Pięć nadrobionych komiksów

bosman_plama dnia 4 września, 2015 o 8:41    42 

Wpadłem w szał zakupów. Zbyt szybko się on nie skończy, ponieważ w przyszłym tygodniu ukazują się dwa komiksy typu: “bierz moją kasę!!!”. Też Wam o nich tu wspomnę. Ale najważniejsze będą te, które przeczytałem dopiero co. Wszystkie, ku mimo wszystko mojemu zaskoczeniu, naprawdę bardziej niż dobre. A z zakupem wszystkich trochę zwlekałem.

Pierwszy niech będzie Amerykański wampir Snydera i Kinga (w tej kolejności, bo to Snyder jest pomysłodawcą serii i on ją prowadzi; King, o ile wiem, pracował tylko przy pierwszym tomie). Zwlekałem z tym zakupem, bo wampiry, podobnie jak zombiaki, trochę mi już wychodzą bokiem. Do tego, przyznaję, nie jestem wielkim fanem Snydera, którego festiwal trwa właśnie na naszym rynku. Facet wyrasta na jednego z ważniejszych amerykańskich twórców komiksów, a ja nie czuję do niego mięty i już. OK, Batman: Trybunał Sów nie był złym komiksem, powiedziałbym nawet, że był komisem niezłym. Ale nie miażdżył, a jego kontynuacja: Miasto Sów to słabizna. Inne Batmany Snydera były lepsze lub gorsze, ale też nie rozpirzały systemu. W związku z tym wywalenie paru dych na jego komiks o wampirach nie znajdowało się na liście moich celów do spełnienia w życiu.

amw1

Niemniej komiks zbierał świetne recenzje. Ostatecznie uznałem, że King wyrówna niedoskonałości. W dodatku miałem klimat na westerny, więc odżałowałem krwawicę i dokonałem zakupu.

Nie żałuję. Przede wszystkim otwarcie Kinga, w którym tłumaczy, że ma już dość elegancików i lalusiów i marzył o prawdziwym krwiożerczym łowcy całkiem nieźle zapowiada treść komiksu i odpowiada i  mojemu znudzeniu wykastrowanymi pijawkami. King spełnia obietnicę – dostajemy opowieść o prawdziwym sk…synu, który jeszcze za życia znajdywał przyjemność w zabijaniu. A że żył na dzikim zachodzie, gdzie rewolwer bywał prawem, to okazji do oddawania się swojemu hobby. I taki łajdak zostaje wampirem. Poczucie humoru Kinga każe mu postawić go naprzeciw bandy wampirzych snobów z wysokich sfer.

amw2

Z historią zwampirzonego bandyty przeplata się historia ślicznej aktoreczki z młodego Holiłódu, która znalazła się na nieodpowiednim przyjęciu. Tę historię pisał już Snyder i muszę przyznać, że poszło mu nieźle. Z tym, że o ile King jest bezwzględny i sprawia, że czytelnik może się zastanawiać, czy ci dobrzy w ogóle mają jakiekolwiek szanse, czy też są, co wydaje się w trakcie lektury bardziej prawdopodobne, wyłącznie tucznikami na rzeź, to Snyder prowadzi historię łagodniej i przewidywalniej. Brak mu wyrobienia starego mistrza, ale i jego pazura. Dlatego obawiam się o następne tomy, które Snyder tworzył już sam. Wkrótce się przekonam, bo drugi już zamówiłem.

Nawet jednak jeśli mnie rozczaruje, i tak jestem zadowolony z zakupu pierwszego tomu. Właściwie można go czytać jako zamkniętą całość – opowieść o narodzinach i chrzcie bojowym dwóch amerykańskich wampirów i o tym, czym różnią się od zblazowanego towarzystwa przybyłego z Europy. Tak naprawdę ta historia mogłaby się skończyć już na tym tomie i tak byłaby wyśmienita. Warto się z nią zapoznać. Kto wie, może nakręcą na jej podstawie film?

blue3

Wspominałem, że miałem klimat na komiksy? Nadrobiłem więc dwa kolejne tomy przygód porucznika Blueberry’ego. To już ultraklasyka autorstwa hiperlegendy komiksowego świata – Moebiusa (wspólnie z Jean-Michelle Charlierem). Wychodzi u nas obecnie seria wydań zbiorczych (za niespełna miesiąc piąty tom) tego klasycznego, wykorzystującego wszystkie znane nam z filmowych westernów numery i spinającej je w jedną sagę. Dla wielbicieli westernu to fantastyczna sprawa, bo Moebius i Charlier niby jechali po schematach, które wszyscy znamy (a część z nas je kocha), ale zrobili to z takim biglem, że nie sposób oderwać się od lektury. W trzecim tomie Blueberry musi zdjąć mundur, bo zostaje wysłany z tajną misja do Meksyku, gdzie ma dotrzeć do zapasów złota, które południowcy ukryli na czarną godzinę. Oficjalnie zostaje więc oskarżony o cała masę niesubordynacji a nawet przestępstw (z których znaczną część rzeczywiście udawało mu się popełnić) i w niesławie pryska do Meksyku ścigany przez łowców nagród (bo wysłano za nim list gończy). A Meksyku spotyka go wszystko, co najlepsze – gubernatorzy z kompleksem Boga, bandyci, piękne a niebezpieczne kobiety oraz taka masa strzelanin, wybuchów i zwrotów akcji, że mógłby ich pozazdrościć serial 24.

blue2Tom czwarty nieco mnie rozczarował, ponieważ western zaczął zmieniać się w nim coś podejrzanie przypominającego inną komisową serię; XIII. Mamy więc spiski w spiskach, tajnych agentów  i jeszcze tajniejszych agentów, zamach na prezydenta i zdradzanie wszystkich przez wszystkich. Czytało się to fajnie, ale niezupełnie tego oczekuję od westernów.

Zmęczony ganianiem po prerii sięgnąłem po komiks numer cztery, ten, który zostawiłem sobie na deser. Odwlekałem jego zakup dość długo, choć też wszyscy wychwalali go pod niebiosa. Niemniej krążyłem wokół tego tytułu niczym nerdowski sęp niepewny, czy to, co wygląda na zwłoki nie okażą się żywym trupem.

reds1

Widzicie, pomysł zawarty w komiksie Superman: Czerwony Syn jest prosty, ale szaleni efektowny – przybysz z Kryptona zamiast w USA ląduje w stalinowskiej Rosji i zostaje wychowany na wzorowego komunistę. O jakże można coś takiego spieprzyć!

Mark Millar, szczęśliwie, nic prawie nie spieprzył. Dawno nie czytałem tak udanego komiksu o Supermanie (i Batmanie trochę też). Gdybym bardzo chciał się upierać, zacząłbym pytać gdzie był Chruszczow, Żukow i jeszcze paru gości z czerwonej ferajny. Ale że dałem się porwać historii, to tego nie napiszę. Mam też wrażenie, że Superman nie nazywałby się w Rosji Supermanem, a Batman z pewnością nie nazywałby się tam Batmanem. Zauroczona chłopakiem ze stali amazonka Diana tez raczej nie przybrałaby miana: Wonder Woman łowiąc dla partii desydentów. “Krasnaja Żeńszczina” albo coś w ten deseń wydają mi się bardziej prawdopodobne. Ale to właściwie koniec moich zastrzeżeń. Reszta wyszła znakomicie, nawet jeśli Lex Luthor nieco przypomina mi z charakteru i sposobu bycia Doktora Manhattana ze Strażników.

luthMam słabość do historii, w których Batman spotyka Supermana (a;propos, w Usach zaczęły się już ukazywać odcinki zwieńczające batmańską trylogię Franka Millera; że dopiero teraz okazało się, iż to trylogia, a dotąd większość z nas żywiła przekonanie iż Mroczy Rycerz i Mroczny Rycerz Powraca stanowią zamkniętą całość? No cóż, nie też się tak wydawało. Zobaczymy co Frank Miller z tego zrobi). I nie dziwię się, że w tych poważniejszych zwykle to Batman okazuje się być psychopatą, który miał rację. W Czerwonym Snu urodzony w Związku Radzieckim Batman też ma się za co mścić, tyle, że zamiast milionerem z drugą osobowością jest po prostu terrorystą.

reds2

Komiks pięknie rozwija słabości Supermana, który przecież pragnie być dobry i chce, aby ludzie byli bezpieczni i względnie szczęśliwi. Czy ktoś taki mógłby się nabrać na komunizm? Cóż, gdyby wychowywano go od maleńkości w przekonaniu, że to najdoskonalszy z systemów?

Nie trzeba znać historii Supermana, Wonder Woman i Batmana, by dobrze bawić się przy tym tytule. Ale warto je znać, bo wtedy dodatkowo można się cieszyć smaczkami porozrzucanymi po komiksie. O ile każdy chyba załapie kim jest ta starsza pani nadającego na komunistycznego potwora, skąd się wzięła Lois Lane, to w komiksie są i subtelniejsze nawiązania. Na przykład wystrój jaskini Gacka pasowałby raczej do Jokera.

No i jest i Luthor. Choć komiks pod tytułem Luthor ukazujący wydarzenia z jego punktu widzenia albo już się ukazał, albo lada moment ukaże, to mam wrażenie, że jego twórcy musieliby się bardzo postarać, by przelicytować Luthora z Czerwonego Syna. To chyba najlepsza postać w komiksie. Widzicie, jeśli Superman stoi po stronie wrogów demokracji, to kto może okazać się jej obrońcą? No właśnie… A przy tym Luthor ani na moment nie przestaje być sobą. To szalony egocentryczny geniusz, który zostanie mistrzem zła ma w genach. Jedyne, co go obchodzi, to spełnianie własnych zachcianek i kompletnie nie liczy się z ludzkim życiem. Ale stoi po stronie, której kibicujemy, o ile nie jesteśmy świrami opętanymi marzeniami o życiu w naprawdę totalnym totalitaryzmie.

rs3Czerwony Syn jest wyśmienity właściwie do ostatniego kadru. Obserwujemy bandę bohaterów decydując czy wolimy kibicować szaleńcom, czy idealiście gotowym zmienić życie ludzkości w koszmar. Do tego to komiks, który potrafi zaskoczyć, czasem jednym zdaniem. Oczywiście, sporo w nim umowności, ale to naprawdę kawał świetnej komiksowej roboty, jeden z najlepszych amerykańskich komiksów, jakie trafiły w moje ręce ostatnio. Nie jest to rzecz tak przełomowa, wywołująca tornada w mózgu jak np. Zabójczy Żart czy Mroczny Rycerz (by trzymać się w klimatach DC), ale coś, co nie jest rewolucją może być znakomitą historią. Tego raczej nie zekranizują.

folwark3

Ostatnia zaległość do nadrobienia? Zaczyna się ukazywać na naszym rynku kolejne wydanie serii Baśnie. Jednego dnia ukaże się pierwsze wydanie tomu 14 i drugie tomu 2 (Folwark Zwierzęcy). Właśnie ten drugi tom muszę nadrobić, bo z jakichś przyczyn jest totalnie niedostępny. Nawet pierwszy to trafia się na przecenach. Drugi można trafić od czasu do czasu na aukcjach za nieludzkie ceny. Nareszcie nadrobię więc całość (dostępną) jednej z moich ulubionych serii komiksowych. Gorąco polecam skorzystanie z okazji, jaką daje wznawianie jej całej. Jakkolwiek niepoważnie może brzmieć w założeniach, ci, którzy grali w The Wolf Among Us, wiedzą, że Baśnie, choć pełne humoru i igraszek z bajkami i legendami są równocześnie cholernie poważną historią. A Kopciuszka chyba sobie wytatuuję.

 

 

Dodaj komentarz



42 myśli nt. „Pięć nadrobionych komiksów

          1. aihS Webmajster

            @bosman_plama

            Ja bym nie chciał.

            Dzisiaj ludzie w autobusie się ode mnie odsuwali bo chichrałem się patrząc w telefon. Wszystkiemu winna przypowieść o siedmiu menedżerach 🙂

            PS Co ty masz z tymi bogami? Dzielnicy Obiecanej nie tknąłem po odbiciu się od oryginalnego Metra, ale założę się, że tam również motywy boskie wplotłeś 😉

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @aihS

              No wątek jest…. Znaczy kwestia nawrotu pogańskich bogów w “Dzielnicy…”. Podjąłem po prostu samodzielne (prawie) zmagania z z idealistycznym przekonaniem, że rozwój technologii przyniesie rozkwit racjonalizmu. Mnie się wydaje, że irracjonalizm jest nieuleczalny a im bardziej skomplikowane (i niezrozumiałe) technologie, tym będzie rosła jego siła.

        1. MusialemToPowiedziec

          @aihS

          Może być i z 11ego, więc może nawet 4 lata.

          Not my fault Batman nawet Bruce Wayne’owi na Batcomputerze siada 🙂 . Pierwsza gra, która tak wybitnie mówi “czas na upgrade”. Jeszcze ze 2, 3 i się zajrzy do skarbonki.

          Zasilacz dobrej firmy, nie jakiś no-name. Choć właściwie te wszystkie na “złej liście” to nie są no-name’y, bo inaczej nikt by nie wiedział, że są do niczego 😀

  1. Beti

    Amerykański Wampir wygląda fajnie, podoba mi się kreska.
    Bosman, przekonałeś mnie do zakupu 🙂

    Z seriali oglądam teraz Humans i powiem szczerze, że im dalej tym ciekawiej. Akcja dzieje się w świecie, w którym zwykłe prace wykonują Synthy – roboty wyglądające całkiem jak ludzie. Już w pilocie dowiadujemy się, że niektóre z nich mają świadomość 😉

  2. Revant

    Z wampirów to tylko Alucard ^_^ zarówno majestatyczny, jak i szaleńczy w swym fachu 😉 Hellsing Ultimate, jakby ktoś chciał spróbować.

    Ja właśnie dogoniłem do 799 chaptera One Piece. Jaki cudowny tasiemiec 😀 dwa własne pierwsze tomy już na półeczce, następne dwa w kolejce do zamówienia. Postanowiłem sobie zrobić taką własną prenumeratę – po 2 tomy na miesiąc. Jeszcze 75 do kupienia, aby być na bieżąco 😉

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @true_mayonez

                Zależy od umów. Ja mam zwykle procent od ceny sprzedaży, więc “gdzie” i “za ile” ma/miewa znaczenie. Przy czym procentu nie liczy się od ceny wystawcy a od kwoty wydawcy, bo inaczej byłoby to nie do ogarnięcia.
                Tania książka to osobne historie, tam zwykle książki idą prawie po kosztach. Jeśli więc liczymy procent od ceny wydawcy, to nie ma mowy, żeby kwota była taka, jak po premierze.
                Oczywiście, jestem w stanie sobie wyobrazić, że np. Sapkowski podpisuje umowę na stałą kwotę od egzemplarza na przykład i w nosie ma za ile się te egzemplarze sprzedaje.

              2. furry

                @aihS

                Z empiku to przychodzą do wydawcy zwroty, zamiast pieniędzy 🙁

                A w Polsce naprawdę wszystko jest możliwe, książki w dniu premiery (a nawet przedpremierowo) sprzedawane są z rabatem 30%, jak Hyperion Dana Simmonsa.

                Dyskonty typu Aros, Bonito czy Dedalus to nie jest tylko “tania książka” sprzed lat, czyli niesprzedane resztki nakładów, mają też nowości w cenach absurdalnie niskich w porównaniu z empikiem.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @larkson

      Polskie ceny komiksów są zabójcze, to fakt. Z drugiej strony najczęściej dostajemy wydania zbiorcze. W Stanach te Hellboye kupowałbyś pewnie w wydaniach zeszytowych po ileśtam cenciaków.

      Z drugiej strony ostatnio wywaliłem coś ze czterdzieści eurasów na wydanie zbiorcze serii Claire Wendling (pisałem o niej tydzień temu), więc na zachodzie te formy komiksów też kosztują.

      No i ja zwyczajnie lubię komiksy, traktuję je jako równoważną formę przekazu jak powieści. Też obracam każdą złotówkę nim wywalę ok. sto zeta na komiks (nowe wydanie Incala, na ciebie patrzę), ale potem nie żałuję wydanej forsy. Czasem opowieści w komiksach potrafią przeskoczyć powieści. Tak jest np. w przypadku “From hell”, które miażdży wszystkie zespoły. “Poszukiwania ptaka czasu” (pierwszą serię) uważam za jedną z najniezwyklejszych opowieści fantasy i osobiście stawiam ją na mentalnej półce obok Tolkiena i LeGuin.
      I sądzę, że właśnie siłą opowieści ważę ceny komiksów, a nie czasem, jaki poświęcam na ich lekturę. Inna sprawa, że np. “From Hell” czytałem chyba z tydzień.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @furry

          “From Hell” jest ciężki, bodaj najcięższy komiks, jaki czytałem. Ale przejażdżka dorożką jest czadowa bo to opis mistycznej masońskiej mapy Londynu.

          A “Sagi” jeszcze nie czytałem. Nawet fortuna zarobiona na “Dzielnicy obiecanej” nie broni przed ostrożnym planowaniem wydatków.

  3. MusialemToPowiedziec

    A tymczasem Bethesda się pochwaliła, że skończyli nagrywać swoje 111 tysięcy linijek dialogowych do Fallouta 4. I z radością oznajmili, że to więcej niż FO3 i Skyrim razem wzięte.

    Zanim Bosman się ucieszy, że tyle gadania, warto pamiętać: w przypadku Skyrima 99.9% linijek dialogowych należało do NPCów (0.1% to Fus Ro Da), w przypadku FO4 jakaś 1/3 to będzie malePC, druga 1/3 to femalePC, co na NPC zostawia koło 40k linijek.
    Skyrim miał 60k linijek 😀

      1. MusialemToPowiedziec

        @LiberNull

        Cóż, Wiedźmin 3 ma przynajmniej 30k linijek, tyle CDRed na pewno potwierdził, tyle że to było “30k i wciąż pojawiają się nowe”. Fallout 3 miał ich mieć 40k Skyrim 60k (choć tu nie wiem, czy 60k wszystkiego, czy 60k samego audio, a wszystkie linijki gracza nie były policzone).
        Więc bosman ma rację, rozmiar to nie wszystko 😉

        1. lemon

          @MusialemToPowiedziec

          No fakt, W3 nie jest zbyt ciężkim dialogowo erpegiem. Co prawda nie ma kółka jak w Mass Effect, ale opcji porównywalnie mało. Chociaż jak patrzę na W1 (bo sobie odświeżam pomalutku), to i tam nie była to warstwa zbyt rozbudowana. Rozmowy z Baldurów i Tormentów już chyba nie wrócą (może w nowym Tormencie, a nie wiem, jak było w Pillarsach). Młodzież z ADHD i tak by ich nie czytała.

Powrót do artykułu