Spode łba – bez happy endu?

bosman_plama dnia 15 stycznia, 2019 o 10:03    14 

Wyrwałem dla siebie trochę czasu z tej gęstej mazi, którą na co dzień nazywamy: “tygodniem”. Obejrzałem nowy, piąty sezon serialu Luther. Ten, którego miało nie być z bardzo wielu różnych powodów. Obejrzałem. Pokląłem. Skinąłem głową twórcom, że to się chyba inaczej skończyć nie mogło, że szósty sezon chyba jest niepotrzebny. Że to powinno się skończyć właśnie tak. A potem, chyba nie było innego wyjścia, zacząłem myśleć o grach. Aha, migną tu czasem jakieś spoilery.

To nie jest tak, że Luther kończy się (w każdym razie w piątym sezonie) źle. Obiektywnie rzecz biorąc kończy się prawie dobrze – dla świata.

Kojarzycie w ogóle ten serial? Przez pierwsze trzy sezony szło mu znakomicie. Szorstki jak trzeba twardy brytyjski glina odtwarzany charyzmatycznie przez Idrisa Elbę siłował się z gangsterami i popaprańcami, jak na twardego filmowego glinę przystało chodząc własnymi ścieżkami. A na boku, niby to romansując z różnymi kobietami, rozwijał wbrew sobie, ale jednak zgodnie z sobą, romans z Alice. Pokręconą zakochaną w nim socjopatką wbijającą się przebojem do świata morderczych świrów, których kochamy. Alice zabijała, kiedy uważała, że jest to jej na rękę, gardziła życiem innych i chyba w ogóle ludzkością, jej własna wygoda i jej własne pragnienia były dla niej jedynym kompasem moralnym. A jej największym pragnieniem było udowodnienie Lutherowi, że on także ją kocha. Bo ona kochała go ponad wszystko. I była gotowa na urządzenie dowolnej rzezi, by mu to udowodnić. I – nie da się ukryć – ta jej bezwzględność tyleż często wpędzała go w kłopoty, co i ratowała mu życie. Bo Luther miał wielu wrogów. I zawsze starał się załatwiać sprawy z nimi na własny, bezkrwawy, ale często też niezupełnie zgodny z policyjnymi procedurami sposób.

luther-and-alicePoczątkowo to miało się zakończyć w ten sposób. Luther, w finale trzeciego sezonu nawet wyrzucił do Tamizy swój charakterystyczny płaszcz. A potem postanowili nakręcić dziwny sezon czwarty i mogący stanowić interesujące zakończenie sezon piąty.

I w piątym sezonie wraca jak mantra: “potrzebuję tylko trochę czasu i jakoś to wszystko odkręcę”. Luther, jak większość bohaterów, jest przekonany, że da radę. Nieważne, że świat wali się wokół niego tym razem na poważnie. On da radę. Odkręci to jakoś. Sam.

Bycie samemu to stan charakterystyczny dla bohaterów kryminałów i thillerów oraz dla tych graczy, którzy wciąż wolą tryb singla od multi (tak, to ja). My, singlarze, też bierzemy na barki cały ciężar ratowania świata. Stajemy naprzeciw armiom, szaleńcom, epidemiom, zbrodniarzom, przebijamy się przez hordy zombiaków, kosmitów i triceratopsów, rozwiązujemy setki zagadek, przeskakujemy nad tysiącami pułapek i wspinamy się na ośmiotysięczniki przy pomocy samych tylko dłoni, bez rękawiczek.

I wygrywamy. Owszem, czasem giniemy po drodze (kiedyś ginęliśmy częściej), ale zmartwychwstajemy niczym bohaterowie komiksowych telenoweli o herosach i brniemy. Bo zwyciężanie stanowi sól grania. Triumf, nawet jeśli przez łzy (jak w Max Payne), albo choćby tylko na chwilę (jak w większości seryjnych strzelanek, z dosadnym zakończeniem Bad Company 2, w którym uratowaliśmy właśnie świat po to, by dowiedzieć się, że w międzyczasie wybuchła trzecia wojna światowa), stanowi istotę gier. Gramy po to, by zwyciężać. To jest sens grania.

falloutdeathOczywiście, Fallouty (klasyczne) to było coś, nie? Tam mogliśmy zobaczyć konsekwencje naszych działań. I nawet jeśli my osiągnęliśmy jakiś sukces, mogło się okazać, że przy okazji doprowadziliśmy do upadku jakiejś wioski.

W każdym razie najczęściej. Istnieją przecież rogaliki, prawda? Ale nawet w nich celem jest najczęściej zwycięstwo, choć przez pot, krew, łzy a czasem połamane klawiatury. Istnieją gry jak Life is Strange, w których zawsze trochę przegrywamy (ale też zawsze trochę wygramy). Gramy, by pokonywać przeszkody, zdobywać osiągnięcia, by na samym końcu, nim ukażą się napisy (istnieje jeszcze w ogóle ekran: game over?) poczuć satysfakcję z osiągniętego celu. Nie niepokój i rozczarowanie, ale właśnie satysfakcję.

Ale gry się rozwijają. Bywają poważniejsze, wręcz publicystyczne. Niezbyt doceniona sprzedażowo nowa odsłona Medal of Honor próbowała pokazać koszty odniesionych sukcesów. Nawet w CoD ginęły postacie bohaterów. Heavenly Sword kazał nam wręcz zabijać własną postać w imię ratowania świata, a Hellblade idzie w tym o krok dalej. Pierwszy Bioshock też potrafił zostawić nas w poczuciu pewnego zagubienia. A pamiętacie Spec Ops: The Line – grę o popadaniu w szaleństwo spowodowane wojną i zabijaniem?

spec ops

Grając ciągle mamy przed sobą cel. Dążymy do jego zrealizowania jak nieszczęsny Luther, któremu wydaje się, że wystarczy jeszcze chwila i wreszcie wszystko sobie poukłada. I wiecie co? Gdyby to były lata 90 ubiegłego wieku, pewnie byśmy to sobie wszystko poukładali. Ale gry coraz częściej mówią nam, że to nie musi być takie proste. Herkules Poirot w końcu umarł, w dodatku trapiony wyrzutami sumienia. Tak Akunin jak i Nesbo zapowiedzieli, że także ich dzielni detektywi skończą martwi. Han Solo, Luke Skywalker i Leia nie żyją. A ja, choć jeszcze nie widziałem np. strategii a’la Total War wyliczającej celowo na końcu ilu ludzi (w tym cywilów) musiałem zabić by zbudować swoje imperium, sądzę, że cień realności coraz częściej zapada nad grami. Gramy by się bawić i wygrywać, ale w tych ambitniejszych tytułach często nie wiemy, co oznacza “zwycięstwo”. I może się zdarzyć, że coraz częściej będziemy nim zasmuceni.

 

Dodaj komentarz



14 myśli nt. „Spode łba – bez happy endu?

  1. lemon

    Zdziwiłem się, że przez cały dzień nikt nie skomentował, ale po przeczytaniu tekstu sam nie bardzo wiem, co można dodać. Dziwne, że zapomniałeś wspomnieć o RDR. 😉

    Gry ciągle dojrzewają jako medium i oby coraz więcej pozostawiało nas z refleksją.

  2. aryman222

    1. Leia żyje 🙂 Jak jest w stanie przetrwać w próżni, to nic już jej nie zabije. #Leiaisunbreakable, #Glass.
    2. Kłopot z wieloma serialami jest taki własnie, że (przy słabych scenarzystach) problemy bohatera powtarzają się, wijąc się w nieskończonej serpentynie powrotów do punktu wyjścia. Zwłaszcza jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. I zjeść ciastko, i mieć ciastko… I stworzyć chemię miedzy bohaterami, i nie dopuścić do jej pełnego zrealizowania.Nie wiem jak to jest w Lutherze (nie oglądałem), ale wiem, że da się to jednak dobrze zrobić – byłem pod wrażeniem napięcia jakie udało się stworzyć w Nikicie. Michael – ty zimny draniu…
    3. Wraz z wiekiem bardziej doceniam produkcje (czy to filmowe, czy growe) mające w sobie jakieś elementy głęboko ludzkie. Cóż bardziej ludzkiego niż porażka lub niezbyt satysfakcjonujący (daleki od ideału) koniec? Chcę oczywiście tej satysfakcji i sukcesu na koniec, kibicuję bohaterom w ich zmaganiach, ale tym bardziej porusza mnie (wciąż jednak rzadka w świecie rozrywki) umiejętnie, sensownie przedstawiona klęska, czy jakiś niedosyt… Takie sytuacje pamięta się na długo. Chocby Life is Strange [SPOILERY!!] – niby nic rewolucyjnego, a jednak robotę robi wciągającą historią, gdzie tak bardzo liczymy na happy end, by na koniec otrzymać smutek porażki i straty…

  3. Mnisio

    Najczęściej przegrywamy w strategiach (kto nie widział obrazu naszej upadłej cywilizacji, właśnie w cywilizacji), ale to przegrana na całej linii. Zwycięstwo byle jakie, niepełne lub wątpliwe zdarza się nader rzadko – zwłaszcza w strategiach.
    Choć z drugiej strony ile razy pokonywaliśmy obcych w UFO, a oni wracali, baza na marsie rozbita, to nic siedzą pod wodą, statek matka zniszczony, dalej przylatują. W herosach III ukończenie wszystkich kampanii prowadziło do armagedonu i zniszczenia świata. W panzer general II dało się spieprzyć kampanię blitzkriegu i zamiast kończyć w waszyngtonie mogło cię przerzucić do kampanii obrony rzeszy (którą, aby skończyć, musiałeś wygrać).
    W Arcanum było fajne rozwiązanie – po końcu gry oprócz ostatecznego zwycięstwa, w którym mogłeś wybrać dobro lub zło (na samym końcu mogłeś zdradzić swoją misję) pokazywało obrazy jaki wpływ na poszczególne miejscowości miała twoja gra.
    W wizardry 8 był na końcu wybór jednej z 3 opcji, od którego zależała ostatnia walka i ostatecznie mogłeś zostać znudzonym władcą marionetek, bez sumienia, przy boku swego największego wroga.
    Zazwyczaj jednak to, że ci nie wyszło tak jak chciałeś oznacza, że będzie kolejna część gry. Lub, co jeszcze lepsze, dopiero w kolejnej części gry dowiadujesz się, że coś poszło nie tak.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Mnisio

      Arcanum to Fallout fantasy:). To rozwiązanie na koniec to nie jedyny element jaki łączy te dwie gry. Są pancerze wspomagane i zakończenie F1 pokazane w Arcanum, gdy dotrzesz do twierdzy magów (którzy wysłali kiedyś jednego ze swoich by odnalazł zaklęcie usprawniające proces wymiany wody), jest nawet bramin!

      Ciekawe jest to, co napisałeś o UFO. Bo w świecie, w którym każdy udany tytuł musi dostać swoją kontynuację rzeczywiście rzadko zdarza nam się wygrać tak naprawdę i do końca. Wracają obcy, terroryści, Niemcy i bandyci, którym już raz złoiliśmy skórę. Zło nie odpoczywa, a przez to bohaterowie też nie mogą. Nie ma ostateczne go triumfu, tylko drobne zwycięstwa, które niewiele zmieniają – chyba, że seria przestaje się świetnie sprzedawać:).

  4. Probabilistyk

    Mantra: „potrzebuję tylko trochę czasu i jakoś to wszystko odkręcę” doskonale żyje w serialu “Ozark”, idealnie wypełnia pustkę po “Breaking bad”. Jak dla mnie mocne zaskoczenie ubiegłego roku, bo dopiero jakoś w październiku go odkryłem. I wczoraj aż zainstalowałem Bad Company 2 po to tylko by sprawdzić tego singla… przez tyle lat nawet raz go nie uruchomiłem 😛

  5. Tichy

    Pamiętam jak w pierwszym Europa Universalis kolonizowałem Amerykę Północną wyżynając plemiona Indian. Ja, miłośnik Winnetou, Wernica i Tańczącego z wilkami, patrzyłem z przyjemnością jak zmniejszają się cyferki populacji tubylców i mogę wysłać kolonizatorów na oczyszczony teren. Jak sobie uświadomiłem pewien dysonans poczułem się lekko głupio. Pamiętam do dziś.

  6. /mamrotha

    Wybitnie sobie cenię wszystkie gry, gdzie happy end jest tylko jedną z opcji, albo wyborem “mniejszego zła”, które wcale nie musi być takie małe. Pierwsze Fallouty, Wiedźminy, The Last of Us, Life is Strange… każda z nich została mi w głowie o wiele dłużej, niż piękne landrynki AA z “żyli długo i szczęśliwie” na końcu.

    Tylko trudno je wyszukać nie spoilując sobie zarazem fabuły 🙁

    edycja: se pomyślałem jeszcze o Detroit: Become Human – niby trudno o happy end, a jakoś tak zrobione, że się nie przeżywa (no, ja nie przeżywałem – też ciekawy przypadek)

Powrót do artykułu