The Incredible Adventures Of Van Helsing – recenzja niesterowana

Nitek dnia 1 czerwca, 2013 o 12:50    12 

Siedzę już pół godziny wpatrując się w białą plamę na monitorze i głowie się jak zacząć poniższą recenzję. Nie to, żebym się bał. Po prostu przejdźmy do rzeczy, recenzji właściwie. Ho, ho, ho

The Incredible Adventures of Van Helsing to festiwal machania mieczykiem przerywany oddawaniem salw honorowych w mniej honorowe maszkary krainy Borgovii. Miejsce to przed laty od złych wpływów ciemnej strony wyzwolił dziadek protagonisty, wszystkim znany pogromca Draculi, Abraham Van Helsing. Tymczasem Borgovia znów potrzebuje pomocy, a mieszkańcy swojego herosa. Odziany w kapelusz i pelerynę Helsing stawia się na miejsce. Mocno i z przytupem, bo już na początku wpada w zasadzkę złych bandytów strzelających szybciej niż myślących. Co robić zostało. Ciąć, rąbać i szlachtować.

 

2013_05_26_00028.jpg

 

W celu siania pożogi oddano nam do dyspozycji masę sprzętu do rąbania z bliska, ale też strzelania z dystansu. Nie ma tu wyboru klasy postaci. Helsing znakomicie macha w lewo i prawo wszelkim mieczem jaki weźmie do łapy, a także może swobodnie przełączać się między pukawkami, a mieczykami właśnie. Prócz tego dochodzi szereg zbroi, które możemy przywdziać oraz nasza pomocna towarzyszka w niedoli, Krystyna. Lady Katarina jest duchem i jak na ducha przystało lata tu i tam. Katarinie możemy robić podarki podnoszące jej statystyki i ilość obrażeń, a także levelować niezależnie od nas. Ma swoje atrybuty postaci, ma swoje drzewko umiejętności, ma także miejsce na noszenie wszystkiego co niepotrzebne. Damską torebkę. Podsumowując, to tak właściwie funkcjonalnością Katarina przypomina zwierzątka z Torchlighta 2, tyle że czasami wymienia z Helsingiem żartobliwe uwagi. Nie tylko to zresztą Torchlightem trąci.

 

2013_05_26_00002.jpg

 

Helsing mimo pozbawienia wyboru przynależności klasowej może lokować nabijane doświadczenie w trzech kartach zdolności pakując w bicepsy, by mocniej uderzać mieczem z półobrotu, ale też napakować możecie zręczne palce i bystre oko jastrzębia, by większe zniszczenia czynić z dystansu. Do tego dochodzą zdolności pasywne i aktywne, seriously, a także system reputacji znany z Torchlighta właśnie. W wielkim skrócie – za ubijanie łajdactwa dostajemy reputacje i po osiągnięciu większego pułapu rozpoznawalności wymieniamy się koszulkami z niewiastami. Tak byłoby w idealnym świecie. Borgovia taka nie jest i jako dary proponuje kolejne perki.

 

2013_05_26_00022.jpg

 

Zakręcając to wszystko jeszcze bardziej, niczym świńskie jelita, dodajcie do każdej zdolności zadającej damage modyfikatory, które odpalane są poprzez wciśnięcie przed każdym ciosem spacji. Każda zdolność ma takie sztuczki trzy, a spacja odpala wszystkie naraz. Tak jak wspomniałem obowiązuje to tylko na jednorazowe spuszczenie szlaga i przy następnym machnięciu orężem naciskać trzeba spacje ponownie. Takie rozwiązanie podbiło moje serce, bo uniemożliwiło puszczanie bąbli nosem i chrapanie przed monitorem, wymagając odrobiny aktywności z mojej strony. To oraz ciągłe używanie potionów. Wiedzcie bowiem, że Hesling daje możliwość wyboru trudności na początku i nie przebiera w półśrodkach, możecie być nawet hardkorami z tylko jednym życiem.

 

2013_05_25_00032.jpg

 

Od samego początku zasypują nas chmary przeciwników. Tu nie ma potyczek 1v1, a raczej po drugiej stronie klingi będzie zazwyczaj dyszka wściekłych petentów z urzędu miasta. Okazuje się także, że zdolności są jakieś takie nijakie. Spokojnie zmasterujecie sobie z dwie, a resztę pakować będziecie tylko po to, żeby upierdliwy plusik znad karty postaci zniknął. Tak przynajmniej minęła moja przygoda, choć nie umniejszyło jej to bycia incredible. To nie.

 

2013_05_25_00025.jpg

 

W to wszystko twórcy postanowili wpleść urozmaicenie, którym jest obrona lochów na modłę Orcs Must Die. W sekretnym lochu Helsinga, który jak się można domyślić, nie jest już taki sekretny, odpieramy ataki fal maszkar pędzących po nasze autografy. Między falami, jak i w ogóle przed całym eventem, na mapce taktycznej możemy kupować nowe pułapki i upychać je na drodze naszych milusińskich, a gdzie diabeł nie może tam babę Helsinga pośle. Biegamy zatem od jednej ścieżki do drugiej dobijając tych którym się udało nawiać, a przy okazji siebie, bo cały element byłby ciekawy, gdyby nie powtarzalny i jakoś niezaskakujący. Obrona ma miejsce dwa razy w całej grze i przebiega właściwie identycznie. 

 

2013_05_26_00050.jpg

 

Mapa bowiem jest cały czas taka sama. Jak każda inna w Borgovii. Mimo że miejscówki przegonią nas po malowniczych krainach umiejscowionych gdzieś w Europie Wschodniej, tak same mapy są statyczne. Nie ma tutaj elementu losowości, wszystko prócz lootu jest zawsze w tym samym miejscu, a w dodatku po wytłuczeniu wszystkiego co się rusza, mapy są opustoszałe, niczym impreza na której czuć starym kapciem. Doszliśmy tym samym do największej bolączki przygody Helsinga. Jednorazowość. Gra jest na jednego strzała, a całość na hardzie wyciąga z zegara dwadzieścia godzin. Tyle że na chwilę obecną nie ma w Borgovii nic do roboty po wytłuczeniu ostatniego, wielkiego złego. Wsadzając nos w każdy zakamarek zmierzając do napisów końcowych skończycie z niczym do roboty już po ich obejrzeniu. 

 

2013_05_25_00022.jpg

 

Póki co, bo twórcy nieustannie łatają to czego im się nie udało ogarnąć przed premierą jak choćby trybu multi, którego nie udało mi się zagrać, a coopie pewnie cała rzeźnia nabiera dodatkowych rumieńców, blasku i splendoru. Dosłownie wczoraj dodano tryb scenariuszy, który umożliwia wskakiwanie do nowych miejscówek i tłuczeniu nowych maszkar, zdobywając jeszcze bardziej legendarnoepickie kozaki i inną odzież wierzchnią. Tryb ten ma być przez najbliższy rok rozbudowywany o nowe krainy, o ile tylko potwory dowiezione będą na czas. Myślę, że skutecznie wydłuży to zabawę.

 

2013_05_25_00031.jpg

 

Van Helsing sprawił mi radość, choć momentami także frustracje. Poziom trudności chwilami jest niebezpiecznie nagięty do granic możliwości i zdarzyło się puścić wodzę nowomowie blokowiskowej. Dwadzieścia godzin rozgrywki wchłonąłem jak gąbka, a sama przygoda choć nie do końca incredible, dała frajdy więcej od Diablo 3, ale jednak mniej niż Torchlight 2, a pamiętajcie że to produkcja niezależna. Za cenę którą sobie twórcy krzyczą nie znajdziecie póki co nic lepszego i jeśli macie głoda na hurtowe plasterkowanie, bardziej obfitej uczty w tym temacie nie jestem w stanie Wam teraz zaproponować.

 

 not_bad.png

 

Choć trochę nieaktualny, przez mocne wsparcie techniczne od strony teamu developerskiego, filmik z rozgrywki. Hatsz.

 

Dodaj komentarz



12 myśli nt. „The Incredible Adventures Of Van Helsing – recenzja niesterowana

              1. Goblin_Wizard

                @mokraTrawa

                Neocore wcale nie jest takie małe. Zrobili już parę gier. Zresztą nie o to chodzi. Ja to traktuje jako demo. Pograłem w sumie 4-5 godzin i jakoś mnie już nie ciągnie dalej. Niby wszystko ładne i fajne ale bez end game content, bez perspektywy, że będzie coś do robienia po skończeniu podstawowej kampanii to nawet nie chce mi się grać do końca (wiem, marudzę). No i ta jedna postać z ograniczonymi możliwościami rozwoju (w porównaniu z PoE wszystkie inne h&s’y wydają się ograniczone). Pewnie poleży na dysku jeszcze trochę i wyleci. Gdybym wydał na to kasę to już bym żałował.

Powrót do artykułu