Pięciu nie-naszych na piątek

bosman_plama dnia 6 maja, 2016 o 10:18    11 

Jakiś czas temu zagadano do mnie, żebym napisał króciaka do drugiej części X-com. Pomysł polegał na zaproszeniu kilku polskich autorów do tego projektu i wypalił o tyle o ile. Tzn. znaleźli się autorzy, którzy teksty napisali, ale do gry już opowiadań nie dołączono. Trafiły za to wszystkie do serwisu Gadżetomania i tam możecie je sobie przeczytać. Jest opowiadanie Rafała Orkana, który jeszcze nie dawno pisał scenariusze dla Techlandu, Jakuba Ćwieka, za którym szaleją fani, Michała Cholewy, co to się blasterom nie kłania i rozwija swój militarystyczny cykl SF, Marcina Przybyłka, autora najbardziej chyba rozbudowanego polskiego cyklu SF i moje. I wszędzie są obcy.

Ale nie o tych opowiadaniach będzie dzisiejszy tekst, ale o obcych właśnie. Kategoria “obcego” jest chyba starsza nawet od najstarszego zawodu świata, albo przynajmniej równie stara. Jeszcze kiedy nasi przodkowie zajmowali się głównie iskaniem siebie nawzajem w przerwach między posiłkami i nie mieli na tyle rozwiniętych mózgów, by wyobrazić sobie, że kiedyś zaczną cierpieć na choroby cywilizacyjne, pojęcie obcego i idący za nim podział: “swój-obcy” już istniały. Pojawienie się obcego owocowało wydawaniem zaniepokojonych okrzyków i szykowaniem się do ucieczki bądź spuszczenia obcemu łomotu. Czyli – prawie jak dzisiaj.

odyn

Hannibal Lecter jako Odyn. Nawet pasuje.

Prawie, bo z czasem ludzie porzucili rozkosze ultraprostaczego życia i zaczęli wytwarzać kulturę oraz cywilizację, co oczywiście natychmiast doprowadziło do komplikacji. Jedna z nich dotknęła prostego, zdałoby się, stosunku do obcego. Odruchowa chęć ucieczki bądź spuszczenia łomotu pozostały, ale doszła do nich jeszcze fascynacja.  Obcym zaczęto przypisywać nadzwyczajne cechy, a opowieści podpowiadały, że stukający do naszych drzwi przybysz może być równie dobrze żebrakiem, jak i bogiem. Zarówno Odyn jak i Zeus lubili udawać przypadkowych przechodniów i obu zdarzało się wpadać w gniew, gdy poczuli się nieodpowiednio potraktowani. Oczywiście, trafiali się też i gorsi goście, dlatego w domach umieszczano zwierciadła obok progów. Też macie jakieś w przedpokojach? Sądzicie, że znajduje się tam, żebyście mogli sprawdzić, czy dobrze wyglądacie nim wyjdziecie z domu?  Cóż, kiedyś w waszym progu stanie koleś, który nie odbije się w tym lustrze. Zauważycie to, przy odrobinie szczęścia przypomnicie sobie, że oznacza to iż jest demonem i nie zaprosicie go do środka. W ten sposób lustro uratuje wam życie, zgodnie ze swoim pierwotnym zadaniem.

Sectoid_2012

Obcy bywali więc niebezpieczni (nawet jeśli okazywali się bogami, jeśli pamiętacie zwyczaje Zeusa czy Odyna, sami rozumiecie, że nawet dobrze potraktowani mogli zachować się nieco gburowato, a co gorsza zapałać afektem do waszej żony), ale bywali też przydatni. Ponieważ przybywali SKĄDŚ i zachowywali się inaczej niż nasi, przypisywano im niezwykłe cechy, tak dobre, jak i złe. Jeśli więc działo się coś złego, na wszelki wypadek wieszano na początek Żyda bądź Cygana, ale też do nich spieszono po pomoc w szczególnych wypadkach. Żydowscy lekarze na przykład cieszyli się sporym powodzeniem nie tylko dlatego, że byli dobrzy (opinia publiczna niekoniecznie musi przykładać znaczenie do faktów), ale właśnie dlatego, że byli obcy, a to znaczy, że znali sposoby i sztuczki nieznane lokalsom.

et

Rabin z kosmosu?

Kiedy nastała epoka chorób cywilizacyjnych, to przekonanie pozostało z nami. Niezwykłym obcym, co to leczy, lata i choć początkowo budzi niepokój, to jednak ostatecznie okazuje się użytecznym dziwakiem był E.T. Znacznie łatwiej jest oczywiście wskazać obcych z tej rasy, co to nie odbijała się w lustrach. Czy będzie to ksenomorf o penisoidalnej głowie, czy predator, któremu gęba potrafi się otwierać w zbyt wielu kierunkach na raz, popkultura najchętniej karmi nas tym rodzajem obcego, który życzy nam jak najgorzej. Odmienne postacie trafiają się z rzadka. Oprócz E.T. może to być jaszczuropodobny kosmita z Enemy Mine albo zapładniający ziemianki przystojniak ze Starman.

enemy-mine

W grach rzecz jasna o takich obcych nieco trudniej. W grach zależy nam zwykle, by obcych wystrzelać, bo taka już jest natura gier. Oczywiście, trafiają się dobrzy kosmici (i to nie wedle zasady: dobry kosmita to martwy kosmita) w grach ze świata Gwiezdnych Wojen albo Mass Effect. Ale tam kosmici nie są tak naprawdę obcy, są częścią wielkiej galaktyczne rodziny, czyli są swoi. Obcy w tych grach to ci, którzy przybywają by wielkiej galaktycznej rodzinie spuścić manto.

predator2

Co zabawne, ta część fantastyki, która obcych ma na pęczki, czyli fantasy, ich obcość zwykle ignoruje. Czy to elfy czy krasnoludy, czy nawet nieumarli i orkowie nie różnią się szczególnie od ludzi, ani pod względem poglądów na świat ani zachowań. Tyle, że kiedy “nasi” są cywilizowani, orki, elfy czy krasnoludy odpowiadają ludzkim zachowaniom ze średniowiecza, zwyczajom hord barbarzyńców itp. itd.

xeno2

O ile wiem, jest tylko jedna gra (video), która wszystkie te układy może odwracać. W filmie i literaturze zdarzało się, że to ludzie byli obcymi przybywającymi do odmiennych kultur, żeby je podbijać i masakrować, wcielali się w role konkwistadorów. W grach coś takiego zdarza się – o ile wiem – rzadziej. I między innymi dlatego czekam na Dawn of War III, czyli jedną z tych nielicznych gier, w których to ludzie są tajemniczymi, mocarnymi i żądnymi krwi i śmierci obcymi przemierzającymi wszechświat, by podbijać i zabijać w imię swojej pokręconej, obcej ideologii.

waaagh

Intuicja nie oszukuje graczy. Dla wielu zieloni kolesie są dużo bardziej swojscy od typów pozamykanych w pancerzach i bez końca marudzących o herezji i imperatorze.

Wiem, mogliście słyszeć, że wygląda to inaczej. Że chodzi o tępienie wytworów chaosu i takie tam. Ale jeśli tylko oprzecie się tej propagandzie, zrozumiecie, że Warhammer 40 000 opowiada o rozmaitych istotach, które muszą poświęcać wszystko, by bronić się przed bezlitosnymi obcymi, dla których jedynym akceptowalnym stylem życia jest wojna. Przed “naszymi”.

Dodaj komentarz



11 myśli nt. „Pięciu nie-naszych na piątek

  1. maladict

    Opowiadanie Bosmana uz\mysłowiło mi pewien ciekawy fakt, iż o ile Zachód preferuje dzielne naparzanie obcych w imię Idei (tu wpisz adekwatną ideę) lub pokojową współpracę, to Wschód z dziwną lubością opisuje przypadki zniewolenia i serwilizmu – szczególnie Wojna Światów w ujęciu Strugackich, czy Szulkina.
    Przy okazji mam pytanie do autora – czy opowiadanko jest dziełem zamkniętym, czy też wstępem do czegoś większego?

      1. Revant

        @lemon

        Chyba to ten kryształ 😀 bodajże puenta była taka, że cały odcinek jedni mówili, że to tylko kryształ i trzeba to zniszczyć, a druga chciała się skomunikować z kryształem, co później przyniosło takie skutki, że ten kryształ okazał się…chamem i użył właśnie “meatbags” 😀

  2. MusialemToPowiedziec

    Nie zgodze się z wnioskiem końcowym. Wszak każde dziecko wie, że Warhammer 40k opowiada alternatywną historię Ziemi, gdzie Naziści podbili Ziemię (przypominam, według oficjalnej wersji historii ONZ Naziści to tacy kosmici, którzy wzieli się niewiadomo skąd, a ich propagandę na Ziemi rozprowadzają Polacy w swoich obozach do czasu Ostatecznego Podboju, kiedy i ich Naziści zjedzą czy coś), a po latach robią to co zwykle, tylko na innych planetach.
    Czyli to nie “nasi”.

Powrót do artykułu