Pięć zdań o nowych obrazkach

bosman_plama dnia 22 kwietnia, 2016 o 9:10    59 

Na początek podzielę się z Wami lekkim zakłopotaniem, jakie ostatnio towarzyszy mi w te poranki, gdy siadam napisać coś na Gikza i przy wymyślaniu tematu odkrywam, że z grami będzie to miało coś wspólnego o tyle, o ile. Kłopot w tym, że z grami ciągle jestem w tyle za  gikzem. Obecnie gram na przemian w Darkest Dungeon (PC) i Life is Strange (PS), które to tytuły większość z Was  ma już pewne za sobą. Więc co miałbym Wam o nich napisać? Co innego z  komiksami. Tu, mam nadzieję, mogę powiedzieć Wam coś nowego.

Nie, żebym nadążał absolutnie za wszystkim co tylko ukazuje się w naszym kraju (piszę: “tylko”, bo mam kumpla, który ściąga sobie komiksy z sieci, sam też parę razy nie oparłem się pokusie i kupiłem coś za granicą). Żeby tak robić musiałbym być komiksowym NItkiem i mieć swój własny kawałek Narnii. Jakimś cudem bowiem komiksów ukazuje się u nas co nie miara, a nawet jeszcze więcej. Poniekąd to zasługa mangi, która radzi sobie coraz nieźlej, ale także filmowego boomu na superbohaterów. Dawno nie było na naszym rynku takiego wysypu komiksów Marvela i DC. Mam wrażenie, że to właśnie kino go napędza.

100

Kłopot w tym, że komiksy są drogie jak cholera. Tych pięć na ten piątek kupiłem z premierowymi przecenami i bonusami dla stałych klientów a i tak zapłaciłem coś koło dwóch Jagiełłów. To niby mniej niż nowa gra na PS4, ale jednak grom poświęcam więcej czasu niż przeczytaniu czterech komiksów. By czytać wszystkie potrzebowałbym więc nie tylko Narnii, ale prywatnej kopalni złota, albo przynajmniej zegarków (starzy zrozumieją, inni niech zaczną czytać “Tytusy”).

Tyle wstępowania, teraz komiksy.

Skoro było o Marvelu i DC zacznę od nich. Herosi z Marvela, prawdę mówiąc zawsze porywali mnie ciut mniej niż ich kumple po fachu z DC, niemniej nawet u nich dawało się czasem znaleźć coś, co brzmiało szczególnie interesująco. Gdy więc zobaczyłem zapowiedź serii Thunderbolts, powalczyłem ze sobą chwilę, a potem uległem pokusie. Główna w tym zasługa nawet nie ekipy z  okładki (Elektra, Punisher, Red Hulk, Venom, Deadpool), ale poprzedniego czytanego przeze mnie komiksu sygnowanego tą nazwą. Niestety, ten poprzedni był autorstwa Warrena Elllisa, co znacznie podniosło poprzeczkę. Od razu powiem, że odpowiedzialny za scenariusz Thunderbolts: Bez pardonu  Daniel Way jej nie przeskoczył.

thunderbolts

Ale zaraz, ktoś może nie wiedzieć co jest Thunderbolts. Pisząc krótko: to taki Suicide Squad, tylko od Marvela. W świecie Marvela też ktoś  doszedł do wniosku, że niektóre sprawy wymagają rozstrzygnięć ostatecznych, dlatego gromadzi ekipę bohaterów, którzy nie boją sobie pobrudzić rąk krwią i wysyła ich na misje wymagające wypruwania flaków oraz urywania łbów. Po Wojnie Domowej, kiedy niektórzy bohaterowie znaleźli się na cenzurowanym, w skład Thunderbolts zaczęli wchodzić głównie dranie, a sama ekipa zastąpiła Avengers i zajmowała się przez jakiś czas głównie polowaniem na superbohaterów.

Elektra

Elektra może wyglądać tak…

Ale Bez pardonu opowiada inną historię. Jaką? Boleśnie banalną. W skrócie: dawno, dawno temu mroczna część USA popełniła błąd i wsparła dyktatora. Potem popełniła drugi i przestała go wspierać. Tymczasem koleś ma dostęp do super hiper tajnej broni, takiej, że hej. Trzeba więc go załatwić ostatecznie, ale też ściśle tajnie, żeby sprawa nie wyszła na jaw. Można by z takim punktem wyjściowym zrobić wszystko. Daniel Way… No cóż. Przede wszystkim Way ewidentnie zapatrzył się na Pulp Fiction i uznał, że pomieszanie czasu akcji przez skakanie od jednej retrospekcji do drugiej to świetny pomysł na poprowadzenie fabuły. Niestety, doszedł też do wniosku, że Tarantino ścieniarzył i nie wykorzystał metody do cna, a on Way, pokaże jak można z tymi retrospektywami zaszaleć. W efekcie coś z połowa komiksu to retrospektywy, które w dodatku zajmują od dwóch obrazków do strony. Co oznacza, że czytając komiks co dziesięć – dwadzieścia sekund jesteście zarzucani tekstami: “tymczasem, kiedyś, dawno temu (nie kłamię, naprawdę) we Francji”, “Teraz Afganistan”, “Wczoraj Gdzieśtam” – i tak cały czas. Akcja rwie się przez to jak nici życia przeciwników Mad Maxa i przypomina raczej kalejdoskop niż fabułę.

daredevil-elektra

…ale i tak. Jak by nie wyglądała, zawsze jest trochę szalona.

Do tego, jak przystało na komiks Marvela, wszystkie wątki lecą na złamanie karku, Trójkąt miłosny superbohaterów (z jednym złamanym sercem) zajmuje np, coś z dwa kadry (zakochanie: jeden kadr, spełnienie: drugi kadr) + dwa kadry na wątek złamanego serca. I tak cały czas. Coś, co mogłoby stanowić crème de la crème tej historii, czyli rekrutacja mega zakapiorów świata Marvela, sprowadzone zostało w tym komiksie do: “przybył, zaproponował, przyjęto”. Tylko rekrutacja Punishera otrzymuje nieco więcej miejsca, ale jest tak absurdalna, że żal to czytać. Nie pomagają rysunki Steva Dillona, które mają wprawdzie charakterystyczny rys i nawet dopatrzyłem się wpływów Bilala w tym, jak Dillon oddaje mimikę. Kłopot w tym, że ten facet  rysuje wyłącznie posągi. W efekcie rzadko kiedy sceny akcji bywają u niego dynamiczne. Zwykle więc kadry walki wyglądają więc tak, że wybrany posąg bohatera (albo dwa posągi) stoi dumnie w centrum kadru, a naokoło padają  trupy. W czasach TM-Semic byłem fanem X-Men i pamiętam, co tam rysownicy potrafili zrobić ze scenami walki.

Thunderbolts-027-e00fc

W Thundebolts Punisher zamienił białą czaszkę na czerwoną.

Niestety, trzeba też orientować się nieźle w świecie Marvela. Przy czym: “nieźle”, oznacza, że znajomość filmów i seriali może nie wystarczyć. Owszem, na szczęście w rolach głównych występują prawie same gwiazdy. Ale już jedna z kluczowych postaci komiksu może się okazać wielką niewiadomą dla każdego, kto w świecie Marvela nie siedzi troszkę głębiej.

deadpool

Natomiast Deadpool wygląd jak zwykle

Podsumowując? Choć bogactwo fajnych twardzieli niemal rozsadza okładkę, choć Deadpool zdobył ostatnio masę serc (tak, ma tu sporo humorystycznych monologów), to Thunderbolts: Bez pardonu jest komiksem wyłącznie dla twardych fanów Marvela. Oni rozpoznają wszystkie postacie, ucieszą się szybką akcją, nie będzie im przeszkadzała porwana na strzępy taka se fabuła, bo zagrają im smaczki, które mogą nie zagrać mniejszym fanom.

Jakoś tak się składa, że o złych książkach, komiksach, grach i filmach zawsze pisze mi się więcej niż o dobrych. Widać rozczarowania sprawiają, że czuję potrzebę wyżalenia się. Dlatego teraz będzie już znacznie krócej. Bo od teraz same dobre rzeczy.

Gotham-Central-HC-v1

Najpierw DC i Gotham Central: Na służbie autorstwa Eda Brubakera, Grega Rucka (scenariusz) i Michaela Larka- rysunki (plus: Noelle Giddings, Matt Hollingsworth i Lee Loughridge – kolory). Pomysł na ten komiks nie jest jakiś wybitnie oryginalny, GC opowiada o zwykłych ludziach żyjących w świecie superbohaterów. Już dawno temu mogliśmy np. obserwować perypetie dwóch gliniarzy w mieście, po którym szalał Spawn.  Różnica polega na tym, że Brubaker i Ruck napisali komiks na bardzo poważnie. Podobnie jak w serialu Gotham mamy więc jeden z miejskich komisariatów, którego pracownicy muszą się mierzyć z przestępcami – świrami, ale też z zupełnie zwyczajnymi. Tyle, że w GC nikt nie czeka na dorastającego Batmana, bo ten już dorósł, a bohaterami jest cała ekipa gliniarzy, z których każdy pracuje nad swoją sprawą. I prawie wszyscy Batmana nie cierpią, bo odwoływanie się do jego pomocy traktują jak upokorzenie.

gc final

Jeśli oglądaliście kiedyś jakiś serial o gliniarzach z jakiegoś posterunku, możecie sobie wyobrazić jak wygląda Gotham Central. Ten obrazek trzeba tylko uzupełnić mrokiem i pogłębionym rysem obyczajowym bo Brubaker uważany za jednego z obecnych mistrzów pisania scenariuszy lubi takie klimaty. Wszyscy bohaterowie są więc trochę połamani przez życie, wkurzają się na Wydział Wewnętrzny (zwłaszcza, że ostatnio doprowadził do zwolnienia Bullocka). Tutaj akcja toczy się niespiesznie, trzeba śledzić śledztwa, których sukces (jeśli jest) nie stanowi wyniku geniuszu jakiegoś detektywa, ale efekt mozolnej pracy całego zespołu, a często wymaga odrobiny szczęścia. Jest mrocznie,ponuro i klimatycznie. Nie musicie znać świata DC, żeby cieszyć się lekturą tego komiksu, ale jego znajomość pomoże Wam wyłapać kilka smaczków z drugiego i trzeciego planu.

gcokl

Ed Brubaker jest też autorem scenariusza do trzeciego piątkowego komiksu: Fatale: Modlitwa o deszcz.  Tym razem to nie początek serii, ale kontynuacja, konkretniej: czwarty tom.  Streszczając założenia serii: w naszym świecie żyją demony, okrutni starożytni bogowie i ich potężni a krwiożerczy słudzy. Pomiędzy nimi zaś krąży wcielenie femme fatale, piękność nieśmiertelna jak odwieczne koszmary i przyprawiająca mężczyzn o szaleństwo. Na sam jej widok zaczynają być niespokojni, a jeśli ona popełni błąd i zbliży się do nich, zaczyna być źle, bardzo źle.

fatde2

Bohaterka o wielu imionach zasuwa przez różne epoki, ale koniec końców ląduje w USA, gdzie też zostawia swój ślad, zazwyczaj w postaci mężczyzn o poharatanych życiorysach, w różnych ważnych dla Stanów momentach. W czwartym tomie trafia pod Seattle, w momencie, gdy grunge stracił już swój pierwotny impet. Cobain już nie żyje, a inna kapela, zespół jednego wielkiego przeboju, czeka w wielkim domu, na który już ich nie stać, aby ich geniusz wyrwał się wreszcie z wielkiej niemożności i napisał nowy przebój. Jak zwykle w Fatale historia zaczyna się od mężczyzny ogarniętego obsesją. Jej przyczyna jest oczywista – to Ona, kobieta o wielu imionach przyprawiła go o szaleństwo. W trakcie lektury dowiemy się jak doszło do tego opętania, a także poznamy historię paru nowych. I jak zwykle skończy się krwawo i okrutnie i nikt nie wyjdzie bez szwanku, a większość po prostu – nie wyjdzie. Fatale to klasowy komiks, świetna robota pod każdym względem. Mocno psychologiczny, ciężki, mroczny. Co ważne: nie został zaplanowany jako seria ciągnięta bez końca, to zamknięta całość. Choć więc ktoś, kto chciałby zacząć znajomość z nim dopiero teraz, musiałby trochę zainwestować, nie będzie to dla niego oznaczać zakupu kolejnego worka bez dna.

Fatale4_c4

Nieco inaczej jest z inną serią, do której należy komiks nr. 4.  Baśnie: Dziedzictwo wiatru to już siedemnasty tom. Wprawdzie to też zamknięta seria (choć są spin offy) i w Stanach jej wydawanie dobiegło już końca. Ale wiecie – to ponad dwadzieścia tomów, więc inwestycja oznacza wyciągnięcie z kieszeni znacznie większej ilości polskich monarchów, niż w przypadku Fatale.

Baśnie-Dziedzictwo-wiatru-418x640

Niemniej warto. W siedemnastym tomie powraca w jednej z głównych ról znany Wam z gry The Wolf Among Us Bigby, który na czas starcia z Mrocznym Panem usunął się nieco w cień. Ponieważ jednak finałowe starcie długiej batalii z Ciemnością skończyło się m.in. wakatem na jednym z ważnych dla świata baśni tronów, dzieci Bigby’ego i Śnieżki muszą stanąć w szranki o przejęcie władzy.  A nie musi to być proste, bo ich wujkowie mają wielką ochotę, by się powtrącać i namieszać. Mieszaliby nieco bardziej bezpośrednio, ale Bigby jasno dał im do zrozumienia na ile strzępów ich porozrywa jak przegną.

bigby-wolf-basnie

Bigby potrafi być przekonujący

W tle Róża Czerwona nabiera coraz większego znaczenia a w  ruinach Baśniogrodu pewna blondynka uczy się coraz to nowych sposobów na uśmiercanie bliźnich szykując Baśniowcom jakiś paskudny numer w zemście za to, że zabili jej mistrza. Pisząc krótko: to jeden z numerów przechodnich, pozwalających złapać nieco oddechu pomiędzy większymi kabałami. Tak samo, jak po obaleniu Cesarza dostaliśmy coś ze dwa tomy opowiadające mniej zaangażowane historie, nim pojawiło się nowe wielkie zło, tak samo jest i teraz. W tomie, prócz głównej historii dostajemy dwa świetne dodatki: W jedną noc – ciepłą ale i gorzką opowieść o Róży Czerwonej uczącej się o tym, czym jest nadzieja oraz zabawną W owych czasach – jeszcze jeden pokaz czarnego humoru twórców serii, ale przy okazji także bogactwa ich wyobraźni. To właśnie mniejsze historie najwyraźniej pokazują siłę Baśni. Nawet gdy dobiegnie ona końca, pozostanie w niej mnóstwo niepowiedzianych historii. Traktujących może o mniejszych bohaterach i nie tak epickich zmaganiach z równie przerażającymi wrogami, ale wciąż zabawnych i intrygujących. Osobiście dodaję temu tomowi plus siedemset do znakomitości, bo wreszcie, choć tylko na momencik, powróciła Kopciuszek, której jestem fanem.

Cinderella_Fables_are_Forever_Vol_1_2

I na koniec coś superlekkiego, zasłużona nagroda po ciężkich klimatach Brubakera, poważnym rozczarowaniem Thundebolts i mimo wszystko pełną niepokoju lekturą Baśni (nigdy nie wiesz, czy Twój ulubieniec nie zginie), Na deser zostawiłem sobie komedię romantyczną, czyli coś niezbyt mocno reprezentowanego na naszym rynku komiksowym. Tę lukę najmocniej wypełnia chyba manga, bo poza tym wydawcy nie spieszą się do tego typu komiksów. Choć komiksy obyczajowe też się u nas ukazują i bywają pełne humoru (np. Skład Główny), to jednak wydawcy najwyraźniej boją się trochę komedii romantycznej. Dlatego wielkie brawa dla wydawnictwa Waneko, że podjęli ryzyko i wypuścili na nasz rynek nie-mangową historię tego typu.

Co tu dużo pisać – wiecie, jak musi być. Para bohaterów wpada na siebie przypadkiem, ale że rzecz dzieje się współcześnie to w sieci. Poznają się coraz lepiej i w końcu decydują się spotkać. Zaprzyjaźniają się, idą ze sobą do łóżka, ale z zastrzeżeniem, to to ciągle tylko przyjaźń. A potem przez kolejne tomy obserwujemy jak ta przyjaźń z seksem zmienia się w coś więcej, tyle, że żadne z bohaterów nie chce się do tego przyznać, bo boi się, że to mogłoby popsuć świetny układ. W tle poznajemy ich przyjaciół i znajomych. Mnóstwo w tym dialogów i monologów, między innymi na temat samotności i lęku przed otworzeniem się na drugiego człowieka. Ale przede wszystkim dużo w tym komiksie ciepła i humoru. Choć historia nie jest jakoś szczególnie odkrywcza, to właśnie humor sprawia, że kupiłem trzeci tom serii i kupię też następne.

sunstone-vol-03-cover-stjepan-sejic

Coś bardziej szczegółowego, co wyróżnia serię Sunstone Stjepana Sejicia od innych komedii romantycznych? No cóż, wydawca zaopatrzył ją w zastrzeżenie, że jest dozwolona od 18 lat, choć jej erotyzm jest dość łagodny (no, ale są sutki). Może chodzi o to, że cały ten romans rozgrywa się między dwoma ślicznymi dziewczynami, które są fascynatkami BDSM (a jedna, ta dominująca, fetyszystką)? Możliwe, że właśnie o to chodzi.

Dodaj komentarz



59 myśli nt. „Pięć zdań o nowych obrazkach

  1. Probabilistyk

    Nie przejmuj się backlogiem w grach Bosmanie, też jeszcze siedzę na LiS, ostatnio wróciłem do wiedźmina trzeciego, bo straszą nowym DLC a poprzedniego nie zrobiłem 😉
    No i dzięki za polecenie nowego komiksu – półka Marvelów rośnie 🙂

      1. Yanecky

        @furry

        Ja mam 37h, a 4 bohaterów jest na 6poziomie, otworzył mi się już dostęp do pierwszego Darkest Dungeon, 2/3 bossów pobita i… nie chce mi się dalej grać. Choć na początku byłem zachwycony, to teraz już rutyna i grind, żeby zdobyć kasę i fanty do rozwoju domków. Czy w tę grę da się przegrać? Czy tylko właśnie znudzić…

              1. Yanecky

                @lemon

                Podejrzewam, że na końcu jest ostatni boss, nawet jak się spojrzy w kronikę (tam, gdzie są filmiki) to widać, że jest jakiś koniec. Tylko właśnie – trzeba twardo grać i grindować, bo jak się zrobi przerwę, to się zapomina o tych wszystkich skillach, zależnościach między nimi i co który bohater potrafił a czego się bał.

        1. furry

          @bosman_plama

          Ja dwa razy straciłem drużynę po ukończeniu misji na wyższym poziomie, zostały dwa-trzy pokoje, drużyna w miarę zdrowa, niezestresowana, to co, sprawdzę, nie? Dwa razy przepadli wszyscy, większość trinketów (jak to jest po polsku?) tak straciłem, w tym dwa klasy “ancestral”, zdobyte na shamblerach.

          Taka sytuacja, poczułem się trochę oszukany, jak wtedy gdy na początku szło mi aż za dobrze (nawet się tu chwaliłem), i zacząłem spotykać Kolekcjonera, chodząc postaciami na 0-1 poziomie.

            1. aihS Webmajster

              @projan

              Tak, żeby zrobić niektóre to trzeba zastosować odpowiednią taktykę i raczej nie ma szans na ubicie bossa, ale to nie problem. To zawsze jakieś wyzwanie bo wcale takie proste nie są. Ja na easy nigdy nie grałem. Przejście na normalu zajęło mi ponad 90h rozłożone na dwa lata gry 🙂

  2. furry

    Co do komiksów, trochę się obkupiłem na amazonie swego czasu, po jakieś $10, czasem mniej, tylko nie mam na czym czytać.

    Widziałem w Kerfurze tablet mega-wypas Lark 7″, “idealny prezent komunijny”, tylko rozdzielczość 1024×600, dysk 8GB, ale jest slot microsd. Chodzi o to, że kosztuje 99zł, więc zwraca się po przeczytaniu dwóch komiksów 🙂 Ale na takim ekranie chyba nie dam rady.

    EDIT: Taki: http://allegro.pl/tablet-lark-freeme-x4-7-hd-1024×600-zielony-i6032238133.html

  3. Revant

    Ja właśnie siedzę wciąż w mangach. Ostatnio spodobały mi się koreańskie twory. Np. The Breaker – standardowa historia od zera do bohatera i ukrytym potencjałem, ale również mnóstwo fajnych wątków walki pomiędzy ukrytym światem mistrzów sztuk walk, a osobami, które chcą wykorzystać moce do opanowania świata. Genialnie narysowany sceny walk – im dalej, tym bardziej epickie i dynamiczne. Majstersztyk. Równie fajne jest King of Hell, z historią wysłannika piekieł, który jest uber szermierzem. Polecam także Suicide Island – o rządowym programie pozbywania się wielokrotnych niedoszłych samobójców poprzez zrzucenie wszystkich na odludną wyspę. Klimat takiego the walking dead bez zombie, czyli survival i oglądanie natury ludzkiej bez zahamowań 😉

  4. larkson

    Ja tylko gram w backlogi ostatnio: Company of Heroes 2, Dawn of War II (może się przekonam do tej gry tak jak do Rome II), a potem kolejne Total Wary, Tex Murphy, Rayman, Valkyria Chronicles i jeszcze coś się znajdzie 😛 Próbowałem też odpalić Dark Soulsy pierwsze, ale tam coś pad nie ogarniał, więc se odpuściłem. Nerwów nie stracę przynajmniej 😛

    Tak właśnie ostatnio zacząłem patrzeć po internecie za mangami i jestem w lekkim szoku, że tyle tego wychodzi w Polsce, bo myślałem że w naszym biednym kraju to hipsterstwo lvl 9000. Takiego One Punch Mana bym se ogarnął (co z tego, że widziałem anime), albo Akirę całą, choć tu mnie może grafika odstraszać.

  5. MusialemToPowiedziec

    Oj tak, Thunderbolts. Wziąłem to tylko dla Franka, pamiętając jak słabo Way się nim zajął poprzednimi razy, ale i tak strasznie się tym zawiodłem. Co prawda Frank miał kilka momentów, ale ogólnie wyszło słabo – chyba nawet do końca nie wytrwałem.
    Zresztą, z tego co wiem, Way dostał komiks tylko na kilkanaście numerów, co już z góry nie zapowiadało się na nic dobrego, a potem przechodził z rączki do rączki, by skończyć się ponoć nienajgorzej (w którymś momencie Frank i Reszta się pokłócili i chcieli się nawzajem pozabijać, ale chyba się ostatecznie dogadali, że kogo innego kopną w kuper, i ponoć to kopanie wyszło całkiem fajnie) w okolicach 24 zeszytu.

    ALE. W ramach Thunderbolts wyszedł też Thunderbolts Annual, gdzie Frank dostał super rolę na koniec. Nie pamiętam kto tam dokładnie był “tym-złym” (jakiś Wróżek, co przybrał postać Doktora Dziwago), za to pamiętam że miał super moc powodowania, że jego ofiary stawały się super radosne. Walka z nim wygląda tak:
    http://www.hellocomic.com/thunderbolts-annual/c1/p26
    http://www.hellocomic.com/thunderbolts-annual/c1/p27
    http://www.hellocomic.com/thunderbolts-annual/c1/p28

Powrót do artykułu