Luźne gadki – Chivalry: Deadliest Warrior

Nitek dnia 17 listopada, 2013 o 13:10    6 

Miała baba koguta, koguta, wsadziła go do buta, do buta, siedź! Potem była jeszcze kokoszka i pończoszka oraz sztuka indora z wora. Swoisty miszmasz wszystkiego ze wszystkim jest także w Chivalry Deadliest Warrior. Tu Spartanie, z drugiej strony włóczni nindżasy czy piraci. Tnie się wszystkich jak świeży chleb. Aż sezam leci.

Kto nie wie (bo może jest na sali ktoś, kto przespał narodziny Chivalry Medieval Warfare), niech się zapozna z szybką przypominajką. To FPP slasher, wariacja na temat gier widzianych z perspektywy pięknych oczu bohatera. Zamiast giwer wszelkiej maści, do rąk oddano nam oręż do walki bezpośredniej, okuto nas w zbroję i rzucono pod ponure zamczyska, które trzeba bronić, zdobywać, po drodze tnąc, szlachtując i drąc się wniebogłosy. Nie dane było mi zaznać wcześniej Mount and Blade, ani zdaje się bezpośredniego konkurenta Chivalry, którym jest War of the Roses, nie mnie zestawiać więc pretendentów do tronu koło siebie. I nie mnie wskazywać zwycięzcę.

Chivalry Deadliest Warrior (1)

W lewym narożniku Samuraj Jack, w prawym wiking Schwarzenegger

Luźna gra w skojarzenia. Model piratów przewijających się pod naszymi ostrymi zabawkami wygląda niczym Jack Sparrow z Piratów XXX. Co było widziane, nie może być odwidziane. Wikingowie to koksy zdzierające z siebie wszystko poza włosami z klaty, byleby tylko odrąbać nam zbędne, w ich mniemaniu, kończyny. Rzucają w nas orężem, niejednokrotnie próbując zbliżyć nam przegrodę nosową do wewnętrznej strony potylicy gołą piąchą. Wszyscy charczą nosem i brzmią jak wspomniany Arnold. Zasilając ich szeregi ma się wrażenie, że ktoś pomnożył Terminatora razy osiem i dodatkowo, że temu tworowi ktoś coś przygniata (wrzeszczy tak opętańczo). Samuraje naparzają z łuku, jednak wszelkie bronie dystansowe ciężkie są do opanowania, więc staram się ich jakoś unikać. Tylko czasami udaje mi się skutecznie napsuć komuś krwi. Wystrzeliwane strzały lecą po łuku opadając w locie, a chaos bitwy nie ułatwia nam ustrzelenia kogokolwiek.
Buty pirata są na początku bardzo niewygodne, bo ci mają za pasem pistolet, który siłę ognia ma właściwie żadną i żeby kogoś zdezaktualizować potrzebne są dwie kule, a przeładowanie trwa wieki. Polecam serdecznie czaić się gdzieś na uboczu i kraść ludziom kille zdejmując podupadłych na zdrowiu wojaków.
Ninjas for life, bro. Biegają szybko, przemykają cichaczem i jako jedyni z towarzystwa nie drą gumy, a w dodatku uciszają wszystkich dookoła. Rzucają trochę zbyt skutecznymi shurikenami, a chlastają przede wszystkim Ninjato. Rycerze, którzy nie zostali zapomniani, machają nad głowami dwuręcznymi mieczami budzącymi strach wśród wszystkich czerepów na mapie, ale także wśród drzew. Spartanie wyglądają niczym powielony Gerard Butler z 300 i  rzucają włóczniami, okazjonalnie przygniatając sutki tarczami. Tak, krzyczą, że to jest Sparta i za nią właśnie giną. Pochlastać się idzie od ciągłego darcia mordy dookoła.
W każdym z przedstawionych przypadków trzeba doszukać się odmienności wojaków (wielką tarczę Spartan, mega szybkie uniki ninjasów czy rzut tarczą w głowę wikingów), i skrzętnie to wykorzystywać. Ziomem mym stali się skrytobójcy, a najgorzej grało się piratami, mimo sympatii do wspomnianego wcześniej filmu.

Chivalry Deadliest Warrior (9)

Tam dom, gdzie trup mój

Każda z nowych person dostała do zestawu szczęśliwego wojaka mapkę, która z daną postacią będzie kojarzona. Jest wioska wikingów, są japońskie domki skąpane we mgle sąsiadujące z bambusowym laskiem, wyspa piratów z jaskinią wypchaną dukatami i symboliczną skałą w kształcie czachy. W Akropolis trzewikiem poślecie przeciwnika do dziury drąc się przed kompem THIS IS SPARTA i odczujecie mega radość z zaistniałego faktu. Najmniej zapada w pamięć forteca samurajów i zamczysko przypominające mapę z podstawki Chivalry. Aż za bardzo. Nie jestem fest spec, ale mam podejrzenia, że to jest dokładnie ta sama mapa. Wspomniana dziura w Akropolis to nie jedyny element, który można wykorzystać przeciwko armii wroga. W bambusowym lesie sami wpadniecie (lub też wrzucicie kogoś), do wilczych dołów. Zafundować też możecie sobie (czy komuś) zepchnięcie z klifów do morza. Przy zamku można też przywalić komuś głazem wystrzelonym z katapulty, albo dźwignąć most zwodzony posyłając do fosy wesołą gromadę adwersarzy. Ewentualnie można też spuścić go na głowy. Taka sytuacja. Nie ma tu za dużo interaktywności, jedynie takie pierdu, pierdu, do którego nie przykłada się zbyt dużej wagi, choć czasem się przydaje. Zbyt długie korzystanie z maszyn oblężniczych traktowane jest jak idlowanie, kampienie i dostać można w kolano. Defuq, true story.

Chivalry Deadliest Warrior (10)

Tak jakby ktoś kataną po żebrach przejechał

Twardy orzech do zgryzienia, żeby przyrównać system walki w tej grze, do tego który był wcześniej. Sprawdzając temat w internetach, weterani rozgrywek z Medieval Warfare czepiają się, że jest teraz trochę łatwiej, że można sobie poradzić ot tak, z biegu. Spamowanie lewego przycisku myszy ma nam pomóc z wszelkich starć wyjść obronną ręką. Być może faktycznie jest łatwiej. Nie odbiłem się od zagmatwanego sterowania już po pierwszych partiach. Jasne, można spamować lewym pośladkiem, ale po co. Przecież gra oferuje o wiele więcej. Cięcia, pchnięcia, zamachy z lewej, prawej, cios laczkiem, parowanie, prawie że kombosy, markowanie ciosów i to wszystko sprawia frajdę – jak tylko zostanie opanowane. Trzeba poznać oręż, którym machamy, bo jest różnej długości i w odmiennych statystykach. No i sterowanie, hehe. Standardowe machnięcie wykonujemy klikiem, pchnięcie kółkiem myszy w górę, zamach – kółko w dół.  Standardowe zamachy możemy wyprowadzić także z drugiej strony trzymając alt. Nie używa się tego często, raczej w ciasnych miejscach, bo sprzęt odbija się od ściany, przez co tracimy nanosekundę na reakcję i nasza głowa ląduje na chłodnej posadce.
Ginie się często, ale satysfakcja z wygranego pojedynku i zgładzenia kogokolwiek, nawet członka drużyny, równoważna jest z krzykiem w stronę monitora i darciem szat. Kurde, raz nawet biłem sobie brawo zalewając się potem, takie emocje! Nasuwa się wniosek, że znawcy smaku Chivalry być może powinni poczekać na łaty balansujące rozgrywkę (jeśli wierzyć internetom), a nowi lub ci, których podstawka odrzuciła zbyt skomplikowaną rozgrywką powinni się teraz szybciej odnaleźć, a smak sukcesu poznać już nie tylko przez szybkę. Pomaga w tym także trochę zmaszczony system naliczania asyst. Te naliczane są zawsze tak samo – nawet za klepnięcie kogoś w tyłek po jego zgonie dostaniecie 50 punktów, co jest równowartością połowy punktacji za posłanie kogoś do piachu. Nie stoi się długo w miejscu i nawet częściowe obicie jegomościa zbliża nas do kolejnego poziomu postaci. Sama rozgrywka także wydaje się być trochę szybsza w porównaniu do wersji podstawowej.

Chivalry Deadliest Warrior (16)

Nowy rodzaj zabawy

Nie mogło zabraknąć nowych trybów rozgrywki. Są standardowe, masowe wyrzynki przeciwników, ale jest też odmiana capture the flag, w którym musimy zanieść chorągwie w wyznaczone miejsce czując oddech wikingów na plecach. W hold the Banner jedna drużyna broni chorągwi, podczas gdy druga nieustannie atakuje. Jest drużynowe okładanie się kijami, ale są też jego różnorakie wariacje. Dość ciekawe, bo pozwalające na starcia sześciu drużyn w różnych konfiguracjach klas postaci, zależnych od serwerów, na których akurat będziecie siedzieć. 64 graczy może w tych trybach utworzyć drużyny. Każdorazowo dostępne klasy na mapach są konfigurowane przez kogoś z góry. Może być tak, że jedna drużyna odpowiadać będzie jednej klasie postaci, ale mogą to być też drużyny mieszane. W dodatku często tryby się zmieniają, więc nie jest powiedziane, że stając w drużynowych potyczkach, nie będziecie zaraz machać faforkiem w zwykłym deathmatchu. Każdy na każdego, drogi kolego.
Utrudnia to odblokowywanie kolejnych broni i modyfikacji wyglądu dla naszych wojaków, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy grać będziemy nadal naszym ukochanym Arnoldem czy lamerskim piratem. Zdarza się też, że drużyny wyludniają się i nieraz było tak, że moi współgracze decydowali się inaczej spędzić dzień przerywając tym samym rozgrywkę. Zostawało nas np. trzech vs 2 drużyny po sześciu graczy. Nikt nie robi problemu, że zmienicie front i dołączycie do większych. Odbywa się to płynnie, wynik się nie zeruje, wszyscy są zadowoleni.
Z pomocą dla nowicjuszy, poza tutorialem, przychodzi też tryb pojedynków. Tu zamykani jesteśmy na jednej mapie z innymi graczami, których wyzywamy na pojedynki 1 vs 1 i tłuczemy się na jednej arenie. Można pogadać, można uzyskać rady, wszystko w zgodzie, nic tylko kwiaty sobie podarować na koniec. Dobra rzecz do sprawdzenia z żywym przeciwnikiem jak sprawni jesteśmy. Boli tylko brak jakiegokolwiek dopasowania per level danej postaci. Spotkanie na poziomie zerowym z jakąś maszynką do mielenia mięsa, panem wikingiem szanownym, na levelu piętnastym nie było tym, co tygryski lubią najbardziej. Rypał mnie jak chciał. Widzę tu szanse dla ćwiczeń ze znajomymi, ewentualnie z innymi graczami na zbliżonym poziomie.

Chivalry Deadliest Warrior (6)

Coś tu nie gra

Myślałem, że w grze nie ma muzyki, bo nic tu nie przygrywa, a jedyną wątpliwej jakości melodią, są wrzaski z placu boju. Muzyka jest, defaultowo wyłączona, nie bez powodu. Jest słaba i po tym jak odkryłem włącznik, czym prędzej postanowiłem wrócić do wspomnianej “ciszy”. Za to graficznie jesteście bezpieczni. Nic Wam głowy nie urwie, ale też z drugiej strony oczy także nie wypłyną. Jest poprawnie ze wskazaniem, że mogłoby być lepiej, jak to zawsze w takich przypadkach bywa. Podczas rozgrywki, w której trup ścielił się gęsto, gra przestawała trzymać stabilną ilość klatek i na nic manewry z opcjami graficznymi. Położono na dłuższą metę optymalizację podczas potyczek na mniejszych mapach. Przypadek jednorazowy, podczas deathmatchu każdy na każdego, a tam panuje taki chaos, że nic tylko pierdnąć, rzygnąć i drzwiami trzasnąć. Nie polubiliśmy się. Raz nie zliczyło mi statystyk, ale biorąc pod uwagę nagminność tego zdarzenia w takim choćby Battlefieldzie 4, to pikuś.

Chivalry Deadliest Warrior_10

Kotlety mielone

Dodatek do Chivalry okazał się mięć większą moc sprawczą niż wersja podstawowa. Nie żeby ta pierwsza była zła, nie, nie. Próg wejścia w świat dzielnych, najgroźniejszych i najczarniejszych z czarnych wojaków świata wydaje się być obniżony, wszystko po to, by cała rzesza graczów zniechęconych niecodzienną rozgrywką w podstawce, znalazła coś dla siebie. Znalazłem. Chełpię się każdym pojedynczym zwycięstwem, które sam sobie szyję misternie łącząc i wyprowadzając kolejne kombinacje. Deadliest Warrior przyciągnął mnie nietuzinkowym settingiem oraz wyjątkowością rozgrywki, co z miejsca uplasowało go ma półce przeznaczonej na moje ulubione zabawy sieciowe. W dodatku wali po pysku wyzwaniem na każdym kroku. Że niby ja nie opanuję rozgrywki i nie będę mistrzował na mapach??

Czas przejścia: niepoliczalny

not-bad

Grę dostarczyło Torn Banner Studios, do jej działania wymagana jest podstawowa wersja Chivalry: Medieval Warfare (info za Steamem)

Luźne gadki w rumowym cosplay’u. Błogo było. Tylko kto mi kurde światło zgasił na intrze.

Dodaj komentarz



6 myśli nt. „Luźne gadki – Chivalry: Deadliest Warrior

Powrót do artykułu