Firewatch – Wyoming welcome to, recenzja

Nitek dnia 8 lutego, 2016 o 19:00    5 

Firewatch nie jest sandboksem, jest opowieścią, ewolucją na temat chodzonych narracyjnych gierek ala Gone Home czy Dear Esther, których nie tyle nie jestem fanem, co uważam je za mocne zimne ryby. Można go za to przystawić do SOMY, choć wydawać by się mogło, że koło siebie stać nie powinny, ale tak jak i Soma, tak Firewatch jest świetny,a w poniższym tekście nie znajdziecie grama spoilera.

Ciężko powiedzieć cokolwiek na temat walorów fabularnych, a tych jest mnóstwo, by nie psuć Wam zabawy odkrywania lasów Wyoming. Wystarczyć Wam musi, że w Firewatchu wcielicie się w Henry’ego, który biorąc tę robotę, nie mógł przewidzieć jak sprawy się potoczą. Po drugiej strony walkie talkie, Deliah, Wasza dyspozytorka z którą spędzicie wiele czasu na fali tego ciepłego lata. Pozostał las, niemy bohater, który zdaje się snuć dla Was tę historię.

Firewatch

Wspomniane fabularne symulatory chodzenia nie pojawiły się w tej wyliczance bez powodu, bo podobnie jak i tam, tak i w tym przypadku rozgrywka jest prowadzona historią. Tyle, że w przeciwieństwie do Gone Home czy Dear Esther jesteśmy tu świadkiem wszelkich zdarzeń, nie tylko czytelnikiem, cichym obserwatorem, pozostawionych nam zapisków i wspominek zdarzeń tego co miało miejsce tu wcześniej. Wszystko przeżywamy z perspektywy Henry’ego, któremu nadano odpowiednią fizyczność za pomocą prostej sztuczki, której w grach coraz więcej, ale jeszcze nie występuje we wszystkich. Ot, są nogi, ręce, animacje poruszania się postaci, co odpowiednio działa na immersję, a my nie jesteśmy już głową na patyku, bądź kamera na wózku, co było krzywdzące nawet dla poszukiwacza Ethana Cartera. Są nogi, jest 10/10, nie jakieś duszki Kacpry.

Firewatch (2)

Zastanawiacie się pewnie co będziemy robić w gęstych lasach, skoro to nie sandboks, nie ma craftingu, a teren choć przepastny, nie do końca jest otwarty. To siatka mniejszych ścieżek łączących się z malowniczymi miejscówkami, pięknymi zagajnikami przepuszczającymi leniwie promienie zachodzącego słońca, ścieżki na brzegu jeziora skąpane w pyłkach porywanych przez wiatr czy kanion przecięty strumieniem, który będziecie przemierzać z przyjemnością wzmaganą znakomitym udźwiękowieniem, przez co osobiście zalecam granie w słuchawkach. Roczny limit biegania chyżo po lasach wyrobicie tu w try miga.

Firewatch (3)

Przez umiejscowienie akcji na relatywnie niewielkim terenie, zdarza się często wracać z jednego zakątka do drugiego, nie sposób się tu nudzić, choć interakcji z otoczeniem nie ma tu wiele. Siłą Firewatch, poza opowieścią, jest sposób narracji przeniesiony na dialogi, których jest tu mnóstwo, a całość chłonie się niczym u Tarantino. Jakże tego przyjemnie się słucha, jakże dobrze patrzy się na relacje wywiązujące się między Deliah i Henrym. Jakże będzie Wam smutno, że nie możecie z nimi posiedzieć chwilę dłużej, po napisach końcowych. Świetnie napisany scenariusz i basta. To właśnie Deliah wyda dyspozycję zbadania kto w gęstwinie lasu puszcza fajerwerki, co pociągnie za sobą łańcuch nieprzewidywalnych zdarzeń, a Was przygwoździ do monitora już od pierwszego dnia w Wyoming, gwarantuję. Jest intryga, jest sekret. Jednakże zrzucając całą otoczkę budowania charakterów postaci i rozmowy przez walkie talkie, wiedzieć musicie, że sama gra to ciągłe piesze wycieczki, często po tych samych szlakach, w różne rejony lasu i wykonywanie paru nieskomplikowanych czynności. Nie ma tu zagadek rodem z The Witness, czy jakiejkolwiek innej przygodówki, przez co gra się praktycznie samo, ale dzięki temu historia nie traci swojego flow, nie zwalniając ani na minutę.

Firewatch (4)

Same dialogi niejednokrotnie można poprowadzić na kilka sposobów, co warunkuje jak rozmowa dalej się potoczy. Czasem można Deliah niechcący urazić, przez co może nie chcieć z Wami rozmawiać, jak na przykład wtedy, kiedy zechcecie się dowiedzieć się czy podczas, gdy rzuciła na drugiej linii słowa, że chyba nie ma o niczym pojęcia odnosiły się do nas czy też nie. To jednak zależy już od Was, bo by poznać wszelkie możliwości, konieczne będzie drugie przejście gry. Ba, nawet niektóre momenty gry można przejść inaczej, choć sama gra o tym nie mówi. Grając sam wziąłem radio i zaniosłem do wieży, ale kiedy grę streamowałem, za namową, wrzuciłem je do jeziora uzyskując zupełnie inny efekt i dostając trochę więcej historii. Nie było to wiele, ale jednak mały szczegół, jakże fajowski. Dzierżąc naszą krótkofalówkę, co rusz można raportować wszelkie rzeczy jakie staną nam na drodze. Niezależnie od tego czy będzie to zdezelowany leśny wychodek czy strome zbocze, zawsze można o tym pogadać, co owocuje nazewnictwem dla wspomnianych miejscówek czy więcej informacji na temat samego rejonu, w którym przebywamy, przy czym także odblokowuje nowe kwestie dialogowe. Niby mały detal, a cieszy, choć możecie nic nie klikać, nic nie raportować, nic się nie stanie. Poza tym, że wiele stracicie, rewelacyjny dubbing chociażby. No i nie zapomnijcie cykać zdjęcia jednorazówką, albowiem jest z tym związany pewna niespodzianka.

Firewatch (5)

Firewatch ma w sobie coś, co nie pozwoli odejść Wam od monitora już od momentu, kiedy złoży przed Wami zalążki swej opowieści. Nie każdemu się spodoba, aż takie przełożenie zabawy właściwej na roztaczaną tu historię, ale wynagrodzi Wam to jej realizacją, do której nijak się przyczepić. Zachwyca detalem, jak każdorazowe chwytanie się podestu na szczycie wieży, by nie uderzyć się w głowę, ale też może zniechęcić krótkim czasem trwania zabawy, bo całość można zamknąć w okolicach czterech godzin. Jeśli jednak cenicie sobie dobrą opowieść tajemnicą podszytą. Firewatch to coś dla Was. Byłem zachwycony na tyle, że włączywszy Firewatch odszedłem od niego dopiero, kiedy go skończyłem. Za dziesięć czwarta nad ranem. A miałem tylko sprawdzić co tam w lesie piszczy.

thumbs-up-computer-kid-gif

Grę dostarczył producent.

Poniższe widea zrealizowałem na bazie buildu stricte przeznaczonego pod wcześniejsze streamowanie. Wersja pełna zawiera więcej historii, zero problemów technicznych i odmienne wizualizacje zwiedzanych terenów. Jeśli chcecie, zerknijcie chociaż na część pierwszą materiału, bo choć faktycznie nie ma spoilerów, a całość ma za zadanie wzbudzić zainteresowanie, co robi w 100%, po co psuć sobie tajemnice i efekt pierwszego razu, nie? Więcej Firewatch na Tubie z mojej strony nie będzie.

Dodaj komentarz



5 myśli nt. „Firewatch – Wyoming welcome to, recenzja

  1. lemon

    jesteśmy tu świadkiem wszelkich zdarzeń, nie tylko czytelnikiem, cichym obserwatorem, pozostawionych nam zapisków i wspominek zdarzeń tego co miało miejsce tu wcześniej

    Dzisiejsze intro przypomniało mi o Soulsach, które pod tym względem mają więcej wspólnego z Gone Home niż SOMA i Firewatch. 🙂

Powrót do artykułu