Dym z Trupa czyli sycące kartony

maladict dnia 24 listopada, 2020 o 13:25    8 

Są rzeczy, których się nie zapomina. Pierwszy pocałunek z dziewczyną, pierwsze wino pite na łączce pod Kopcem Kościuszki, pierwsza gra karciana.

Choć wcześniej już kuzyn pokazał mi (i nauczył grać) w Magic: the Gathering, to za swoją pierwszą karciankę uważam DoomTroopera. Gdy tylko Wydawnictwo MAG ogłosiło polską edycję (hej! gra wydana po polsku!! czaicie to?!) zamówiłem talię, odczekałem swoje (MAG kontynuował niechlubne tradycje Klubu Płytowego Razem, znanego z racji tempa wydawania swych produktów jako Tomorrow Records) i juz mogłem położyć łapki na pierwszej, pachnącej świeżością i farbą drukarską (ach, ten zapach świeżo otwartej talii!) paczce kart. Z zestawu 60 kart 58 nadawało się do grania (pozostałe dwie to były karty Mrocznej Symetrii, których nie mogłem używać z braku odpowiednich wojowników) a wśród nich Trevor Bartolomew z Kawalerii Powietrznej, któremu zawdzięczam miłość do korporacji Imperial i ogólnie pojmowaną anglofilię. Potem gra trafiła do sklepów, a z nich pod strzechy. Grał każdy (każdy z moich kolegów-nerdów) i było super. Każualowo i w turniejach. Nawet gdy true gracze, grający tylko w V:TESa i Rage robili sobie z nas podśmiechujki. Potem okazało się, że gra jest zabugowana, niezbalansowana, a fakt że MAG wydawał dodatki w odmiennej kolejności, czyniąc niektóre frakcje przez długi czas niegrywalnymi był kroplą, która przegięła pałę goryczy. Zresztą niedługo potem wydawca, Target Games, zbankrutował (i przekształcił się w Paradox Entertainment, który z kolei wypączkował Paradox Interactive, ale to temat na inną opowieść) i gra umarła. Ale sentyment został.

Tak wyglądały oryginalne karty

Jedną z fajnych rzeczy jakie dał nam internet to realizacja faktu, że jakkolwiek dziwni byśmy nie byli, to nie jesteśmy w tej dziwności sami. Dobry wujek Gógiel zapamiętawszy najwidoczniej jeden z moich nostalgicznych websurfów, poinformował mnie pewnego dnia, że oto jacyś gostkowie zbierają Kickstarterze kasę na cyfrową wersję mej pierwszej karciankowej miłości. Zajrzałem tam, usłyszałem chór fanów śpiewający ‘Wstań, powiedz – ‘Nie jestem sam”, i nie miałem wyjścia jak rzucić im monetę. I oto, po kilku latach od zbiórki (przez grzeczność nie wspomnę po ilu) mamy – DoomTrooper CCG w wersji cyfrowej.

A tak wyglądają teraz

Ale może najpierw parę słów wstępu dla tych co są za młodzi by pamiętać, lub w woleli się w tym czasie uganiać za dziewczynami (frajerzy!). Karcianka oparta jest na universum Kronik Mutantów (Mutant Chronicles). Gdy na Ziemii skończyły się surowce naturalne, ludzkość, pogrupowana w cztery wielkie megakorporacje, wyruszyła w kosmos kolonizując poszczególne planety aż dotarła do Nerona – dziesiątej planety Układu Słonecznego. Tam odkryto tajemniczą budowlę, która okazała się pieczęcią więżącą Mroczną Symetrię. Pieczęć została złamana i Zło prowadzone przez pięcioro Mrocznych Apostołów opanowało świat. Gdy już wydawało się, że nie ma nadziei dla ludzkości, pewien pobożny człowiek zjednoczył niedobitki i z pomocą swych mistycznych mocy odparł atak. Ale teraz, gdy układy zostały porzucone, niebezpieczeństwo zapomniane a korporacje (już pięć) uwikłane są w sieć wojen i spisków, Mroczna Symetria powraca…

Jeżeli zalatuje wam to klasycznym Warhammerem to nie jesteście osamotnieni. Przez długi czas krążyła nawet fama, że to dlatego, że w proces twórczy byli zaangażowani ci sami ludzie, jakkolwiek pobieżny risercz nie wykazuje takich związków. Przypuszczam raczej, że twórcy postmodernistycznie używali popularnych cliché i tropes. Np. jako, że przy pierwszym ataku Mroczna Symetria opanowuje maszyny myślące i używa ich przeciwko ludziom, powstaje prawo ‘Nie będziesz tworzyć maszyn myślących na podobieństwo człowieka’, w czym każdy fan Diuny rozpozna echa Dżihad Butleriańskiego.

Tak wygląda gra

DoomTrooper oferował możliwość grania jedną z korporacji (brytyjski Imperial, amerykański Capitol, japońska Mishima, europejski Bauhaus czy Cybertronic), którymś z Apostołów Mrocznej Harmonii (Algeroth, Pan Wojny; Ilian, Pani Pustki; Muawijhe, Pan Wizji; Demnogonis, Pan Rozkładu i Semai, Pan Nienawiści) lub sprawującym dyskretną opiekę na rodzajem ludzkim, mistycznym Bractwem. Lub oczywiście dowolną kombinacją. Medytujesz, żeby dostać Punkty Akcji, płacisz nimi za wystawianych Żołnierzy Zagłady (oficjalna polska nazwa), dokładasz im ekwipunek, karty specjalne, atakujesz wybrany cel, za jego pokonanie dostajesz Punkty Przenaczenia, kto pierwszy zgromadzi odpowiednią ilość wygrywa grę. Nie, zasady nie były jakoś skomplikowane.

I teraz jak to się przekłada na granie na ekranie. Ci, obeznani z innymi grami karcianymi (M:tG Arena, Hearthstone czy Gwent), a wiem że są tu tacy, nie będą mieli najmniejszego problemu, pozostali też szybko powinni podłapać ogólne zasady. Sam gameplay jest jeszcze nieco toporny, zwłaszcza UI, ale to wciąż Early Access – Secret Cow Level jest małym studiem i wiele im trzeba wybaczyć. Większość kart została ztweakowana to grywalnego poziomu (choć Tatsu jest nadal OP) a jeżeli dodam, że devi na bieżąco wprowadzają poprawki, usuwają zgłoszone przez community błędy i regularnie wpuszczają updaty, a w cały proces jest osobiście zaangażowany Bryan Winter – twórca oryginału, to chyba brzmi to wystarczająco zachęcająco? Ach, no i mimo zmian graficznych, szczególnie w leyoucie kart rysunki Paula Bonnera czy Paolo Parente (nie jestem pewien Simona Bisleya) są zachowane i mile łechcą oko i gruczoły odpowiedzialne za dopaminę i serotoninę.

A tak wyglądam ja

Dlaczego zawracam wam głowę Early Accessem? Albowiem do końca listopada gracze mają dostęp do pełnej puli kart, więc można sobie popróbować i sprawdzić czy nostalgia wchodzi motzno. Od pierwszego grudnia zaczyna się wydawanie zakupionych/wygrindowanych boosterów i wtedy zobaczymy.

Podsumowując:

Za: nostalgia, widoczna miłość devów do ich produktu, grane każualowo zajmuje niewiele czasu, wreszcie coś co nie jest fantasy

Przeciw: Wciąż niedoszlifowana, nieco toporny UI, mała pula graczy, niebezpiecznie wciąga.

To co? Widzimy się na polu bitwy?

Dodaj komentarz



8 myśli nt. „Dym z Trupa czyli sycące kartony

  1. Revant

    Jak byłem młodzikiem to dostałem właśnie taką piękną dużą talię. Nie wiedziałem co to jest, kumple też nie, stwierdziłem, że to karcianka już zapomniana i wróciłem do magicka 😛 nawet gdzieś te karty powinienem mieć, choć po przeprowadzce to poginęło trochę rzeczy. Śmiesznie, że musiało minąć 15-20 lat, aby dowiedzieć się co to jest 😛 dzięki!

Powrót do artykułu