Powrót po latach

bosman_plama dnia 2 listopada, 2021 o 10:17    22 

Kiedy do kin nie trafiają nowe Gwiezdne Wojny, o pseudbondach pisać nie mogę, bo krew spływałaby między klawiszami, pojawia się nowy film SF, o którym można napisać. A imię jego: Diuna. I, podobno, prawie wszyscy zamierają podczas jego oglądania w niemym zachwycie.

Kto z nas nie pamięta gier z tej serii? No dobrze, ja nie pamiętam. Poważnie. Tak się jakoś złożyło, że komputer dotarł pod moją strzechę z opóźnieniem, a choć pogrywałem w różne gry u kolegów bądź w domach kultury (pod pozorem lekcji programowania), to w gry z serii Diuna akurat nie. Co jest o tyle interesujące, że powinienem był się na nie rzucać z dzikim rykiem, bo przecież powieść znałem i kochałem. Ponieważ jednak działo się to w czasach, gdy jeszcze nie było internetu, posiadanie telefonu oznaczało przynależność do uprzywilejowanych a pismo Bajtek znikało z kiosków nim dziewczyna Bruce Willisa zdążyłaby powiedzieć: „ciastko z kremem” (czy z czym tam ono było), graliśmy w te gry, w które akurat mieli spiratowane nasi kumple i głównie o ich istnieniu wiedzieliśmy. Moi kumple nie mieli spiratowanej Diuny. Pech.

A może nie pech? Może, jak każdy fanatyk, zżymałbym się na tamtą interpretację? O ile ktoś nie wynajdzie wehikułu czasu, już się nie dowiemy. Na szczęście potem z Diuną stykałem się niejednokrotnie. O tym ile z niej wyciągnął do swojej Dalekiej Galaktyki George Lucas mówi się coraz więcej. Za dwa tygodnie (mniej więcej) na Amazonie zadebiutuje serialowa ekranizacja Koła Czasu, które stanowi przepisanie Diuny na język fantasy. I kto wie, czy polubiłbym tak pustkowia z Fallouta, gdybym wcześniej nie zakochał się w pustynnej planecie? Z kolei czerwie pustyni zostały wykorzystane chyba wszędzie. Są np. w grze Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy.

Czemu tak obiektywnie i bezstronnie, z wielką dawką samoświadomej samokrytyki nazywam siebie: „fanatykiem”? Otóż widzicie, ja nie tyle Diunę czytałem, co zostawałem jej wyznawcą.

Wszystko zaczęło się w roku niezupełnie Pańskim, bo jeszcze socjalistycznym, 1985.

O roku ów! W Wejherowie zainaugurował działalność chór mieszany Cantores Veiherovienses, w Warszawie odsłonięto Pomnik Kościuszkowców, około 130 organizacji i stowarzyszeń, wraz z partiami, zgłosiło akces do Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, premierę miał film Piotra Szulkina O-bi, o-ba. Koniec Cywilizacji (też fantastyka!) a w Krakowie znajoma pani w księgarni odłożyła dla mojej mamy pod ladę wydaną w dwóch tomach Diunę Franka Herberta (tej ostatniej informacji nie znajdziecie w Wikipedii, poprzednie tak). Brzmi to dziwnie, trochę jak z Barei? Owszem. Ale tak wyglądał świat „roku owego” – jeśli chciałeś mieć dostęp do zachodniej literatury i nie czekać z lekturą latami, aż ktoś się zmiłuje i pożyczy ci wymarzoną książkę, musiałeś mieć układ z panią w księgarni. Nie, fart nie wystarczył. Mogłeś być dzieckiem szczęścia a i tak raczej nie wszedłbyś do księgarni przypadkiem w tej jednej sekundzie, kiedy Diuna (albo inna zachodnia powieść) wylądowała na ladzie i jeszcze z niej nie zniknęła, bo Diuny zazwyczaj nie lądowały na ladach, lecz od razu pod nimi.

Moja mama miała układ z panią z księgarni i dlatego przyniosła do domu dwa pachnące klejem i farbą drukarską egzemplarze. I od razu dała je mnie, wiedziała bowiem, że uwielbiam fantastykę. Ona nie uwielbiała, ale i tak a czytała, ponieważ był to Powiew Zachodu.

Tak więc, jak widzicie, już mojej pierwszej lekturze Diuny towarzyszył swego rodzaju cud. Stałem się wybrańcem, tym który posiadał książkę, którą zdobyć było bardzo trudno. A to dopiero początek. Musicie wiedzieć, że miałem wówczas lat trzynaście, co oznaczało, że byłem tylko dwa lata młodszy od głównego bohatera powieści. To już by wystarczyło, bym z łatwością się z nim identyfikował. A na domiar wszystkiego ten bohater (też wybraniec) miał na imię tak samo jak ja!

Możecie to sobie wyobrazić? Być może właśnie wróciłem do domu z łowów na zdobywalny równie łatwo jak zachodnia proza papier toaletowy. Być może oczyma wyobraźni widziałem już konieczność zrywania się w sobotę o świcie, by zająć korzystne miejsce w kolejce po chleb na weekend. I otwierałem cudem zdobytą powieść zachodnią o chłopcu mniej więcej w moim wieku i noszącem moje imię, który na obcej planecie musiał stawiać czoła intrygom wrednego barona. Miał wspaniałych towarzyszy – wesołego Gurneya (tak, wiem, jeśli nie czytaliście powieści a widzieliście tylko nowy film, możecie teraz poczuć zdziwienie), dzielnego Duncana, przemądrego Thuwira, tajemniczego Stilgara. Paul stąpał ścieżką zemsty, wymykał się knowaniom mężczyzn i kobiet, zdobywał wiedze i super moce a na koniec (uwaga spoiler) pokonał wszystkich. O tym, że jego triumf oznaczał dla wszechświata rzeź i miliardy zabitych, dowiedziałem się dopiero kilka lat później, podczas lektury Mesjasza Diuny. Bardzo możliwe, że przeczytałem Diunę po raz drugi, zaraz po tym, jak przeczytałem ją po raz pierwszy. A potem wracałem do niej przynajmniej raz w roku. Tylko Potop mógł u mnie rywalizować z Diuną pod tym względem.

Sporo tego wstępu? Sporo. Ale teraz rozumiecie, dlaczego, kiedy usiadłem w zeszłym tygodniu w kinie, kiedy przebrnąłem przez powódź reklam i trailerów, kiedy kino ogłuszyło mnie napomnieniem, żebym nie piracił (piracąc bym tego ogłuszenia nie doświadczył) i zaczął się film, w mojej głowie natychmiast opaliły literki. Wiecie, jak w Matrixie, gdy Neo postrzegał świat poprzez spływające linijki kodu. I te literki nie opuściły mnie już do końca seansu.

Inni widzowie, jak sądzę, oglądali film. Ja oglądałem interpretację powieści, do której wracam od 36 lat (ostatnio już nie co roku, ale dwa lata temu znów ją sobie przypomniałem). To nie mogło uczynić mego odbioru idealnym i na pewno nie mogło zrobić mojej ocenie dobrze.

Mimo wszystko film mi się podobał. Lubię podejście do kina Denisa Villeneuve. Zachwycałem się Sicario i Nowym Początkiem, podobał mi się Blade Runner 2049. Także Diuna zrobiła na mnie wrażenie. Scenograficznie może nie pokrywa się w 100% z moim wyobrażeniem tego świata, ale nie potrafiłem nie cieszyć oczu przeciąganymi, celebrowanymi ujęciami na miasta, pustynię, statki kosmiczne unoszące się ku niebu spod powierzchni mórz. Doceniałem stroje, pomysł, by mieszkańcy różnych planet mówili w różny sposób. Doceniłem ciemności i półmroki kryjące ten świat. To wszystko było ładne, wspaniale zaplanowane i nakręcone. A muzyka nie zawsze przeszkadzała a czasem nawet pomagała, choć moim zdaniem ktoś mógłby powiedzieć i reżyserowi i kompozytorowi, że w niektórych scenach bombastyczność nie zawsze jest wskazana. Jestem pod wrażeniem gry aktorskiej, chyba wszystkich, nawet jeśli Jason Mamoa tradycyjnie zagrał Jasona Mamoę a Josh Brolin postanowił powtórzyć rolę Thanosa. Baron Harkonnen jest według mnie Baronem idealnym i nawet Dave Bautista daje z siebie wszystko, choć w efekcie wygląda trochę jakby grał u Lyncha, gdzie wszystko było przesadzone. Tak więc trudno mi nie docenić tego filmu. Trudno jednakowoż mi go skutecznie ocenić, ponieważ za sprawą decyzji studia i reżysera, obejrzeliśmy tylko połowę fabuły. Stało się tak, by nie zabrakło miejsca na właściwe poprowadzenie historii i opowiedzenie wszystkiego, co jest do opowiedzenia.

Tyle, że jeśli trzymamy się tego wytłumaczenia, Diuna Villeneuva powinna zostać nie filmem a serialem. Może wtedy reżyser dałby radę. Bo na razie, pod względem fabuły, przepadł.

Uwaga będą spoilery.

Fabuła bowiem wygląda następująco: Paul zostaje poddany próbie na Kaladanie następnie przylatuje na Diunę, gdzie próbują go zamordować, ale im się nie udaje. Leci z ojcem nad pustynię, żeby pierwszy raz zobaczyć czerwia, potem przylatują Harkonennowie, wszyscy giną, Paul z matką ucieka na pustynię, gdzie dociera do Fremenów. Zabija tam nie wiadomo czemu Dżamisa, koniec. Po drodze parę przebitek na Harkonnennów.

Toż w pierwszych (czwartych) Gwiezdnych Wojnach było fabuły więcej. Lucasowi udało się w krótszym filmie więcej powiedzieć i pokazać.

Przy czym, póki oglądamy film i dajemy się oczarowywać ładnym długo kręconym ujęciom, film jeszcze nie trzeszczy w szwach (chyba, że macie, jak ja, literki przed oczami). I możliwe, że jeśli ktoś powieści nie czytał i poszedł do kina na film, to wszystko zrozumiał (albo wydawało mu się, że rozumie). Rozmawiałem nawet na ten temat ze znajomym, który na moje pytanie: „dlaczego u licha w świecie nowoczesnych technologii, w którym są i lasery i pistolety (widzimy je w filmie) wszyscy nawalają się na miecze (zwane dla niepoznaki nożami)?”, znajomy odparł, iż jego dzieci uznały, że tak ma być, bo taka konwencja i fajniej to wygląda (jak w Gwiezdnych Wojnach). Aha. Przy takim postrzeganiu filmu, trudno się dziwić, że inny mój znajomy gdzie tylko może powtarza, że Diuna to nie żadne SF a fantasy.

Tymczasem Diuna jak najbardziej jest powieścią SF. A za nią film jest SF także. Nie tylko dlatego, że dzieje się w przyszłości a bohaterowie podróżują między planetami. Owszem, nie eksploruje tematu świetnie rozwijanych nowoczesnych technologii opartych na kółkach zębatych i ich potomkach, ale biotechnologię, genetykę i ekologię (tudzież socjologię). Ludzkość, doświadczona przez wojnę ze sztucznymi inteligencjami i ich maszynami porzuciła tę ścieżkę, by skupić się na rozwoju samych ludzi i zastępowaniu przez nich maszyn. Stąd hodowani i kształceni mentaci, czyli ludzkie maszyny liczące, stąd gwiezdni nawigatorzy Gildii Międzyplanetarnej (u Lyncha nie przypominają już ludzi, w nowej wersji póki co… wcale ich nie ma) potrafiący dzięki postrzeganiu pozazmysłowemu odnajdywać drogi wśród gwiazd, stąd zakon Bene Gesserit, który mozolnie buduje ścieżki genetycznych powiązań, by wyhodować sobie mesjasza mającego być czymś w rodzaju supermentata. Opowieść o tym, że można człowieka przerobić w postczłowieka, w biologiczną maszynę wyspecjalizowaną w określonych działaniach to nie fantasy. To SF. Oczywiście, powieść zawiera elementy wykraczające poza naukę taką, jaką znamy dziś. Dlatego do: „science” dodajemy: „fiction”. Kłopot w tym, że to, co zostaje wyjaśnione w powieści, w filmie wcale się nie pojawia. Na przykład powód, dla którego wszyscy ćwiczą się w szermierce i używają powszechnie broni białej, zamiast nawalać do siebie laserami i blasterami jak w Gwiezdnych Wojnach. W powieści zostaje to wyjaśnione jednym zdaniem, czy dwoma. W filmie wcale. W efekcie użycie broni białej zostaje umotywowane, dla tych, którzy powieści nie znają, wyłącznie efekciarstwem.

To może wydawać się drobiazgiem. Ale gdy tych drobiazgów zbiera się więcej (zmiana płci Lieta to kolejny przykład; dla reżysera to bagatelka, zmienił faceta w kobietę „bo jest feministą” i ani się przejął, że w ten sposób rozwalił całą strukturę społeczną i biurokratyczną Imperium), świat Diuny zaczyna się rozmywać, scenografie wyglądają coraz sztuczniej, bez względu na to, jak ładne by były. I świat filmowej Diuny okazuje się pusty, a fabuła zmienia się w streszczenie. Spójrzcie na filmowe miasto Arrakin, do którego Paul przyjeżdża tylko po to, by zaraz z niego uciec. W powieści tętni ono życiem; przypomina bliskowschodnie metropolie, których ulicami wędrują dziesiątki tysięcy pielgrzymów zderzając się z tysiącami ulicznych sprzedawców; stragany i straganiątka tulą się do każdej ściany, żebracy przekrzykują się ze straganiarzami, strażnicy miejscy mają baczenie i na jednych i drugich. Sprzedawcy wody nawołują: S-suk! S-suk! Między przechodniami przeciskają się przemytnicy, przechadzają imperialni urzędnicy, przechodzą Fremeni.

W filmie to samo miasto jest martwe. Stanowi kamienną fortecę, może nawet nie pozbawioną ulic, ale z pewnością pozbawioną ludzi. Zamieszkują je właściwie tylko Paul z rodzicami (Thufir Hawat, noszący mundur nie pasujący do niczego, poza, może brytyjską armią z I wojny światowej i… mundurami Atrydów z filmu Lycha, znika) i pojawiającym się na chwilę doktorem Yuehem, którego historii nie poznajemy. W związku z tym diabli tak naprawdę wiedzą czemu postanowił zabić barona. Więcej czasu niż kluczowej dla tej części historii postaci, reżyser poświęca ujęciom na rzeźbę torreadora zmagającego się z bykiem i byczemu łbowi. I jasne, możemy się zachwycać symboliką, doszukiwać metafor tych ujęć. Tylko, do diabła, znika nam, przez nie jedna z najważniejszych postaci! Postaci, poprzez którą Herbert ukazywał różnice między Harkonnennami a Atrydami i całkiem sporo mówił nam o kształcie Imperium i zasadach jakie je kształtują. Że już nie wspomnę o jej znaczeniu dla intrygi. Z filmu znikają też właściwie spiski. Owszem, wiemy, że Harkonennowie postanowili wykończyć Atrydów we współpracy z Imperatorem. Ale na tym koniec. Wszystkie koronkowe plany i akcje Barona znikają. Nie tylko jego zresztą. Książe Leto a za nim Paul mogą do znudzenia powtarzać o „potędze pustyni”, ale za ich słowami stoją tylko przypuszczalne wyliczenia na temat rzeczywistej liczby Fremenów. Niby na końcu filmu Paul patrzy na Fremenów jadących na czerwiach i powtarza o „potędze pustyni”, tylko, że Leto nie mogło o to chodzić, bo o tym nie wiedział. W powieści Atrydzi przekonują się, że Fremeni to wyśmienici wojownicy i nawet… Formują dla Atrydów fremeńskie oddziały. Które podczas obrony spuszczają tęgie baty niepokonanym dotąd Saudakaurom, co wzbudza furię tych ostatnich i niepokój Imperatora. Bo jego władza opiera się na strachu przed Saudakaurami, którym nikt nie jest w stanie dorównać. W filmie znów nie ma po tym śladu, ba, „niepokonanych Saudakaurów” leje właściwie kto chce. I za skarby świata nie wiadomo czemu Baron z nich korzystał. Jest jeszcze lepiej – reżyser zapamiętał z książki, że udział Saudakaurów miał być super tajemnicą i o konieczności zachowania tej tajemnicy powtarzają w filmie. Szkoda, że zapomniał, iż mieli występować w mundurach Harkonnenów, w związku z czym cały sekret diabli biorą. Kolejna zmarnowana intryga, za którą nie kryje się nic.

I tak jest w tym filmie z prawie wszystkim. Długie, plastyczne ujęcia są celebrowane imponująco, ale zabrakło przez to miejsca na przedstawienie ważnych postaci, ukazanie intryg sięgających głębiej niż na poziom kłótni nastolatków; na pokazanie Imperium dalej, niż za ładne dekoracje, starające się zakrywać pustkę za nimi. Nie wiem jak Villeneuve w drugiej części wybrnie z pułapek, które sam na siebie pozastawiał. Zapewne kolejnymi uproszczeniami. Jakimś cudem Lynchowi udało się lepiej i głębiej pokazać świat i postacie w jednym filmie, wcale nie dłuższym (w kinowej wersji) od nowej adaptacji. Przy wszystkich niedoskonałościach wersji z 1984 roku te dwa elementy udały się tam dużo lepiej. Podobnie, jak dużo lepiej udał się Gurney Halleck, który dla mnie, obok zmiany płci Lieta, stał się symbolem filmu Villeneuva. U Lyncha Hallecka gra Patrick Stewart i jest to Gurney jak z powieści – straszny w walce, nienawidzący Harkonnennów za to, co zrobili jego siostrze, ale równocześnie dusza towarzystwa, dowcipniś, bard, PRowiec Atrydów zdobywający dla nich serca i dusze. U Villeneuva Halleck to wiecznie ponury mruk, który zdołałby zdobyć czyjeś serce tylko jeśli wyrwałby je gołymi rękami z klatki piersiowej. Drobiazg? Tak, ale to jeden z kolejnych drobiazgów, które budują świat bardzo inny od świata powieści. I pokazujący, jak bardzo Villeneuve lubuje się w zimnie i ponurościach, jak wszystko u niego musi być posągowe, wyciągnięte z greckich tragedii a przez to nieludzkie. Tu nikt nie mówi, wszyscy wygłaszają przemowy, co widać zresztą w bardzo teatralnych inscenizacjach scen rozmów. Świat powieści pełen jest żywych ludzi, niedoskonałych, czasem klnących, czasem śmiejących się. Świat filmu pełen jest postaci, nie-ludzi; aktorów i posągów. Villeneuve musiał wykastrować Hallecka z jakichś 70% jego osobowości, bo inaczej Halleck rozsadziłby mu strukturę filmu. Jasne, jest znacznie bardziej wyluzowany Idaho (w powieści wcale nie tak idealny), który jest bardziej halleckowaty od Hallecka, ale to efekt zatrudnienia do tej roli aktora, który inaczej grać chyba nie potrafi. A zatrudniono go, jak sądzę, nie dla rozładowania atmosfery (to akurat musiało reżysera boleć), ale byśmy się przejęli czyjąś śmiercią. Śmierć Leto tak nie działa – jest oczywista od samego początku.

Tak wiec oglądnąłem niezły, a realizacyjnie nawet bardzo dobry film i kiepską adaptację równocześnie. Przy wszystkich elementach, które w filmie udało się przenieść z powieści, czasami w skali jeden do jednego, jako adaptacja nowa Diuna ginie, kiedy przychodzi do szczegółów. Wiecie, do tych irytujących drobin, w których mieszka diabeł i które złośliwie mają często większy wpływ na całość, niż to, co wysuwa nam się na pierwszy plan, byśmy zostali oczarowani. Może, gdybym nie lubił i nie znał powieści, wpadłbym w zachwyt (póki nie zacząłbym sobie zadawać paru pytań dotyczących zasad tego świata). Na razie z umiarkowanym entuzjazmem czekam na drugą część (ma wejść na ekrany w 2023, czy ktoś jeszcze będzie pamiętał o co w filmie chodzi?). Czekam głównie dlatego, że ciekaw jestem, czy twórcom uda się jakoś pospinać tę opowieść.

PS. Tak, macie rację. Ten wpis to kolejne, coroczne rozpoznanie walką przed ewentualnym zepchnięciem Zardzewiałej Krypy na ocean waszych gustów. Sprawdzam, czy jeszcze ktoś po nim pływa.

Dodaj komentarz



22 myśli nt. „Powrót po latach

  1. jodla

    ahoj!
    chyba niemożliwym jest, aby filmowa adaptacja książki sprostała oczekiwaniom wiernych fanów – muszę jednak przyznać, że przeczytawszy Diunę jedynie raz wgapiałem się w ekran z szeroko otwartymi ustami, i w sumie zamiast szukać dziur, to łatałem je informacjami zaczerpniętymi z lektury i koniec końców bawiłem się wybornie

  2. Revant

    Hejka 🙂

    Ja również bardzo dobrze się bawiłem na filmie. Dla mnie to piękny i zapierający dech obraz namalowany przez reżysera, operatora, kompozytora, aktorów i tak dalej. Obraz, a nie książka w formie wideo. Jest to bardzo dobrze trzymające się swojego klimatu spojrzenie na Diunę. Dużo rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć, ale z drugiej strony nie ma ciągłego paplania bohaterów i przekazywania wszystkiego widzowi na tacy. Książkę czytałem ze dwa lata temu i co nieco w głowie zostało, ale i tak uważam, że wiele zarzutów, które widziałem w internecie, pochodzą od ludzi, którzy nawet przy tak skąpych dialogach nie potrafili wyłapać właśnie tego jednego-dwóch zdań wskazujących wyjaśnienie (a nie wyjaśniających). Przyznam się, że cały książkowy motyw rozwoju technologii kompletnie wyleciał mi z głowy, ale już np. walka na miecze/noże to jak dla mnie dość łatwe do wytłumaczenia – wszyscy w tarczach przy pasach to i nie było co kombinować z piu piu. Wiele szczegółów zostało trochę naciągniętych, to prawda, ale nie odczułem ani razu, że coś wyszło z pupy, w porównaniu do SW. Z pewnością jako serial byłoby to dzieło genialne, ale jeżeli by zachowali budżet filmu na każdy 45 minutowy odcinek, a to raczej nie było możliwe. Dla mnie jest to film, który się chłonie. Taki, który jednym ujęciem daje więcej do namysłu, niż jakiś przydługi dialog w innych dziełach. Swego rodzaju przeciwwagą dla papki superbohaterskiej, jak i również filmów mega ambitnych, gdzie nic nie widać, a dużo się gada. Na pewno będę do niego wracał, a na następną część będę równie mocno czekał. Podobno też ma być trzecia, oparta na Mesjaszu Diuny, ale coś czuję, że przez premierę hybrydową i słabymi przez to wynikami w box office, może być kiepsko z takim planem. Obym się mylił.

    1. aryman

      @Revant

      Kurde, Revant, jakbyś mi w myślach czytał; pięknie to opisałeś 🙂
      Co do trzeciej części, to Denis zarzucił temat (pewnie żeby w negocjacjach z Legendary/WB mieć już w zanadrzu entuzjastyczne reakcje internetu i pogadać od razu o warunkach odpalenia 3ki, ewentualnie robieniu dwóch części na raz), ale ze strony właścicieli praw i sponsorów reakcji nie było. Także prawd. wszystko będzie zależeć od rozmiarów sukcesu części drugiej…

  3. civil

    Muszę jakiegoś deala z żoną ogarnąć, co by wyskoczyć do kina. Nigdy nie czytałem, jakoś polecenia mamy odrzucałem z automatu. Głupi bunt 😉 a teraz jak już sam mam syna to czasu nie ma. Fundacje, inkwizytorzy czy metra czekają w kolejce, nadomiar złego nowy kanon SW zacząłem czytać. Szału nie ma, ale mój seting 😉 czekam na Krype 😉

  4. aryman

    To ja się wypowiem, jako ktoś kto nie czytał (jeszcze…) książek z serii, nie grał w gry i nie oglądał poprzedniej próby filmowej. Spoilery poniżej!
    Przed seansem nie widziałem żadnego trailera (działanie zamierzone), wystarczyło mi to, że epickie sci-fi reżyseruje Denis Villeneuve (lubię kilka jego wcześniejszych filmów, a po Blade Runnerze 2049 facet uzyskał u mnie status mistrza, którego oglądam bez żadnych wstępnych pytań). Imax 3D + Imax 2D zaliczone w odstępie kilku dni. Następnie kilkadziesiąt filmików na YT z wyjaśnieniem lore świata i wywiadami z DV. Nie dlatego, że odczuwałem konieczność wyjaśnienia czegoś, tylko dlatego, bo chciałem dowiedzieć się więcej o tym fascynującym świecie. No i w końcu zacząłem czytać kroniki…
    Wracając do filmu – mnie zachwycił. Dawno nie widziałem tak dobrego, odważnego sci-fi. Odważnego, choćby dlatego, że po porażce box office’owej BR 2049, DV znów zrobił film taki jak chciał, w stylu podobnym do poprzedniego – z niespieszną pracą kamery, długimi ujęciami, fantastyczną grą światłem. Już podczas sceny otwierającej pomyślałem, że chyba nikt inny (na pewno nie Disney) nie miałby odwagi (w blockbusterze za 165 amerykańskich baniek) tak bardzo “niepokazać” imponującej maszyny, którą stworzył. Do tego przyzwyczaiły mnie filmy sci-fi – obcymi technologiami/maszynami trzeba się chwalić! Kiedy w Gwiezdnych Wojnach okręty są prezentowane z detalami, w idealnym oświetleniu, a kamera zdaje się mówić “Patrz! Gwiezdny Niszczyciel Imperium – robi wrażenie, co nie?”, Denis V. stawia na atmosferę, wykreowanie pewnego uczucia. Gigant ukryty wśród piaskowej burzy + snopy świateł rozrywające ten pył + niezwykłe dźwięki… Ciężko to precyzyjnie określić, ale poczułem jakąś taką obcość, niezwykłość, zewnętrzność tego świata wobec moich doświadczeń i oczekiwań, jako odbiorcy. Tak jakby w przeciwieństwie do GW (i masy innych filmów sci-fi, które oglądałem), Diuna nie była skoncentrowana na zadowoleniu pewnego typu widza (a na tym, niestety, polega ten biznes w wydaniu blockbusterowym), ale na opowiedzeniu historii dziejącej się w OBCYM świecie. W tym momencie zrozumiałem (z radością), że to nie jest historia o moim świecie opakowana w skórkę sci-fi, ale “prawdziwa opowieść SCI-FI”. Oczywiście to nie są sytuacje zero jedynkowe – nie ma historii o ludziach, która nie zawiera naszego świata, znanych nam ludzkich emocji, schematów działania/wydarzeń itd. Chodzi mi bardziej o decyzję twórców (czy tak też jest w książce? Jeszcze nie wiem), że zarówno wizualnie, jak i fabularnie nie wszystko jest pokazane, naświetlone, wyjaśnione, czytelne, mające odpowiednik/wyjaśnienie w naszym świecie. Zadawałem sobie pytania typu: “Dlaczego wszystko jest tak gigantyczne?”, “Czym jest ta latająca po pokojach lampka(?) i dlaczego na ekranie nie ma więcej takich zautomatyzowanych technologii?”, “Jaka jest rola poszczególnych dziwaków z ekipy cesarza?”, “Co ten gościu tak oczami przewraca?”. I za każdym razem wystarczyła mi odpowiedź: “To jest sci-fi, nie wszystko musisz rozumieć, czy rozpoznawać”. Natomiast samą oś fabuły zrozumiałem bez kłopotu (czy to się rozgrywa tak jak w książkach, to inna sprawa…); dlaczego tarcze przepuszczające tylko wolno poruszające się ostrza (info z treningu Paula) wykluczają skuteczne użycie broni palnej i laserów też wydawało mi się logiczne. Tak samo wygląd miasta Arrakin (zabudowane zadaszeniami niemal w 100%) nawet przez chwilę nie budził wątpliwości – morderczy żar leje się z nieba, więc jakoś trzeba chronić przechodniów i domostwa (fakt – ujęcie pokazujące te uliczki byłoby bardzo interesujące, zwłaszcza po przeczytaniu Twego opisu Bosmanie). Saudakaurów też inaczej odebrałem: owszem, “herosi” Atrydów ich pokonują (a mogło być inaczej?), ale zarówno standardowe odziały Atrydów na schodach pałacu jak i Fremeni w tej starożytnej lokacji zostają przez nich pokonane (ci pierwsi nawet bez trudu; może dlatego, że byli bez bojowych zbroi…); ich jakość widać było zwłaszcza w zestawieniu z wojskami Harkonennów, które słabo radziły sobie na schodach, a potem ich straż na lotnisku dała się zastraszyć samotnemu Duncanowi (nie miałem wątpliwości, że Saudakarowie walczyliby do ostatniego).
    “U Villeneuva Halleck to wiecznie ponury mruk” – zupełnie inne odniosłem wrażenie: choćby przez żarciki z Paulem (narada) i Leto (balkon) zrobił na mnie wrażenie ciepłego człowieka, który w sytuacjach oficjalnych całkowicie skupia się na swoich obowiązkach. Scena z byciem bardem została nagrana, ale niestety nie zmieściła się w wersji finalnej (https://www.cinemablend.com/interviews/the-dune-scene-denis-villeneuve-had-to-cut-thats-still-painful-to-him).
    Odbiór filmu w znacznej mierze wydaje się sprowadzać do klasycznej (i zwykle słusznej) oceny “Książka lepsza”, od której nie ma ucieczki przy żadnej adaptacji. W pełni “nieskażone”, czyste podejście jest tylko jedne: albo zużyjesz je na książkę, albo na film; drugie podejście już będzie pod wpływem pierwszego kontaktu z dziełem. A że książki w 99% przypadków powstają pierwsze (=pierwszy kontakt następuje zwykle z nimi), mają nieskończony czas (ilość stron) na prezentację wszystkiego w taki sposób jak autor sobie życzy i znacznie bardziej angażują wyobraźnię odbiorcy (który rysuje sobie świat w głowie), to zwykle filmowe adaptacje oceniane są słabiej.
    Dlatego rozpoczynając czytanie Diuny, wiem, że kontynuacja filmowa najprawdopodobniej już mnie tak nie zachwyci; jest to cena którą muszą zapłacić za zaspokojenie ciekawości już teraz.
    Wracając jeszcze na chwilę do “Diuny” Denisa Villeneuve – jako film (bez konfrontacji z książkami), moim zdaniem broni się doskonale, a styl opowiadania będący znakiem firmowym tego reżysera mi odpowiada. Zarówno strona wizualna dzieła, jak i dźwiękowa mnie po prostu olśniły. Dużo filmów oglądałem w Imax, ale zaledwie kilka, w takim stopniu jak Diuna, wgniatało mnie w fotel (dźwiękiem) i jednocześnie wciągało w akcję (obrazem).
    Jedyny kłopot polega na tym, że widownia wcale nie chodzi stadnie na takie filmy. Wystarczy porównać wyniki box office Diuny z Venomem 2 – słabiutki film z super bohaterem zebrał (do tej pory) o 30% więcej kasy niż arcydzieło sci-fi. Tym większy mam szacunek dla DV za nieschlebianie masowym, rozrywkowym gustom i wcielanie swoich wizji w sposób jaki uważa za stosowny.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aryman

      SPOILERY
      Odnośnie tarcz – pociski rzeczywiście nie mogą przebić tarcz, bo są za szybkie. Ale już broni laserowej to ograniczenie nie obejmuje (inny rodzaj broni, energia zamiast pocisków). Problem (w powieści) polega na tym, że laser w zetknięciu z tarczą powoduje gigantyczną eksplozję, w której ginie i cel i strzelec. Dlatego lasery są używane tak ostrożnie (chociaż znowu – w filmie ładują do bohaterów ukrywających się u Kynesa jakby reakcja laser-tarcza nie zachodziła (bo atakujący nie mogą wiedzieć, że ofiary nie odpaliły tarcz gdy ukryły się w pomieszczeniu), co założenia świata w filmie czyni dodatkowo pozbawionymi sensu. Bo skoro strachu przed reakcją nie ma, to czemu nie grzać z laserów na maksa?

      Saudakaurzy rzeczywiście pokonują Atrydów na schodach, ale… atakując ich od tyłu, więc Atrydzi ulegają przewadze liczebnej i atakowi z obu stron. Trudno z tego wyciągnąć wniosek o przewagach bojowych Saudakaurów. Z kolei to, że w sumie łatwo radzą sobie z Fremenami też jest niespecjalnie zgodne z powieścią. Cały numer z saudakaurami jest bardzo ważny, bo oni są jedną wielką tajemnicą i to Leto odkrywa, że są takimi dobrymi wojownikami, ponieważ dorastają i żyją na więziennej planecie Imperatora w skrajnie trudnych warunkach, które robią z nich maszyny do zabijania. Siła Atrydów ma być, według planu Leto, fakt, że warunki na Diunie są jeszcze gorsze, co czyni z Fremenów jeszcze lepszych wojowników. Przy okazji – dzięki takim planom Leto w powieści nie wyrusza na Diunę jak na egzekucję i ma całkiem sensowny plan, który prawie się udaje (bo ma oddziały Fremenów, które bardzo nieprzyjemnie zaskakują saudakaurów).

      W powieści też jest sporo monumentalizmu (np. okręty Gildii), ale Herbert stara się wyjaśnić zasady rządzące tym światem i wiemy o nim sporo. Zwłaszcza wiemy dużo o elementach, które są istotne dla finału i sukcesu Paula (kwestia saudakaurów ale także nawigatorów Gildii Miedzyplanetarnej).

      Kłopot z tym filmem polega także na tym, że jego pierwsza część nie jest całością (jak np. pierwsze – czyli czwarte – Gwiezdne Wojny). Sensownie ocenić go będziemy mogli dopiero w 2023. Bo na razie ktoś, kto nie czytał powieści, nie wie na przykład po kiego grzyba reżyser pokazuje jakąś pustynną mysz. Obawiam się, że ten sam widz może za dwa lata tej myszy już nie pamiętać.

      1. lemon

        @bosman_plama

        Ej, właśnie! Jak wspomniałeś o tej myszy, to zacząłem się zastanawiać, czy w filmie padło w ogóle określenie “Muad’Dib”. Chyba nie padło. Ciekawe. Z książki pamiętam, że Muad’Dib padało co 2 strony, ale nie pamiętam, kiedy pojawiło się po raz pierwszy. A mysz na pewno widzom zostanie przypomniana, bez obaw. 🙂

  5. maladict

    Prawda?
    Po pierwsze – muzyka była za głośna. Może to sprawa kina w którym byłem, ale dialogi były na normalnym poziomie.
    Po drugie – dwie części to za mało. Mając wszystkie atuty w ręku (uznany reżyser, znakomita obsada, świetny materiał z dużą fanbazą i cały ten hype) powinni iść na całość i zrobić przynajmniej trylogię.
    Po trzecie – wiele wątków zostało wręcz wykastrowanych, jak np. pojedynek z Dżamisem, lub pominiętych jak np. rzucenie podejrzeń na Jessikę.
    Po czwarte – Baron Lyncha > Baron Villneuvea, change my mind
    Po piąte – można psioczyć na Diunę Lyncha ale tamata werja miała Stinga w speedomajtkach.

    Podsumowując, opinie, że Diuna będzie ‘Władcą Pierścieni dla nowego pokolenia’ uważam za solidnie przesadzone.
    A ciastko było z jagodami (po krakowsku – z borówkami)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @maladict

      Numeru z pojedynkiem Dżamisa to już zupełnie nie rozumiem. W powieści jego przyczyny są oczywiste i proste: Dżamis nie chce uznać, że został pokonany przez dzieciaka, jest przekonany, że to efekt jakiejś zdrady i chce udowodnić swoje racje w pojedynku. W filmie zrobili z tego walkę nie wiadomo o co i dlaczego.
      Przy czym ja bym ten pojedynek zostawił na drugi film, bo to niezłe wprowadzenie do świata Fremenów, a o nim będzie właśnie drugi film.
      Wątku rzucenia podejrzeń na Jessikę nie mogę odżałować, bo cała ta intryga pokazywała na ile ruchów naprzód planuje Baron i jak podobną grą potrafi mu odpowiedzieć Leto. A przy tym wiele późniejszych wydarzeń (zmiana stron przez Hawata, postawa Gurneya) ma początek w tym spisku. Ba, ta intryga tłumaczy zamach na Paula pokazany w filmie.

      Baron Lyncha był dla mnie przesadzony, momentami karykaturalny i przez to mniej groźny. Baron w nowej Diunie jest stale przyczajony, niepokojący i groźny. W każdym razie dla mnie.

      1. lemon

        @bosman_plama

        Pojedynek z Dżamisem nie wiadomo po co? Nie pamiętam jak w powieści, ale w filmie jest wszystko jasne: kiedy wywiązała się walka, Stilgar został pokonany przez Jessicę, na co Dżamis mówi: “Nie jesteś już przywódcą, bo zostałeś pokonany – rzucam wyzwanie tej kobiecie (przywołując jakieś tam plemienne prawo)”. Stilgar mówi, że Dżamis nie może walczyć z kobietą, na to Dżamis: “ok, to kto będzie jej czempionem?”. I tu wchodzi Paul. Z całej sceny wynika, że Dżamisowi nie po drodze było ze Stilgarem, ale bał się przegrać z nim w pojedynku. Skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, by zostać przywódcą.

    2. Arbazil

      @maladict

      Podsumowując, opinie, że Diuna będzie ‘Władcą Pierścieni dla nowego pokolenia’ uważam za solidnie przesadzone.

      Od wyjścia z kina towarzyszy mi to wrażenie i coraz bardziej się umacnia. Moja żona doszła do podobnych wniosków, więc nawet nie próbuję polemizować.
      w 2001 byłem oczarowany wizją Jacksona ale identycznie jak dziś, zostałem zasypany masą pytań, ze strony, mojej jeszcze wtedy nie żony, odnośnie tego o co właściwie tam chodziło. Tłumaczyłem cierpliwie każdą scenę od początku do końca, wtajemniczona w universum poszła wzorowo przygotowana na Dwie Wieże. 20 lat później historia zatacza koło.

  6. Tasioros

    Już się bałem, że Gikz umarł całkowicie. Całe szczęście tak się nie stało, aczkolwiek nagły wpis na początku listopada przypomina trochę spotkanie dawnych krewnych przy pomniku na cmentarzu.
    W temacie (nie)stety nic nie napiszę, bo jakoś tak się stało, że Diuna w jakiejkolwiek postaci całkowicie mnie w żuciu ominęła (mimo niemal chorej fascynacji starszego brata ekranizacją Lyncha). Może tylko tyle, że chętnie do kina bym się udał, jednak na ten moment nie dla mnie takie szalone luksusy. Ale zapalam komentarzem wirtualny znicz na znak, że zaglądam i na Krypę czekam. Choć pojęcia nie mam na co zagłosuję.

  7. Yosh

    O! Czyli jest nas więcej (czytających Dune więcej niż raz – ja się zawsze boje czytać, bo kończy się na czytaniu całego cyklu)

    DOSowa DUNE jest grą obowiązkową. Tam już był RTS a do tego przygotówka widziana oczami Paula. Remake w stylu mass effecta byłby przekozacki. Naprawdę byłem zakochany, naprawdę walczyłem – i to przed książką 🙂

    Zbereźna parodia Behind the Dune https://www.balsagames.com/ jest majstersztykiem samym w sobie. Jak można zrobić aż tak wierny remake dla heheszków – prawdziwy owoc miłości.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @lupus_yonderboy

      Aż tak źle jak z Modyfiowanym na szczęście nie jest. Tam pozmieniali charaktery postaci a oddział najemników na usługach systemu w idealistycznych buntowników przeciw systemowi. Tu zmieniają “detale”, które też zmieniają świat wymyślony przez autora, ale nie aż tak radykalnie. Albo inaczej – jak się zastanwoić, to zmiany te są istotne, ale nie zmieniają np. Harkonennów w anioły:).

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Probabilistyk

      Widowiskowa monumentalność tego filmu jest jednak warta zobaczenia w kinie. I weź pod uwagę, że moje fanowstwo “Diuny” jest porównywalne z moim fanostwem “Fallouta” (niedawno przygadałem kumplowi, który zacytował otwarcie w Rzeczpospolitej i napisał, że twórcy “Fallouta” nie mieli racji:D) i “Czarnej Kompanii”.

Powrót do artykułu