Spode łba – Czy Blade Runner może się udać bez Rutgera Hauera?

bosman_plama dnia 10 października, 2017 o 8:24    34 

 Trochę poszedłem na łatwiznę, bo odpowiedź jest oczywista, prawda? No więc chyba niekoniecznie.

Sądzę, że to może być kluczowe pytanie dla BR 2049. W sumie całkiem dobrego, pięknie nakręconego filmu, z niezłymi aktorami odgrywającymi czasem niezłe postacie. Ładnie kłaniającemu się legendzie. Wiecie, cały czas pada, miasta bywają monumentalne i ludzie oraz androidy gadają w nich w wielu językach. ZSRR ciągle istnieje, podobnie jak SONY i Peugeot. Latają samochody a pewien emerytowany gliniarz nie porzucił swojej miłości do origami.

No, ale to wszystko bez Rutgera Hauera. Spodobała mi się dbałość twórców, którzy na miejsce holenderskiego aktora zatrudnili holenderską aktorkę, której zadaniem była próba sprostania legendzie. To jej nie wyszło, bo chyba wyjść nie mogło. Nie z jej winy, a z winy scenariusza. Niech symbolem tych dwóch ról będą ostatnie kwestie wypowiadane w filmach przez Hauera i Sylvię Hoeks. Oddają głębię i rozbudowanie obu postaci. Choć kwestia Hoeks mówi nam coś nowego o motywacjach jej postaci, to trzeba oddać.

Blade-Runner-2049-trailer-breakdown-27Film jest taki, jakim być powinien – opowiadany niespiesznie (niespieszniej niż pierwsza część, co jak słyszałem nuży niektórych) i kręcony długimi, pięknymi ujęciami. Które, w moim przekonaniu, stają się przefajnowane; uroda kadrów staje się natrętna. Naprawdę, kiedy Gosling przechodzi pomarańczową pustynią pod gigantycznymi posągami prężącym sutki uznałem, że trochę już tego zbyt wiele. Poczułem się, jakby twórcy machali mi przed oczami transparentami: “Ależ my umiemy w kompozycję, nie?”. No więc w kompozycję umiecie, ale w budowanie dobrego niedosytu już nie.

Zresztą to kłopot nie tylko kadrów. Cały film to częste niepotrzebne dociskanie  tematów i wątków do ściany. Scena z Goslingiem słuchającym gigantycznej erotycznej reklamy jest świetna, bo coś nam uświadamia. Ale czy naprawdę potrzebne było przybijanie tego uświadomienia wielkim gwoździem przez przywołanie wspomnienia pewnej rozmowy?

reklama adaPrzesyt widać także w ilości nagromadzonych wątków, przez co część postaci nie dostaje czasu na należyte rozwinięcie. Pani Kapitan jest interesująca właśnie dlatego, że dostała więcej scen niż dwie i że zachowano w niej pewne niedopowiedzenie. Ale już teoretycznie znacznie od niej ważniejszy Jared Leto jest tak zmarnowany, że właściwie niepotrzebny. Facet dostał dwie sceny. Pierwsza służy tylko jego zaprezentowaniu widzowi (i raczej gryzie się z narzekaniem Leto, że androidy produkują się nie dość szybko) i właściwie nic nie wnosi. Druga ma więcej sensu, ale nawet w niej Leto jest zbędny – wszystko to mogłaby załatwić za niego postać, która wzięła na siebie/ukradła ciężar głównego złego. Tę zbędność Leto widać szczególnie w końcówkach scen z nim – gdy okazuje się bezradny i nie bardzo wie, co z sobą począć. To znów nie wina aktora, tylko scenariusza. Nie dostał postaci, ale jej cień. I nie potrafiono wymyślić innego zakończenia sceny z nim, jak tylko przez rzucenie groźby bądź rozkazu czarnego charakteru z filmu klasy z dalszą literą alfabetu.

statuePonarzekałem, a to przecież całkiem dobry film. Pięknie nakręcony, próbujący gryźć się z problemami, z którymi gryzie się dobre kino SF, z wyrazistymi acz zagubionymi głównymi bohaterami i zwrotami akcji, które wcale nie muszą być przewidywalne. Sylvia Hoeks jest odpowiednio psychopatyczna i brakuje niewiele do jej interesującego pogłębienia – dostajemy tylko jego niespełnione zapowiedzi. Ana de Armas jest odpowiednio śliczna, by jej wątek otrzymał kontastowo gorzkie dopowiedzenie. Gosling jest Goslingiem, ale tu to nie przeszkadza, bo jego wyraz twarzy pasuje do zgnębionego bohatera. Harrison Ford jest Harrisonem Fordem i to też wystarczy. Nawet jego starość jest tu interesująca (choć może szkoda, że zaoferowano mu okazję do spuszczenia manta dwóm agentom, trochę tę starość niwelując). Owszem, film powtarza w znacznym stopniu oryginalnego BR, ale nie potrafię się o to zżymać, jak nie zżymałem się o powtarzalność “Przebudzenia Mocy”. Dorosło któreś tam już nowe pokolenie, ono może potrzebować tej samej (albo prawie tej samej) opowieści dla siebie, zamiast oglądać filmy z czasów swoich rodziców i dziadków.

Warto zobaczyć BR 2049 w kinie – na jak największym ekranie i z dźwiękami dobiegającymi z zewsząd. Budują klimat, a klimat to przynajmniej połowa tego filmu.

goslingBR 2049 to dobry, bardzo ładny i szalenie starannie zaplanowany film. Cudownie gra detalami doopowiadającymi rzeczywistość. Ale w tej staranności zabrakło Rutgera Hauera, tego drugiego głównego bohatera opowieści, tej szczypty szaleństwa.

PS. Właśnie znalazłem w sieci zdanie, że całe to gadanie o duszy i tożsamości, o różnicach między androidami i ludźmi staje się niepotrzebne po jednym zdaniu Forda na temat psa. Stary, dobry Harrison Ford i stare dobre “mniej znaczy więcej”.

(tym wpisem poszedłem na łatwiznę podwójnie, bo stanowi rozwinięcie tego, co wrzuciłem dziś też na bloga. Ale tu jest rozwinięcie i więcej obrazków:). Napisałbym coś o graniu, ale gram ostatnio mało i w dodatku odpaliłem znowu starą grę.)

Dodaj komentarz



34 myśli nt. „Spode łba – Czy Blade Runner może się udać bez Rutgera Hauera?

  1. buczysyn

    Dziękuję Bosmanie za ten wpis bo mam bardzo podobne odczucia co do nowego BR w przeciwieństwie do tłumu krzyczącego “arcydzieło”. Film jest przeciągnięty, masturbacja twórców własną umiejętnością kręcenia ujęć do granic wytrzymałości widza. Do tego miasto które jest pełne i puste , brudne i sterylne jednocześnie – wszystko wyglądało jak najlepsza na świecie dekoracja teatralna. Niestety nie przekonał mnie ten film… smutek. Może to BR na miarę naszych czasów, piękny ale pusty w środku, sprzedający swoje przesłanie sposobem ” w mordę i nożem”.

      1. buczysyn

        @bosman_plama

        Z grubsza… to nie jest zły film, problem jest taki że dookoła słyszę opinie jakby to był second coming. Jeszcze jedna rzecz mi się rzuciła bo byłem na późnym sensie – wyskakujące z przytupem co 15min trąby Zimmera, jakby specjalnie miały wybudzać widza z letargu czy wręcz senności. 😉

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @buczysyn

          Te trąby Zimmera były straszne, to fakt. Ostatni raz muzyka przeszkadzała mi podobnie w “Wyspie Tajemnic”, którego to filmu nigdy nie oglądnąłem do końca właśnie ze względu na te męczące powracające syreny:(. W BR na szczęście nie jest tak źle.

          BR 2049 jako “objawienie” jest o tyle interesujący, że stanowi być może część pewnej fali – odwrotu od bombastycznych strzelanin. Mam wrażenie, że część (przynajmniej) widzów zaczyna być tym zmęczona i szuka czegoś innego (Arrival, Her, nawet Pasażerowie).

  2. Fantus

    Nie czytam, bo może coś się sobie zaspoileruje, a jeszcze nie widziałem. Zanim pójdę chcę żonę wprowadzić w oryginał i będę oglądał BR w wersji “Final Cut” z 2007. Nie widziałem, ale fani są zgodni, że to ta najlepsza.
    A pan Villeneuve ma u mnie spory kredyt zaufania. Mamy chemię, bo ze wszystkich jego filmów jakie widziałem wszystkie mi siadły bardzo dobrze.

    A co do Rutgera… to co leci w kinach to nie remake tylko sequel. Choćby nie wiem co się wydarzyło to nie będzie miał klimatu poprzednika. Nie ta epoka. Krew nie woda, szwagier nie rodzina, Pillarsy nie Baldursy. Baba z wozu koniom lżej.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Fantus

      Jasne, że sequel. Po prostu zabrakło takiej postaci jak on, kontrapunktu dla bohatera. Luv miała teoretycznie potencjał ale moim zdaniem go zmarnowano. BR miał jeden główny wątek, w którym splatały się i miłość i śledztwo i pytania o człowieczeństwo. BR 2049 chyba stara się tych wątków uchwycić zbyt wiele, przez co trochę traci.
      Zaryzykuje i powiem, że gdyby w filmie nie pojawił się Harrison Ford mogłoby być nawet lepiej (bo o jeden wątek mniej). Wywaliłbym też Leto i cały ten front wyzwolenia replikantów. Zostałaby rozbudowana Luv, ciekawy wątek miłosny i poszukiwanie pytań o naturę ludzko-androidzią, nawet z zaczepieniem w przeszłości, ale bez jej wyciągania za wszelką cenę.

      1. Fantus

        @bosman_plama

        Co do samego Leto to zupełnie nie rozumiem jakim cudem ma aż takie branie w Hollywood. Aktor, moim zdaniem przeciętny, zmanierowany. Wszystko co gra jest na jedno kopyto, a jednocześnie brak mu uroku innych nieparzystokopytnych jak Keanu czy Will Smith. Jeszcze BR nie widziałem, a już wiem, że Leto mnie będzie wkurzał 🙂

    1. Goblin_Wizard

      @Probabilistyk

      Tylko upewnij się wcześniej, że kino ma działającą klimę. Ja miałem pecha i niestety w trzeciej godzinie seansu atmosfera była już mocno hot & steamy. 🙁 Ale ogólnie mogę potwierdzić, film jest całkiem dobry. Mnie się podobało właśnie to, że jest taka nieśpieszna akcja. To go wyróżnia z większości amerykańskich produkcji. Druga połowa, gdzie pojawia się trochę akcji, wydawała mi się przez to nawet mniej interesująca niż pierwsza.

        1. furry

          @maladict

          To zależało chyba od modelu, Nexusy 6 miały*, Ale mogli przetransferować jego mózg w nowe ciało, czy coś, to rok 2049 i medycyna nie takie rzeczy…

          http://bladerunner.wikia.com/wiki/Replicant Pokaż
        2. bosman_plama Autor tekstu

          @maladict

          Z końcówki oryginalnego BR wynika, że Rachel (i Deckard, w zależności czy jest człowiekiem czy replikantem) należeli do eksperymentalnej serii bez limitu.
          A w późniejszych, produkowanych przez inną firmę modelach w ogóle zrezygnowano z limitu, programując je na bezwzględne posłuszeństwo.

  3. Kerdej99

    Zgadzam się co do Leto, można jego sceny usunąć i nic się nie stanie, albo zastąpić go jakimś głosem wydającym polecenia od korpo. Jednak film bardzo nam się z żoną podobał, uważam że muzyczne interpretacje oryginału od Vangelisa są genialne, pozostawiono parę rzeczy otwartych, Harrison coś gra wreszcie, a nie tylko pokazuje się jak w SW. A Villeneuve zabiera się za Diunę teraz- ja czekam!

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Fantus

        No, jest wybitna. Chyba o to chodzi:D.
        W tzw. swoich czasach, gdy została wydana, okrzyknięto ją objawieniem, bo poruszała wyraziście kwestie ekologiczne, czemu nikt w SF nie poświęcał wcześniej uwagi z takim rozmachem (albo równie skutecznie). Mnie tam ujmuje kwestia religii i religijności, która też nie była wówczas bardzo często poruszana w SF, nie licząc podejścia startrekowo – marksistowskiego: jak już osiągniemy odpowiedni poziom rozwoju technologicznego, to ta ciemnota straci rację bytu. Herbert stanął okoniem do takiego hurramaterializmu i pokazał, że religie/irracjonalizmy mogą być (i zapewne będą) obecne i istotne niezależnie od stopnia rozwoju technologicznego.
        A to wszystko napisane w formie powieści niemal płaszcza i szpady. Czad.

      2. furry

        @Fantus

        Ale tak napisałeś, że nie wiadomo, czy nie czytałeś, nie spodobało ci się, czy starasz się być na siłę oryginalny? Może trafiłeś na tłumaczenie Łozińskiego?

        Warto podczas lektury pamiętać, że ten kto kontroluje przyprawę, rządzi wszechświatem 😉

          1. furry

            @Fantus

            Ale ja też mam takie odczucia, jedyne co mu wyszło, to Diuna 😀 Czytałem jakieś inne rzeczy, “Jezus na Marsie” czy “Zielony mózg” i był, no, dramat. Podobno teraz wyszły jakieś opowiadania, podobno dobre.

            Faktem jest, że Diuna jest niestandardowa, ale może dlatego jest dobra.

Powrót do artykułu