Valhalla Hills – hej, zagrajmy w Settlersy!

Nitek dnia 22 grudnia, 2015 o 13:00    2 

Bądźmy jednak poważni. Naprawdę zagrajmy w Settlersy. Nie ze względu na to czym Valhalla Hills jest, ale czym miało być, a nie jest.

Kiedy przegląda się te wszystkie zapowiedzi i dobrze skrojone notki na stronie oficjalnej gry, czy bezpośrednio na samym Steamie, można odnieść wrażenie, że Valhalla Hills to zapakowana w piękny, szeleszczący papier klasyka do której nam tęskno. Zwłaszcza, kiedy Ubisoft coraz bardziej od niej odbiega będąc dziwnie zaślepionym faktem, że dobrze graczom zrobiły odświeżone wersje jedynki i dwójki.

Tym Valhalla nie jest, choć nieznacznie się otarło.

Do naszej dyspozycji oddano nam zastępy Wikingów gorszego sortu, skłóconych z Odynem, których głównym życiowym zadaniem jest wjechanie do Valhalli z chromem na ustach. Im więcej nasi w pełni modyfikowani podopieczni robią podczas rozgrywki, tym więcej honoru dostają, a jak już nafarmią go 100 tysięcy punktów (100 tysięcy!!!1!!1! Po dziesięciu godzinach to lekko około 20k, powodzenia) zapukają do Valhalli bram. Takie są bieda założenia fabularne i to właściwie jedyny motorek napędzający zabawę. Inną sprawą jest, że w dostępnych trybach rozgrywki jeden oferuje wszelkie unlocki, kiedy w standardowym wariancie wszystko musimy odkryć sami. Haczyk tkwi w tym, że tylko w tym drugim chrom pokrywa spierzchnięte usta ludzików grasujących po mapie, a im go więcej, tym więcej budynków mamy do dyspozycji.

Valhalla1

Gdyby ktoś obudził Was o drugiej w nocy, a graliście kiedyś w Osadników, i posadził przed kompem, wiedzielibyście dosłownie wszystko, co wiedzieć należy o prowadzeniu milusińskich. VH to kalka sprawdzonych pomysłów i wszelkich łańcuszków ekonomicznych jakimi bawiliśmy się jeszcze na Amigach z połówką RAMu, lekko 22 lata temu. Drwal rąbie drewno, tartak przerabia je na deski, a zasoby leśne odnawia dziarski leśnik i jego magiczne sadzonki. Mocniejszy industrial opiera się na obsłudze uniwersalnej kopalni, jednej do wszystkich złóż, hutnika i płatnerza. Wyrobioną broń składujemy w magazynie, obok którego stawiamy obóz będący jednocześnie kursorem obsługującym naszych wojaków. Ci, podobnie jak kiedyś, muszą zajumać golda, by mieć więcej pary w łapach, a jak już przestawimy obóz, zbić tych i owych.

Valhalla2

To nie jest tak, że poszczególne mapki nie mają końca, nie. Na samym początku te proceduralnie generowane wysepki, ładne, na Unreal Engine 4, nie powalają wielkością. Chwila w grze i kilka unlocków później, a z tych małych karłów robią się wyspy pokaźnych rozmiarów. Wszystkie ze wzgórzami, wszystkie z kilkoma niebezpieczeństwami jak miśki czy szwendające się wilki, ewentualnie szkielety. Każdorazowo, absolutnie za każdym razem, celem naszej zabawy jest otworzenie wszystkich portali, zwyczajowo umieszczono gdzieś wysoko na wzgórzach. Czasem jest jeden główny, czasem jest kilka mniejszych, w wyjątkowych sytuacjach można natknąć się także na pasywne ugrupowania lodowych obrońców portali, którzy jakoś specjalnie nie agrują, chyba że poślemy do nich wojaków. Choć zdarzają się wyjątki, bo raz wiochę zostawiłem samą sobie, przyszły miśki i wszystkich zjadły. W sumie dobrze, bo moi też byli głodni, a rybacy nie wyrabiali z połowem. Finał zabawy zaś następuje wtedy, gdy uporamy się z portalem głównym, co można zrobić pokojowo, tudzież spamując jego okolice dużą ilością wojaków jednocześnie. Pokojowe rozwiązanie to złożenie w ofierze fefnastu sztuk surowców jakichś tam, po czym mapa się kończy, a my? My, zaczynamy wszystko od nowa. #japrdl jaka strata czasu.

valhalla3

Nie jest tak, że nie przenosimy jakiegoś progresu, nie. Nie do końca przynajmniej. Wykokszeni Wikingowie nadal mają swoje punktu honoru, ale na kolejnej mapie zaczynamy od zera. Znowu musimy zbudować wytwarzacza narzędzi, drwala, tartak, leśnika, kamieniarza, kamieniołom i całą resztę. W koło Macieju robimy pętle tych samych działań, jakie uskutecznialiśmy przez ostatnią godzinę, bądź dwie, zależy jak przepastna była mapa i znowu wspinamy się na szczyt, by z uśmiechem na ustach zacząć po raz kolejny wszystko od początku. Tak, malkontenci powiedzą, że w Settlerach to nie przeszkadzało, ale to było 22 lata temu, a tam nawet jakieś zalążki fabularne były wprowadzone, wszystkiego było więcej, przeciwnik był realnym zagrożeniem, ale też jego obicie było celem samym w sobie, bo nam odbierał połacie terenu. Teraz ograniczeń takich nie ma, ale zbyt duża swoboda przynosi ze sobą zbyt wiele nudy. Co zabawniejsze to fakt, że gra przekisła się trochę w Early Accesie i owszem, progres zaszedł, ale twórcy dodają rzeczy o których zapomnieli, jak choćby gościa, który hoduje zwierzaki potrzebne na sałatki i kanapki dla wojaków i podejrzewam, że to nie jest ostatnie udogodnienie jakie zostało dodane. Sytuacji nie ratuje fakt, że tempo gry można dowolnie regulować, co oznacza, że sami zdecydujecie czy chcecie znudzić się szybciej czy wolniej. Zapomnijcie o jakimkolwiek urozmaiceniu zabawy, a raczej przyszykujcie się na ciąg tych samych czynności, bowiem jak rypniecie się w kolejności stawiania kolejnych budynków, szybko można popłynąć, czy to z braku narzędzi, czy pożywienia.

Z bólem serca przyznać trzeba, że Valhalla Hills to przykład niewykorzystanego chromu i poślizg na nostalgii sucharów. Szybko odsłania karty, jeszcze szybciej obnaża się powtarzalność, przez co do kolejnej mapki siada się z biczem na plecach, aniżeli uśmiechem na twarzy. Nie działa nawet dawkowanie zabawy. Lepiej odkurzyć klasykę, ewentualnie sprawdzić czy za rok grę już skończą. Nuda Panie Kierowniku!

zimnaryba2

Grę dostarczył wydawca.

Dodaj komentarz



2 myśli nt. „Valhalla Hills – hej, zagrajmy w Settlersy!

Powrót do artykułu