzeń. Zainteresowanie się rodziców tym, w co grają ich dzieci, na skutek penalizacji sprzedaży małoletnim gier z oznaczeniem 18+, leży w sferze pobożnych życzeń.

        1. true_mayonez

          @Iago

          jestem gorącym zwolennikiem rozbudzenia zainteresowania w rodzicach zajęciami dziecka. a rodzice się nie interesują, bo tak jest łatwiej, bezwysiłkowo. ostatnio mój pierworodny był na urodzinach kumpla, całe towarzystwo po 12 lat. grają w gta v. mój zajawiony jak nie wiem co bo w domu tego nie ma, chłopaki chcieli mu już kompletnie zlasować mózg zazdrością i poszli na dziwki. mój młody potem relacjonował: “no i oni tam poszli, te laski gołe, cycki się bujają, a tu wchodzi tata Kuby i mówi jezus maria co za gry wy macie!!!” ma ode mnie questa – dowiedzieć się dyskretnie kto tę grę kupił, czy została zarekwirowana, czy może wszystko jest po staremu…

          1. powazny_sam

            @true_mayonez

            Mam podobną od opisanej sytuację z moim starszym synem (wiek ten sam).

            Oczywiście że rodzice powinni się interesować w co dzieciak gra. Również tym co ogląda, z kim się zadaje, gdzie chodzi. I rozmawiać, przekierowywać jego zainteresowania na bardziej odpowiednie dla jego wieku obszary.

            Ograniczanie przy sprzedaży jest durnym pomysłem bo udaje że rozwiązuje jakiś problem podczas gdy dzieciaki : 1) albo grę piracą 2) albo od kogoś dostaną. Kolega syna dostał gta V od …. taty. Nie wierzę we wczesnonastolatka wydającego kieszonkowe na gry.

      1. urt_sth

        @Redook

        Ja mam ten problem, bo syn gra za dużo (to znaczy grał by, gdy mógł i w ramach odwilży zwykle zdarza mu się wrócić pod ograniczenia). Pamiętam jak kupiłem dla niego driver na PSP i jak odpalił (przy mnie) to się okazało że to nie ten sam driver co na piece i musiałem obiecać mu wymianę, bo poszła pod klucz.
        Natomiast uważam, że ograniczenie administracyjne będzie skrajnie nieskuteczne i szkoda zachodu.
        Fajnie się patrzy jak dzieciaki łamią ograniczenia parental control i człowiek się zastanawia – WTF, jak on to zrobił…

        1. Redook

          @Iago

          W sumie nawet nie wiem czy sa teraz jakiekolwiek przepisy odnosnie sprzedazy gier. Jezeli wystarcza to jasne ze nie ma po co nic dodawac. Najlepiej by oczywiscie bylo jakby sami rodzice byli swiadomi tego co moze byc w grach. Jakos to chyba tak funkcjonuje w przypadku filmow.

  1. Revant

    Świetny tekst. Ja od siebie tylko zamiast słów “świat” i “zachód” wpisał “hameryka”. Dużo by się nie zmieniło, right? Dlatego tak bardzo właśnie paczę na Japonię. Tam ludzie mają głowy i wyważenie pomiędzy “indywidualizmem połączonym z kreatywnością” a “tradycyjność i świadomość narodowa” jest niemal dla nas nieosiągalne. Tam każdy może być dziwolągiem, ale póki robi to co powinien robić (rodzina, praca) to nikt się nie czepia. Nas zalewa zaś amerykański styl życia. Amerykański sen. Duże mieszkanie, duża rodzina, mnóstwo kasy i sukcesu, ale aby to osiągnąć to trzeba knuć i kombinować. Japończycy zaś pracują od małych szczebelków i pną się powoli. Szkoda tylko, że wpływ amerykańskiego snu też zaczął działać na nich i słyszy się coraz więcej o takim trybie pracy, gdzie ludzie odbijają w wirtualną rzeczywistość. Czekam więc bosmanie na tą “osobną opowieść” aby zagłębić się w tak odmienny świat od naszego, od którego moglibyśmy się dużo nauczyć.

    Dobra, dość tego, to tekst o grach a ja o sytuacjach społecznych innych krajów. Anyway, dodam od siebie, że wspomniana przez ciebie bosmanie “ekspansja” Japonii nie jest tak do końca blizkriegiem, bo ile dobrego pozostawiają sobie. Ile mang, ile anime, ile gier komputerowych, planszowych, ile filmów i seriali. Świat tak naprawdę zna tylko ułamek tej potęgi. Szkoda, bo tak naprawdę uzależnione to jest często od tego, czy dana gra czy anime wyjdzie w hameryce. Europa zaś śpi i nawet nie wie co traci.

      1. Revant

        @iHS

        Nie no, spoko, nie bede tail, ze nie mialem nigdy mozliwosci odwiedzenia ani jednego z tych krajow 🙁 ameryka zainteresowaly mnie studia, w poprzednim roku skonczylem anglistyke. Japonia zas interesuje sie od podstawowki i pierwszych odcinkow dragon balla oraz czarodziejki z ksiezyca 😉 nie jestem znawca i powyzsza opinia jest moja prywatna. Bede musial zaczac dopisywac taka klauzule do moich postow 😀

  2. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    Od tej pory już całkiem inaczej będę patrzył na dobrotliwego Cesarza Japonii… Od teraz to będzie złowrogi Imperator który przy pomocy VHS, LaserDisców (no, to nie wyszło najlepiej), DVD i BR podbija świat.
    O, już działają skojarzenia. Te wszystkie płytki pewnie nie bez powodu mogą być rzucone niczym shuriken, nie?

  3. Fantus

    A czy to nie jest tak, że wraz upowszechnieniem się – wcześniej fantastyki, teraz gier – idzie drastyczny spadek jakości?

    Moim zdaniem dziś dużo trudniej, w zalewie przeciętności (w najlepszym razie), znaleźć coś wartościowego w jednym i drugim przypadku.

    1. furry

      @Fantus

      W przypadku książek to chyba tak, fantastykę w Polsce rozpropagowało znane i lubiane lubelskie wydawnictwo, które wydaje książki masowo jak w, hehe, fabryce. A o jakości szóstego tomu Wędrowycza czy cyklu o Achai wypowiadał się nie będę po raz dziesiąty.

      A w przypadku gier? Myślę, że hype robią jednak gry AAA (kioskowe wydania CI Games się chyba nie przyjęły) i nie wiem jak jest z poziomem, bo gram rzadko. Ale wydawanie crapu to chyba raczej wpadki niż reguła, bardziej może problem w tym, że nie dostajemy tego co w reklamie. Choć oczywiście napiszę że kiedyś było lepiej i za moich czasów młodzież grała w poważne przygodówki i rolpleje, a nie jakieś LoLe.

      Aha, na Polygami wyczytałem, że twórcy Farming Simulator idą w nextgeny, hehe.

    2. bosman_plama Autor tekstu

      @Fantus

      En masse? Na pewno, bo na modę stara się załapać kto może w związku z czym powstają produkowane taśmowo serie o wampirach, demonach, aniołach, steampunku itp. itd.
      Ale jeśli nie będziemy się bawić w liczenie średniej i proporcji, to już tak źle nie jest. Dobrzy pisarze nie zaczynają pisać fatalnie tylko dlatego, że ukazuje się więcej powieści.
      Chociaż takie ryzyko może się pojawić, jeśli okaże się, że rynek jest w takiej zapaści, że wydawcy nie chcą wydawać książek, które nie sprzedadzą się w kosmicznej ilości, czyli tych najpopularniejszych.

  4. Daimonion

    A wiecie, że ja np. nie lubię fantastyki? Lubię se wprawdzie pograć w RPG i jakoś w tej postaci mi pasuje. Natomiast żadna książka póki co mnie nie zachwyciła. Dlaczego wobec tego zacząłem hobbystycznie pisać fantasy? Po pierwsze – bo skoro nie podobają mi się gotowe teksty, to sam sobie napiszę. Po drugie – bo chyba tylko pisząc fantastykę da się w tym kraju zadebiutować. Jeśli konkursy literackie, to fantastyka; jeśli czasopisma, to fantastyka; jeśli ktokolwiek coś czyta, to fantastykę… Poza tym, jest łatwiejsza od powieści historycznej (bo nie trzeba studiować realiów) i od kryminału:)
    PS – wziąłem się wreszcie za polecane tu swego czasu “Age of Wonders 3”. Byłoby nieźle, gdyby istniała jakaś instrukcja, bo do tej pory nie ogarniam, na czym polega zasada sąsiedniego pola; a o budynkach potrzebnych do wyprodukowania jednostek to już w ogóle nikt nie raczy poinformować. Ta cała złota księga cudów wyjaśnia tyle co nic.

      1. Daimonion

        @bosman_plama

        Ale dlaczego, skoro jest łatwiejsza?:) Przecież nie twierdzę, że jest to z gruntu tandeta, którą nawet dziecko napisze. Natomiast być może powinienem dodać kwantyfikator – nie dotyczy twardego s-f, przy którym niezbędna jest znajomość fizyki na poziomie bardziej zaawansowanym niż wymagany do zaprojektowania zderzacza cząstek.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Daimonion

          Na pytanie czy jest łatwiejsza istnieją dwie odpowiedzi.
          Po pierwsze konstrukcja świata. Kiedy piszesz kryminał albo powieść historyczną, to świat masz już dany. Musisz oczywiście zadbać o detale, pilnować się, by nie przekroczyć granic realiów, ale tak naprawdę dostajesz świat. I nie tylko Ty – czytelnik też. Pisząc kryminał nie musisz tłumaczyć czytelnikowi rzeczywistości, bo on ją zna. Przy powieściach historycznych jest już nieco inaczej, ale też odwołujesz się do znanych odbiorcy skojarzeń i grasz nimi.
          W przypadku fantastyki to wszystko musisz zrobić sam, chyba, że piszesz fanfik. A to oznacza, że sam musisz panować nad wewnętrzną logiką świata i jej nie przekraczać, oraz musisz czytelnikowi o tym świecie opowiedzieć. Ale tak, żeby nie zabić przy tym powieści. Sporym błędem autorów fantastycznych bywa np. zastąpienie odpowiednio poprowadzonej fabuły encyklopedią. Pisarze niefantastyczni mogą skupiać się wyłącznie na fabule, fantastyczni muszą pamiętać i o fabule i o świecie. Co nie znaczy, że wszyscy to robią, oczywiście.

          Odpowiedź druga – czytelnicy. Nie ma bardziej wymagających czytelników niż wielbiciele fantastyki. A trafiają się wśród nich prawdziwi fanatycy piętnujący każde odstępstwo od realiów. Wegner odpierał kiedyś zarzuty dotyczące batalistyki (że nierealistyczna i nie odpowiada np. taktykom analogicznych jednostek istniejących w rzeczywistości). Kosik musiał poradzić sobie z zarzutem, że w wymyślonym przez niego świecie jakiś rodzaj broni palnej został wymyślony wcześniej niż w naszym. Tolkien opisując podróże konne swoich bohaterów sprawdzał w regulaminach kawalerii brytyjskiej, czy odległości, jakie wpisał są prawdopodobne.
          Z jakiegoś powodu fani fantastyki są szczególnie czuli na prawdopodobieństwo detali. Sądzę, że to dlatego, iż przy fantastycznych założeniach w ogóle świat zmyślony potrzebuje bardzo realistycznych detali w szczególe. Czytelnik chce mieć na czym zawiesić swoją niewiarę i bywa bardzo czujny. Czytelnicy literatury pozafantastycznej bardziej skłonni są przymykać oczy – znów nie dotyczy to fanatyków historii – na pewne umowności niż fantaści.

          1. Daimonion

            @bosman_plama

            Przekonuje mnie argument z czytelnikami. Rzeczywiście, fanatycy każdego rodzaju są niebezpieczni. No ale takich pewnie rzadko kto (a być może nawet nikt) nie zadowoli.
            Co do argumentu pierwszego – nadal wydaje mi się, że łatwiej wymyślić świat od podstaw (choć potem trzeba się pilnować, by nie pogwałcić realiów) niż przerzucić tysiące stron opracowań historycznych. Ale to może być kwestia indywidualnych predyspozycji autora. Co łatwe dla jednego, będzie trudne dla drugiego; jeden nie ma problemów z barwnymi opisami, drugi z dobrymi dialogami.
            A może po prostu gdzieś głęboko w mojej świadomości tkwi windoktrynowana teza, że fantastyka to literatura klasy B?

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @Daimonion

              Jeśli chodzi o “literaturę klasy B” to naświetla to trochę przywołana w tekście sentencja Dukaja z porno. Oczywiście, fantastyka jest przede wszystkim literaturą rozrywkową. I tu nie ma co kombinować i wysilać na tłumaczenie, że nie, że tak naprawdę to wielka literatura ambitna itp. Nie, 90% fantastyki to przygodówki.

              Przy czym raz na jakiś czas trafiają się pisarze tacy jak np.: Lem, Bradbury, Shepard, Gene Wolfe. I to sprawia, że czasem fantaści puchną z dumy, bo w innych gatunkach literatury popularnej o takie potęgi literackie jest trudniej (co nie znaczy, że ich nie ma). Po fantastykę sięgali i sięgają uznani pisarze którzy fantastami fandomowymi nie są, ale fantastyki czasem używają – Vonnegut, Murakami, Pynchon. To sprawia, że w zalewie pulpy co pewien czas trafiają się perły. Zresztą na zachodzie zdają sobie z tego sprawę i przywoływani fantaści ( i wielu innych też) są omawiani na zajęciach z literatury, są wykładowcami uniwersyteckimi (na zajęciach z literatury i innych kursach humanistycznych, bo że bywają wykładowcami z nauk ścisłych to inna sprawa). Tam ambitna fantastyka często jest po prostu literaturą a nie literaturą klasy B. Oczywiste jest, że w każdym gatunku istnieje podział na pulpę i sztukę. W fantastyce też. To u nas ciągle pokutuje inne przekonanie, choć i to troszkę się zmienia.

              Jeśli chodzi o “łatwość wymyślania świata”, to nie jest to takie proste. tzn. “wymyślić świat” jest dość prosto, ale sensowne skonstruowanie go już takie proste nie jest. Wymaga pracy, czasem nużącej. Co nie znaczy, że nie jest to praca satysfakcjonująca:). To nie przypadek, że tak naprawdę liczba oryginalnych, zapadających w pamięć światów wcale nie jest wielka. Bo rzeczywiście nie wymaga wielkiego wysiłku poukładanie wszystkiego w quasi średniowieczu (nieprzypadkiem to ulubiony okres autorów fantasy). Ale autorzy, którzy działają w ten sposób, nawet, jeśli odniosą sukces, rzadko zapadają w pamięć na dłużej i przechodzą do klasyki. Kto jest w klasyce? Porządni, oryginalni światotwórcy jak: Tolkien, LeGuin, Zelazny, Herbert, Asimov. Taki Martin jest wydarzeniem finansowym i rozpętał modę na pewien styl pisania – brutalnego i realistycznego, ale mało kto będzie inspirował się jego światem, bo Martin wziął średniowiecze, bardzo konkretną wojnę i przepisał ją po swojemu. “Pieśni Lodu i Ognia” przejdą więc do historii ze względu na marketing i – kto wie, czy nie bardziej – na serial. Ale pod względem konstrukcji świata Martin poszedł na łatwiznę. Co zresztą też może sugerować, że wymyślenie własnego świata tak proste nie jest. Śródziemie, Ziemiomorze, Diuna, Amber wciąż wracają jako inspiracje.

              1. Daimonion

                @bosman_plama

                Szczerze mówiąc to każda literatura powinna być w jakimś stopniu rozrywkowa. Nikt nie będzie czytał książki, przy której cierpi (i nie chodzi mi o cierpienie katartyczne, tylko po prostu o cierpienie z nudów). Znam wprawdzie człowieka, który usypia przy każdej książce posiadającej fabułę, a kręcą go analizy socjologiczne, ale to raczej wyjątek od reguły. Podejrzewam, że najlepsze książki to te, które ucząc bawią.
                Z tymi 90% przygodówek – myślę, że można to rozciągnąć na literaturę w ogóle, nie tylko na fantastykę. Walnę banałem, ale wszak Trylogia też jest przygodówką, harlekinem i powieścią w odcinkach. A czy ambitną? Zdania były i są podzielone – taki Prus ironizował troszkę (a jak sam się wziął za ambitnego “Faraona”, to właśnie brakło mu przygodowej lekkości). Cała sztuka polega na odpowiednich proporcjach “przygody” do “ambicji” i przegięcie w żadną stronę nie będzie dobre. Ja osobiście nie lubię dzielić literatury na ambitną i nieambitną, tylko na dobrze i źle napisaną. Porządnie zrobiona farsa jest o wiele więcej warta od śmiertelnie poważnego i ambitnego gniota.
                A tego klasycznego wrzucania fantastyki do pulpy to szczerze mówiąc nie rozumiem. Cała historia literatury stoi na ludowych bajaniach. I nie mówię tylko o okresie starożytnym. W czym piszący o rusałkach Mickiewicz jest mniej obciachowy niż piszący o elfach Tolkien? Bo artystyczne przetwarzanie ludowych podań jest dobre, a wymyślanie Śródziemia już nie?
                Temat rzeka się zrobił i nie umiem już zapanować nad wielowątkowością. Jak napiszesz porządne kompendium teoretycznoliterackie, to wrócimy do sprawy:)
                Ale – biorąc pod uwagę powyższe nie pojmuję, dlaczego do tej pory żadne fantasy mnie nie zachwyciło. Rusałki Mickiewicza zachwycają, a wiedźmin Sapkowskiego wcale. Jest to jedna z zagwozdek mojego życia.

              2. bosman_plama Autor tekstu

                @Daimonion

                Na ostatnie pytanie nie odpowiem:D.
                A pulpowe korzenie fantastyki są niezaprzeczalne – pierwsze naprawdę popularyzujące ją opowiadania ukazywały się właśnie w pulpowych, groszowych magazynach. I ta łatka przykleiła się na długie lata. Nikt nie chciał słuchać, że ambitne “Przypadki Robinsona Crusoe” to też fantastyka, podobnie jak “Rok 1984”, bo o takich dokonaniach krytycy pisali tak: “używając sztafażu fantastyki autor…’. Zresztą niektórym krytykom u nas do dziś tak zostało.

        2. lemon

          @Daimonion

          Wegnerowi (temu od Meekhanu) dostało się parę lat temu srogo za jakieś błędy w terminologii wojskowej (?). Jeśli piszesz dla dzieciaków, to rzeczywiście możesz olać realia, prawa fizyki nawet, ale w poważnym fantasy Ci tego nie wybaczą.

          edit: bosman był nieco szybszy.

          Jak chcesz z hukiem zadebiutować, to zostań drugą Masłowską. Albo napisz pierwszą polską powieść lesbijską (bo tytuł dla gejowskiej zgarnął już Witkowski). 😉

          1. Daimonion

            @lemon

            Z tym hucznym debiutem to pełna zgoda:) Właśnie dlatego polazłem w fantasy, żeby nie pisać takich rzygowin. Jako człowiek nieprzystający do epoki, posiadający ciemnośredniowieczne zasady moralne, zmuszony jestem unikać meneliczno-dewiacyjnego mainstreamu i szukać bocznej furtki na literacki Parnas. Zresztą nie mam parcia na świecznik – wydadzą mnie, to wydadzą, a nie, to trudno. Na razie wydali jedno opowiadanie, które niespecjalnie mi się podoba (i wysłałem je na konkurs tylko dlatego, że koleżanka z pracy mi kazała). Jeśli wysyłam gdzieś coś, co uważam za dobre, niezmiennie spuszczają mnie ze schodów:)

              1. Daimonion

                @furry

                Mówię, że nie mam parcia na publikację:) Poczekamy, zobaczymy. Raz wysłałem kryminał na literacki debiut roku i byłem w pierwszej dziesiątce. Chcieli mi wydać pod warunkiem, że pokryję połowę kosztów – a że było to osiem tysiaków, więc podziękowałem. Nie stać mnie na takie ekstrawaginacje. Na razie mogę żyć z miłą świadomością, że na Pyrkonie jest stoisko, na którym będą sprzedawać zbiór opowiadań z moim w środku. Na tym samym Pyrkonie, na którym będzie się udzielał Paweł Majka. Chłopie! Mój tekst w sąsiedztwie Majki!

          2. Epipodiusz

            @lemon

            nie rozumiem czym są realia w fantasy. Jakie realia ? świat wymyślony wyglądający jak trochę ziemskie średniowiecze jednak kto napisał , że to się dzieje na Ziemi. Inna masa globu, gęstość atmosfery i jej skład, inny magnetyzm i balistykę ala ziemską można schować do tylnej kieszeni spodni i na niej usiąść. Prawa fizyki można też tam włożyć przy okazji. A jak wrzucimy szczyptę magi to wszystko czym się otaczamy wokół możemy wpakować do drugiej kieszeni. Piszący musi tylko konsekwentnie trzymać się ram własnych wymyślonych realiów. Koniec kropka :P.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @Epipodiusz

              Z grubsza masz rację. Najważniejsze jest trzymanie się wewnętrznej logiki świata. Możesz sobie wymyślać magię jaką chcesz, pod warunkiem, że nie będzie ona łamać zasad, które sama stworzyła.
              Osobna sprawa jest z tymi innymi planetami. Większość autorów fantasty umieszcza akcję na Ziemi, ale Ziemi alternatywnej (np. jakimś wymiarze równoległym), albo na planecie identycznej z Ziemią. Dlatego nikt nie zastanawia się np. nad kwestią grawitacji.

              Inna sprawa, że gdyby nawet umieścić akcję powieści fantasy osadzonej w quasi średniowieczu na innej planecie, to z samej fabuły nie wyczulibyśmy zmian grawitacji, jeśli autor nie uparłby się, żeby nam je przedstawić. Bohaterowie nie będą się zastanawiać przecież nad grawitacją, bo urodzili się w konkretnych warunkach i te są dla nich oczywiste, a innych nie znają (quasi średniowiecze). Co najwyżej czytelnik mógłby odnajdywać jakieś tropy (np. wszystkie rasy przypominają gnomy, niziołki i krasnoludy właśnie ze względu na większą grawitację sprzyjającą rozwojowi niskich i krępych). Dlatego w fantasy jeśli trafiają się inne planety, to raczej identyczne z Ziemią. Przy czym mało kto się takimi pomysłami zajmuje.

              Inna sprawa, że fantasy zawsze musi operować pewnym poziomem umowności językowej, bo całkiem oryginalne fantasy dochowujące wierności także w języku, mogłoby się okazać nieczytelne. Bo np. skąd “król” albo “cesarz” w światach, w których nie było ani Cezara ani Karola Wielkiego?:).

              Więc “realia” fantasy to z jednej strony wewnętrzna logika świata, z drugiej zaś realia zapożyczone z epoki, na której autor się wzoruje.

              1. Epipodiusz

                @bosman_plama

                chodzi mi generalnie o to , że wzorując się na czymś nie trzeba się tego kurczowo trzymać. Ja osobiście czytając fantastykę, a raczej fantasy nie wnikam w fizyczną mechanikę świata. Dzięki temu czyta się to lepiej bez zbędnej analizy świata i co autor miał na myśli pisząc np. że kula wystrzelona z armaty zatrzymała się przed twarzą bohatera. Nie wnikam czy zatrzymał ją siłą umysłu, zakrzywił czaso przestrzeń czy inne cuda. Zatrzymał i tyle 🙂

              2. slowman

                @bosman_plama

                Dochowując wierności w języku powinno operować innym językiem niż jakikolwiek ziemski. Zaś jeśli udawać, że to przekład pozaziemskiego języka nie widzę problemu w używaniu naszych terminów.Ta da.

                E: Dodam do postu Epipodiusza: prawa fizyki nie muszą być takie same. W innym świecie E może być równe mc^3. Ludzie się za bardzo czepiają.

              3. Daimonion

                @bosman_plama

                Święte słowa o poziomie umowności! Kiedyś czytałem polemikę dwóch gości, z których jeden masakrował wiedźmińskie uniwersum, przytaczając argumenty w stylu “skąd tam się wziął język francuski?” Idąc tym tokiem rozumowania należy stwierdzić, że zdanie “Poczekał godzinę” należy wywalić z każdego fantasy, bo zakłada ono istnienie takiej jednostki czasu. Lepiej pewnie obmyślić “jeden urus składa się z czterdziestu minutonów” – będzie bardziej oryginalnie, ale po co?

    1. sunrrrise Mistrz złotej łopaty

      @Daimonion

      Mam tak samo, u mnie gradacja akceptowalności wygląda tak:

      Gry – łykam praktycznie wszystkie światy bez popity.
      Filmy – w większości akceptuję bez większych “ale”, a samo SF to w zasadzie mój ulubiony gatunek filmowy.
      Książki – 99% kończy u mnie “o ja pierdolę, jaka chujnia”. Koszmarnie zawiodłem się na Stephensonie i Gibsonie, ale i przez klasyków ciężko mi się przebić z Lemem włącznie. “Tego nowego” co zalega w Empikach i Matrasach z dużą ilością cycków, masek p-gaz lub mieczy na okładkach nawet nie tykam.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @sunrrrise

                Akurat dowozicielator i w ogóle cała Zamieć to gra cyberpunkowymi motywami. Dlatego jeden bohater jest sieciowym samurajem, a drugi ma podłączony do ciała zapalnik bomby atomowej (takie zabezpieczenie – jak go zabiją, zginie całe miasto). Ta powieść jest oparta na totalnych przegięciach po prostu.

        1. slowman

          @bosman_plama

          To raczej Ciebie by namierzyła niż jego zabiła. Chyba, że podpisałbyś się jego imieniem i nazwiskiem.

          E: Swoją drogą byłoby ciekawą rzeczą, gdybyś jeździł po Polsce i podpisywał książki w bibliotekach. Prawie jak Agent Mulder czytający swoją książkę w księgarni. Cofam to, nie chcesz iść tą drogą.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @slowman

            Zacząłem pisać, bo byłem pod wrażeniem “Śniadania u Tiffany’ego”, gdzie bohater wyrywał Audrey Hepburn na znalezienie w księgarni swojej książki i podpisanie jej. Też tak chciałem. Niestety, teraz, gdy mógłbym tak zrobić nie ma już Audrey Hepburn.

Powrót do artykułu