The Order 1886 – obejrzałem

Nitek dnia 23 lutego, 2015 o 13:24    48 

Zerowe replayability, recykling na każdym kroku, podróż z punktu A do punktu B bardziej liniowa niż jelito grube, dubbing gorszy od wczesnego i późniejszego aktorstwa Schwarzeneggera, przekład słabszy od czytanek w podstawówce, oprawa piękna niczym ta/ten za którą ostatnio się odwróciliście. Moment sympatii. The Order 1886 właśnie.

Niespełna dziewięć godzin, tyle czasu potrzebowałem, żeby ogarnąć The Order “kup pan Playstation 4” 1886. Na hardzie, bo szczypta masochizmu zawsze w cenie. Czy dałoby się szybciej? Dało. Niestety nie ze względu na wysublimowane AI, które prężnie reagowałoby na nasze działanie. Nie. To tylko skrypty, w każdym przypadku, a w jednym nawet, udało się je zepsuć i krążyć bez sensu przez dwadzieścia minut w lokacji z nadzieją, że to jednak jakaś super trudna zagadka wymagająca kombinowania o którym zapewniali twórcy, że w grze jest. Nie ma. Chyba, że zaliczysz do kategorii tego czynu podbiegnięcie do obiektu, do którego naduszenia namawia Cię jakiś NPC przez dziesięć minut biegania wte i wewte. Urągające. I nagle, za sprawą jednego przycisku, problemy tamtego świata zdają się być rozwiązane.

I czas rozgrywki skrócony, daje nam około 8 i pół godziny.

W The Order gramy sami, ale nigdy nie jesteśmy sami sobie pozostawieni. Właściwie w każdej misji towarzyszy nam persona z wachlarzu obsady mało wybitnej, z których może jedna osoba zapada płytko w pamięci, maks dwie. Bynajmniej nie jest to główny bohater, nomen omen, rycerz tytułowego Zakonu, nazwany na cześć konia wyścigowego, Sir Galahada. Taka aluzja, że będzie szybko i krótko, żartownisie.

Sir Galahad nie jest pod wrażeniem

Sir Galahad nie jest pod wrażeniem

Czekaj obrońco poprawności, wiem że rycerz. I po podśmiechujkach.

Fabularnie jest miałko. Postaci napisane tak sobie, wątki mocno sztampowe. Jesteśmy dobrzy, są źli i paskudni, są mieszańcy (c’mon, żadna tajemnica) czyli człowiek i wilk w jednym, jest najbardziej mroczny z mrocznych Lord z tajemnicą, która akurat mnie zaskoczyła. Dobrze dumając nad podanymi składnikami jesteście w stanie napisać scenariusz wszystkich wydarzeń. Zaskoczy Was jedynie swoją obecnością scenka po napisach na którą nie będziecie czekać, ale i tak obejrzycie, bo dopiero po niej można pominąć jakąkolwiek sekwencję w grze. Jedną, jedyną, napisy końcowe. Acziwek, rozejść się.

Wszystko to w otoczce bieganej strzelanki z systemem osłon, który działa tak bardzo, że nawet na najwyższym poziomie trudności wystarczy wybrać z dostępnych osłon tę jedną zza której wybijemy wszystkich do nas strzelających. Wystarczy. The Order w swojej prostej konstrukcji korytarzowej, w której nie da się skręcić w niepożądaną przez twórców stronę, bo takowych odnóg nie ma, usypia czujność tak mocno, że w momencie wyskoczenia na arenę wymiany ognia z respiącymi się przez jakiś czas przeciwnikami, człowiek czuje zagubienie. Samo strzelanie jest jałowe jak w pierwszy Residentach i raczej biegania i spamowania ołowiem nie uświadczycie chyba, że dorwiecie się lancy indukcyjnej, która po dupie łoi piorunami tak skutecznie, że nie wymaga nawet celowania. Gdyby zerknąć na mapy w rzucie top down, zobaczylibyście węża, z gdzieniegdzie utkniętym pokarmem wielkości myszy, arenami właśnie.

~0===o=====o====>- wąż, gdzie o to areny.

Zadowolone będą osoby, których wkurza wtrynianie wszędzie gdzie się da elementów rozwoju czegokolwiek, tworzenia przedmiotów i zbytniego komplikowania rozgrywki. Nie ma tu nic z tych rzeczy. Żadnych punktów doświadczenia, żadnego tworzenia czegokolwiek, żadnej komplikacji rozgrywki. Do ostatniej kategorii zaliczyłbym jednak odpalanie dzienników audio, które zebrane nie dają takiej możliwości, dopiero z poziomu menu można posłuchać co tam w Londynie 1886 piszczy. Żadnego nie włączyłem. Są znajdźki, a jakże, o które praktycznie się potykamy po drodze, sam easter egg (sackboy z Little Big Planet) prawie skacze na nas ze stołu, bylebyśmy go zobaczyli i umieścili wszędzie w internetach. Najbardziej nieudolne jajo w ogóle. Odzierając ze złudzeń, do The Order po napisach końcowych nie ma po co wracać. Nie zdobywa się nic, co zachęcałoby do powrotu, bo ekwipunek wpada nam sam, postać zawsze na takim samym poziomie, zamiast marchewki na kijku, ktoś zostawił jej dupkę i końcowe ziele.

Łażąc jedyną słuszną drogą zaprojektowanej przez pana głównego projektanta, nadziejecie się na sekwencje walki z wilkołakami. Przecież musiało do nich dojść. Wilcy, podobnie jak i plejada innych ożywionych osób, są zrealizowane bardzo fajnie. Sam efekt przemiany, dobry. Szkoda tylko, że i tutaj ktoś postanowił ten element pozbawić jaj, a w grającym wzbudzić obrzydzeniem fuszerką jaką odstawiło Ready at Dawn. Wszystkie spięcia z odmieńcami, w sumie trzy (heloł!) dzieją się w dokładnie takich samych magazynach, z dokładnie takim samym umeblowania stojącym w dokładnie takim samym miejscu. No dobra, modele mebelków się różnią. Same wilkołaki mają atak w szalonej liczbie je-den i odwalają kitę po celnej serii. We wszystkich trzech przypadkach nie ma potrzeby ruszania się z miejsca, albowiem dzięki zaawansowanej inteligencji, wilki same zawsze przybiegną z ciągle tych samych miejsc. Plażo, proszę, jeszcze nie koniec, a już recykling.

the_order_1886_lycan

Ej, ej, ale boss jest. Dwa pojedynki okraszone tymi samymi animacjami, sekwencjami QTE z różnicą tego co za plecami. Same QTE są liczne, ciągle takie same, naprzykrzające się i powciskane w każdy moment. Sama gra nie wie już czym chciałaby być, bo proporcje są zachwiane mocno na niekorzyść gry w grze. Jako film, do pooglądania, fajnie się patrzy, o ile się lubi niezbyt mądre i wyświechtane twory. Jako gra, nie do końca cała filmowość pozwala nią być. O wczuwkę tu trudno, bo co chwile gra przejmuje kontrolę nad prowadzeniem akcji, co chwilę coś oglądamy, wciskamy jak małpeczki odpowiednie guziki, nic ciekawego. Dziurawa narracja w filmikach wkurza, bo oto stoi gromada postaci i mówią, że trzeba gdzieś iść, zrobić coś, ekran się wyciemnia, są w miejscu z dupy, nie wiadomo skąd, jakby zapili i się magicznie teleportowali. Mocno irytujący defekt.

Polonizacja jest koszmarem, choć poprawnie ogarniętym. Podobnie jak i grze, brakuje jej jaj, a sami aktorzy są nieprzekonywujący. Nie wiem co się stało z polonizacją 2.0, znanej z poprzedniej konsoli, gdzie większość gier umożliwiała wybór między dubbingami, albo napisami, albo dowolnej konfiguracji. By uszy nie krwawiły konieczne jest zmienianie języka całej konsoli, co jest rozwiązaniem nieporęcznym, by nie powiedzieć, beznadziejnym. Powiedziałem.

Koniec gry, spadamy!

Koniec gry, spadamy!

Rzecz o pięknie dla oczu, bo jest pięknie. niektóre wyrenderowane landszafty generują pokłady kisielu, ale to jak z pisanką. Ładne z zewnątrz, wewnątrz zgniłek z dzióbkiem. modele postaci, wszystkich, śliczne. Miejscówki, bardzo fajne, nawet ograne jak szpital, który mógłby być, taki sam, w kolejnym Silent Hillu, brałbym. A jednak wszelkie te miejsca jeszcze bardziej uzmysławiają jak duży potencjał został zmarnowany. Lokacje są, otoczka jest, steampunk poprawny, a wyszło Rambo z widokiem zza pleców i większą ilością scenek. A można by poupychać więcej misji korzystającej z dobrodziejstw wplecionych elementów, a tak tylko jedna znacząco się wyróżnia. Do tego wszyscy ją widzieli, bo promocja na niej się opierała. Mowa o przechwytywaniu sterowca, akcji pierwszy raz uskutecznianej od Indiana Jones III. I trochę tam skradania, nawet niezłe, z QTE, strzelania i pieprzone przejście w ciemny ekran, jakby brakło budżetu na zrobienie scenki z pokazem tego co stało się tam na górze i jak znaleźli się dole. Dziury, dziury, dziury. Szkoda, bo gdzieś tak od tego szpitala, zapałałem sympatią do The Order, co zostało koniec końców wyparte przez przeciętność i powtarzalność. I to nie zasługa scenek, bo lubię patrzeć, wszak MGS! Niemniej jednak, potencjał settingu niewykorzystany.

The Order można pochytać za darmo, jak dodadzą na urodziny Chwili na Relaks. Żaden z tego nextegenowy mesjasz, zwykła słaba gra. Poza otoczką graficzną i chwilowymi zwyżkami klimatu nie znajdziecie tu nic exquistie, żadnego magnesu przyciągającego do ekranu. Słaby początek, fajny środek, miałki koniec. Wąż. The Order 1886. Jeśli już to po ostrych przecenach chyba, że lubicie jak gra Was obraża, albo umarły Wam wszystkie dojne krowy, a kurczaki rozpierzchły się po okolicy i zupełnie, absolutnie, nie macie co robić przez 8h. To i tak zagrajcie w co innego.

Tak naprawdę jest super, a Ty kup teraz! Dobra samojebka included.

zimna_ryba3

Krótka opinia o The Order 1886 – pisze Croldin

Przeszedłem The Order. Zajęło mi to pewnie z 6-7 godzin, nie bardzo wiem gdzie miałbym to dokładnie sprawdzić, nevermind.

‘Gra’ – cudzysłów mocno zamierzony – jest przepiękna. Można zbierać szczękę z podłogi, serio. Londyn ery wiktoriańskiej wygląda zabójczo, baki sir Galahada (naszego protagonisty) wyglądają na zadbane, a mundurki na świeżo wyprane. Z jednej strony bardzo się cieszę, że ją przeszedłem. Mogę teraz spokojnie czekać na inne produkcje ze świadomością, iż jest szansa, że kiedyś tam pobawimy się w innym świecie, z innymi postaciami, ale w tej samej oprawie graficznej. Woda pluska kiedy w nią wdepnąć, szaty łopoczą przy biegu, dym unosi się z broni, a koszula naprawdę wygląda na przepoconą. Wiem teraz jak gry mogą wyglądać na PS4, niezdrowe obgryzanie paznokci w oczekiwaniu na podobne wytryski graficzne… czas start.

Z drugiej jednak strony odnoszę też wrażenie zmarnowania tych 6-7 godzin. W tym czasie można dolecieć do Aten z Warszawy… co prawda z przesiadką w Zurychu, ale wciąż.

Jesteśmy od samego początku do samego końca prowadzeni za rączkę. Nie ma możliwości zboczenia na chwilę z trasy rozgrywki, bo i nie ma gdzie. Przepiękny zamknięty na cztery spusty świat. Poczucie klaustrofobii silnie obecne. Co nam po ładnych murach, skoro w całej tej ‘produkcji’ można było wyłącznie dwa razy wybrać opcję ścieżki. Schody albo dach, różnica w czasie… 6 sekund. Trochę wstyd.

Słówko na temat finału, mechaniki, nie fabuły.

Spoiler! Pokaż
Twórcy zostawili rozjebaną na oścież nie furtkę, a ogromną bramę do kolejnych części. Powiedzenie, że sporo wątków zostało niewyjaśnionych byłoby naprawdę łagodnym spojrzeniem na sprawę. Morze wątków pozostało niewyjaśnionych. Ciężko jest tu mówić o niedosycie, bo człowiek nie miał na dobrą sprawę kiedy zacząć jeść. Czuję się trochę oszukany, bo wygląda to jakby chciano nam zasugerować “wiemy, że nasza gra jest chujowa, ale…”. No właśnie, ale co? Są znajdźki, można poczytać nagłówki gazet, posłuchać Chopina, odsłuchać idiotyczne audiologi. Po co? Dla trofeum? Dostałem kilka, parę z nich nawet złotych. Trochę jednak było mi wstyd otrzymując te za ukończenie gry.

The Order 1886 ciężko jest nazwać grą. To interaktywny film, który wymaga od oglądającego/grającego naciśnięcia odpowiedniego przycisku w odpowiedniej chwili. Walki jest niewiele, a jak już jest, to oprócz kilku momentów (pieprzony płonący magazyn), nie jest żadnym wyzwaniem. Opowiedziana historia jest całkiem ciekawa, ale według mnie niewarta tych 280 zł które trzeba zapłacić za nią w PSS. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza ta filmowość, to polecam poczekać do konkretnych przecen. Już teraz można znaleźć oferty po 100 zł. Balonik okazał się być nieco za mocno nadmuchany. W 10-stopniowej skali dla gry (pod kątem mechaniki, długości rozgrywki itp.) dałbym 4-5. Dla filmogry (postaci, historia, grafika) 6-7. W skali gikz meh… dla gry, dla opowieści takie se. Piękna wydmuszka.

Edit: Obrazek z czeluści gikza, w grze nie ma mowy o takiej swobodzie jak chodzenie po pełnej przechodniów ulicy.

Edit 2: W sumie… zagrałbym w kolejną część.

—————————–

Jeśli ktoś chce pooglądać to zapiski z Twitcha, ważne przez dwa tygodnie, zawierające całe
The Order są tu: część pierwsza, druga, trzecia, czwartaImperator

Dodaj komentarz



48 myśli nt. „The Order 1886 – obejrzałem

  1. aihS Webmajster

    Mam mieszane uczucia co do The Order 1866 i jego chłodnego przyjęcia przez recenzentów. Takie proste porównanie:
    Gears of War – metascore 94
    Gears of War 2 – metascore 93
    Gears of War 3 – metascore 91

    The Order moim zdaniem to takie plejstejszonowe nekstdżenowe Gearsy z naprawdę fajną stroną artystyczną i uboższym level designem, ale koniec końców cała gra sprowadza się do strzelanki z zasłonami. Obejrzałem całą grę na streamie i nie żałuję poświęconego czasu. Pytanie czy byłbym równie zadowolony zapłaciwszy zań 259 zł. Gra nie zarobi na samą siebie, a już na pewno nie na sequel więc ciekawe czy Sony przyhajsi na kontynuację tylko po to by utrzymać iluzję sukcesu.

    1. thewhitestar

      @aihS

      O borze iglasty… Gow… Do dzisiaj pamiętam jaka podnieta towarzyszyła premierze pierwszej części, zdobyłem ją i… no kuźwa, jeden z najsłabszych szuterów w jakie grałem. Korytarzowy, nieciekawy, z debilnymi postaciami i dialogami. Jedyne co go wyróżniało to że zamiast manualnego kucania i wychylanie się hikpiem zza osłon, wystarczyło nacisnąć jakiś przycisk by pudzian się sam schował. Cała rogrywka przebiegała mniej więcej w ten sposób (cytuję) “wystarczy wybrać z dostępnych osłon tę jedną zza której wybijemy wszystkich do nas strzelających. Wystarczy.”. I do następnego starcia, gdzie powtarzamy czynność. Pamiętam nawet że celować za bardzo nie trzeba było, bo oni mieli takie karabiny maszynowe co zalewały ołowiem całą powierzchnie celownika, a ten był całkiem sporych rozmiarów.
      Ja sukces GoWa tłumaczę sobie tak: konsolowcy dostali jednego z pierwszych szuterów w historii swoich podsprzętów i doznali objawienia. Dla pececiarza 4/10.

              1. Ryhol

                @emperorkaligula

                Ale co ma poziom trudności do mojego pytania “Tak z ciekawości jakie szutery były przed GoW na PC?”.
                Gry od paru lat już idą w stronę “realizmu” i wrzucenia gracza w spodnie głównego bohatera tak żeby poczuł się że to on jest protagonistą, że jest częścią tamtego świata. wszystkie gogle VR które teraz na potęgę są tworzone. Kinkiety i mówy mają Cię wciągnąć do TV i potem się okazuje, że samej gry nie wiele zostało.
                Nie widzę nic złego w gatunku szuterów z osłonami, regeneracja życia po pewnym czasie no to jest słabe ale czy apteczki na każdym kroku i wyciąganie kulek patykiem jak w Far Cry 4 to większy realizm? Tutaj ciężko o to bo jaki człowiek jest w stanie oberwać z AK zjeść aspirynę i wrócić do walki? Rozpisałem się trochę nie składnie ale obiad robię 😛 i nadal czekam na te szutery!

              2. emperorkaligula

                @Ryhol

                Chodzi o to że, to że kiedyś strzelanka TPP a teraz to zupełnie coś innego. Niezależnie od platformy.

                Nie widzę nic złego w gatunku szuterów z osłonami,

                A ja wiele elementów, które wymieniłem wyżej. Dodam jeszcze jedną dużą wadę: sztuczna inteligencja. Cover shooter, czyli wrogowie siedzą na dupie i wystawiają rękę z giwerą co X sekund – FASCYNUJĄCE! Do tego regeneracja HP w nieskończoność (W CAŁOŚCI!) to dużo większe ułatwienie niż ograniczone ilościowo bandaże lub ręczne opatrywanie tylko małej części HP (FC4).

                i nadal czekam na te szutery! ?

                Eeee.. ale kogo obchodzą ekskluzywne strzelanki tpp na PC (bo chyba przez to rozumiesz “szuter”) ?

                http://en.wikipedia.org/wiki/Third-person_shooter polecam akapit historia, wszystko zaczeło się w japonii w latach 80′ na różnych systemach.

                a z opinią @thewhitestar odnośnie gearsów się zgadzam, skończyłem jedynkę na PC jak już wydali i to było cholernie słabe.

              3. Ryhol

                @emperorkaligula

                Ale ja nie bronię tych rozwiązań żeby potem nie było 🙂
                Co do opinii @thewhitestar to jestem ciekawski i chciałbym poznać te mega wypasy, bo może mnie ominęły i zagrałbym z chęcią. Bo jak czytamy u niego “konsolowcy dostali jednego z pierwszych szuterów w historii swoich podsprzętów i doznali objawienia. Dla pececiarza 4/10.”

                “Eeee.. ale kogo obchodzą ekskluzywne strzelanki tpp na PC (bo chyba przez to rozumiesz „szuter”) ?” No mnie interesują bo jestem ciekawski, i lubię sobie robić podśmiechujki 😉

    2. emperorkaligula

      @aihS

      Obejrzałem całość i nie bardzo rozumiem zachwyty nad stroną artystyczną czy jakością grafiki. Czy to naprawdę takie ważne ? Czy komuś potrzebne obracanie jabłka w dłoni czy landszafty na horyzoncie do których i tak nie ma dostępu ? Rozumiem “budowanie klimatu” itd – ale kilka sekund po owych widoczkach będziesz na kolejnej mini arenie walczył z 10-20 przeciwnikami, którzy nie mają dobrze napisanej sztucznej inteligencji i atakują oskryptowanymi falami…. W tym przypadku pogoń za jak najlepszą grafiką to dla mnie zmarnowane pieniądze. Masa innych elementów potrzebowała tego hajsiwa, żeby wybić się ponad przeciętność.

      Co do Sony i jebitnej wtopy z Orderem to na dniach spodziewam się kompletnej zmiany tematu i maxymalnej promocji Bloodborn’a ze strony Japończyków 😉

  2. Liv

    Najlepsze (czyt. najgorsze) w tej grze jest to, że nawet nie trzeba myśleć, żeby to przejść. Podejrzewam, że dzieci by to poprzechodziły i może miały chwilę frajdy z tego, że “wooow, zabiłem człowieka zza marnej blachy czy skrzynki!”. A sprawa z wilczkami jak napisał Nitek też była “nieziemska i genialna”, że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Ponadto sekwencja ataku i cięcia na te małe bestyjki, jak wspomniałam na wczorajszym streamie też była marna. Skoro wiemy, że są wytrwałe, to czemu jedynie dźgamy je po brzuchu, mając nadzieję, że za 30 minut wciskania jednego przycisku, w końcu się wykrwawi i padnie? Już w Wiedźminie 1 widziałam o wiele więcej różnych cięć na przeciwniku i wiele ciekawszych… ;d

    1. PeteScorpio

      @Liv

      Już nie przesadzajmy z tym brakiem myślenia. Przecież konsole w dużej mierze przeznaczone są dla casuali, więc muszą mieć w swojej ofercie niezobowiązującą rozrywkę, a przecież Nitek na hardzie poginął trochę w trakcie przejścia więc dla chcącego nic trudnego 🙂

  3. mr_geo

    Im dłużej patrzę “na” i czytam “o” tej grze, tym bardziej umacnia się we mnie przeświadczenie że to była/jest jakaś dość rozpaczliwa w gruncie rzeczy próba reanimacji hasła marketingowego “next gen!”. Bo hasełko po początkowym hajpie uległo silnej inflacji i bardzo się zdewaluowało z powodu braku jakiś sensownych materiałów które by je wspierały. I ktoś w radzie nadzorczej Sony wydał okólnik że trzeba to zmienić i że mają przygotować coś zajebistego i ślicznego. No i przygotowali, tylko że tak w te uślicznianie i unextgenowianie przy tym zabrnęli ze wyszło im coś ni pies ni wydra: ani to tech-demo, ani to film, ani to gra. Jakiś dziwny miszung. Co gorsza z każdego z ojców (lub matek, zaleznie od preferencji) wziął ten Order geny najgorsze a nie najlepsze.

    Naprawdę interesujący bedzie “krajobraz po bitwie”, kiedy już kurz wzniecony cała ta zadymą opadnie. Na razie gra podobno sprzedaje się nieźle (jakaś szycha z Sony(?) się chwaliła na tłiterze że 2.4 mln kopi poszło), ale równocześnie zarówno gracze jak i branżowe magazyny kopią ją po zadku niemiłosiernie. Jeśli replayability faktycznie jest bliskie poziomu gruntu to te 2.4 mln kopii może nie wystarczyć żeby ten wózek ciągnąc dalej. Ale z drugiej strony od czego praktyka wydawania DLC?

  4. MHT

    Jakbym miał zapłacić za tę grę to bym był wściekły. Pożyczona mi się nawet podobała. Raz przejść i tyle.
    System osłon słaby, dialogi po angiesku fajne po polsku tragedia narodowa. Strzelanie i bronie zupełnie nie dają jakiejkolwiek satysfakcji. Zero. Null. Systemy skradankowe żenujące. Fabuła bardzo taka se. 4-5/10.

      1. lemon

        @Goblin_Wizard

        @kto widział
        A jak to właściwie jest z tą wojowniczką w grze? Nie obejrzawszy całego walkthrough nie mogę stwierdzić, ale czy to jedyna postać kobieca w fabule (bo przeciwnicy to rozumiem 100% płeć brzydka)? No i jak bardzo kobieca, w sensie czy to nie jest czasem facet z cyckami (nie napiszę “w spódnicy” bo ona nosi spodnie) udający kobietę, dodany przez twórców tylko po to, żeby wojujące feministki nie miały się czego czepiać?

        Na podobnej zasadzie chyba dodano później babkę w Gearsach (Murzyn był od samego początku).

  5. emperorkaligula

    Całość z różnych powodów oglądałem z jednodniowym poślizgiem na twiczu. Gra cieniutka jak dupa węża (ai, bronie, fabuła, system walki, bohaterowie, dialogi – wszystko posysało), Koń jak zawsze ratował sytuacje: rzucał anegdotami, celnie komentował wydarzenia na ekranie i miał doskonałe wyczucie offtopu. Dzięki temu oglądało się bardzo przyjemnie nawet taką kupę którą jest 1886. Niestety narzucony na ekran czat fest skutecznie zabijał przyjemność z oglądania. Do takiego stopnia, że odetchnąłem z ulgą pod koniec (2 ostatnie filmiki po 45min) gdy nie było czata na ekranie. Wyjdę na starego zgreda, ale kilka godzin gimnazjalnego flirtu pomiędzy dwoma osobami i brak rekcji modów po kilku naprawdę krzywych tekstach innych osób mnie dobijał. Wiem, że to wygodniej dla Nitka, grać z czatem na ekranie, a nie w telefonie, ale apeluje o nigdy więcej dla nałożonego na ekran czata 🙁 Tak czat jest dla wszystkich, rozumiem, ale jak 2, czy max 4 osoby gadają tylko ze sobą o dupie maryny (zero związku z tym co na ekranie czy tym co Nitek mówi) to się kurwa odechciewa. Jak nie muszę tego czytać to jest OK (zazwyczaj fullscreen i mam wyjebane na poziom czata). Współczuje Nitku że to wszystko czytasz i zazdroszczę, że gdy już czytasz to masz do tego neutralne podejście, dopóki nikt się nie skarży 😉 Ja się skarżył będę jak trafi mi się stream live, bo jak ktoś ma ochotę na wirtualne amory to polecam priva…

    Co ciekawe w tym ostatnim kawałku gamepalay’a http://www.twitch.tv/nitek69/b/628484568 jest komunikat o wyciszeniu części audio (od 28:30 do końca), z powodu ochrony praw autorskich… Szkoda, że twicz nie wyciszył samej gry, tylko wszystko. Rage’a po cholernie miałkim finale musiał być nieprzeciętny 🙂

Powrót do artykułu