Bastard, czyli trudno być dobrym

maladict dnia 15 lutego, 2021 o 15:34    12 

Urodziłeś się gdy twój ojciec był na wojnie, od przeszło roku.

Mimo to dzielnie wychowywał cię nie robiąc większej różnicy między tobą a twoim bratem – tym legalnym. Poza faktem, że to brat ma odziedziczyć wszystko a ty na zawsze pozostaniesz bękartem. Oczywiście jeżeli uda ci się go odnaleźć i sprowadzić bezpiecznie do domu, bo właśnie zniknął.

Bastard jest trzecią produkcją białoruskiego studia Aterdux Entertainment, osadzoną w tym samym universum – czternastowiecznego Cesarstwa Niemieckiego, gdzie pierwsze prądy renesansowe zderzają się ze średniowiecznym katolicyzmem, a w lesie tyleż łatwo napotkać ghula co raubrittera. Dodatkowo gra wygląda tak samo i ma taką samą mechanikę co wcześniejsze Legends of Eisenwald i Blood of November. Nawet walka co wzbudzała sporo kontrowersji nic się nie zmieniła. Jeżeli dodamy, że nie jest zbyt długa, to opinie, że jest to właściwie samodzielny dodatek do Legend… jest całkiem uzasadniony.

Bastard jest jednak trochę inny. W tej grze pominięty jest cały wątek ekonomiczny (zajmowanie zamków, zbieranie złota z wiosek). W zamian mamy dodatkową, istotną walutę – Autorytet. Bo chociaż nie jesteś synem hrabiego, to uznał cię, więc jesteś prawie jak jego syn, co oznacza, że możesz rozkazywać, wydawać sądy, zastraszać. Tak długo oczywiście jak jakiś Autorytet posiadasz. Bo nie daj boże, wydasz decyzję, która się miejscowym nie spodoba i już twój autorytet topnieje, a ludzie za plecami zaczynają mówić nieładne rzeczy o tobie i twojej matce. A tych decyzji będziesz musiał podjąć wiele. Praktycznie w każdej wiosce i mieście, które przyjdzie ci odwiedzić, powita cię żądny krwi tłum gotowy zlinczować jakiegoś nieszczęśnika tylko za to, że zna obce języki lub ubiera się nieco inaczej.

I tutaj, pozwólcie, zdradzę wam pewien sekret. Jakiekolwiek by te wybory nie były, nie mają one większego wpływu na przebieg rozrywki. Po co zatem je podejmować? Czemu nie wzruszyć ramionami i podążyć za naszym questem?

O ile LoE były dość klasycznym rolplejem, a Blood of November parodią amerykańskich wyborów prezydenckich z 2016, to Bastard najbliższy jest visual novel. Decyzje, które w tej grze podejmujesz, tak naprawdę mówią tobie, graczu, o tobie samym. O tym jakie wartości są dla ciebie ważne, za jakie ideały jesteś gotów ginąć, a na jakie machnąć ręką. Ile zadbasz o innych, gdy twoje własne zasoby się niebezpiecznie skurczą. Kiedy nad życie wartościowej jednostki przedłożysz ‘rację stanu’ i kiedy w końcu dojdziesz do wniosku, że głową muru nie przebijesz.

Gra nie jest zbyt długa (więc i recenzja długa nie będzie) – 8 – 10 godzin zabawy, więcej jeżeli chcesz przetestować inne zakończenia i zdobyć nowe acziki. Walka jest pretekstowa i służy urozmaiceniu fabuły i wypełnieniu czasu. Co stawia Bękarta w tej samej kategorii co Planescape: Torment czy Tyrrany. Choć oczywiście w innej kategorii wagowej. Jeśli zatem szukacie jakiegoś rolpleja do popykania w wolnym czasie, to można, choć pewnie da się znaleźć coś lepszego lub przynajmniej dłuższego. Ale jeżeli macie zęba na visual novel i odrobinę samopsychoanalizy, to poddaję tytuł pod rozwagę.

Dodaj komentarz



12 myśli nt. „Bastard, czyli trudno być dobrym

  1. aryman222

    Dzięki za reckę maladict!
    Po raz kolejny zaatakował mnie uporczywy dylemat już “schodzącego ze wzgórza” gracza:
    1. RPG na 100h – “Nie, kurde, nie mam tyle czasu. Życie, praca…”
    2. RPG na 10h – “Nie, to bez sensu – zacznę grać, spodoba mi się i nagle koniec. Jak zaczynać RPG, to tylko epickie, długie opowieści”.

              1. bosman_plama

                @maladict

                Praca i życie zazwyczaj. Jeśli akurat siedzę mocno nad książką, nie mam czasu siedzieć nad grą. Więc przerywam grę z obietnicą, że zaraz do niej wrócę. Zaraz, jak skończę pisać:).
                A czasem jest to inna gra, na którą akurat w tej chwili mam ochotę bardziej.
                Rzadzej nie kończę gry, gdy dochodzę do wniosku, że nie ma mi już nic do zaoferowania. To jest np. przypadek Greedfall, który dodatkowo potężnie mnie zirytował metodą przedłużenia rozgrywki. Ale pewnie bym ją zdzierżył, gdyby ciekawiło mnie co będzie dalej. A od pewnego momentu przestało.

              2. lemon

                @maladict

                U mnie najczęściej powodem jest jakaś inna gra, która w danym okresie mnie bardziej wciąga, a później już nie chce mi się wracać do poprzedniej. Mogę też wymienić kilka, gdzie dotarłem do jakiegoś przełomowego momentu w historii i dalej mnie nie ciągnie, ale nie usuwam z dysku, bo kiedyś chcę skończyć. Np. Fallout New Vegas: został mi ostatni quest, ale ponieważ po nim są napisy i koniec, to nie robię go, chcąc wcześniej ograć DLC; jeden już ograłem, ale trochę mnie wymęczył i nie ciągnie mnie za bardzo do następnych. Albo Fallout 1: na początku działała presja czasu, znalazłem w końcu ten czip, zostałem bohaterem, a tu o dziwo gra toczy się dalej. Obudziłem się w bazie pełnej supermutantów, zginąłem kilka razy i mi się odechciało grać. Odłożyłem na później i tak minęły chyba już ze 2 lata. Wasteland 2: rozbroiłem atomówkę i jakaś frakcja się na mnie wkurzyła. Zastanowiłem się, czy bardziej chce mi się z nimi męczyć, czy odinstalować grę i wygrała opcja druga. 😉

                Nie liczę oczywiście rzeczy, które odpalam na krótko celem sprawdzenia i porzucam dość prędko, bo widzę, że to raczej nie dla mnie.

              3. aryman222

                @maladict

                Można by określić to jak kryzys wieku średniego. Zacząłem zauważać, że strasznie szybko mija czas (głównie przez pracę – kto to k… “wymyślił”, że w tygodniu trzeba prawie 1/3 świadomych – snu przecież nie liczę – godzin zużyć na idiotyczne czynności, które zapewniają dobra potrzebne do przetrwania? Przy ciągłym wzroście efektywności pracy -od tylu lat – już dawno powinniśmy zejść do 1/10!), a mój worek mięsa ma termin przydatności… Dodajmy do tego niezliczone ilości ciekawej rozrywki do wchłonięcia i prowadzi to do ciągłego rozważania (podczas wchłaniania): “Dobrze się bawię? Jest zajebiście, czy tylko ok? Czy to jest warte zużywania mojego ograniczonego czasu?”. Jeśli coś jest naprawdę wspaniałe, to te myśli się nie pojawiają; jeśli jednak jest tylko “fajne” to wystarczy, że z jakiegoś powodu przerwę konsumpcję na dzień – dwa i już słabnie wola powrotu. Zwłaszcza z grami jest problem, bo są bardzo długie (te krótkie to szkoda nawet zaczynać 😉 ) i decyzja o powrocie to wydatek kilkudziesięciu godzin… Do tego nastąpiło przesunięcie w poziomie “funu” otrzymywanego z różnych typów rozrywki i u mnie filmy powoli wypierają gry. Wciąż oczywiście szukam, sprawdzam nowe gry, bo wiem, że jeszcze może być zajebiście – czego dowodem w 2020 były dla mnie Kenshi i Cyberpunk 2077.

Powrót do artykułu