Metal Gear Solid V: The Phantom Pain – talon na balon

Nitek dnia 17 września, 2015 o 16:18    25 

To zdecydowanie inny Metal Gear Solid, niż wszystkie wcześniejsze. To także zdecydowanie moje rozczarowanie.

Lubię serię Metal Gear Solid od kiedy zetknąłem się z nią jeszcze na poczciwym Playstation pierwszym. Nie beształem jej za durne dialogi, zamiast tego chłonąłem jak gąbka kolejne rozmowy Snake’a, tego czy tamtego, wpatrzonego w Codec. Nie przeszkadzały mi dziwadła, wepchnięta tu i ówdzie japońszczyzna zarówno w sferze samej rozgrywki (karton jako kamuflaż, hę?) jak i narracyjnej. I tak, do dzisiaj wspominam pojedynek z Psycho Mantisem z części pierwszej, którego zdolności telepatyczne i receptura na ich zagłuszenie jest istnym majstersztykiem. Oglądało się i grało się, choć dotychczas jednak ciut więcej patrzyło się (rekord Guinessa za najdłuższe outro należy do MGS 4 – 71min)  i nadaj jara mnie fakt, że Snake był taki mofo, że ręki prezydentowi nie podał. Ten sam mofo gra ponownie pierwsze skrzypce, bo jak wiadomo nie jednym Wężem w serii się karton spod wieka oglądało. Na relaksie, meandrów fabularnych, jak to mam w zwyczaju, nie przekażę. Nie żeby było ich jakoś specjalnie wiele.

Nie, znajomość poprzednich części Metali nie jest w tym przypadku wymagana to należy zaznaczyć na wstępie. Oczywiście, fajnie jest wiedzieć kto i skąd się tu wziął, co się stało dziewięć lat temu, ale wystarczy ograniczyć się do MGS Ground Zeros (to płatne demo na godzinkę, pamiętacie) i powinno być tip top. Oczywiście fani serii zniuchają tu smaczki i mrugnięcia oczkiem dla koneserów sztuki Kojimy, ale takie jest prawo serii. Nie poczujecie się tu jednak jak goryle we mgle, a i zdarzają się przypominajki zdarzeń wcześniejszych, także jakby nie patrzeć, jest po równo. Nawet jeśli już zdarzy się konkretne odwołanie do czegoś w serii, nikt nie powinien poczuć się urażony. Zresztą z pomocą przychodzi kaseciak na którym można posłuchać historii zdarzeń zarówno tych bieżących, jak i tych wcześniejszych. Pokaźna biblioteka, ale między innymi dlatego dobrze poczują się w grze amatorzy przygody, jak i starzy wyjadacze. No, może ci ostatni trochę mniej.

2015-09-01_00001

Zaczyna się niewinnie, godzinnym intro, gdzie jest bardzo klasycznie w temacie prowadzenia rozgrywki, a co należy odczytać jako korytarzowe sekwencje przeplatane filmikami zrywającymi kapcie. Oczywiście nie brakuje tam rozmachu właściwego dla serii, wybuchów, laserów i generalnie Michael Bay klaskał jak oglądał. Tutorial z mocnym przytupem. Potem zaś, potem zaś wydaje się, że jest tak dobrze jak jeszcze nie było. Przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, przez pierwsze dziesięć, nawet dwadzieścia godzin, koparą ryłem podłoże. Otwarty świat w MGSie, fiu, fiu. To konkretna zmiana w serii. To, oraz fakt, że fabułę trzeba iskać niczym piasek z włosów po pierwszej wizycie na misji w Afganistanie.

Struktura misji w MGSie jest otwarta. to oczywiste, zważywszy na rozmiar dostępnej mapy. Na niej zaś rozsiano mniejsze i większe posterunki z hardymi patrolami. Kiedy akurat nie podjęliśmy żadnego zlecenia z głównej nitki fabularnej, mapa stoi przed nami otworem. Teoretycznie, bo pierwsza lokacja to tak naprawdę sieć ograniczonych ścianami korytarzy łączących poszczególne posterunki, bez możliwości zboczenia gdzieś na lewo, czy w ogóle urządzania sobie jakichś skrótów. Podczas tułaczki na drodze nic się nie dzieje, żadnych randomowych eventów, żadnych patroli, nic, nada, słabo. Tak czy siak, można po mapie hasać do woli, a posterunki przemierzać w tę i wewte. Sprzyja to w gromadzeniu surowców, ale także kompletowania własnej ekipy, watahy Diamentowych Psów, ale o sztuce HR według Snake’a za chwilę. Poza szeregiem misji jakie dochodzą wraz ze szczątkowym odkrywaniem fabuły, możemy także wyhaczyć jakieś zlecenia poboczne, bliźniaczo podobne do tych misji ważniejszych, bo patrząc i przewijając zlecenia z jednej listy, łypiąc okiem na drugą kolumnę, od razu widać, że MGS V z różnorodnością naszych celów ma na bakier. Po całości.

2015-09-04_00002

Uratuj więźnia, uratuj tłumacza, uratuj niedźwiedzia, rozbrój pole minowe, uratuj lub zniszcz oddział uzbrojony w czołg, zdobądź plany kolejnej giwery, uratuj tego, uratuj tamtego, wszystkich uratuj. Kiedy nie ratujesz nikogo, ale zfultonowałeś przypadkiem dwie bazy i trzy posterunki, wysadź anteny od komunikacji, wróć i rozwal je jeszcze raz, a potem w wariancie bez ekwipunku wróć tam po raz trzeci i wysadź je jeszcze. Sam siebie wykesportuj, a najlepiej jeszcze pozapinaj wszystkie drzewa w okolicy, żeby w bazie mogła dodatkowo ruszyć domowa wytwórnia papierów wartościowych. Nie zapomnij też o ratowaniu kóz, zeber, chomików, myszy, ptactwa, jerzy, hien, ale nader wszystkich, ratuj tych wszystkich więźniów, zbieraj te pokemony! Fu, fu, fulton.

Te wszystkie śmieszniaste i przaśne gify na necie z kozami, owcami i innymi materiałami na kebsy, podczepionymi do balonów – to prawda. To także mocno eksploatowany temat przez rekruterów z naszej bazy. Tylko tak, dzięki systemowi Fultona, podczepieniu do balona i zebraniu przez przelatujący samolot delikwenta, czy cokolwiek tam sobie podczepicie, a można wiele,  osoby lądują w naszej bazie, gdzie po dokładnemu namieszaniu w mózgu stają po naszej stronie. Akceptowałem to przy okazji Peace Walkera, trochę przejadło się w Phantom Pain. Ba, dochodzi czasem do kuriozalnych sytuacji, kiedy wpadamy na bazę i na Fultonach wysyłamy do domu – żołnierzy, psy, owce, kozy, CKMy, stanowiska moździerzowe, jeszcze z dwa CKMY i dodatkowy moździerz, czołg, cztery kontenery po brzegi wypchane materiałami, dwa kontenery z paliwem, jeepa, a jak Wam się poszczęści nadjedzie patrol to wybalonujecie i kierowcę, i pasażera, i całą ciężarówkę. Protip: śpiących kolesi możecie upakować do jednego jeepa i tym samym zaorać ich trzech z pojazdem na jednym balonie. I ja to akceptuje.

2015-09-05_00008

Wielokrotnie powtarzałem, że z MGSami jest mocno zero jedynkowo w odbiorze. Albo nie będą przeszkadzać Ci dziwactwa Kojimy, wampiry na wrotkach, cybernetyczni ninja krojący mechy jak cytrynę, kampiące snajpy z oczami jak pięć złotych, albo parskniesz pod nosem wymownie pukając się w czoło – co ci fani mgsa?! Handel balonami ma jako takie uzasadnienie, bo wszyscy i wszystko trafiają do naszej bazy matki. Ową bazę możemy, po pierwsze, pomalować na atrakcyjny róż, a po drugie rozbudować. Wszelcy wojacy pozyskani w polu mają kilka cech, osobnych statystyk, właściwych dla każdego z nich, co przekłada się na większą efektywność poszczególnych segmentów bazy. Tych jest kilka – segment medyczny, badań nad nowymi technologiami, wsparcie itd. Im więcej wyekspionych postaci osadzicie w poszczególnych budynkach, tym lepiej dla Was, bowiem odblokowuje to więcej możliwości w zakresie właściwym dla każdego działu. Więcej lepszego uzbrojenia do wynalezienia, na to idą m.in. pozyskiwane w trakcie misji materiały i kwiatuszki, ale także szybsze leczenie wojaków, większa ich moc na misje, na które zsyłamy ich w myśl tego co prezentowano w Assassin’s Creed w temacie zarządzania zasobami ludzkimi. Czegoś brakuje, szybki trip na misje poboczną, voila.

Idea bazy też słabuje. Wracałem do niej co moment, bo wiecie, może coś się odblokuje, może jakieś dodatkowe scenki. Te owszem, były, kiedy latałem pomiędzy poszczególnymi segmentami kwatery głównej przez dobre dwie minuty i klnąłem na czym świat stoi, że tyle to trwa a skrócić się nie da. Za pierwszym razem, wowow, jeepem trzeba jechać do drugiej platformy, ale kolejne wycieczki to eskalacja obrzydzenia. Balony, wszędzie balony, nie mogłem się eksportować, ale można wejść do kartonu, zatrzymać się w miejscu przeznaczonym do transportu, a pomysłowy Dobromir przewiezie Cię szybkim czarnym ekranem w inne miejsce w bazie. True story, szybciej poruszać się tam nie da. Zresztą randomowe powroty też niczemu nie służą, bo jak już coś się tam dzieje to wołają, by się tam stawić.

2015-09-07_00006

W tym momencie niektórzy klękną, bo dobór właściwego ekwipunku, purystom może spędzać sen z powiek niczym generator postaci w RPGu. Sprzętu do wzięcia jest tu bez liku. Od poważnych giwer do niesławnych kartonów i wabików w postaci balonów, podobizn Snake’a, które odpowiednio rzucone, odwracają uwagę przeciwnika. Istnieje ryzyko, że samo przeklikanie się przez okienka ze sprzętem i ich dobór zajmie Wam trochę. Nic to, że sam przeszedłem wszystko na pistolet. A to nie koniec. Na ubranie czeka jeszcze koń czy pies, czy inni koledzy gotowi do akcji. Pełna dowolność. Kiedy konia nie ma, zastanów się nad jakimś czołgiem czy innym środku przewozu, też dostaniesz.

Warto wspomnieć tu o tym, o czym Metal Gear Solid V nie mówi, a większość pewnie i tak nie skorztysta z tego swoistego pr0tipa. Narzekanie na poziom trudności, że jest zbyt łatwo, jest w pełni uzasadnione. Nie ma suwaków, nie ma tu poziomów Big Boss Extreme znanego z poprzedniczek, nie ma też rasowej zmiany z easy na normal czy uber hard. Z założenia i na ustawieniach domyślnych, grę przechodzi z palcem w nosie. Dopiero później trafiają się wariacje misji, tzw. substance, gdzie lądujemy goli, bez wsparcia, prawie tak jak nas mama urodziła. Przypomina to niesławną sytuację z Diablo 3, które przy premierze nie bawiło mocno, wręcz grającemu serwowała potwarz koniecznością jednorazowego przejścia gry, by poziom można było podkręcić. Dlatego też D3 nie ukochało mnie w sobie od razu. Analogicznie jest w MGSie, z tym wyjątkiem, że osoby szukające wyzwań mogą subtelnie wyzwanie podkręcić, przede wszystkim wyłączając reflex, slow-mo wchodzące w momencie kiedy przeciwnik zwróci na nas uwagę. Można też nie brać niczego ze sobą na misje, zrezygnować z pistoletu usypiającego, wyrzutni rakiet, kartonów czy wabików i towarzyszy na polu boju. Tylko kto z tego skorzysta? Cieszę się, że nie będę brał teraz ze sobą sprzętu, na który zapracowałem sobie przez dziesiątki godzin, powiedział nikt nigdy. Poza tym, trudniejsze misje okazują się być tymi samymi misjami, które graliście już wcześniej, dosłownie. Tu już każdy będzie wynudzony jak fredka, ja między innymi, bo nie zniesłem, że zrobił się z tego taki samograj. A przecież można było dać urocze knefelki ograniczające to i owo. Kłóciłoby się to z idę bazy matki, farmienia ekwipunku (no właśnie, każdy chce z niego skorzystać!) i gromadzeniu surowców po mapkach, ale hej, nie narzekałbym. Odnoszą także wrażenie, że w tych późniejszych misjach AI działa prężniej i jest bardziej agresywne, niż przez całą grę w początkowej fazie (jakieś pięćdziesiąt misji minimum). Szkoda, że dopiero tak późno.

Metal Gear Doge

Metal Gear Doge

Sam zrzut na misje może nastąpić o wskazanej porze dnia. 6 rano, a 18 to konkretna różnica, bo im później, tym ciemniej, tym wojacy bardziej zmęczeni, ucinają sobie drzemki, nie wykazują zainteresowania zdarzeniami wokół, a w poszczególnych ośrodkach patrole zmieniają swoje trasy w zależności od pory dnia, podobno. I siup, i zrzut. Piękne okolice, gdzie tylko wzrok sięga, tam teren. Wąwozy ładne, wszystkie urodziwe, chce się w tym piasku stópki odbić, co zresztą się dzieje. Wietrzyk zawiewa, w Walkmanie The Cure i inne hity, które można wyciągnąc z jamników przygrywających na posterunkach, o ile usłyszycie jak grają. Można też napaść wroga i wyciągnąć z niego wrażliwe informacje, z czego przydzielane są losowo per wojak, choć pierwszy z brzegu ma tendencje do szybkiego wskazania gdzie są te najważniejsze rzeczy w okolicy, w tym kasety ze wspomnianą muzyką lat ‘80 (Final Countdown (przesuwają tramwaj), yeeeeaaaa, jedne z fajniejszych znajdziek w grach w ogóle, bo użytkowe i trącą nostalgią).

Stoisz na tej skale lub wylegiwujesz się jak prawilny wąż, spozierasz przez lornetkę grzecznie oznaczając sobie przeciwników, tak w razie czego. Widać ich dzięki temu potem przez ściany, więc niby jest łatwo, ale czasem jakić huncwot przycupnie za winklem i jak go nie wyczaisz od razu, niechybnie wykryje Cię później. Nie chcesz tracić czasu, spokojnie, w miarę jak biegniesz na pełnej podeszwie w stronę wieży obserwacyjnej, pies wyszczeka wszystkich z odległości i sami się na mapię oznaczą. Nieważne, że są w piwnicy 20m pod ziemią, między zgniłymi gaciami, i tak ich zniucha. Akceptuję, boże, jak ja akceptuję, bo lubię MGSy. Nie muszę mówić, że taki pies ułatwia grę mocno. Podobnie inni, których na misję można zabrać. Czasami misje same w sobie grają się same, jak dobrany ekwipunek siądzie. Im dalej w las, tym możliwości coraz więcej, bo znalazło się nawet miejsce na dropienie swoich wojaków na terenie misji przez co robi się trochę mniej solo. Powiedz, że skoro dają, to byś nie skorzystał.

To jak już wszystkich oznaczyłeś, strzel do każdego strzałką usypiającą, odczekaj, wejdź, ekstraktuj, wyjdź.

2015-09-12_00003

Ponury żart, który nierzadko znajduje tu spełnienie. Owszem, drzewiej bywało tak samo, ale jeszcze nigdy nie odciskało to na mnie piętna tak bardzo. Jasne, możesz podążać ścieżkami własnej kreatywności, ale wszystkie misje grają się właściwie tak samo. Nawet jeśli już wyskakuje skądś jakiś szefo, nie zapada w pamięć. Głównie dlatego, że wszystkie miejsca zwiedzicie niezliczoną ilość razy, robiąc to samo, wyciągając tych samych kolesi, podnosząc te same przedmioty, raz po raz. Wciąż i wciąż, to samo. Mówiłem Wam definicje szleństwa? Zabawnie się robi, kiedy czyścisz większą bazę, nie zostawiasz nikogo na nogach, biegniesz odebrać misję i okazuje się, że musisz tam wrócić i wszyscy są dokładnie w tych samych miejscach, jak gdyby nigdy nic. Złe zagospodarowanie przestrzeni, a jednocześnie zrozumiałem czemu nierzadko w innych sandboksach misje obierało się hektary od miejsca docelowego. Narasta przez to poczucie braku satysfakcji z wypełnionego zadania, bo nawet jeśli już coś zrobiłeś, to co z tego, skoro zaraz wrócisz w to samo miejsce, ba! robić nawet tą samą misję. Bez sensu.

Największa innowacja serii w moich oczach stała się jednocześnie jej gwoździem do trumny.

2015-09-06_00008

Jestem pies na znajdźki, a jednak darowałem sobie gros misji pobocznych. Skrolując listę zleceń widzę misje obnośnej sprzedaży balonów napataczającym się delikwentom, czy nawet ekstrakcję zwierząt do platform na których postawiłem sobie zoo. Litości. Wiedzieć musicie też, że między posterunkami nie ma nic. To znaczy są, połacie terenu, na których nie ma i nie dzieje się nic. Można za to uraczyć się kolejnymi odcinkami fabuły z kaset, które odblokowują się wraz z brnięciem w gąszcz tego samego, a na których to zaszyto lwią część historii. Żeby się miło biegało w pustym świecie. O wiele bardziej odpowiada mi model otwartości świata uskuteczniany przez Rockstara, gdzie zarówno jak i podczas robienia niczego, jak i misji samych w sobie, ktoś gdzieś planuje zdarzenia, smaruje lekkim skryptem, przez co wizyty w poszczególnych miejscówkach są co prawda jednorazowym doświadczeniem, ale też wyjątkowym. W otwartości na działania gracza i pozostawienie wszystkiego w rękach ułomnego AI, które można oszukać leżąc, sprawiło, że gra się przechodzi często samo. Przez kilkadziesiąt godzin zabawy może dopaść Was wrażenie, że jesteście ciągle w misji pierwszej, choć sprzętu macie ewidentnie więcej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyłapani na rozgrywce czy to w pierwszej godzinie, czy w czterdziestej, będziecie w dokładnie tym samym miejscu.

W obecnej formie zabawa ze strażnikami nie była frajdą na miarę numerów i możliwości jakie uskuteczniało się w poprzedniczkach. To po prostu nudzi w obecnej formie, a co śmiejsze, MGS V nie jest napędzany fabułą. Ta owszem, jest, ujawnia się po zbalonowaniu kolejnych osób w nitce misji głównych, ale filmików tu mniej niż fabuły w porno. No dobra, trochę więcej, ale poziomem odstaje MGS piąty od reszty ferajny. Mocno. Tylko, że robienie w kółko tego samego, mimo odsłuchiwania taśm od Sowy i Przyjaciół wypiera potencjalne dobre wrażenie odbioru poszczególnych scenek. Z drugiej strony, nie słuchanie taśm powoduje, że opowiadana historia prezentuje poziom filmów z Segalem. Lipą jest także fakt, że przez zamieszki w Konami finalnie nie znalazła się jedna miejscówka docelowo zawierająca dodatkowy akt opowieści. Bambusem po piętach!

2015-09-05_00009

W moim przypadku drugi rozdział wziął mnie z zaskoczenia po pięćdziesięciu godzinach, trochę zapłakałem, że czeka na mnie coś jeszcze. Po prawdzie to nie zdawałem sobie sprawy, znużony i zażenowany dotychczasową rozgrywką, że cały czas tkwię w rozdziale pierwszym. Pooglądałem zajawki tego, co zaraz nastąpi, ochoczo zakasawszy rękawy do dalszej roboty. Nakręciłem się. Skwaszona mina szybko zastąpiła uśmiech na mej twarzy, kiedy odkryłem, że za fasadą kolejnych misji kryją się dokładnie te same misje, w tych samych miejscówkach. Fajnie za to, że fabularnie coś się zaczęło dziać, ale zimna ryba, ciężko będzie Ci się przebić Kojima, przez mur obojętności względem Phantom Paina jakim się obłożyłem. Te nowe misje, to wariacje na temat starych i ja się pytam – nie można było tak od razu? Wpleść element różnorodności do tych przeszło trzydziestu epizodów flaków z olejem, tak jak zaczęło się to kręcić po tylu godzinach? Niby misje te same, ale panowie z drugiej strony lufy sprzęt mają znacznie lepszy, są warunki konieczne do spełnienia, by misja pykła, raz, być może przypadkiem, zacząłem z samą protezą ręki w ekwipunku i była to gruba sprawa. W tym Metalu to sami jesteśmy kowalem własnej rozgrywki, a to niekoniecznie jest dobrą kartą. Zdecydowanie wolałem stylówę rozgrywki choćby MGSa czwartego. I pozostałych Metali.

2015-09-04_00012

Brałem poprzednie Metalowe Giry z całym dobrodziejstwem inwentarza i przyjmowałem je z miłością. Wszystkie. Metal Gear Solid V miał być moim Wiedźminem trzecim i faktycznie jest, ekranizacją sagi wiedźmińskiej. To nie jest gra zła, nie. Jest chłostana miłością Kojimy, działa bez zarzutu, kasowanie sejwów załatano, ale otwartość świata nie sprawdziła się w tym przypadku i nie wykorzystano tego w pełni, wręcz czasem można odnieść wrażenie, że niektóre fragmenty są robione na kolanie, w pośpiechu. To bez wątpienia jeden z bardziej przystępnych MGSów, dla każdego – mało filmików, dużo rozgrywki, a jednocześnie nie jest dla wszystkich. Z drugiej strony, jeśli lubisz tarzać się w ilościach nieprzebranych odblokowanego sprzętu, masterować dziesiątki misji, by mieć najlepszy rating i sam zapewnisz sobie fajny scenariusz zabawy, choć ograniczony do wspólnego celu w każdym zadaniu, będziesz czuć się jak ryba w wodzie. Metal Gear Solid V odpowiednio dawkowany zapewni Ci zabawę na długie godziny, jeśli nie miesiące. W innym przypadku, szybko poczujesz, że powtarzalność zabiła tę grę. Fajnie, że jest tak teoretycznie rozbudowana i w ogóle, ale umordowałem się z tym Metalem jak z żadnym.

P.S. Kiefer Sutherland ssie.

Grane dzięki cdp.pl

Dodaj komentarz



25 myśli nt. „Metal Gear Solid V: The Phantom Pain – talon na balon

    1. Klucznik

      @Sekal

      W sumie tak, bo chyba są pisane przez psychofanów serii (z definicji nieobiektywnych, gdy mają ołtarzyk Kojimy) i ogromnych amatorów japońszczyzny (no ok, co kto lubi). W jednej z recenzji przeczytałem coś takiego:

      fest poczytny portal Pokaż

      No ciężko mi zaakceptować takie stwierdzenia przy tunelowych mapach bez życia, durnym AI i bardzo dużej powtarzalności misji (moim zdaniem, MGSV w części sanboxowiej jest w sumie grą o fultonowaniu czego się tylko da). I tak będzie GOTY. 😉

        1. Klucznik

          @lemon

          Niby są przykłady, ale ciężko mi się z nimi zgodzić widząc 15-20h (taki los moda) streamów z MGSV u Nitka. Z różnych etapów fabuły/rozwoju gry. Tam jakoś to wyglądało zupełnie inaczej, do tego stopnia, że dla mnie facet z cytowanego portalu zahacza o tzw. “koloryzowanie”. Jakby mi dać losowe kawałki z nagranych streamów, to bym nie wiedział z jakiego są momentu, bo WSZYSTKO wyglądało/robiło się to samo – czytaj: FULTON w korytarzowym świecie z 4 typami misji przez całą grę. 😉 Najlepszy otwarty świat ever? Toż to mój znienawidzony Fallout 3, nie rozwodząc się o GTA5 (nie będący cRPG, jeśli ma to znaczenie) czy Skyrim, wygrywa w tej kwestii bez ogórka do zagrychy. Nawet fest powtarzalny w działaniach gracza Shadow of Mordor miał więcej do zaoferowania. Psychofani (szczególności Kojimy, z tego co widzę w necie) tak jednak mają, że zakrzywiają rzeczywistość do własnych potrzeb. 😛

          Podoba się komuś MGSV? Ok, nie ma problemu! Niech się bawi szczęśliwiec. Mi się przecież podoba totalnie toporniasty Morrowind. 😉 Jednak nie nazywajmy nowego MGS w profesjonalnych recenzjach (w jakich powinno się oceniać tzw. techne, a nie prywatne upodobania): “najlepszą grą ever jeśli chodzi o otwarty świat i dopracowanie”, czyli z definicji taką do jakiej poziomu trzeba dociągnąć resztę growego towarzystwa. To psuje rynek po przez zaniżanie standardów i oczekiwań (przeciętna gra dostaje maksymalne oceny w mediach wpływających na sprzedaż i na opinie graczy). Wystarczy porównać MGSV z innymi produkcjami jakie były przez ostatnie 5 lat – szkoda że facet, który pisał zacytowany wyżej tekst, wyparł taką możliwość ze swojego recenzenckiego obowiązku (nazwisko Kojima widocznie z tego zwalnia). W sumie to się nie tyczy tylko jego osoby, a kupy innych ludzi z branży i chyba w tym jest największy problem dla przeciętnego gracza, który chce gier dobrych (wszak za nie płaci i poświęca im czas).

          Dlatego recenzja Nitka jest taka dobra, bo obiektywna. Dodam, że napisana przez fana tej serii gier. To o czymś świadczy – mimo prywatnych upodobań skupił się na rzetelnej ocenie techne, czyli na tym jak MGSV jest faktycznie zrobiony. Wiemy teraz, że w kilku istotnych aspektach, mógł być lepszy (albo o wiele lepszy). Można zaoszczędzić pieniądze na kilka zimnych piw. 🙂

          W MGSV jedyna rzecz jaka, moim nieskromnym zdaniem, zasługuję na chwałę, to umieszczenie w grze kultowych piosenek z lat 80 XX wieku (zrobiliśmy kanał muzyczny na gikzowym TS, który je puszcza dla chętnych, zapraszam ;)). To jest autentycznie dobre.

          Jak coś, to nie odrzucam serii jako takiej (pomijając japońszczyznę, która widocznie nie jest dla mnie), grałem w pierwszego MGSa na PC i sobie go chwalę. 🙂

  1. Yanecky

    Mój portfel bardzo ci dziękuje za ten tekst. Trochę ostudziłeś emocje – ja grałem tylko w MGS2 (pełen zachwyt) i IV (też super), więc się nakręcałem, ale twoje wrażenia sprawiły, że jednak kupię sobie coś innego, a to kiedyś. Może.

    Offtop wysoce specjalistyczny: Czy Dark Souls 2 jest bardziej frustrujące od Ori and the Blind Forest? 😉

  2. larkson

    Uwaga, opinia psychofana!

    Czy ja wiem? Mam ponad 40% gry zrobione, 55% zrobionych Side Opsów, ponad 50 godzin grania za mną a jestem przy 25 bodajże misji głównej, a bawię się nadal bardzo dobrze. To prawda, że to inny MGS z jednej strony dobrze, a z drugiej trochę źle. Dobrze, bo gameplay jest zajebisty. Wbić do posterunku/bazy, zajumać surowce, co lepszych wojaków i po cichu pitnąć, a jak coś nawali, to wezwać śmigłowiec, zdjąć tłumik i all guns are rollin’. Zwyczajnie dawno tak przyjemnie nie grało się w skradankę. Ba! Czasem wbijałem na pełnej kurwie w środek bazy w bojowym dresie i uzbrojony po zęby robiłem taki rozpierdziel, że Rambo zapłakał. Bo strzela się aż miło. Ta zła strona to właśnie fabuła. Po tym prologu to właściwie nie zetknąłem się z żadną sensowną cutscenką. A cutscenki to była esencja Metal Gearów do cholery! Co z tego, że są robione w stylu Birdmana na jednym ujęciu, skoro raz, że prawie nic ciekawego się na nich nie dzieje, a dwa są tylko trochę dłuższe niż przeciętne posiedzenie na kiblu. No i czemu Snake tak mało mówi? Kiefer tak dużo sobie liczył od słowa? W internetach się mówi, że mówił o wiele więcej, tylko to zostało wycięte, bo coś tam, bo brak czasu, chuj wie.

    Durne AI? W żadnym MGSie przeciwnicy nie byli szczytem intelektu, więc mi to tam nie przeszkadza. Niski poziom trudności? Też mi nie przeszkadza, bo nie mam “darksoulsowo-bloodbornowych” zapędów jak co poniektórzy i nie utrudniam sobie gry na różne dziwne sposoby. Powtarzalne misje? Z chęcią przygarnę więźnia który coś umie, kolejny czołg (w sumie jeszcze nie próbowałem robić rozwałki czółgiem, trza spróbować, zresztą te misje potrafią trochę dać po mordzie, zwłaszcza jak helikoptr kręci się nad łbem), czy dla łatwego hajsu rozbroję parę min.. Teoretycznie powinno mi to przeszkadzać, ale nie, jadę z Side Opsami dalej. Bo w to się cholernie dobrze gra.

    Można powiedzieć, że kocham The Phantom Pain , ale trochę go też nienawidzę. Ale zdecydowanie to nie jest najlepszy Metal Gear w jakiego grałem.

    I czemu Ocelot nie ma swoich Single Action Army? DLACZEGO NIE MA SWOICH SINGLE ACTION ARMY?! God damn it!

    Offtop ale związany z MGSem. Mój brat postanowił spróbować w to zagrać. Zaczął od trójki i… zrobił ją na raz niemalże, bo do roboty musiał iść, a po robocie cisnął dalej, co z tego że wrócił z niej o pierwszej w nocy 😛

  3. Revant

    No cóż, moje słowo okazały się prorocze – mamy takiego Far Cry 2 według Kojimy. Niby fajnie, niby ładnie, pierwsze godziny robią “łał”, a później okazuje się, że jednak rany po kulach leczy się strzykawką, a posterunki nie pustoszeją 😉 dzięki Nitku za dużą porcję obiektywności mimo byciem fanem serii.

  4. Obledny

    Mi sie podoba jak Nitek nie ma zadnych oporow przed zmiana opinii wyrazanych po pierwszym podejsciu/early accesie itd.

    “Tak, Wasteland / MGS mi sie podobal, ale okazuje sie ze to jednak straszny syf. Ihaha!”

    Recenzja dobra, jednak tego nie kupie. A juz sie zastanawialem.

  5. fl0dA

    “I cofają Tramwaj” i ogólnie soundtrack z gry ratowały mnie przed zanudzeniem się na śmierć przy oglądaniu wciąż tego samego na streamach ;/
    Może moja miłość do wiedźmina jest po prostu większa i nie dostrzegam powtarzalności misji pobocznych..

Powrót do artykułu