The Legend of Heroes: Trails in the Sky – recenzja

Nitek dnia 29 marca, 2016 o 12:19    11 

Nieczęsto daje się wciągnąć na 61 godzin singlowej zabawy, ale kiedy już to niechybnie jest to jakiś sanboks. Wcale nie. jRPG. Fantastycznie, bo dawno już tyle przy grze nie siedziałem i nie narzekałem, że istotnie trwa aż tyle. 

The Legend of Heroes: Trials in the Sky (Steam strona) nie jest w żadnym wypadku grą nową, ani jakąś mocno rewolucyjną. Jej pierwsze wydanie, to z krzaczkami zamiast zrozumiałych hektarów tekstu, ujrzało światło dzienne jeszcze w 2004 roku, podczas gdy pierwsza edycja anglojęzyczna po wielu obsuwach spowodowanych zbyt gęsto zasianą japońszczyzną dostępna była dopiero siedem lat później. Pecety zaś, po angielsku, po obecności gry na PSP czy Vicie, dostały grę w czerwcu 2014. Sam zaś napocząłem temat jakieś pół roku temu, licząc od dzisiaj, tknięty faktem coraz bogatszej biblioteki tytułów z gatunku jRPG właśnie na Steamie, oraz wydaniu drugiej części serii na Parówce.

Pół roku temu, to miał być podkład pod dwójkę, bo pomyślałem, że nierozważne będzie wskakiwanie w sequel bez znajomości jedynki. I tyle mi zeszło. I nie żałuję.

Legend of heroes (9)

Tematyczni wyjadacze będą w skowronkach wiedząc, że gra leży dość blisko Suikodena, bo zamiast standardowego ratowania świata przez nastolatki, dostajemy, podobnie jak tam, nastolatków uwikłanych  polityczne intrygi królestwa Liberl. Niepozorny początek, kiedy to ojciec dwojga bohaterów przesyła im pakunek z wyprawy, a potem sam gdzieś przepada to jedynie niewinny wstępniaczek do dobrze nakręconej spirali nieprzewidywalnych zdarzeń rozgrywających się na przestrzeni trzech rozdziału i epilogu, z czego lekką ręką każdy z nich to minimum dziesięć godzin Waszego czasu i właściwie epizod opowieści o osobnym, zamkniętym wątku fabularnym.

Historia obszyta ilością tekstu powodującym obsuwy w pojawieniu się gry na rynku anglojęzycznym jest iście wyborna. Pomijając sieć zależności układów politycznych dostajemy tu trochę love story, szczyptę sekretów i tajemnic, walory komediowe i fest pokaźne ilości zadań pobocznych. Te wynikają ze zleceń, które otrzymujemy z gildii do których przynależymy i nie prowadzą nas za rączkę wstawiając masę znaczników na mapce,, a jedynie racząc skąpym opisem tego, gdzie powinniśmy zadanie zacząć, a reszty drogi graczu domyśl się sam. W każdym rozdziale zadań jest do obrobienia, a każde z nich poza nagrodą pieniężną nierzadko owocuje także w elementy ekwipunku, ale przede wszystkim pozwalają nam wspinać się po szczeblach kariery w gildii, co prowadzi do otrzymania nagrody ostatecznej. Niby nic, ale kiedy się pomyśli, że sejw z jedynki importujemy w kolejnej części z zachowaniem wykoksionych rzeczy, serce rośnie. Nawet jeśli nie, zawsze możecie ruszyć na ponowne boje w new game+, z podwyższonym poziomem trudności, oczywiście.

Legend of heroes (5)

Niektóre zadania się dublują, zwłaszcza zlecenia na potwory, które gdzieś trzeba na mapce odszukać, ale większość z nich jest mocno zróżnicowana i okraszona mniejszymi opowiastkami, co urozmaica zabawę. tu coś komuś przyniesiemy, innym razem pospieszymy z pomocą uwięzionym w śmiertelnej pułapce poszukiwaczom skarbów, a jeszcze kiedy indziej zabawimy się w kuriera. Niby nic, ale jakimś sposobem dane mi możliwości wciągnęły mnie na tyle, że zrobiłem wszystko wszystkim i było znakomicie.

Główna zasługa leży po stronie fantastycznie rozpisanych postaci od dwójki głównej, Estelle i Joshuy, przez plejadę pomagierów, którzy przewijają się przez wszystkie rozdziały przygody, po właściwie każdego NPCa, który ma do powiedzenia coś więcej niż wyświechtane frazesy sklepikarza, po roztrzepotaną reporterkę Doris kończąc. Dawno nie miałem tak znakomitego towarzystwa w grze wideo, a dzięki rotacyjnej obecności wielu z nich, zawsze jest co najmniej ciekawie.

Świat gry może nie robi kisielku patrząc na dzisiejsze standardy takiego wrażenia, jak te kilka lat temu, a i tak nie można mu oddać złożoności. Królestwo zostało podzielone na krainy z czego każda z nich jest odpowiednikiem jednego rozdziału przygody. Trochę tu backtrackingu zwłaszcza, kiedy puścić sięw eksplorację, a ta zaś wynagradzana jest tak sobie, co akurat nijak mi nie przeszkadzało, choć zaglądałem ww każdy kąt, bo tam można było znaleźć nie tyle zapasy leczniczych potków, co także lepszy ekwipunek dla naszych postaci. Lepszy niż ten dostępny ww sklepach. Wyeliminowano zaś zbędne plądrowanie każdej chaty w miasteczkach, a tych, chat i miasteczek, na drodze jest sporo. Tym razem nie zwiniecie nic właścicielowi chatki z szuflady, kiedy ten stoi tuż obok, ani nie obklikacie każdej ściany w poszukiwaniu czterech świecących pikseli, bo najzwyczajniej proceder ten nie jest tu uskuteczniany.

Legend of heroes (1)

To samo tyczy się siermiężnego gridndu podczas walk. Dając w wersji pecetowej wybór trudności i decydując się na normal nie spodziewajcie się stójki w miejscu przez x czasu, bo jakiś mobek jest za silny. Nie, jest w sam raz. Napotkane leszcze to głównie słabeusze, które tylko okazyjnie kopią tyłki, zaś pojedynki z szefami, owszem, stanowią wyzwanie, ale rzadko kiedy wymierzają cios w zęby i zmuszają do łażenia w obrębie lokacji, by się odpowiednio przypakować. Nie na normalu, czego winszuję, bo choć joterpeżki wielbię, tak grindować nigdy nie lubiłem specjalnie. Dzięki temu skupiłem się na poznawaniu historii niż obijaniu kreatur per se. Fajowsko.

Sama walka dzieje się w myśl turowej zabawy, gdzie na osobnym ekranie, poza planszą właściwą, poruszamy się po siatce pól. Wszystko w rzucie izometrycznym, choć z mniejszym zacięciem taktycznym, bo nie znajdziecie tu przeszkód terenowych. Zamiast tego konieczne jest pilnowanie drużyny, gdzie minimum to dwie postacie, maks cztery i okazyjne NPC, których należy chronić, i odpowiednie dobieranie czarów, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności. Sami przeciwnicy są na tyle różnorodni, że co rusz trzeba się do nich dostosowywać przebierając w bogatej palecie magicznych sztuczek i zdolności postaci.

Legend of heroes (4)

O ile zdolności przypisywane są na sztywno do osób, tak same czary, magia, odblokowywana jest przez osadzanie kryształów w sześciu slotach przypadających na jedną postać. Z nazbieranych quartzów, tworzymy większe kamienie o przypisanych doń właściwościach jak ogień, woda, wiatr, czas, złudzenie czy ziemia, a te odpowiednio połączone odblokowują potężniejsze czary siejących spustoszenie, ubiera je w efekty pasywne, ale także odblokowuje wszelkiej maści magii defensywną, wiadomo. Kombinacji jest dość sporo, acz sama gra poza lakonicznymi wskazówkami zdaje się milczeć w tym temacie, zmuszając grającego do samodzielnego odkrywania. Quartze to oczywiście główne farmidło występujące podczas potyczek, poza samym doświadczeniem podnoszącym walory naszych herosów odblokowuje też ich zdolności specjalne, używane niezależnie od tury przeciwnika ataki S-Craft. ładowane poprzez przyjmowanie cięgów, ale też ich zadawanie. Krótkie animacje i damage idący w tysiące, tak właśnie. Fani tabelek powinni być usatysfakcjonowani, casuale nie parający się tematem także, bo przy odpowiednim poziomie trudności, dobieranie poszczególnych efektów nie sprawia kłopotu i jest rozbudowanym dodatkiem do znakomitej zabawy. To nie tak, że wejdziecie w zwarcie i zmiotą Was w dwie kolejki. Nie na normalu, huehue.

Miejcie na uwadze, że przeciwników widać na mapie, a same potyczki nie biorą się z niczego. Czasem przeciwnik was zahaczy z dystansu, częściej jednak to ja byłem prowodyrem zdarzenia, bo walczy się przyjemnie, a jak wejdziecie delikwentowi na plecy, bonusy w postaci pierwszeństwa ruchu przez dwie tury, awww yea.

legend orbment

W kwestii oprawy, wrażliwców oczy zabolą, nie ma się co pieścić. W zależności od preferencji, możecie grać samą myszką, łączyć ją z klawiaturą czy odpalać na padzie. Niemniej jednak sprajty wykorzystane w grze pozostaną w low-resie, tekstury wyglądają dość nieefektownie, a przewalające się metry tekstu nie zostały okraszone dubbingiem. Tego tekstu nie lękajcie się, bo jego ogromu właściwie się nie czuje, bo dialogi lecą szybko, większość z nich przebiega dynamicznie i bez dłużyzn, a do tego są zabawne. Rewelacja. I tak mimo wszystkich, staroszkolnych już, wad wizualnych historia zrobi Wam grę.

Tak jak i mi zrobiła. Sześćdziesiąt jeden godzin, jestem gotowy na sequel. I Wy też bądźcie jeśli na temat się zdecydujecie, bo gdyby nie napisy końcowe, historia leciałaby nadal. A potem jest część trzecia, i czwarta.

Nie mogę się doczekać. Tylko kupię kolejne 61 godzin w DLC.

Puking_rainbows

legendsteam

 Sam sobie kupiłem.

Dodaj komentarz



11 myśli nt. „The Legend of Heroes: Trails in the Sky – recenzja

      1. Goblin_Wizard

        @thewhitestar

        Po pierwsze, zdziwiłbyś się ile rzeczy można dostać za friko mając odpowiednie znajomości. Po drugie, nie żałuję mu też tych podsyłanych przez różnych wydawców gierek. Byłbym hipokrytą gdybym mu ich żałował sam grając często w “darmowe” wersje. Zaskoczyło mnie to raczej w tym sensie, że “Nitek musiał zapłacić za grę!? Co za skandal! Tym się powinna zająć jakaś komisja!!”. Ba, ja mu nawet współczuję, szczególnie tych gównianych tytułów co to je z obowiązku musi odpowiednio długo ograć i podsumować zimną rybą albo czymś jeszcze gorszym.

    1. Nitek Autor tekstu De Kuń

      @Yosh

      Badaj minimalne 😀

      System operacyjny: Windows XP
      Procesor: Pentium III 550 MHz
      Pamięć: 512 MB RAM
      Karta graficzna: 32 MB VRAM, 3D accelerator compatible w/ DirectX 9.0c
      DirectX: Wersja 9.0c
      Miejsce na dysku: 3 GB dostępnej przestrzeni
      Karta dźwiękowa: Compatible with DirectX 9.0c

      dobrej zabawy!

  1. mr_geo

    O widzę zę nie tylko ja mam fazę na gry “z postaciami z chińskich kreskówek“? 😀
    Ogrywam “Valkyria Chronicles” (wyłowione za psi pieniądz w Segowym stratedży bundleu) i chociaż sterowanie to zaawansowany przypadek Consolitis debiliatus z powikłaniami to furda tam z dziwnymi key bindami, bo fun z gry mam pierwszej klasy (chciałem napisac “pierwszego sortu”, ale to polityczne by było…).

    Śmiem wręcz twierdzić że żadne turowe RPG dawno mi tak dobrze nie zrobiło – przy całej świadomości że “VC” ma te elementy RPG uproszczone i strywializowane. Czniam to uproszczenie, gra się zajebiście!

    PS. A w “Teaching Feeling” moja podopieczna – która jakoś powoli wyprowadziłem ze stanu zaszczutego, przerażonego, emocjonalnego wraku do stanu w miarę normalnej dziewuszki – mi wzięla i znowu umarła bo chciałem być dobrym Masterem, więc wziąłem ją na spacer na rynek żeby trochę normalnego świata zobaczyła i dałem zjeść jakiś kolorowy owoc którym się panna zatruła… Ja pierdziu, zostawiam tą grę bo ona mnie wpędzi w jakaś autystyczną depresję :/

    1. MusialemToPowiedziec

      @mr_geo

      Takie ostrzeżenie: Valkyria Chronicles ma typową “wadę” dla Japońszczyzny – grinding. W którymś momencie się okazuje, że bez grania po 10tki/100tki razy tych challange’ów (czy jak to tam się zwie) to kasa/expy zarabiane w czasie kampanii nie wystarczają by rozwijać postacie/klasy tak, żeby iść łeb w łeb z wrogiem.

      Jeżeli nie chce ci się powtarzać tych samych “farmerskich” scenariuszy (jest kilka Steam Guidów “jak wygrać w jedną/dwie tury i zarobić kupę expa/kasy”) to Cheat Engine bez problemów pozwala zwiększać liczbę kasy…

      1. Eschelius

        @MusialemToPowiedziec

        Szczerze – skończyłem VC bez grindowania, jeśli powtarzałem misję to dlatego, że chciałem upolować asa dla jego dropu. Zrobiłem też z jeden czy dwa class challenge i tyle. Większy grind jest chyba w VC 2, bo tam Zwiadowcy dostali nerfa i nie są już takimi bogami (no i nie ma Alicii, absolutnej Nadboginii).

Powrót do artykułu