Między książkami… Recenzja „Ciemno, prawie noc” J. Bator

bea dnia 31 grudnia, 2013 o 11:16    14 

Ciemność widzę ciemność.

Skończyłam czytać pierwszą z książek znalezionych pod świątecznym drzewkiem. Jak mogłabym po ten tytuł nie sięgnąć? Jako miłośniczka książek wszelakich staram się być (w miarę) na bieżąco z tymi, które w polskiej literaturze robią jakieś tam zamieszanie, o których mówi się w środowisku literackim i nie tylko, których autorzy zdobywają nagrody. W tym jedną z bardziej prestiżowych w Polsce, czyli Nike.

Nazwisko Joanny Bator (przyznaję bez bicia) znałam tylko ze słyszenia. Tak wyszło, że zawsze miałam co innego do czytania niż jej książki. A uhonorowana Nike Ciemno, prawie noc to już któraś z kolei jej powieść i, w opinii kilku osób, których gusta literackie pokrywają się często z moimi, jest rzekomo najsłabsza. Ja osobiście mam po prostu mieszane uczucia.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że książka jest fatalna. Nie jest.  Styl Joanny Bator jest poprawny, choć bez rewelacji. Ma kobieta niesamowitą wyobraźnię, potrafi tworzyć historie, opowiada je jak szalona babcia siedząca w starym bujanym fotelu. Porywa czytelnika, sprawia, że ten potrafi się zachłysnąć światami, w których wszystko miesza się ze wszystkim i tworzy wrażenie niesamowitości. Porwała mnie (to muszę szczerze przyznać) na tyle, że jestem w stanie wybaczyć jej najgorsze nawet rozdziały tej książki (np. te w formie fatalnych wstawek zaczerpniętych z forów internetowych), które nie mają sensu ani celu.  Porwała mnie ale też jednocześnie znudziła. Jak tu ktoś powiedział, to trochę jak z wigilijnymi pierogami. Wsuwam je przez trzy dni z rzędu, ale chyba zwymiotowałabym, gdybym miała je jeść cały rok. Natomiast przy ostatnich kartach tej powieści właśnie tak się czułam. Jakbym ostatnie kilkaset dni jadła jedno i to samo.

spaceWracając do samej książki. Fabuła niezbyt skomplikowana, napędzana wieloma podobnymi historiami, których świat literatury zna całe mnóstwo. Główna bohaterka, niejaka Alicja Tabor jest dziennikarką znanej polskiej gazety. Na co dzień mieszka i pracuje w Warszawie, stamtąd pewnego dnia przyjeżdża do swojego rodzinnego Wałbrzycha. Nie przyciągnęła jej tu ani rodzina, której (już) nie ma, ani przyjaciele. Przyjeżdża służbowo, by napisać reportaż o zaginionych dzieciach z Wałbrzycha. Bo właśnie od jakiegoś czasu w tym mieści dzieci giną bez śladu. Alicja wprowadza się na kilka tygodni do swojego starego poniemieckiego domu, który mimo, że niezamieszkany od lat, nadal należy do niej i na nią czeka. W czasie trwania tej opowieści bohaterka nie tylko mierzy się z historiami niekochanych, smutnych, problematycznych dzieciaków, które zniknęły i za którymi mało kto płacze, ale także ze wspomnieniami i własną przeszłością. Krok po kroku odsłaniają się kolejne (wcześniej przez nią wyparte) wspomnienia z dzieciństwa pełnego… grozy. Chyba to określenie pasuje tutaj najbardziej. Bo nie są to tylko tragiczne wydarzenia z historii jej rodziny, ale także cała ta otoczka, to miasto, dom, zamek Książ, księżna Daisy, łąki, polany, piwnice, gasnące lampy, brudne kamienice i ulice okryte dziwnością jak mgłą. Dziwność – to jest słowo klucz. Postaci, które Alicja pamięta z dzieciństwa nie są normalne. Na kartach książki spotykamy się z właścicielką masarni, która poza handlem wędlinami i mięsem… prowadzi klub nocny ze striptizem. Spotkamy całą bandę kotów… i kociar. Tak kociar. Tych babinek, ale i tych młodszych od babinek świrusek, które szwendają się to tu to tam dokarmiając koty, zapewniając im wikt i opierunek, żebrząc w ich imieniu, by ostatecznie skończyć w zapaskudzonej klitce pachnącej kocimi kupami. Te kociary oczywiście wiedzą najwięcej, bo widziały najwięcej. Ale o tym prawie nikt nie wie, bo jak to w życiu bywa, nie są największymi ulubienicami tłumu. W książce spotkamy też przyjaciół ze szkoły Alicji, którzy „trzydzieści lat później” są bardziej odrealnieni niż we wspomnieniach bohaterki. Dziwna pani bibliotekarka z lesbijskimi zapędami, dziwny syn pani od wędlin. Dziwny właściciel domu dziecka, którego wychowanką była jedna z zaginionych dziewczynek, ze swoim dziwnym synem piszącym książki, i dziwną żoną. Dziwne. Wszystko dziwne. A kwintesencją dziwności są: wiejski prorok (dodam, że samozwańczy) Jan Kołek oraz jego następca Jerzy Łabędź – wielbiony przez mieszkańców miasta wysłannik samego Boga. Chociaż konkurują oni w tym rankingu z dziwnością tłumów –  mieszkańców Wałbrzycha – tak  zacofanych i dziwnych, że po prostu niewiarygodnych.

spaceLubię dziwnych ludzi, dziwne rozmowy, dziwne książki. Lubię zapach i atmosferę nienormalności. Mam  świadomość, że gdzieś ukryte jest drugie dno, które może mnie zaskoczyć. I uparcie go szukam. Z tym, że w „Ciemno, prawie noc” ta atmosfera mi się przejadła. Zmuliła mnie totalnie, wyłączyła w pewnym momencie moją uwagę. Znudziła mnie. Fakt, że nuda zafundowana przez Bator ma swój zapach, dźwięki i swój rytm. Że nie jest tą samą nudą, co 2567 odcinek Mody Na Sukces. Ale jednak. Ta nuda, której kreatorką jest laureatka Nike to taka, którą nie bardzo da się opisać słowami, ale której też nie można w recenzji książek przemilczeć. A na pewno trudno ją laureatce Nike wybaczyć. Spróbuję więc się na niej skupić. Przez chwilę.

Nudzi mnie główna bohaterka. Wyznaję zasadę, może mylną, że jeśli mam książce (nie reportażowi, a beletrystyce), poświęcić swój czas, chciałabym czuć się z nią po ludzku dobrze. Tak mam. Lubię w takich książkach mieć choć kilka osób (albo przynajmniej jedną jedyną!), o których mogłabym powiedzieć „Tak, to moja grupa krwi. Fajna babka. Mogłabym z nią wyskoczyć na piwo”. W tym przypadku mówię: Alicja Tabor mnie denerwuje. Jest fatalnie skonstruowaną postacią. Wszystkiego jest w niej za dużo. Emocji, wspomnień, myśli, aktywności. Była świadkiem tylu niezwykłych, strasznych, brutalnych nieludzkich zachowań, tylu niesamowicie fascynujących historii, poznała tylu dziwnych i ciekawych ludzi, że głowa ludzka (na przykład taka moja) naprawdę nie jest w stanie tego pojąć. Nie umiem jej myślami ogarnąć. A co dopiero słowami. Jest w Alicji Tabor coś, co kojarzy mi się z moją ciotką, której po przekroczeniu progu naszego domu usta się nie zamykają. Opowiada zwykle to, co przeżyła od naszego ostatniego spotkania (najczęściej miało ono miejsce kilka dni wcześniej). Opowiada… przez jakieś dwie godziny, po czym swoje niezwykłe historie kończy jednym zdaniem „To, co mi się w ciągu tygodnia zdarza, to innym ludziom się nie zdarzy przez całe życie”. A ja słuchając tego (setny raz), uśmiecham się zwykle kącikiem ust. Bo z mojej perspektywy… to wszystko ludziom się zdarza, tylko nie każdy potrafi w taki sposób to opowiedzieć, nie każdy wie, jak historie snuć, w którym momencie je podkolorować, w którym wybielić tak, żeby wypowiedź miała ciekawy początek i koniec, a to, co w środku, było dla słuchacza spotkaniem z niezwykłością, przypadkiem, radością. Z czymkolwiek, z czym świat i każdy z nas do czynienia, ale nie ma świadomości, że ma. Bo nie potrafi tego wyrazić takimi słowami. space

Reasumując, czasami nie chodzi o historie, które nam się (i wokół nas) zdarzają. Tu chodzi o sposób, w jaki one są przez nas opowiedziane. Moja ciocia umie opowiadać. Joanna Bator (to trzeba jej przyznać) również. Ale tutaj tak, jak w opowieściach ciotki, nie ma żadnego porządku, tutaj wszystko jest tak rozbudowane i napęczniałe z każdej strony, że po pewnym czasie historia ta zaczyna od przepychu pękać. Staje się ni opowieścią, ale dziwnym jej pastiszem. A z racji tego, że (zdaje się) nie jest to efekt przez autorkę zamierzony, nie do końca mi się to podoba.

W Ciemno prawie noc bólu  jest… dużo za dużo. Tam zdarzają się tylko smutne rzeczy, tam nikt się nie uśmiecha i nikt nie ma powodu do radości. A ileż można czytać (w dodatku jeśli wszystko utrzymane jest w jednym dziwacznie gotyckim klimacie) o gwałtach na bezbronnych kobietach, o pedofilach, o piwnicach, w których czai się wszystko, co złe, o ludzkiej tępocie i zacofaniu, o średniowiecznym myśleniu wciąż obecnym wśród współczesnych ludzi? Nie, nie neguję tych tematów. Nie mam na nie zamkniętych oczu. Ale z drugiej strony zadaję pytanie – skoro wiem (i skoro Bator też wie), że świat pełen jest piwnic Fritzlów, w których gnębione są dzieci, po co w swojej książce (nie będącej przecież literaturą faktu) czynić ich bohaterami książki, której fabuła to literacka fikcja? Dla mnie  świat wyobraźni, literatury pięknej, dziwów i stworów to świat, w którym chciałabym się czuć lepiej niż w naszym. Ale nie. Bo Zło i wszystko, co z nim związane postanowiło osiąść w powieści Bator, zatrzymać się w tym Wałbrzychu przeklętym i sobie w nim pomieszkać. Wyobraźcie sobie, że w tej książce nawet mięso podane do stołu śmierdzi, a warzywa są rozgotowane. Tutaj tego zła jest, jak dla mnie, za dużo na metr kwadratowy.

Dodaj komentarz



14 myśli nt. „Między książkami… Recenzja „Ciemno, prawie noc” J. Bator

  1. bosman_plama

    Prawdę mówiąc odpadłem na etapie rozmowy z taksówkarzem (czyli szybko). Jak napisałaś – bohaterka jest nudna, literacko pusta, nic mnie w niej nie zaciekawiło. Bohater literacki powinien mieć w sobie coś więcej niż tylko chęć i trochę farta, że akurat znalazł się w centrum narracji. Chyba błędem było osadzanie w roli głównej samej siebie (albo prawie samej siebie), bo w efekcie (tak sobie przypuszczam) autorce się wydawało, że nie musi specjalnie popracować nad postacią, bo przecież już tę postać ma. Kłopot w tym, że nie miał jej czytelnik, a w każdym razie czytelnik w postaci mnie.

    Nie wiem, czy można styl tej powieści nazwać poprawnym. Tam stylu właściwie nie ma. Jest język – przezroczysty, żaden. Ot, błędów nie ma i tyle. Kłopot w tym, że taki styl może się sprawdzić w sensacji i fantasy, ale nie w powieści, która miałaby ambicje być czymś więcej.

    Przyszło mi więc w lekturze obcować z nieciekawą bohaterką opisaną nieciekawym językiem. W dodatku bohaterka od pierwszej strony strasznie zadziera nosa, nic się jej nie podoba, . wszystko ją nuży, więc nawet nie wzbudziła mojej sympatii. Ona wysiadła z taksówki, a ja z lektury.

    1. teekay

      @bosman_plama

      Prawie jakbym czytał opis Gry o Tron, która za sprawą pewnego Świętego wpadła mi ostatnio w ręce. Prawie 500 stron rozprawek nudnych i sztampowych postaci, żeby w końcu zaczęło się coś dziać. A pewnie najciekawsza postać z tego całego zbiorowiska i tak umrze na końcu… Ale ja się nie znam, więc…

    2. MHT82

      @bosman_plama

      Zgodnie z zasadą: nie znam się, to się wypowiem (książki nie czytałem 😉 ) , ludzie w mediach to często bezpłciowe i dosyć powierzchowne osoby próbujące za wszelką cenę trzymać się swojej pracy bo przez to są kimś i ich życie ma jakieś znaczenie. Być może opisana bohaterka jest literacko mało ciekawa, za to bardzo życiowa? 😀

  2. Sekal

    Książki nie czytałem. Za to, odnosząc się do tej wzmianki o ilości cierpienia, już wiem dlaczego wygrała nagrodę. Im więcej cierpienia tym dla “krytyka” lepiej. Tak jest w filmach, tak jest w książkach.
    Mnie to deczko przeraża. Bo jak już coś czytam i oglądam to zdecydowanie preferuję, gdy przekaz jest pozytywny. Ciekawe ile w tym konieczności umartwiania się tak lubianej przez wielu Polaków.

    1. teekay

      @Sekal

      W sensie, że uważasz, że umartwianie się to cecha narodowa Polaków? A potrafisz wymienić jakiś optymistyczny i po prostu wesoły, kasowy film hollywodzki, który wyszedł ostatnimi czasy? Prócz Kac Vegas jakoś nie mogę sobie niczego przypomnieć. Nawet w grach zaczyna się odchodzić od schematu radosnej nawalanki, na której końcu czeka obiecana ręka (niekoniecznie odrąbana) księżniczki i resztka królestwa, której nie zdążyliśmy spopielić. Za to coraz więcej smutnych opowieści o cierpieniu, śmierci i utraconej nadziei. I właśnie te opowieści nie tylko są najbardziej cenione, ale również najbardziej pożądane. Bo cierpienie jest dorosłe, zaś śmiech jest taki niedojrzały i dziecięcy.
      Swoją drogą dawno już nie grałem w grę, w której bym się śmiał nie z bugów i glitchy, a samych dialogów i scenek sytuacyjnych. Gdzie się podział humor w grach ja się pytam się? Panie premierze…

            1. teekay

              @mokraTrawa

              No fakt, o Deadpoolu zapomniałem. Ale to raczej jednorazowy wybryk niż jakiś trend. A trend jest taki, że trzeba napchać grę smutnymi historiami, najlepiej w zombie apokalipsie, i jakoś to będzie.
              PS. A żeby oddać twórcom filmów amerykańskich co ich, to z tych bardziej “jajcarskich” produkcji przypomniałem sobie o Red i Tajne przez poufne.

              1. MusialemToPowiedziec

                @teekay

                Dorzuciłbym Shadow Warriora, który jest radosną grą o radosnym ciachaniu przez 95% czasu (choć ma dość smutną i raczej typową historię konfliktów rodzinnych – zdrad, kłótni o spadki i takich tam – łączącą bossów).

                Tropico 4 ma całkiem sporo humoru (np. kiedy kończy się susza, to dostajemy wiadomość “It’s raining, man. Hallelujah”).

                Jest też Blood Dragon, gdzie mnóstwo budżetu przeznaczono na kolorowe czcionki.

                Saints Row 4.

                No cóż, takie czasy – w czasie kryzysów mainstream raczej woli poważne rzeczy.

  3. Mallory

    Muszę przyznać, że kompletnie nie zgadzam się z opiniami zawartymi w tej recenzji. Po prawdzie, to jedna z najciekawszych rzeczy, jakie czytałem w ostatnim czasie i dobrze, że Nike dostają takie książki a nie na siłę forsowane gnioty typu “Wojny polsko-ruskiej”.

    Oczywiście sposób odbioru książki zależy od osobistych upodobań, ba!, nawet od chwilowego samopoczucia, zatem fakt, że nie zgadzam się z argumentami nie oznacza, że są one obiektywnie błędne, a już na pewno nie mnie to stwierdzać. Pokochałem miłością nagłą gęsty klimat tej powieści, bohaterka ani mnie ziębiła ani parzyła, z resztą, kto powiedział, ze główny bohater musi być ciekawy albo dać się lubić (no weźmy takiego Reynevana z trylogii husyckiej na przykład). Fakt, jest w tej historii wiele brudu i smutku i rozumiem, że to może być nużące, ale dobrze wpisuje się w dzisiejszy krajobraz kreowany przez media (a bohaterka jest w końcu dziennikarką), gdzie zamiast rzetelnej informacji w programach jesteśmy zasypywani informacjami o dzieciach w beczkach, rodzicach oprawcach i biedzie wyglądającej z kątów chałup i kamienic.

    PS. Wstawki z dyskusjami na forach internetowych były moim zdaniem świetne i bardzo celne. I nie zgodzę się, że nie miały znaczenia dla fabuły. Dzięki tym forom autorka poznała bardzo ważną dla historii osobę, a inni forumowicze mieli epizodyczne występy.

      1. Mallory

        @bosman_plama

        To prawda, natomiast spierałbym się nieco odnośnie powieści pani Bator tutaj. Co prawda główna bohaterka nie jest przesadnie ciekawa, natomiast już choćby jej ojciec i siostra jak najbardziej. A ta historia jest, kto wie, może nawet bardziej o nich niż o niej. Alicja Tabor jest tylko jakby łącznikiem, przekaźnikiem do opowiedzenia ich historii, gdyż sami zainteresowani (a może interesujący?) są tak jakby trochę martwi.

        Zachęcam do dania tej książce drugiej szansy i nie zrażaniem się pierwszym wrażeniem.

        Tak zupełnie odbiegając od tematu – odnośnie Renevana – też tak uważałem, ale potem doszedłem do wniosku, że trylogia (choć nierówna) jest bardzo dobra także dzięki głównemu bohaterowi, który przeważnie tak strasznie działa na nerwy, że ma się ochotę uczynić mu mniejszy lub większy uszczerbek na zdrowiu przy okazji każdej piramidalnej głupoty, którą popełnia.

Powrót do artykułu