Call of Duty: Infinite Warfare – recenzja

Nitek dnia 24 listopada, 2016 o 12:56    0 

Motyla noga! Nie do końca wiem czy byłem gotowy na tegoroczny maraton z Call of Duty. No, bo jedna kampania rocznie krzywdy nie czyni, ale za to dwie? Ło Panie.

Z pierwszą na szczęście tragedii nie było, co zresztą mogliście poczytać już jakiś czas temu w tematycznej notce o Modern Warfare Remastered, tutaj. Uprzejmie donoszę, że multi zremasterowanego kotleta także donosi, jak już przy tym jesteśmy. Z gry jednak uprzedzam, że grywam tylko w hardkorowe TDM, więc ciężko ustosunkować mi się do warunków panujących w innych trybach, których jest sporo i nawet tu dodano parę nowych, jak choćby kill confirmed, czyli zabijanie z potwierdzeniem (no shit), gdzie po każdym zgonie trzeba zabrać delikwentowi nieśmiertelnik, ale też, gdy takowe blachy zgarnie przeciwnik, cofa nam punkty. Są medale, które wyskakują co rusz (można je na szczęście wyłączyć, jak ktoś nie lubi być pieszczony i głaskany po głowie, ja lubię). W kwestii killstreaków nic się nie zmieniło, jest radar, nalot i helikopter, bez cudów.

mwr4Cudowne za to jest uczucie powrotu na stare śmieci, bo pod względem architektury to nadal jedne z fajniejszych, o ile nie w ogóle da best, mapek w CODach. Nie zmieniono tu nic względem oryginału, poza oprawą rzecz jasna, więc każdy murek i krzesełko, a na wet cegiełka, znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, co dawniej. Nie szkodzi. Co zaś uderza to fakt, że to wszystko nadal bawi, dokładnie tak jak kiedyś, o ile nawet nie bardziej, a zarazem jak odmienne jest od tego, co obecnie dostajemy. Inne, bo znacznie wolniejsze. Nie ma tu naładowanych amfetaminą wojaków z Battlefielda pierwszego, który na speedzie w minutę pokonują przepastne wąwozy, nie ma skakania i szalonych biegów, już nawet nie po ścianach, ale ogólnie. Jest za to więcej taktyki, grania na uszy, czajenia się za załomem słysząc szelest spodni przeciwnika i panika gaming, kiedy nagle słychać stukot obijanego granatu o ścianę za nami. Poruszałem kwestię zwiększonej mięsistości dźwięku w kampanii i dokładnie tak samo jest w multi. Jakoś tak w innych CODach fakt tak dobrego udźwiękowienia i pozycjonowania dźwięku umknął i się rozlał. A tu, tip top.

Powiedziałem to raz, powtórzę ponownie, ale ten COD sprzedawany oddzielnie po prostu obroniłby się sam. Jeśli ktoś szuka dobrego grindu po nostalgii, śmietanka. Nie dość, że wspomnienia odżywają, tak są boostowane przez oprawę, bo ta została doprawiona szczyptą magii i mimo, że dałoby się jeszcze więcej wycisnąć, pewnie, że tak, to jest znakomicie i do zabawy o szerokim stopniu zadowolenia w zupełności styka. Nawet daje więcej. Szkoda, że trzeba czekać na pozostałe mapy i obecnie rozgrywka toczy się na dziesięciu,a le pozostałe sześć wskoczą w grudniu darmową łatą, a nawet są szanse na Chinatown (love, bo to przecież Carnetan), także ładnie. Problemem wersji pecetowej może jednak okazać się fakt, że MWR nie jest zbyt popularne. Poziom Evolve rok po premierze, co może nastręczać problemów z szukaniem kompanów do odstrzału. Na konsoli problemu nie ma.

cmwrZaraz, zaraz, co ja miałem. A tak, Infinite Warfare, zwycięzca największej kupy jutuba w kwestii zwiastunów. Niesłusznie. Ho, ho, ho, odważnie panie Nitek, łowco…

Kampania najnowszego codzika w kwestii fabularnej opowieści to nadal te same nuty, wałkowane przez serię od zarania dziejów. jest ktoś zły, my, dobrzy, niechcący następujemy mu na odcisk WTEM! Konflikt międzyplanetarny. Pikgułka z Infinite Warfare, którą bez większego skrępowania wystrzelono w kosmos. Konflikt swoje, a my i nasza ekipa swoje. Tym razem jesteśmy szefem wszystkich szefów, takim activisionowym kapitanem Shepardem, który wie na co się porywa. Jest też Ethan, sympatyczny android i Nora, prawdopodobnie obiekt naszych westchnień, choć na oko jestesmy od niej dwa lata starsi. Nie zapominajmy o Johnie Snow, który stoi z drugiej storny barykady i krzycząc przez pół gry Mars Aeternum, co rusz zrzuca nam na głowę jakieś jachty, gwiezdzne niszczyciele i ogólnie przędzie widowiskowe skrypty. Jest też McGregor, miszczunio UFC, ale szczerze mignął mi na ekranie raz i tyle go widziałem. Czyżby sequel? A może zlał się z generowaną przez moją broń kupą mięcha. Losy jego są niejasne i mi umknęły. Na szczęście inne wątki przyjaźni są nakreślone o wiele fajniej, momentami z humorem, a całość ogląda się, bo scenek tu na kopy, jak dobre show science fiction. Serio, momentami robi się z tego srogi Wing Commander vel Mass Effect z łażeniem po statku, oglądaniem telewizji i dobieraniem ekwipunku włącznie.

iw8I są nogi, brawa dla serii. Podtrzymujcie ten trend i uczcie o nim innych (cześć Shadow Warrior 2, Deus Ex i Dishonored 2). Inna sprawa, że IW rozciąga możliwości serwowane w drugiej częsci Black Ops, gdzie można było robić misje w swojej kolejności i idzie krok dalej. Poza wątkiem głównym oferuje kilka misji pobocznych. Niestety kilka, a niestety, bo są całkiem niezłe i wykorzystują moduły, z których poskładano resztę. Wiedzieć musicie, że w swojej kabinie macie walla z selficzkami z łych panów, których trzeba dorwać gdzieś w galaktyce i dorobić dodatkowe otwory do oddychania. To także cele poboczne dodatkowych misji, podzielonych na te, gdzie przemykamy się po wrażych statkach, bądź grasujemy i sabotujemy okręty międzygwiezdne z biegu, ewentualnie bierzemy udział w całkiem fajnie uszytych dogfightach, których nie powstydziłby się Battlefront. Ba, to takie mocno uproszczone łojenie ruchomych celów ala Elite o niezbyt dużej złożoności, jednakże na tyle efektowne i dynamiczne, że dają sporo frajdy. Nie dziwota, że zrobiono z tego misje poboczne, bo to sprawa niekiepska. Bolączką tych misji, jest fakt, że to właściwie misyjki. Niezbyt długie epizody, choć lukratywne, bo odbijają się nieznacznie na misjach głównych tym, że robiąc zadania osłabiamy siły przeciwnika, przez co ma mniej wojaków w innych rejonach kosmosu. Wisienką na torcie są nowe celowniczki i insze pierdółki do ekwipunku, rzekomo zwiększające statystyki broni, choć właściwie oferujące mało co odczuwalne efekty.

iw3Wątek główny to mięso strawne. Fabularnie szału nie ma, co nie jest niczym nowym. Sama zabawa zresztą też nie. To przewlekłe wyścigi między kolejnymi kill roomami, przecinane efektownymi skryptami, które będą w stanie zachwycić Bay’a i jego oddanych fanów. Sci fi to rejony, gdzie twórcom kreatywnym ściągnięto kaganiec, dzięki temu dzieje się tu o wiele więcej niż ustawa przewiduje i jeśli coś nie wybuchło, bądźcie pewni, że zaraz to zrobi. Podczas kampanii twórcy przeciągną Was po wielu miejscówkach i zaoferują dość różnorodne zadania, ale też warunki jak wirująca wokół gwiazdy asteroida z umieszczoną nań bazą skąpaną w promieniach ogrzewających do zaledwie 900 stopni, gdzie trzeba pomykać w cieniu, a jednak w świetle dnia, prawie że. Nie wiem na ile to możliwe, nieważne, bo jest i klimatycznie i dość oryginalnie mimo, że zaraz następuje bunt wszy i robotów domowych, które nagle chcą nam odstrzelić to i owo, to jednak wrażenie robi. Jak i skrypty, pewnie że tak.

Odniosłem jednak wrażenie, że Inifity Ward niezbyt dobrze czuło się z klimatami futuro i całą tą mobilnością. Pewnie, w kosmosie można do delikwenta podpiąć się linką, podlecieć i przefiltrować mu ostrzem jelita, ale same plansze nie robią należytego użytku z opcji danych przez odrzutowe plecaki. Nie ma tu konstrukcji stricte ulepionych pod nadmierny parkour znany z innych tytułów, a podwójne skoki uskutecznia się gdzieś przy okazji. Momentami odniosłem wrażenie, że twórcy stali w rozkroku pomiędzy klasyką stąpania po ziemi, a możliwościami jakie mogli, a nie do końca zagrały w implementacji. Odczuwalne zmęczenie i trochę szkoda, bo osobiście te fikołki lubię. Powiew przyszłych zmian? Być może.

iw4Niemniej jednak całościowo kampania nie posysa, stoi na pewno wyżej od Battlefielda pierwszego, singlowego, ale niżej od niedocenianych, przez nabywców, Titanfallów drugich. Nindżasy kroją cebule, jest widowiskowo, przejścia między przerywnikami do gry właściwej zrealizowano wzorowo i ciężko się od giereczki oderwać przed napisami końcowymi, które sa tak długie, że chyba wymieniono tam wszystkie firmy z okolicy, ba, nawet te, które wywoziły śmiecie podczas produkcji, obierały ziemniaki i gotowały jajka. Dobry kwadrans jak nic. Choć samo domykanie wątków nie było z należytym pierdolnięciem, nie mogę odmówić dobra jakim obdzieliła mnie tegoroczna przygoda. Tak, przygoda, bo tak należy to traktować.

Obowiązkowe zdanie o oprawie, hooah! Sterylnie jest mocno, momentami znacznie i zbyt przesadnie, zaś dźwiękowo jest znakomicie. Dubbing polski? Nie wiem, nie znam. Można stukać się po angielsku, na konsoli, całe szczęście. Za to napisy polskie miażdżą z gdzie się szlajasz i innymi wątkami polskich rodzin na czele.

Co innego multiplayer, do którego nie umiem się przełamać. Pewnie, niby to samo, co już było. Jednakowoż nie do końca. Tym razem mapy wyszły tak se, ponownie bez jakichś ścieżek zaprojektowanych pod mobilność postaci, przez co głównie skacze się po prostokątnych konstrukcjach, z rzadka po zaokrąglonych murkach. Do tego wszystkie mapy są jednakowo sterylne. Nieważne czy jest to jakieś muzeum, okej tu mogłoby tak być, czy powierzchnia Marsa, wszystkie mapy są jednakowo mało klimatyczne. Fajnie jest na stacji kosmicznej czy na terminalu, mapki lotniska z Modern Warfare 2, ale poza tym jakoś tak, meh.

iw5Zamiast zeszłorocznych specjalistów, teraz są kombinezony, dość komiczne w ogólnym wyglądzie, bo niektóre ubiory przewidują biegi w worku po ziemniakach na głowie. Każdy wariant to zestaw innych zdolności, w tym zamiana w słynnego metalowego psa kasujących wszystkich. Z tym mocno odjechano. Oczywiście nie brakuje palety unlocków, które nikogo nie wyżywią, ale jest ich tyle co populajci średniego państwa, gdzieś w Europie. Pozostawiono skrzyneczki do otworzenia za kluczki, co prowadzi do różnorodności kolorystycznej w tych sterylnych miejscówkach, chociaż tyle.

Mam jednak problem z tegorocznym multiplayerem, bo nie potrafi zaskoczyć. Z tyłu głowy dźwięczy mi rozkrok w jakim stanęli twórcy, między obecnym settingiem, a czymś bardziej przyziemnym przez co odbiór tegorocznego multi, kolejnego ze stajni IW wypada w moim przypadku słabo. Na tyle, że wolę wrócić na stare śmiecie w postaci wspomnianego na początku Modern Warfare Remastered, czy wciąż świetnego multi z Black Ops 3, przy którym nadal świetnie się bawię, a który to oferuje lepszą frajdę aniżeli IW. Zombie nie dograłem mocno, bo nie jest to tryb bliski mojemu sercu, ale skuszony oprawą retro sci-fi i niby lżejszym klimatem lat osiemdziesiątych grasowałem po sporawej mapce z najeźdźcami z kosmosu i tyle. Tu również w moim przypadku nie zagrało jak ostatnio w Black Opsach, bo tam było co najmniej dobrze. Niby wszystko jest skomponowane należycie, ale tym razem tego nie czuję, więc godzin w multi nie poszło tyle ile mam w zwyczaju przysiedzieć przy CODzie. Chyba, że mówimy o Ghostach a tam niezmiennie nastukane mam godzin dziewięć. W Modern Warfare 3 zaledwie szesnaście. Tendencja spadkowa odbioru odsłon CODa od Infinity Ward jest widoczna jak na dłoni.

[tu chciałem wkleić statystyk multi ze Steama, ale okazuje się, że je wywalono ze Stemachartsów, oficjalne Steam staty mówią o obecnych 2.315 graczach obecnie i 5,428 dziś, stan na 24.11]

Tak czy siak kampania dała radę i bawiłem się na niej znakomicie nie mogąc się nadziwić patentom i zabawkom jakie udostępnili twórcy do dyspozycji i siania rozpierduchy. tegoroczne multi dostarcza zaś Modern Warfare Remastered i jeśli ktoś czai się na Infinite Warfare to w takiej kombinacji. Singiel MWR, Singiel IW, Multi MWR, reszta jest pomijalna. Nie ma jednak co rozpaczać. Byle do przyszłego roku!

Podesłał wydawca. Ogrywałem na PS4, obrazki są od społeczności na Steamie. Jeśli komuś mało to na www.twitch.tv/nitek69 znajduje się archwium z zapiskami streamów z kampanii.

emma_stone (1)

Dodaj komentarz