Marsjanin wylądował

iago dnia 7 października, 2015 o 12:28    38 

2 października premierę miał The Martian Ridleya Scotta na podstawie debiutanckiej powieści Andy’ego Weira (pod tym samym tytułem, w Polsce wydanej jako Marsjanin, wyd. Akurat, Warszawa 2014).

Do kina wyruszałem pełen obaw. Nawet absolutny samograj, jakim była książka Andy’ego Weira, mógł przegrać starcie z tfurcą twórcą Prometeusza i Robin Hooda. Tymczasem spotkało mnie miłe rozczarowanie.

Fabularnie ani książka, ani film nie są szczególnie skomplikowane. Oto astronauta/botanik Mark Watney (bardzo dobrze dopasowany do roli Matt Damon) zostaje przypadkiem pozostawiony sam jeden na Marsie. Zamiast załamać się pod ciężarem okoliczności (brak żywności, brak kontaktu z Ziemią, najbliższa misja na Marsa przybędzie za 4 lata), z niesamowitą energią, pomysłowością i czarnym humorem wydaje Czerwonej Planecie wojnę o przetrwanie. Taki XXI. wieczny Robinson Cruzoe czy jednoosobowa wersja bohaterów Tajemniczej Wyspy Verne’a. Tymczasem NASA (m.in. Jeff Daniels jako dyrektor Ted Sanders & Sean Bean jako kierownik misji Mitch Henderson) czyni gorączkowe wysiłki, żeby go ściągnąć do domu (albo przynajmniej zaprowiantować do czasu przybycia kolejnej misji). Hilarity ensues.

Fabularne odstępstwa od pierwowzoru – niezbyt liczne – nie powodują zmiany wydźwięku całości i są uzasadnione zmianą medium. Stąd np. rozbudowany prolog (ekspozycja) i epilog. W książce tempo wydarzeń od pewnego momentu nie zwalniało ani na moment, nie pozwalając ani na chwilę oddechu (znajomi, którym Marsjanina sprzedałem, zgłaszali fizyczną niemal zadyszkę pod koniec książki). Za zaserwowanie tego samego widzom Scott zapewne zebrałby mało przychylne opinie (za dużo punktów kulminacyjnych szkodzi odbiorowi filmu). Godzien pochwały jest także sposób translacji pierwszej połowy książki – w oryginale: dziennika tworzonego w pierwszej osobie – na język filmu (narracja z offu i nagrywanie dziennika przez Watneya, ujęcia z wielu kamer – wbudowanych w sprzęt jakim posługuje się Watney itp.).

Marsjanin książkowy był science fiction z naciskiem na science. I twórcom filmu udało się to oddać. Są i obliczenia, i wyjaśnienia zasad działania, i manewr transferowy Hohmanna, i opóźnienie transmisji, i asysta grawitacyjna (przydały mi się informacje wyniesione z gry w Kerbal Space Program, ha!) itp. W dodatku podane strawnie i nienachalnie. Duże brawa.

Humor – tak wszechobecny w pierwowzorze – jest zachowany (choć miejscami stonowany i ustępujący pola dramatyzmowi sytuacji). Przepiękny jest zbiorowy portret pracowników NASA i JPL (Jet Propulsion Laboratory, Laboratorium Napędu Rakietowego NASA w Pasadenie w Kalifornii) jako bandy nerdów (arcyśmieszne sceny ze spotkania ws. Project “Elrond” i demonstracji odchudzania MAV). Jeszcze zabawniej wygląda to w zestawieniu z zachowaniem zespołu CNSA (China National Space Administration, Chińska Narodowa Agencja Kosmiczna). Dodajmy do tego kreatywne wykorzystanie soundtracku – scena z piosenką Hot Stuff Donny Summer rządzi! – i Marsjanin staje się jednym z najzabawniejszych filmów SF ever.

O pięknych plenerach Marsa i świetnych zdjęciach Dariusza Wolskiego wspomnę już tylko mimochodem. BTW: film oglądałem w 2D i tę wersję polecam (poza kilkoma scenami w kosmosie nie znalazłem niczego, co można by zaprezentować w 3D – wolałem nieprzyciemnione okularami zdjęcia od efektów).

Podsumowując – warto obejrzeć w kinie. A przedtem przeczytać książkę. Dla zainteresowanych zamieszczam trailer – ale lojalniej uprzedzam, że zawiera spoilery (przede wszystkim dla nieznających książki).

The Martian (USA, 2015 – premiera polska: 02.10.2015) reż. Ridley Scott, scen. Drew Goddard (na podstawie powieści Andy’ego Weira), 141 min.

Materiał pierwotnie ukazał się na blogu autora.

Dodaj komentarz



38 myśli nt. „Marsjanin wylądował

  1. /mamrotha

    Jestem na 74% książki. Doskonałe czytadło – taka krzyżówka MAcGyver’a z hamerykańskim hurraoptymizmem i odrobiną dramaturgii. Nie wiem jak tłumacz się spisał, ale po angielsku wchodzi bez zapojki i trudno się oderwać od lektury (pro skill: czytanie podczas schodzenia i wchodzenia po schodach).

    I tak, jak iago [sorry za jezioro] pisze – sugeruję najpierw książkę, a potem film, bo nie wierzę by w filmie oddali wszystkie smaczki, a w drugą stronę (znając już pierwowzór) łatwiej będzie dopowiedzieć tło do wydarzeń na ekranie.

    1. iago Autor tekstu

      @/mamrotha

      Daj potem znać, czy wrażenie straszliwego tempa bez chwili na oddech jest uniwersalne, czy też osobnicze 🙂
      Ja czytałem po polsku i nie bardzo miałem się do czego przyczepić. Ale do tłumaczenia filmowego już tak – ignorowałem napisy w miarę możliwości.

      Edit: nie jestem jeziorem. Teraz już powinno być widać.

      1. /mamrotha

        @iago

        Wrażenie tempa zostało (przez co też książka wydawała mi się dłuższa niż jest w rzeczywistości (jak czytasz na kindle to nie można na oko ocenić liczby kartek)), ale jest też wrażenie, że autor nierównomiernie rozłożył fabułę pomiędzy… jakby to powiedzieć by nie spalić innym….o mam: między częścią przed Chińczykami i po Chińczykach, a już ostatnia część z przygotowaniami do grande finale kompletnie zawinięta do kilku stron.
        Szkoda.

  2. kat

    Pamiętam, że jak pierwszy raz zobaczyłem ten trailer, to pomyślałem “meh” (c)
    Potem przeczytałem książkę w tempie, o którym wspominasz powyżej i tak się nahajpiłem, żeeeee muszęęęęę, niech no tylko ktoś z dzieckiem zostanieeeee mi noooo
    🙂

  3. aihS Webmajster

    przydały mi się informacje wyniesione z gry w Kerbal Space Program, ha!

    Niby głupie, ale przez KSP zmienił się mój sposób odbioru filmów związanych z eksploracją kosmosu. Ta gra uczy choć może nie bezpośrednio, ale tutoriale do tej gry uczą już na pewno. Tylko przy oglądaniu Grawitacji niespecjalnie przydaje się ta wiedza bo poziom absurdu wychodzi poza skalę 🙂

      1. jaGrab

        @iago

        Nie wiem czy chcę, nie zepsuję sobie filmu? Bo rozumiem że historia taka sama?
        Na razie z tego co czytam tu i ówdzie to drugi po Forreście Gumpie przypadek filmu lepszego od książki. I chyba zrobię jak z FG, przeczytam po obejrzeniu, tym bardziej że teraz brnę przez Niebiańskie Pastwiska (nom, brnę niestety, spodziewałem się Czarnej Kompanii w połączeniu z Żołnierzami Kosmosu a jestem w miejscu, które kojarzy mi się z Pomniejszymi Bóstwami, ale zapłaciłem to dokończę, może się rozkręci :P).

  4. Tasioros

    Chętnie obejrzę, a dodatkowo nakręciliście mnie na książkę. Tylko z tytułem mam mały problem.

    Mars Janin – cała planeta zamieszkana przez Janiny. Mieszkałem kiedyś na stancji u pewnej Janiny. Często schodziła z góry z wizytami, bo wścibska była i upominała nas, jak gdzieś światło było niepotrzebnie zapalone. Siedzisz sobie w gaciach, popijasz browara, koleś skrobie jajecznicę na starej patelni klnąc przy tym nielicho – a tu Janina w drzwiach. Jak raz z kolesiem graliśmy w Worms: Armageddon przy tanim winie do 2 w nocy, to się na dzień następny czepiała, że imprezy urządzamy. Gdy zapytałem, czy może na weekend nocować u mnie dziewczyna, to zażyczyła sobie 20 zł, bo wodę będzie zużywać. Długo nie pomieszkaliśmy. Ostatni z nią kontakt był taki, że już mieszkając w innym miejscu, odwiedziliśmy tam znajomych coby się napić troszkę. Grzecznie było. Nagle wpada Janina, widzi nas i drze się:
    – Wypierdalać stąd pijaki jedne!!!
    Cała planeta takich istot to dość przerażające dla mnie zjawisko. Mars Janin.

Powrót do artykułu