Rzut okiem – Guacamelee!

mokraTrawa dnia 11 sierpnia, 2013 o 12:11    1 

W sam raz na poobiednią sjestę.

Wcielamy się w poczciwego wieśniaka Juana. Zaczyna się jak w filmach Hitchcocka, od śmierci. Nasz bohater ginie z ręki złego szkieletora, Carlosa Calaca, próbując ratować córkę El Presidente z pożaru, a dziewczyna zostaje porwana. Nie lękajmy się jednak, bo na ratunek pędzi tajemnicza maska zapaśnicza, która wskrzesza dzielnego młodzieńca. Budzimy się jako Luchador, napakowany mięśniami młodzieniec, na widok którego mdleją panny z zachwytu. Poza tym uzyskujemy kilka przydatnych umiejętności pozwalających na pogoń i próbę ratowania porwanej seniority.

2013-08-10_00002

Fabuła jest pełna takich absurdalnych sytuacji i zasługuje na oklaski. Pełno tu humoru, świetnych postaci i zabawnych odniesień do innych gier. Spotykamy np tajemniczą kozę (bardzo przypomina mistrza Jodę), która uczy nas nowych umiejętności, albo magicznego kurczaka, który jest nauczycielem sztuk walki. Jeżeli lubicie gry (głupie stwierdzenie, bo po co innego tu wchodzicie) i dużo gracie, odnajdziecie np. braci Mario, jest Simon Belmont z Castlevanii, mamy posągi Mother Brain z Metroida, jest Legend of Zelda, Minecraft, Castle Crashers i kilkanaście innych nawiązań. Dialogi rozbawią do łez, a niektóre zadania poboczne są komiczne. Chociaż pewnie nie wszyscy odbiorą to w ten sposób, wiadomo co człowiek to inne poczucie humoru.

2013-08-10_00001

Nasz bieg na ratunek odbywa się w dwóch wymiarach, na kilku dużych planszach, które odwiedzamy wielokrotnie. Są dobrze zaprojektowane i wiele miejsc odwiedzimy dopiero po nabyciu nowych umiejętności, przez to nuda nam nie grozi (chociaż zdaję sobie sprawę że niektórych może to irytować).

Nasz bohater jest dość pojętnym uczniem i potrafi biegać po pionowych ścianach, lata, niszczy skały, zamienia się w kurczaka i przenosi między światem zwykłym a umarłych (dla Meksykanów dość istotna sfera wierzeń). Walka na początku wydaje się prosta, ale wraz z postępem gry wachlarz ciosów i kombinacji się powiększa. Daje sporo radochy i często stanowi wyzwanie (no albo ja grać nie potrafię, co też jest możliwe).

2013-08-11_00003

Na naszej drodze o te różnorodne ciosy prosi się kosmiczna mieszanka kreatur. Wszystkie są powiązane z meksykańskim kultem śmierci i wyglądają świetnie. Mamy zwykłe, ludzkie szkielety, mamy nieumarłe pancerniki, latające smoki, które chcą nam przypiec zadek, czy też podziemne rośliny, które trzeba spod tej ziemi wyciągnąć, żeby móc je do niej posłać (syzyfowa praca). Dodatkowo istnieją różne wariacje przeciwników. np. niektórzy z nich mają tarczę, inni mają pole siłowe, które możemy zniszczyć używając tylko wybranego ataku specjalnego. Z naszych oponentów wypadają monety, za które kupujemy ulepszenia i ubrania.

System sejwowania oparty jest na dość gęsto rozmieszczonych checkpointach w postaci kapliczek. Nie można w dowolnym momencie zapisać stanu gry. W nich także kupujemy wspomniane wcześniej powerupy i ciuchy.

2013-08-11_00002

Ponieważ jest to port z konsoli, rekomendowany jest pad do Xboxa (lub podobny) i na nim grałem. Testowałem jednak na klawiaturze (około 30 minut) i grało się dobrze. Jeżeli bym nie miał pada, to wielkiej szkody bym nie odczuł.

Grafika i muzyka to czysty zachwycający Meksyk. Ręcznie rysowane tła i bohaterowie wyglądają fantastycznie, jeżeli zobaczycie gdzieś jakiś film o wierzeniach meksykańskich, na pewno skojarzycie z tą produkcją. Styl graficzny użyty w tej produkcji pasuje do całości i nadaje Guacamelee! niepowtarzalny klimat. Muzyka świetnie pasuje do tego co widzimy na monitorze i fajnie by było jej posłuchać poza grą. Postacie są nieme i ich wypowiedzi można tylko przeczytać. Czy to źle? Mnie to jakoś nie wadziło.

Pozycja ideałem jednak nie jest. Mechanika rozgrywki nie jest zbyt odkrywcza, nie napotykamy tutaj żadnych rewolucji w gatunku. Dodatkowo długość gry nie powala na kolana. Zajmie Wam około 5-6 godzin, z drugiej strony nie czujemy przesytu i od gry oderwać się nie można (no ja tak miałem), wiec to już Wasza decyzja jak to ocenicie. Do wad zaliczyłbym także nierówny poziom trudności. Ogólnie gra nie wymaga koreańskiej precyzji i szybkości klikania (w wolnym tłumaczeniu racjonalna trudność), ale jest kilkanaście momentów, gdzie matka Teresa by się nie powstrzymała od rzucenia padem (lub klawiaturą) i mięsem. Dodałbym tutaj także powtarzające się lokacje, które musimy odwiedzać po kilka razy, bo wiem że wielu osobom może to przeszkadzać.

Ja polecam, bo mimo wszystko bawiłem się wybornie. Diabelnie dobra platformówka (a ja uwielbiam ten gatunek) połączona z brawlerem, pełna absurdalnego humoru, uzbrojona w świetną oprawę audiowizualną, za niewielkie pieniądze. Czego chcieć więcej.

Dodaj komentarz



Jedna myśl nt. „Rzut okiem – Guacamelee!

  1. Nitek De Kuń

    Haha. Przymarłem śmiechem po abstrakcji pierwszego akapitu i pewnie gry spróbuje.
    Na konsoli jakoś nie kupiłem, bo użytkowanie tejże mam mocno utrudnione – córa chce łapać te wszystkie uaaaa i guuuu latające po ekranie wchodząc do tv.
    Także na kompie sprawdzę na pewno.

Powrót do artykułu