Melodia dnia chwilowo bez melodii

bea dnia 19 września, 2013 o 15:27    10 

No to drogie Panie i drodzy Panowie, czas oderwać się od komputerów, konsol, gier i czegoś tam jeszcze. Jutro piątek, a to znaczy, że nadciąga weekend a wraz z nim temat na wskroś nie-gikzowy. Ponadto jesień za oknem. Pogoda taka akurat, by się schować pod kołdrą i to najlepiej nie samemu. Porozmawiajmy o randkach.  W moim przypadku o wspomnieniu pewnej randki.

Oczywiście nie zapominajmy, że to Melodia Dnia, skupimy się więc na jej warstwie muzycznej.

Czasami kiedy słucham pewnej płyty (o której za chwile będzie mowa) przypomina mi się randka z nią związana. Zatytułujmy ją bardzo przewidywanie:  „Randka w Krakowie” . Randka w Krakowie była dla mnie dość specyficznym przeżyciem. Miałam lat naście i mimo, że ten Kraków to wcale nie był wyjątkowo daleko od mojego rodzinnego miasta, wtedy wydawał się odległą krainą pełną artystów i poetów. Kto jak kto, ale ja (miłośniczka książek) z innej strony Krakowa nie znałam. Nie pamiętam skąd wziął się kolega, z którym wymieniałam listy (listy, serio, nie maile!) pewnie był kolegą kolegi kolegi. Dla tej historii nie ma to znaczenia. Umówiliśmy się w Krakowie na randkę. Z całą sympatią do mojego „kolegi” – randka okazała się niewypałem totalnym. Jechałam na nią pociągiem, chyba trzeci raz w życiu całkiem sama, a jako, że lat miałam pewnie z połowę co teraz, byłam bardziej całą akcją wystraszona niż oczarowana. Lękiem napawał mnie również mój listowny znajomy, który okazał się …dziwny. Jego sposób mówienia, gestykulowania a także nakrycie głowy, które odbiegało od ówczesnych trendów,  wszystko było na wskroś dziwne, nawet nie fascynujące, ale głupie. Wytłumaczyłam to sobie racjonalnie wpływem tego jakże magicznego miasta („Gdyby był z innego miasta pewnie byłby świrem, ale że z Krakowa, to pewnie artysta”).  Od czasu tego spotkania nie odpisałam już na żaden list. Mam za to z tej „randki” pamiątki dwie (i nie, to nie jest dziecko 😉 ).  Pierwsza to książka z zupełnie nic nie mówiącą mi dedykacją napisaną w klimacie wiktoriańskich horrorów, która gdzieś tam jeszcze pewnie w zakamarkach domu mojej mamy zakurzona spoczywa. A druga to… płyta, ot taki muzyczny upominek od świra. Nagrana specjalnie dla mnie z okazji tego spotkania.  Długo jej nie odpalałam chyba  z lęku przed tym, co mogłoby się tam kryć. Ale w końcu (po paru tygodniach) płyta wylądowała w (nie, nie laptopie, nie kompie, w wieży !) i… (teraz konkurs) – kto zgadnie co znalazło się na tej płycie? Podpowiem, że trochę muzyki i trochę słów. No co?

Ciąg dalszy nastąpi.

Dodaj komentarz



10 myśli nt. „Melodia dnia chwilowo bez melodii

Powrót do artykułu