Geometry Wars 3 Dimensions – recenzja strzelania w sześciany

Nitek dnia 12 stycznia, 2015 o 12:05    4 

Włączę se na chwilę – nie powiedział o Geometry Wars 3 Dimensions żaden gracz nigdy.

Do rzeczy, szybko, bo to szybki typ gry jest. Twin-stick shooter, czyli jednym czymś lecimy, drugim łoimy. Zna matka, zna sąsiadka, łatwo się wsiada do wagoniku z hajpem, ciężko z niego wyleźć, cholernie trudno wymistrzować level po levelu. Mógłbym tu silić się na analizcy, kto, co, jak i dlaczego ogarnął Geometry Wars 3 Dimensions, bo obecność Sierry jest na wskroś dziwna, ale szkoda czasu. Brzdęk, mięsko właściwe.

2015-01-11_00001

W gruncie rzeczy leży tu potrzeba nastukania jak największej ilości punktów. Czujecie zapach stęchlizny i fgajek, kiedy za młodu bywaliście w dobrze ulokowanym polskim salonie gier, wozie Drzymały, prawdopodobnie gdzieś na drodze do szkoły. W otoczeniu Januszów haraczu, za żetona przechodzący level. Asteroids, do tego zmierzam. protoplasta dobra wszelkiego, kiedy w umownym, wykropkowanym kosmosie strzelaliśmy do kosmicznych śmieci, już wtedy broniąc Sandry Bullock przed zawiesiną w przestrzeni. Geometry Wars pije do tamtych znakomitych tradycji. Wojna przybyła od strony XBoxa, albowiem tam właśnie się rozpętała ekskluzywnie, by po dwóch odsłonach zarazić swoim wirusem pozostałe platformy. Czy to pecety, czy to ps4. Dziwnym nie jest, że poprzedniczek nie znam, czego trochę żałuję. Z drugiej strony, wchodząc w sam środek serii, będąc laikiem tematu, jak ryba w wodzie człeniu.  Pierwsze hausty wody, takie dobre.

2015-01-11_00003

Spośród multum trybów jakie GW3 oferuje, najwięcej czasu spędzam szaleńczo ostrzeliwując wszelkie paści dyndające w adventure mode. Tam, w pieczołowicie ułożonych kolejnych poziomach, niezwykle zróżnicowanych pod względem topografii, ale także założeń rozgrywki per se, zabawy czekają tony. To właśnie tu toczyć się będzie walka z nieustępliwą tablicą wyników, bo farmienie punktów jest celem nadrzędnym, tak bardzo potrzebnymi do kolejnych ulepszeń czy to naszego wehikułu czy wspomagających nasz armageddon dronów. Tych jest kilka, sukcesywnie odblokowywane za zbierane gwiazdki otrzymywane za najwyższe wyniki. o różnych właściwościach, zmuszających nas do ciągłej taktycznej żonglerki ustawień, by żyło nam się lepiej. Lepiej nie znaczy prościej, nie. Wyzwanie postawiono dość wysoko i jeśli Drogi Czytelniku, dawno nie mruczałeś o kurwach pod nosem, nie wymachiwałeś kończynami przerzedzając zagęszczone powietrze, przykuj się pasami. Oto zgniatać Cię będzie imadło. Mocno, bezczelnie, nie na tyle, byś grę rzucił w kąt, ale skutecznie zaszczepiając myśl o kolejnej próby. A od niej już całkiem niedaleko do trzeciej nad ranem i słońca za oknem. Grindowanie dronów przy jednoczesnym biciu rekordów, ładnie zaimplementowane uzależniające mechanizmy. Lubię to.

Nie łapałem za wielu obrazków, bo grałem

Nie łapałem za wielu obrazków, bo grałem

W tym wszystkim fajne jest wszędobylskie zróżnicowanie. O ile dużo się w takowe szpile łoiło, tak zazwyczaj mechanika sprowadzała się do rzucenia nas na szereg plansz w których zawsze robiliśmy to samo. A to strzelaliśmy w kosmiczne głazy, a to strzelaliśmy do czegoś ratując  przy okazji kogoś. Dimensions oferuje o wiele więcej. Przygoda to istny przekładaniec trybów rozgrywki, gdzie są także te bardziej standardowe zabij ile się da, ale znaleźć tam można brylanty jak mój personal fav w którym to strzelać można tylko z wyznaczonych stref, które po czasie znikają i trzeba zwiewać do kolejnej, podczas gdy przeciwników więcej niż w PRLowskich kolejkach. Pot, łzy, nerwy i ten ogrom satysfakcji po wbiciu kolejnego rekordu. Kurde, tęskniłem! Bardziej tradycyjne zabawy czekają w trybie arcade, gdzie po prostu potrenujemy się z tematami znanym z kampanii, czy to po prostu postrzelamy się na prostych planszach z rzeszą wrażych kształtów geometrycznych. To znacząca różnica, bo wspominając wcześniej o topografii chodziło mi nie tylko o najeżenie plansz przeciwnościami, ale także innymi ich kształtami, w 3D. Darmowy test na epilepsję, zarówno dla samotników, lubiących bawienie się z nieznajomymi w sieci, jak i dla Waszych +1 na jednej kanapie, dzięki lokalnemu coopowi. Obstawiam, że można wtedy padem w zęby dostać. Niekończące się przyjemności.

Złapałem się na Geometry Wars 3 Dimensions zarywając niejedną nockę. Odpalam na chwilę, na dłużej, emocjonując się kolejnymi porażkami, napawając sukcesami, chłonąc feerię barw z ekranu. Dla fanów tego typu zabawy, głównie dla nich acz kto wie, to pozycja niemal obowiązkowa, dla laików dobry początek na bezgraniczne zatracenie w gatunku. Zwłaszcza jak tęsknicie za takim choćby Stardustem. Nie mówcie, że nie ostrzegałem. Jedziesz te sześciany, synek! Zagram se, ino chwilę.

Tja.

emmanot

Grę dostarczył dystrybutor.

Dodaj komentarz



4 myśli nt. „Geometry Wars 3 Dimensions – recenzja strzelania w sześciany

  1. moleskine0

    Nie jestem pewny, czy widziałem jak Nitek gra na filmiku, streamie czy w ogóle kogoś innego widziałem, gdy w to pykał. Fakt jest taki, że siedziałem zahipnotyzowany kolorami i akcją. Jedynie fakt, że kosztuje toto 15 euraczy na Steam trochę boli. Nie mówię, że to dużo… no ale jednak jak za obdartego z treści i głębi platformersa to trochę dużo (BTW, akapity przy słowie “platformers” nie są związane z elektoratem PO. Żeby nie było.).

  2. Toc85

    Łoł. Pamiętam jak grałem w geometry wars: retro evolved jeszcze na studiach 🙂
    Widziałem że Nitek ciska na steamie i myślałem że się nie skuszę (no bo w końcu to więcej tego samego tylko w ulepszonej grafie). A tu widzę mission mode, ulepszajki, drony itp. Jestem, kurde bele, pod wrażeniem. Czaję się.

Powrót do artykułu