Melodia Dnia – La Payola

maladict dnia 18 maja, 2020 o 22:23    11 

Mój kolega niespodziewanie został fanem Kazika Staszewskiego.

Właściwie to spodziewanie, bo od zawsze nagabywał mnie w sprawach polityki ojczystego kraju, nie zważając na to, że za credo wybrałem sobie inną piosenkę artysty.

Oczywiście o całej sprawie wiecie zapewne więcej ode mnie, więc nie będę się tu rozwodził, zwłaszcza, że Kazik już niejeden raz w Melodii Dnia gościł, przy których to okazjach wspominałem jego inne perturbacje z mediami np. przy okazji utworów Jeszcze Polska czy Brooklyńska Rada Żydów. Powiem tylko, że życzę mu zawsze jak najlepiej, niech mu słuchalność i sprzedawalność rośnie. I niech będzie jak najdłużej aktualny, Jak np. w poniższym utworze.

Oczym to ja zatem chciałem. Może o tym jak przy okazji afery odezwali się inni, co mieli coś do powiedzenia, chcieli się załapać na hype-train, lub po prostu wypowiadają się przy każdej okazji. Niedźwiecki się obraził i odszedł, Podsiadło i Nosowska wycofali swe utwory, Kukiz przypomniał, że Trójka go cenzurowała zanim to było modne, a na to wszystko weszła Doda, cała na biało, i na Instastories (cokolwiek to jest) napisała następująco

A co do cenzury w mediach, to zwracam się do moich szanownych znajomych muzyków, choć może nawet bardziej menadżerów: od lat jesteśmy cenzurowani za pomocą tak zwanych “badań” w stacjach komercyjnych. Wszyscy wiemy, jak to wygląda i jaka to jest je***a ściema. Może w końcu szanowne rozgłośnie ustalą jawny cennik: ile za “piosenkę tygodnia”, “miesiąca” itp. Zamiast zamiatać “gifty” pod stołem, a Wy (menadżerowie) nie będziecie musieli zmagać się z hipokryzją, krzycząc teraz na lewo i prawo o cenzurze w Trójce

I tutaj drogie giki czas na kolejną lekcję historii i wspomnienia dziadka maladicta. Bo wpis Dody przypomniał mi jedną melodię co ją miałem dawno temu napisać, ale potrzebowałem dobrego pretekstu. Melodię o pewnej utalentowanej wokalistce, Kasi Klich. Kasia pojawiła się na polskiej scenie muzycznej na początku XXI wieku z utworem Lepszy Model, którym wywołała nieco zamętu. Przynajmniej w nieco bardziej tradycjnie nastawionych środowiskach, w których się wtedy z racji pracy obracałem.

Kolejnym utworem Będę robić nic ujęła me serducho. Potem były płyty, nominacje do Fryderyków, eliminacje do Eurowizji, koncert Premier w Opolu, słowem ustabilizowana kariera gwiazdki popu. Do chwili gdy kupa trafiła w wentylator. Mianowicie Klich i jej partner życiowy Yaro (ten od Uuaaaa-a, rowery dwa) opisali na swym blogu (pamiętacie te czasy gdy blogi byly The Next Big Thing, prawda?) praktykę wedle której nieokreślone indywidua w zamian za korzyści majątkowe wpływały na twórców playlist z rozgłośniach radiowych by ci puszczali określone utwory częściej. Praktykę znaną jako payola. Na co branża zareagowała w jedyny możliwy sposób – nabierając wody w usta i przestając grać piosenki obojga. Zobaczymy jak pójdzie Dodzie.

Skąd ta niepolska nazwa, być może zapytacie? Z historii muzyki rozrywkowej, a dokładnie z późnych lat pięćdziesiątych. Dla tych, którym się nie chce klikach, krótkie streszczenie – gdy pojawił się rock’n’roll było tego tyle, że przeciętnemu słuchaczowi trudno było się połapać w tym co jest dobre i wartościowe. Musiał polegać na radiowych Disc Jockeyach, którzy przedzierali się mężnie przez stosy nagrań, prezentując to co ich zdaniem było najlepsze w swych audycjach. Co w pewnym momencie skłoniło wytwórnie muzyczne (a nie rzadko i samych artystów) do myślenia ‘a jakby tak przekonać DJa, że to nasze utwory są najlepsze?’. Za odpowiednią, rzacz jasna, gratyfikacją. Payola stała się na tyle popularna, że wieści o niej dotarły aż do Kongresu, który orzekł ‘nie może być tak w naszym pięknym, kapitalistycznym kraju, że o tym co jest grane w radiu i prezentowane publiczności miałyby decydować pieniądze’. Znany DJ, najbardziej umoczony w proceder, musiał zakończyć karierę, a płacenie za granie określonych rzeczy w radiu bez nazywania tego ‘audycją sponsorowaną’ czy ‘blokiem reklamowym’ zostało w świetle prawa nielegalne. Co nie znaczy, że znikło, o co to, to nie.

Przenieśmy się więc o dwadzieścia lat w przysłość, do San Francisco, gdzie branża muzyczna rozdawała nagrody na ceremonii Bay Arena Music Awards. Nie jakieś liczące się te nagrody, ale każda okazja by wzajemnie poklepać się po plecach jest dobra. I gdy zbliżała się edycja 1980-go roku, ktoś wpadł na pomysł by zaprosić jakiś zespół nowofalowy, bo to było wtedy nowe i zaczynało zyskiwać popularność. Wybór padł na punkową grupę Dead Kennedys, bo przecież jeżeli zaprosimy na oficjalną galę zespół z kontrowersyjną nazwą, który już w swym pierwszym przeboju California über alles wykazał silne zaangażowanie w politykę i niechęć do establishmentu what can possibly go wrong? Kennedysi zostali zakontraktowani na wykonanie ww. Californi, którą dzielnie cały dzień ćwiczyli, i gdy nadszedł czas ich występu zagrali pierwsze nuty, by następnie przerwać, narzucić na koszule z wymalowaną literą S cienkie krawaty tworząc w ten  sposób znany symbol dolara i wykonując poniższy utwór.

Oczywiście był to z ich strony żart wymierzony w oficjeli (kilku podobno się faktycznie zdenerwowało), niezwykle podówczas popularny zespół The Knacks i rzecz jasna w proceder payoli, o którym wszyscy wiedzieli, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Żart się udał, grupa zdobyła sławę, payola jak była tak jest nadal.

Bonusowa piosenka to kolejna historyjka o Dead Kennedys, którą chciałem wam opowiedzieć, bo raczej nie wycisnę z niej osobnego tekstu. Powyższy cover został wykorzystany w Planet Terror przez Quentina Tarantino, co wywołało słuszny gniew Jello Biafry na jego byłych kolegów. Biafra zarzucił im nadmierną miłość do pieniędzy i zaprzedanie wszystkiego o co zespół walczył. Zespół w odpowiedzi zaproponował swemu byłemu frontmanowi by ten przeznaczył swoją część tantiemów na jakiś cel charytatywny, co ucięło dalszą dyskusję. Może gdyby DK wcześniej zaprzedali swą duszę i podpisali kontrakt z dużą wytwórnią ich singiel miałby większe powodzenie w Anglii. Tak osiągnął tylko 36 miejsce na liście sprzedaży (będąc pierwszą piosnką ze słowem fuck w tytule, która przebiła się do Top40). to jednak wystarczyło na wzbudzenie paniki w Radio 1, wśród sprzedawców w sklepach płytowych i producentów programu Top of the Pops – ci ostatni musieliby wspomnieć o piosence gdyby weszła do pierwszej trzydziestki. Radio ją zakazało wspominając tytuł jako ‘Too drunk’ lub ‘Too drunk to’, a część sprzedawców odmówiła sprzedaży. Na co zespół zaczął  dostarczać do tych sklepów naklejki do zaklejania tytułu singla z tekstem ‘Oto padłeś ofiarą drętwego sprzedawcy, bojącego się, że tytuł płyty wypaczy ci umysł. Odklej więc powoli tę nalepkę i spójrz’.

Krótko mówiąc nihil novi, panowie.

Dodaj komentarz



11 myśli nt. „Melodia Dnia – La Payola

  1. Cayden Cailean

    Krótko mówiąc nihil novi, panowie.

    Oczywiście że nihil novi – zwłaszcza w Polsce, ale jednak myślałem że takie żarty z inteligencji słuchaczy to jednak się skończyły razem z ustrojem słusznie minionym. Ale wygląda na to ze historia powtarza się po raz kolejny – jako farsa… 🙁

  2. Tichy

    I Kazikowi rośnie :). W dużym stopniu dzięki działaniom rządzących w Trójce. W sumie rzeczona piosenka nie jest jakoś szczególnie brutalna wobec władzy, w porównaniu do tego co tworzył Kazik lat temu kilkanaście/kilkadziesiąt. A jednak musieli zareagować w tak odęty i idiotyczny sposób. Po prostu musieli. To jak dialektyka marksistowska. No i Kazikowi rośnie. Działanie zupełnie przeciw skuteczne. Genialne :).
    A Kasia Klich była super. Dzięki za przypomnienie.

    1. maladict Autor tekstu

      @Tichy

      Nie miałem tego jak wsadzić w tekst, ale nawet nasz bosman wychylił się ze swej literacko-growej niszy i zastanawiał się na Facebooku czy to była inicjatywa odgórna czy oddolna i która wersja jest gorsza. Myślę, że to nie do końca dobrze postawiony problem, po mojemu problemem jest – co jest gorsze, sam fakt cenzury czy sposób zarządzania kryzysem.
      A Kasię Klich też potraktowałem trochę pretekstowo i po łebkach. może dlatego, że jej późniejsza twórczość trochę wyszła poza moją bajkę, ale muszę nadmienić (bo takich rzeczy nie powinno się przemilczeć), że w kilku wywiadach jakie podówczas wtedy widziałem dała się poznać jako osoba niezwykle inteligentnie ironiczno-sarkastyczna. Co jest, w moim mniemaniu, u kobiety mieszanką wręcz zabójczą. W pozytywnym tego słowa znaczeniu.

      1. Tichy

        @maladict

        Oczywiście nie sądzę, że to było wszystko z góry ukartowane. Chyba, że Niedźwiedzki chciał z hukiem odejść z pracy, a brakowało mu pretekstu. No i pociągnął jeszcze Szydłowską, Wronę i Kydryńskiego. Za grubo szyte.
        Ja bardziej o czym innym. Pracowałem niegdyś w instytucji, której przewodziła w sposób wodzowski jedna, bardzo charyzmatyczna osoba. Było to bardzo toksyczne środowisko. Każdy chciał się podlizać naszemu mistrzowi, wyprzedzając często jej decyzje, przewidując reakcję. Była to powiedzmy wprost – sekta. Ogólnie raczej inteligentni i wykształceni ludzie, a zachowywaliśmy się jak uzależnieni od aprobaty guru idioci. I byliśmy bardzo przewidywalni.
        Gdy obserwuję teraz różne zachowania ludzi władzy – budzą się we mnie pewne wspomnienia ;). Niby wykształceni, z doświadczeniem (pan dyr Kowalewski to nie jest zwykły politruk), a walą takie kocopoły, rozkręcają afery, które tak naprawdę szkodzą wizerunkowi tej władzy. I potem jeszcze w to brną, wydając jakieś śmieszne oświadczenia, rzucając oskarżenia (np słyszałem, że mają zrobić audyt Listy 3 na kilka lat wstecz, czy Niedźwiedź nie kantował wcześniej).
        Co do cenzury – słuchałem Trójki przez wiele lat. Odkąd nadeszła dobra zmiana, przestałem. Ludzie, których audycje słuchałem poznikali. Nie chciało mi się ryzykować, że trafie na pana Semkę czy Karnowskiego, więc się przeniosłem. Np. jak ktoś słuchał audycji Raport o stanie świata Dariusza Rosiaka – to znajdzie go aktualnie na Spotify – w formie podkastu. Nadal trzyma super poziom. Cenzura to może być w Chinach. Nasza władza właśnie myśli, że jest tak omnipotenta, że jak coś zdejmie z anteny, to to zniknie. Szkoda tylko, że te media są sponsorowane z naszych podatków.

  3. Daimonion

    Możecie się nie zgadzać, ale ja nie mam zamiaru stawać po żadnej ze stron, bo każda ma swoje za uszami. Mnie zawsze najbardziej osłabiają ludzie, którzy drą się “cenzura”, a sami są beneficjentami innej grupy cenzorów (każdy krytyk muzyczny/literacki/artystyczny jest cenzorem, bo wpycha na Parnas jednych, a wywala na bruk innych i niech mi nikt kitu nie wciska o jakichś uniwersalnych prawdach, bo udowodnić da się wszystko). Warto przywołać starą definicję: elita – grupa ludzi, w której jesteśmy; klika – grupa ludzi, w której nas nie ma.

Powrót do artykułu