Pięć zdań na piątek – myślenie magiczne (i okolice)

bosman_plama dnia 8 maja, 2020 o 9:22    24 

W uproszczeniu myślenie magiczne to taki schemat, w którym mylimy relacje między zachodzącymi zdarzeniami i wymyślamy magiczne ich wytłumaczenia. Np. dziecko koniecznie próbujące dotknąć rozpalonej do czerwoności płyty pieca słyszy zakaz matki. Mimo to dotyka, czuje ból, płacze, ale nie wiąże przykrości z zasadami fizyki lecz ze złamaniem zakazu. Boli, bo nie posłuchało mamy.

Jak się to ma do popkultury? Ano tak, żeśmy wszyscy, statystycznie, zgłupieli i myślenie magiczne jest w popkulturze (i życiu) popularne jak diabli. Najlepiej to widać na przykładzie Gwiezdnych Wojen, w których tłumy fanów pragnęły zlinczować odtwórców postaci Jar Jara i Rose Tico za to, że ich postacie zostały źle napisane i jeszcze gorzej wykorzystane w filmach. Zbudowano absurdalną relację: aktor = losy postaci w filmie, choć odrobina zastanowienia wykazałaby ślącym pełne furii treści, że aktorzy nie mają wiele wspólnego z pisaniem scenariusza. Zwłaszcza, gdy są początkujący i mało znani. Tak, wiem, Harrison Ford mógł zmienić łzawy dialog na: “i know” tworząc tym samym kultowy zwrot, ale po pierwsze: nie każdy jest Harrisonem Fordem i po drugie to musiała być jedna z tych chwil, w jakich wcześniej pisano święte księgi. Wiecie, boskie natchnienie.

Gdyby rozsądek rozdawał karty, byłoby dla nas oczywiste, że ani Kelly Marie Tran (Rose Tico) ani Ahmed Best (Jar Jar) nie są odpowiedzialni za katastrofy, jakimi stały się postacie, które przyszło im odgrywać. Ale rozsądek nie ma wiele do powiedzenia tam, gdzie pojawiają się emocje. A my żyjemy w świecie emocji. Jeśli myślicie, że rządzą one tylko widzami i wyborcami, pomyślcie o aktorze znanym jako Chevy Chase, który odszedł z serialu Community, ponieważ nie chciał grać rastistowsko-seksistowskiego tępaka. Pomijając fakt, że nie zauważył pewnej myśli stojącej za tą postacią (Clint Eastwood potrafił dla odmiany na bardzo podobnym materiale zrobić świetny film, bo rozumiał to, co Chase’owi umknęło), to nie zrozumiał też na czym polega aktorstwo i bał się utożsamienia. A może rozumiał, kto wie, ale widział też, że widzowie idiocieją i uznają, że on naprawdę taki jest?

Inna sprawa, że żyjemy w czasach, w których każdy ma głos i szansę jego publicznego wyrażenia, w związku z czym aktorzy często starają się stawać autorytetami. Dlatego fani Star Wars śledzili uważnie twittera Marka Hamilla, który kontestował to, co uczyniono Luke’owi w Ostatnim Jedi, a Brie Larson buduje swoją pozycję w Hollywood nie tylko na rolach aktorskich ale i politycznych, którymi stara się nie tylko wzmacniać siebie, ale i dobudowywać konteksty do Kapitan Marvel.

To oczywiście nie jest jakieś nowe zjawisko. Czytelnikom zdarzało się na przykład nie rozumieć, że bohater książkowy to pewien konstrukt i utożsamiać go z bohaterami powieści. Na tej zasadzie Conan Doyle’owi przypisywano umiejętności Sherlocka Holmesa. A przecież jedynym autorem kryminałów, który naprawdę dzielił pasję ze swoim bohaterem, był, o ile wiem, Chandler. Ale nie była to żyłka detektywistyczna, tylko miłość do whisky. Niemniej, na spotkaniach autorskich pytania: “czy masz coś wspólnego ze swoim bohaterem” trafiają się do dziś.

Zastanawiam się, czy gry mogą być wolne od tego rodzaju przesądów. Gry nie są bowiem najczęściej dziełami autorskimi jak książki, a aktorzy nie są w nich (jak kiedyś a zarazem póki co) aż tak obecni jak w kinie. Złożone z pikseli postacie nie przechodzą zazwyczaj między tytułami gier, w tym znaczeniu, że Kratos nie pojawi się nagle jako postać w Fallout (choć tu akurat wiele jest możliwe) bądź The Elder Scrolls. Istnieją oczywiście wyjątki, jak seria Soul Calibur, która gościła u siebie i wiedźmina Geralta i Dartha Vadera, jednak takie zdarzenia nie trafiają się często. Nikt też, o ile wiem, nie pyta twórców danej postaci z gry, czy utożsamia się z bohaterem. Być może dlatego, że twórców Kratosa, Nathana Drake’a jest wielu. Acz ten ostatni to interesujący przykład, był bowiem wzorowany na innej wymyślonej postaci, wzorowanej z kolei po trosze na Hanie Solo i Indianie Jonesie. Popkutura gania wszak w kółko po własnych śladach, żywi się też najczęściej sama sobą. Ale to temat na inny piątek.

Niestety, nikt z nas nie jest uodporniony na myślenie magiczne i przestawianie znaczeń relacji pod wpływem emocji. Najmocniej widać to oczywiście w polityce, ale pozwólcie, że nie będę zgłębiał tego tematu. Być może nikt z czytających ten tekst nie lepił glinianego ludzika z włosami aktorów ze Star Wars w środku, żeby kłuć go za karę szpilkami, ale jestem pewien, że jakieś przesądy w Was siedzą i czasem łapiecie się na magicznym odruchu.

Opowiem Wam o swoim. Otóż, już w podstawówce odkryłem, że kominiarze przynoszą mi pecha. Ilekroć w drodze do szkoły spotykałem kominiarza, łapałem ocenę niedostateczną. Ostatecznym dowodem, że to jedna z zasad wszechświata był dzień, kiedy w drodze do szkoły spotkałem kominiarzy dwóch i tego dnia otrzymałem dwie “pały” (tak to nazywaliśmy w starożytności, w której najgorszą oceną była “dwójka”). Rozsądnie rzecz biorąc winę ponosiło moje lenistwo i chęć przeczytania jakiejś fajnej powieści zamiast podręcznika. A jednak teoria kominiarzy nie tylko zapisała się w mojej głowie, ale utrwaliła w niej. Bo przecież brak przygotowania to tylko jedna z przyczyn porażki. Musiałem mieć do tego pecha, że nauczyciele akurat tego, “kominiarzowego” dnia, wybrali do odpowiedzi mnie. Oczywiście, i ten wybór dałoby się racjonalnie wytłumaczyć. Ale przecież kominiarze sami pchali mi się pod rękę. Relacja: kominiarz = pech była oczywista.

Ale czekajcie, to nie wszystko. Długo po ukończeniu szkoły irracjonalne przekonanie, że kominiarze przynoszą mi pecha, pozostawało ze mną, nawet jeśli racjonalna część mnie wyśmiewała je. I oto, pewnego dnia wyruszyliśmy z kolegą z redakcji na misję nagrania wywiadu z Wałęsą. Spotkanie było umówione i z eks prezydentem i jego sekretariatem, w Gdańsku miała czekać na nas ekipa techniczna. Zasuwaliśmy na nocny pociąg (czasy sprzed pendolino, ale kolej lubiła się spóźnić, jak dziś), żeby być w biurze prezydenta o dziesiątej rano.

Po drodze spotkaliśmy kominiarzy. Zakląłem szpetnie. Kolega spojrzał na mnie zdziwiony. Gdy wyjaśniłem o co chodzi, wyśmiał mnie i nazwał kretynem.

Osiemnaście godzin później już się nie śmiał.

W skrócie: o czwartej rano w Gdańsku, w jedynym czynnym lokalu zostaliśmy oskarżeni przez pijanego policjanta o kradzież mu telefonu, Wałęsa odwołał wywiad dosłownie w ostatniej chwili: “bo tak”, nastąpiło załamanie pogody, a gdy chcieliśmy przeczekać je w kinie, siadł w nim prąd. Pociąg, którym mieliśmy wracać, nie odjechał, więc znów spędziliśmy noc w drodze. Była jeszcze jakaś awantura o uśmiech dziewczyny w knajpie, ale to drobiazg.

I to wszystko z pewnością miało racjonalne przyczyny. Ale i kolega i ja jeszcze długo patrzyliśmy spode łba na kominiarzy. Bo nasze mózgi, choć to wspaniałe instrumenty, potrafią korzystać z przesądów i magicznego łączenia zdarzeń, są bowiem równie leniwe jak my. Lubią drogi na skróty. Warto zdawać sobie z tego sprawę i pamiętać o tym, byśmy sobie już do końca nie zaczarowali świata. Bo to nic dobrego. Nie tylko dlatego, że możemy skrzywdzić niewinnych aktorów, albo dokonać złych wyborów politycznych, uwierzyć w płaskość Ziemi, albo wysadzać w powietrze firmy opracowujące szczepionki. Zafałszowywanie rzeczywistości nie robi zwykle dobrze ani nam, ani światu. Jasne, ponieważ postrzeganie to interpretacja, a nasze mózgi to zakłamani pochlebcy, nasza rzeczywistość i tak nie jest prawdziwa. Ale nie musimy dorzucać do tego kolejnych cegiełek. Dobrze jest oprzeć się magicznemu budowaniu relacji.

Co nie znaczy, że to łatwe. Bo widzicie, przy całej tej mojej samorefleksji, do dziś, gdy mijam na ulicy kominiarza, spluwam przez lewę ramię.

Dodaj komentarz



24 myśli nt. „Pięć zdań na piątek – myślenie magiczne (i okolice)

  1. Cayden Cailean

    To coś jak moja “teoria” na temat moich szczęśliwych liczb…Zarówno w podstawówce jak i w liceum mieliśmy co roku drobne zmiany składu klasy. Kiedy w dzienniku byłem numerem 23 na liście obecności cały rok szkolny układał się doskonale.Kiedy byłem nr 24 wszystko szło źle. Z kolei nr 26 to prawie zawsze był mój największy rywal/wróg klasowy. Tak więc wnioski były oczywiste:
    23 – dobrze, 24- słabo, 26 – źle! 😀
    I tak 23 zostało moją szczęśliwą liczbą…

  2. Probabilistyk

    Dzięki Bosman za świetną historię z kominiarzem, dobry szkic do komedii 🙂 Do tego pasowałoby chyba jeszcze określenie samospełniająca się przepowiednia, gdzie mając przekonanie że przytrafi się nam pech, sami go na siłę próbujemy ściągnąć?

    Będąc w temacie pecha – ja osobiście w przeszłych czasach bardzo lubiłem piątki 13go – praktycznie zawsze wtedy dostawałem co najmniej jedną piątkę do dziennika i tłumaczyłem sobie to tym, że wśród ludzi jest takie mocne przekonanie o pechu tego dnia, że większość osób samym myśleniem go na siebie ściągała, zabierając go od ode mnie 🙂

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Probabilistyk

      Ja sobie do tych kominiarzy dorabiałem teorię paranormalną. Otóż wiadomo, że przynoszą szczęście, jeśli się na ich widok chwycić za guzik i trzymać tego guzika, póki nie zobaczy się łysego w okularach.
      Ponieważ jednak tam, gdzie przychodzi szczęście, musi być dla równowagi i pech, ktoś musi płacić nieszczęściem za fuksa guzikowców. Kto? Ano najpewniej łysi w okularach!
      Ja w prawdzie łysy nie byłem, ale okularnikiem jak najbardziej. Więc częściowo na mnie spływały te fale równowagi.

  3. Daimonion

    Nie bagatelizowałbym spotkań z kominiarzami. W tym naprawdę może coś być. Ja osobiście raczej staram się być racjonalny (nie mylić z empirykiem – bo klasyczny racjonalizm bazował na rozkminkach intelektualnych, a nie materialistycznej wizji świata), ale współczesne nadmierne zaufanie do dziewiętnastowiecznych wizji rzeczywistości dającej się opisać bez odwołań do romantycznych duchów i innych bredni jakoś do mnie nie przemawia. Istnieją zjawiska paranormalne, których póki co nie da się wyjaśnić, np. dlaczego kot mojego kolegi ewidentnie widział matkę owego kolegi przez tydzień po jej śmierci. A mnie w okresie studiów zawsze spotykały dziwne rzeczy, kiedy na mieście widywałem jednego dziwnie wyglądającego osobnika, który się na mnie gapił z niewiadomych powodów. Obcy człowiek (i wcale nie kominiarz)! Bałem się pytać innych, czy go widzą, bo gdyby się okazało, że nie, to miałbym piękny umysł.
    E.S. Gardner był prawnikiem. Fleming coś działał w służbach, a i o Chandlerze gdzieś czytałem/słyszałem, że parał się śledztwami, więc nie tylko whisky łączyła go z Bogar… eee… Marlowem. Więc jednak coś w tych pytaniach “co cię łączy z bohaterem” jednak jest. Być może wypierasz to, bo boisz się utożsamienia z którąś z wykreowanych przez siebie postaci?;)

      1. Daimonion

        @Revant

        Co tu rozwijać? Patrzył na pustą przestrzeń, jakby kogoś widział i wodził za nim wzrokiem, czasem miauczał, a nawet omijał tę pustą przestrzeń. A potem przestał. Kolega po tej przygodzie zaczął wierzyć w duchy. Bo doskonale znał zachowania swojego kota, a tych nie dało się normalnie wytłumaczyć.

  4. aryman222

    Fantastyczna ta historia z wywiadem 🙂

    PS Offtop w stronę Gwiezdnych Wojen: Taika Waititi będzie reżyserem nowego filmu z tego uniwersum!
    Uwielbiam gościa (cokolwiek nakręcił, w dowolnym gatunku – jest zajebiste)! Oczywiście Disney będzie cały czas trzymał go za klejnoty, ale przecież Marvel CU działa podobnie, a Thor Ragnarok wyszedł rewelacyjny 🙂

    1. lemon

      @aryman222

      Akurat reżyser w tej całej machinie Disneya to sobie może… najwyżej zebrać baty od fanów za nie swoje decyzje. Albo zostać wywalony w połowie kręcenia filmu np. za zbyt odmienną wizję od tej, którą mają ważniejsi od niego. 😉 Mnie aż tak ten Waititi nie zachwyca, ale to co zrobił w Mandalorianinie było całkiem zabawne, więc kto wie, kto wie.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @lemon

        Komedia w świecie SW może być interesującym doświadczeniem. Właśnie komedia (przygodowa), a nie film ze śmiesznymi elementami. Być może wprowadzenie bohaterów czysto komicznych dałoby serii trochę oddechu i dystansu. Bo oglądałem wczorak “Make of… The Rise of Skywalker” i wynika z tego dokumentu, że był to film kręcony na kolanach. I, jak widać, tak filmów kręcić nie warto.

      1. aryman222

        @Probabilistyk

        Raz – czuje, dwa – ma niesamowite poczucie humoru, trzy – potrafi wpleść w opowieść ciepełko (obowiązkowy element w SW-sach), które nie jest (jak to zwykle w Hollywood bywa) tak przesadzone, że trudno nie wywracać oczami. Facet jest subtelny. Ragnarok i Jojo Rabit widzieli już pewnie niemal wszyscy, ale polecam bardzo: Co robimy w ukryciu oraz Dzikie łowy.

  5. lemon

    Skoro mowa o kominiarzach, to też coś dodam. Jakoś tak w grudniu odwiedził mnie kominiarz, wręczył do ręki oficjalny kominiarski kalendarz, życzył pomyślności w nowym roku, a na odchodne zapytał, czy nie mógłbym poratować kominiarskiej braci jakimś drobnym datkiem, co łaska. Zapytałem, czy może być blikiem albo kartą, bo gotówki nie miałem, no ale nie – tylko gotówka. No to sorry, chciałem oddać kalendarz, ale powiedział, żebym sobie zostawił – i poszedł.

    Nie rzuciłem grosza kominiarzowi – i jak wygląda ten 2020 rok? Same nieszczęścia. [mem z kolejnymi miesiącami 2020 r.jpg]

  6. Tasioros

    Z tymi kominiarzami to może jakaś większa afera. W sumie całkiem niezły temat na krótkie opowiadanie:

    Tajne stowarzyszenie kominiarzy? Przybysze z kosmosu? Przedwieczne byty rządzące ludzkością? Upadłe bóstwa? Nikt nie wie kto kryje się pod usmarowaną sadzą, przyjaźnie uśmiechniętą facjatą. Jednak jeśli przyjrzeć się odrobinę dokładniej, to ich oczy nigdy uśmiechnięte nie są. Jak więc wspomniałem, tego kim są, nie wie nikt. A jeśli był ktoś, kto choć otarł się o prawdę, to najprawdopodobniej zginął w mniej lub bardziej dziwacznym wypadku. Jeśli miałbym to ująć najprościej, są to po prostu nieokreślone siły zła. O wiele bardziej mroczne niż mogłoby się wydawać. Posiłkują się ludzkim strachem kryjącym się pod zabobonami, iż mogą przynieść nieszczęście. Czyli żyją dzięki wierze w ich nadprzyrodzone moce. Niewielu się nad tym zastanawia, ale skoro sam ich widok, według ludzkich wierzeń, powoduje nieszczęśliwe zdarzenia, czyli jak to wszyscy nazywają – pecha, to musi w tym brać udział jakaś siła wyższa. Równocześnie, co jest całkiem zabawne, zabobon jest też ich słabością. Jeśli wykonać odpowiednie czynności, jak splunięcie przez lewe ramię czy złapanie się za guzik, ich moc słabnie lub na jakiś czas zanika, i wybranego nieszczęśnika dosięga w niewielkim stopniu. Tak właśnie: wybranego. Bo widzisz, w ich działaniach nie ma przypadku. Doskonale wyczuwają ludzi, którzy zaczynają zauważać pewne zależności i łączyć fakty. Tacy dociekliwcy stają się dla nich zagrożeniem. Bardzo często wtedy do gry wkraczają inne omeny, według przesądnych – te dobre. Choć jak pewnie się domyślasz, jest wręcz odwrotnie. Łysy okularnik. Jego zadaniem jest chwilowe odwrócenie uwagi, uspokojenie, zmniejszenie czujności. Człowiek się rozluźnia, mimo swojego trzeźwego osądu, bezwiednie poddaje się przyjemnym myślom, że oto zobaczył zwiastun szczęścia. Nie trwa to zbyt długo, lecz zanim delikwent otrząśnie się z ogłupienia i zaczne na powrót analizować fakty… BAM! Ginie po kołami rozpędzonej ciężarówki, przepołowiony na szynach tramwajowych, czy uderzony ciężkim kawałkiem oberwanego gzymsu, który rozłupuje czaszkę niby wprawiony drwal kawałek drewna. Jest to dla Nich bardzo wygodne, bo w raportach policyjnych z miejsc nieszczęśliwych wypadków nigdy nie znajdzie się wzmianki o tym, czy parę minut wcześniej denat widział kominiarza lub jakiegoś łysego gościa w okularach.

    Zastanawiasz się zapewne, jakim cudem tyle wiem i nadal żyję, skoro to wszystko ma być prawdą. To dlatego, że nie wspomniałem jeszcze o bardzo ważnej, lecz prostej rzeczy, którą odkryłem parę lat temu. Ale najpierw rozsiądź się wygodnie, nalej nam jeszcze trochę tej przepysznej whisky, a ja wszystko ci dokładnie wytłumaczę…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Tasioros

      Dobre.
      Na studiach zacząłem pisać opowiadanie o stworach żyjących na dachach i walczących z kominiarzami, którzy stanowią sektę służącą pradawnemu złu. Tyle z tego wyszło, że stwory z dachów zostały mi do opowiadania “Poświat” (gdzie już kominiarzy nie ma). Jeśli nie kojarzycie opowiadania – to jest to, z którego potem ściągał Dukaj pisząc “Starość aksolotla”:).

  7. MHT

    Bosmanie! Chcę książkę o kominiarzach! O jakimś tajnym stowarzyszeniu, siłach ciemności i ich wysłannikach, o drugim świecie ukrytych w cieniach naszego, o wielkiej ludzkiej ignorancji i niezauważaniu tego i o jakimś bezimiennym bohaterze który nagle dostrzega to co był w zasadzie zupełnie oczywiste. I rozpoczyna się nierówna walka o losy wszechświata z tymi zwiastunami pecha, żniwiarzami złego, kominiarzami.

Powrót do artykułu