Melodia dnia – muzyczne danse macabre

bea dnia 1 listopada, 2013 o 10:00    1 

Jak już dowiecie się jaką zawartość miała płyta to już zrozumiecie dlaczego na ten tekst czekaliście tak długo. Są bowiem pewne tematy, pewne nazwiska i dzieła, które są dla mnie pomnikami.

I za które, przy pisaniu tekstu, to za bardzo nie wiem jak się wziąć. A obawa ta bierze się z lęku przed tym, żeby wielkości tych artystów i mojego odbioru owych dzieł i ludzi nie przekazać w sposób zbyt banalny, by ktoś nie pomyślał, że to po prostu kolejna płyta, kolejna książka, kolejny film. Opisując pewne rzeczy towarzyszy mi lęk by ich przypadkiem nie spłycić, a wręcz odwrotnie – by znaleźć takie słowa, aby czytelnik zrozumiał, że to o czym piszę jest naprawę Wielkie i Ważne. Dla mnie i nie tylko dla mnie.

Wracając do historii której początek jest tutaj.

Po kilku tygodniach od tego spotkania odpaliłam płytę. I moim uszom kochani, wtedy po raz pierwszy, objawiła się bowiem niesamowita audycja Tomasza Beksińskiego. Opływająca strachem, krwią, czerwienią, bólem i wszystkim tym, co młodzież słuchająca rocka i cięższej muzyki zwykła ubóstwiać. Fakt faktem były to czasy, w których nie rozstawałam się z glanami, natomiast daleko mi było i tak do miłośniczki bardzo ciężkich brzmień. I tu na ratunek przyszła mi podpowiedziana przez Beksińskiego właśnie grupa. Bo fenomen Beksińskiego, owszem, zawładnął mną, ale jeszcze bardziej opętała mnie miłość do zespołu o którym w jednej z audycji mówił.

space

Ciężkie lub mroczne brzmienia często czerpią (siłą rzeczy) z tematów mrocznych, a tym zakresie śmierć, jako ta niepoznana i ta przed którą drżymy oczywiście wiedzie prym. . Więc jakże wtedy mogłam się nie zakochać moi drodzy w śmierci, która potrafi… tańczyć!

Ten mroczny (a jak się potem okazało nie taki mroczny!) taniec w wykonaniu duetu, który do teraz jest moim ulubionym na tyle rozkochał mnie w sobie, że do teraz ich płyty są jednymi z ulubionych.

Duet, o którym piszę jest kultowy. I nie boję się wobec nich tego określenia użyć. Niesamowici w każdym calu, mimo upływu lat. Za każdym razem gdy postanawiają nas uraczyć płytą jest ona arcydziełem samym w sobie. Można jej oczywiście zarzucić, że z płyty na płytę nie proponują nic nowego. Ale czy trzeba proponować coś nowego, jeśli to, co było wcześniej było genialne?

A więc taki finał miało odpalenie przeze mnie płyty, którą otrzymałam. Najpierw pojawiło się pytanie: dlaczego ja nie poznałam go wcześniej? Potem uświadomienie sobie, że gdy prowadził audycję o Dead Can Dance ja pewnie zaczynałam przygodę z przedszkolem.

space

Można powiedzieć, że to Beksiński (rękami Pana Świra z Krakowa) objawił mi ten fenomenalny świat, dzięki któremu muzyka przestała być tylko światem dźwięków, a stała się tworem maksymalnie niesamowitym, fascynującym, upajającym ( i upijającym, bo nie zliczę butelek wina i wódki, którymi raczyłam się na równi z tą muzyką), czymś, co sprawia, że słuchacz naprawdę ma wrażenie że pływa albo odlatuje (z ale też i bez użycia żadnych środków). Co więcej, również zupełnie różnie odbierane przez miłośników DCD osobne płyty Brendana i Lisy, doceniam, szanuje i ubóstwiam. Dla mnie to, co tych dwoje prezentuje to Muzyka przez duże M. Nieważne czy osobno czy w duecie.

Jako, że dziś temat śmierci jest wszechobecny i zapewne każdy z nas poświęci jej trochę czasu w swojej refleksji, zapodać Wam chcę właśnie ten mój ukochany duet.

Warto również zerknąć na osobne projekty Brendana i Lisy. Minimalnie lepiej radzi sobie w tym układzie (moim zdaniem) Brendan. Ale Lisa, na przykład w układzie z Hansem Zimmerem czy Pieterem Bourke, także wypada nie najgorzej. A jak śpiewa (lamentuje) do muzyki Preisnera!

No to posmuciłam Wam trochę. Niemniej jednak, mimo tego smutnego dnia życzę Wam dzisiaj mnóstwa fajnych (pozytywnych) refleksji o życiu i śmierci. Na pewno tak się da. I pędzę zapalać znicze. Do Krakowa. Z Dead Can Dance na uszach.

Dodaj komentarz



Jedna myśl nt. „Melodia dnia – muzyczne danse macabre

Powrót do artykułu