Pięć dni przed sobotą

bosman_plama dnia 14 marca, 2014 o 8:54    165 

Wprawdzie Tydzień dzieci ma siedmioro, ale tak naprawdę nie ma między nimi równości. Pięcioro z nich zasuwa w pocie czoła i wcale nie cieszy się wielką sympatią ludzką, a dwoje nierobów i imprezowiczów to ludzcy ulubieńcy. Tymczasem to właśnie pięć dni przed sobotą pełne jest wydarzeń.

Poniedziałek, czyli Detektywi. Zakończenia seriali, które trochę namieszały w popkulturze niosą zwykle niebezpieczeństwo rozczarowania. Gromy posypały się (i nadal się czasem sypią) na zakończenia Lost, Battlestar Galactica czy Dexter. Jak się wydaje najlepszym sposobem, by nie rozczarować fanów jest urwać nadawanie serialu przed jego zakończeniem. W ten sposób Carnivale, Deadwood, Rome i Firefly pozostają w oczach fanów wspaniałymi niespełnionymi produkcjami zamordowanymi w kwiecie wieku przez złowróżbnych księgowych. True Detective nie mogło skorzystać z takiego wytrychu, ponieważ wredni Usańcy ściągający od innych co się da, tym razem ściągnęli od przebiegłych Brytoli pomysł, że seriale powinny być krótkie. Nie da się wytłumaczyć ludziom: “urwaliśmy serial na czwartym z ośmiu odcinków, bo odkryliśmy, że mamy za mały budżet, żeby to ciągnąć wobec małej oglądalności” i nie wyjść przy tym na kretyna.

true-detectivedotPrawdziwa szorstka, twarda męska przyjaźń wygląda tak. Myślicie, że ci dwaj goście myślą teraz o śledztwie? Bynajmniej, każdy myśli o swojej rodzinie.

True Detective musiał więc dobrnąć do końca i końcem tym, oczywiście, rozczarował na tyle dużo osób, żeby o ich żalach zrobiło się trochę głośno w sieci. Mam wrażenie, że wszyscy ci rozczarowani padli ofiarą dowcipu zrobionego przez twórców serialu. Uwierzyli, że jeżeli serial ma w tytule “detektywa”, to musi być kryminałem, tak jak Kobieta za ladą była filmem o przemyśle spożywczym, Szpital na peryferiach o lekarzach a M jak miłość o tym, że prawdziwe życie nie ma fabuły. Tymczasem nic bardziej mylnego. True Detective nie był serialem kryminalnym. Owszem, były jakieś morderstwa. Ale zastanówcie się – ile czasu poświęcano w kolejnych odcinkach śledztwu, a ile kwestiom obyczajowym? Nawet śledczy przesłuchujący głównych bohaterów wysłuchiwali przede wszystkim opowieści o szorstkiej przyjaźni i nie mniej szorstkiej miłości. Dopiero pod koniec serialu wydarzenia kryminalne nabrały tempa, ale czy one miały naprawdę większe znaczenie dla serialu? Musiałbym troch pospoilerować, ale przecież zakończenie kompletnie ignoruje kwestie związane ze śledztwem. Cała gadka o świetle i ciemności, łącznie z ostatnim zdaniem niekoniecznie dotyczy śledztwa, ale tego, jak poukładały się relacje bohaterów z najbliższymi im ludźmi. Kryminał kończy się mniej więcej w 3/4 ostatniego odcinka, a potem jest jeszcze dużo gadania o tym kto kogo zobaczył i jakie ma szanse na powroty, oraz kto jest kim dla kogo. True Detective to nie kryminał, to obyczaj o potrzebie bliskości. Kryminalne, drastyczne tło jest w tym serialu potrzebne, by podkreślić jak bardzo ponura bywa rzeczywistość, udramatycznić opowieść o smutku, jaki towarzyszy nam, jeśli zostaniemy sami i o możliwościach, jakie dają nam bliscy. Jeśli daliście się nabrać na wątek kryminalny, możecie poczuć rozczarowanie, to fakt.

clondotPoszukiwacze złota na szlaku. W serialu taką scenę, odtworzoną niemal co do piksela, możecie zobaczyć w kolorze. Gdy człowiek pogrzebie w sieci, okazuje się, że twórcy Klondike przyłożyli się do dbania o realia, a przynajmniej oglądnęli w sieci te same zdjęcia, co i ja.

Wtorek, czyli nadrabianie zaległości – Klondike. Ostatnimi czasy spod nazwiska Scott częściej wychodziły dobre seriale niż filmy. Choć Klondike wyprodukowało Discovery Channell a nie Scott Free, to Ridley Scott też się zaplątał w ów serial o poszukiwaniu złota. Szuka cennego kruszczu Robb Stark, który tym razem, dla odmiany, ucieka przed wilkami, ale także przed lawiną i nudnym życiem zamożnego mieszczucha. Wyszła z tego całkiem sprawna przygodowa mini seria. Nie jest specjalnie odkrywcza; o życiu w miasteczku bezprawia nie dowiemy się z niej nic, czego nie wiedzielibyśmy już po oglądnięciu Deadwood, a mroczny Tim Roth aspirujący by trząść miasteczkiem nie dorównuje Ianowi McShane, którego Al Swearengen z Deadwood pożera żywcem wszystkie czarne charaktery z westernów. Niemniej, ogląda się Klondike całkiem przyjemnie, zwłaszcza gdy ktoś, jak ja, żywi ciepłe uczucia wobec Abbie Cornish i lubi westernowe klimaty.

abbiedot

Abbie Cornish możecie kojarzyć z filmu o nimfetkach strzelających do napędzanych parą niemieckich zombie. Abbie to ta po środku.

Środa, czyli wreszcie w coś gram. Nie ma co udawać, ostatnimi czasy z trudem starcza mi czasu na granie. Na półce wstydu znalazło się też kupione na przecenie Binary Domain, które wielu gikzowiczów zachwalało. I rzeczywiście, gra okazała się bardzo miodna. Brakowało mi możliwości postrzelania do czegoś i BD całkiem fajne strzelanie mi zaoferowało. Ale zaoferowało coś więcej – fajne wyraziste postacie, które lubi się tyleż łatwo, co chętnie, jedne z lepiej zrealizowanych dialogów w grach i całkiem przyjemne tło fabularne z umiejętnie zrobionymi filmikami. Cut scenki zostały nakręcone wedle najlepszych wzorów kina sensacyjnego – każda ma swoją własną mini historię, napięcie i kulminację. Wszyscy to powtarzali, więc i ja powtórzę – tak powinno było wyglądać Mass Effect. Zamiast udawać na siłę cRPGa, trzeba było zrobić rozwałkę z fabułą. Zamiast silić się na pozorne wybory i niby skomplikowane dialogi decydujące o tym, kogo Shepard zaciągnie do łóżka, trzeba było zrobić pełnoprawną, satysfakcjonującą strzelankę z docinającymi sobie nawzajem (często w ogniu walki) wyrazistymi postaciami, ze zwrotami akcji z porządną dynamiką i fajnie, choć nie jakoś bardzo oryginalnie wykreowanym światem. Zero rozmemłania – dużo zabawy. Już tęsknię za powrotem do tej gry, ale trochę sobie na to poczekam, bo…

binarydot

Paczka twardzieli, do poznania których zachęcili mnie gikzowicze. Fajnie między sobą gadają:
“Ty, ja ją skądś znam. Chyba widziałem ją w jakimś filmie.” “W filmie? Przecież ty oglądasz tylko pornosy!”. “Noooo właaaaśnie!”

Czwartek, czyli zadanie domowe – Age of Wonders III. Od razu zaznaczam – nie narzekam. Dostałem od Nitka do ogrania grę, na którą czekałem i którą zamierzałem kupić. Nie pograłem na razie zbyt wiele (jakiś siedemdziesiąt minut), ale już widzę, że jest fajnie. Wprawdzie gra trochę szaleje (zostało jej nieco czasu do oficjalnej premiery), ale nie na tyle, by jej narowistości przeszkadzały w zabawie. Ot, odpaliła mi się po polsku po to, by zaraz się wykrzaczyć i powrócić już tylko w wersji prawie angielskiej. “Prawie”, bo polskie teksty, w imię najlepszych tradycji partyzanckich, od czasu do czasu niespodziewanie wyskakują. Dziwne rzeczy dzieją się też momentami z grafiką. Niezależnie od ustawień napisy menu często sprawiają wrażenie rozmytych, a nawet symulują postrzeganie świata poprzez zeza, jakby dwie warstwy napisów nakładały się na siebie. Na szczęście nie jest to wielki problem, bo już opisy (czarów, przedmiotów, ras i w ogóle wszystkiego – ta gra ma całkiem sporo takich opisów) nie cierpią na taką dolegliwość. Ponadto międzymordzie opiera się przede wszystkim na symbolach graficznych, więc owa “symulacja zeza” dotyczy tylko niewielkiej jego części. Sama grafika jest dość prosta i mam wrażenie, że bogatsza była w Age of Wonders II. Tyle, że teraz mamy trójwymiar i ta prostota sprzyja przejrzystości, której w poprzedniej części czasem brakowało.

aowdot

Age of Wonders kiedyś wyglądało tak…

Każdy, kto grał w wcześniejsze odsłony serii poczuje się jak w domu. Rozbudowa miasta jest niemal identyczna, opiera się nawet na bardzo podobnych do wcześniejszych ikonach graficznych. Według tych samych zasad poruszamy się po mapie, tak samo toczymy bitwy – wszystko opiera się na turach, ukształtowanie terenu ma znaczenie itp. itd. Początkowo odnosiłem wrażenie, że bitwy są zbyt proste, ale potem czarny charakter nadciągnął z armią, która zmasakrowała moje nie dość liczne oddziały i znów poczułem się jak w domu. Ponieważ w przyszłym tygodniu jadę na Pyrkon, więcej na temat AoW III napiszę dopiero po następnym weekendzie. Ale wygląda na to, że jest dobrze. Twórcy AoW III nie powtórzyli błędu ludzi odpowiedzialnych za nieszczęście, jakim okazało się Disciples III, które zbyt daleko odeszło od mechaniki poprzednich części. Wystarczyło kilka minut z AoW III bym poczuł się jak w domu.

aow3dot…a teraz wygląda tak.

Piątek, czyli plany. Nie oszukujmy się, piątek to taki dzień, którego właściwie nie ma. Wprawdzie wzdychamy do niego przez wcześniejsze cztery dni, ale w sam piątek myślimy głównie o wieczorze, który nie jest już piątkiem, ale preludium soboty i o sobocie właśnie. O sobocie, nie o niedzieli, bo niedziela przypomina nieco piątek – szybko przekształca się w preludium poniedziałku. Zatem o niedzieli myślimy mniej, a do soboty wzdychamy. Dla mnie piątek, a także część soboty, będzie rozwinięciem czwartku – upłynie pod znakiem AoW III, być może jakiegoś serialu (mam do nadrobienia najnowszy odcinek Mentalist), odrobiny piwa i całkiem sporej ilości minut czytania. A w przyszłym tygodniu Pyrkon. Jest tu ktoś z Poznania? A nawet jeśli nie jesteście, z Poznania, jak Wam minął tydzień i jak planujecie go zakończyć?

 

Dodaj komentarz



165 myśli nt. „Pięć dni przed sobotą

  1. urt_sth
    firana z zasłoną i żaluzjami Pokaż

    PS. Mała korekta, rozczarowania mogły dotyczyć wątku kryminalnego, a raczej mało wiarygodnych działań policjantów w związku z nim, ale jak ktoś już tutaj wspominał było to w połowie serii.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @urt_sth

      Rozczarowania były różne. Po sieci krążą jęki (różnojęzyczne) sprowadzające się też do: “eno, zaraz, przecież oni…” i tu dopisz sobie sam zwieńczenie wątku kryminalnego:).
      Dla mnie wątpliwości, o której Ty piszesz nie ma, jeśli patrzę na serial o dwóch facetach, którzy tracą swoje rodziny i próbują sobie jakoś z tym poradzić (i obaj sobie nie radzą). Wtedy mamy obyczaj z kryminalnym tłem.

    2. Twoja_Stara

      @urt_sth

      Firanka Pokaż
      1. urt_sth

        @Twoja_Stara

        Spoiler! Pokaż
  2. urt_sth

    Z historii tego tygodnia: poległem 0:2 z bananowcem na miodzie ze świeżymi daktylami i orzechami pekan. Ten przepis jest jakiś zwalony (za drugim razem modyfikowałem łączenie składników, aby zwiększyć swoje szanse różnice ledwo zauważalne), poszukam oryginalnego(przed tłumaczeniem), może będą jakieś komentarze w sieci.
    Pozostaje mi smakowanie w sumie dobrego zakalca, a jutro sernik z jim beam’em 🙂

    PS. Nadrabiałem filmy, codziennie jeden w nocy. Paperman i Życie Pi jakoś tak bardziej mi utkwiły z tych obejrzanych. Mud też niczego sobie, pomimo uderzeniowej dawki młodzieńczej naiwności – człowiekowi od razu nuci się w głowie tak jak Bolek i Lolek

  3. sunrrrise Mistrz złotej łopaty

    @True Detective:
    Jeden z kilku seriali w który się naprawdę wciągnąłem. Dużą jego zaletą jest to, że ma tylko osiem odcinków więc jeżeli ktoś, jak na przykład ja, nie lubi serialowej formy to może potraktować go cztery normalne filmy (bo ogląda się go też jak film bez wrażenia “no jak na serial to jest naprawdę dobrze”). Faktycznie, jest mało kryminalny choć z drugiej strony sześciominutowa scena szturmu na getto kręcona na jednym ujęciu kopie w szczękę niemalże tak mocno jak lądowanie na plaży Omaha w Szeregowcu Ryanie. Oczywiście przesadzam, ale tylko trochę.

    Dzięki za Deadwood i Klondike – ostatnio skończyłem ŚWIETNEGO CoJ: Gunslinger i jestem spragniony takich klimatów.

    @Gry:
    Sukcesywnie czyszczę półkę wstydu – wskoczyłem na wyższy poziom nerdostwa, tzn. “księgowy” i sporządziłem listę w arkuszu kalkulacyjnym z filtrami “do kupienia/do zagrania/źródło/DRM” itd. I są efekty! W tym tygodniu zaliczyłem już:
    -Call Of Juarez: Gunslinger (8/10)
    -Brothers: A Tale of Two Sons (8/10, wymagania: pad i rozszczepione półkule mózgowe)
    -The Rapture Is Here And You Will Be Forcibly Removed From Your Home (eksperyment z prozą Lovercrafta, 6/10, z tego aż 5 zdobywa soundtrack!)

    Only 159 games to go!:D

    @Plany weekendowe:
    Standby przerywany graniem w (chwilka, niech sprawdzę listę):
    -Europa Universalis IV
    -FEZ
    -Operation Flashpoint: Dragon Rising lub Operation Flashpoint: Red River
    -Papo & Yo
    -Shelter
    -XCOM: Enemy Unknown/XCOM: Enemy Within

    PS. jaki jest wrzucana grafik w tej samej wielkości co miniaturki?

              1. urt_sth

                @Beti

                Po dużym piwie (chyba że to czeskie ciemne to nie) już moja skuteczność w grach znacząco spada, a podniesione samopoczucie alkoholem tego nie rekompensuje wystarczająco.
                Wyjątek stanowi granie na zmianę i picie, tu da się i jest wesoło, ale wtedy granie jest tylko dodatkiem.

    1. furry

      @sunrrrise

      Kilka ostatnich nocy zarwałem przy XCOM. Bardzo zarwałem, bardzo. Gra niby taka sobie, części taktycznej nie ma co porównywać ze “starym, dobrym UFO”, ale wciąga bardzo.

      Nawet nie jako półka wstydu, po prostu nie mogłem się połączyć ze Steamem, żeby pobrać Kijek Prawdy a XCOM akurat leżał na dysku gotowy, żeby go odpalić w trybie offline. Tylko nie wiem dlaczego zacząłem na średnim poziomie trudności, miejscami jest za łatwo, chociaż parę razy load w trakcie misji robiłem. Chyba polecam zacząć na najtrudniejszym, jak grałeś w stare UFO.

              1. projan

                @powazny_sam

                Skończyłem XCom na Ironmanie (normal) i stwierdzę, że to najlepsza decyzja jaką można podjąć. Zaczynasz dbać o życie wojaków, trenujesz młodych i powoli wciągasz ich do misji, żeby wskoczyli w miejsce zabitych. Gra się stała niesamowita.
                Enemy Within kupione, czeka na zaczęcie na wyższym poziomie. Nie mogę się doczekać.

              2. MusialemToPowiedziec

                @projan

                Tak bardzo chce grać na Ironmanie. Tyle że za bardzo mnie wkurza ten mało sensowny system akcja/ruch+akcja, który już kilka razy mnie zabił, bo 5 gostków podbiegło jak należy, a 6 akurat odkrył 3 chryski i można było tylko oglądać, jak rozszarpują człowieka, bo nawet rozkazu do wycofania nie można zrobić (choć i tak niewiele by pewnie dał…).

              3. projan

                @MusialemToPowiedziec

                Bo trzeba być mega ostrożnym. I zawsze zostawiać sobie zapas ruchu, a najlepiej kolesia, czy dwóch (support chyba) ze zdolnością “jak zobaczę to zaj…e” :).
                Poza tym, shit happens. Trzeba się pogodzić z faktem, że się ludzi traci. W misji w której pierwszy raz spotykamy chryssalidów rozerwały mi one 4 ludzi, a ja się ratowałem ucieczką… Normalnie poczułem się jak podczas pierwszego spotkania w Obcy, decydujące starcie. 🙂 My gracze nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy, dlatego jest to dla mnie mocno odświeżające.

  4. Tasioros

    Jeśli prognoza pogody się sprawdzi i ten weekend będzie brzydki, zimny i nieprzyjemny, to będzie trochę czasu na nadrobienie zaległości. A zaległości to typowe: filmy, seriale, gry, i trochę zabawy z gipsowaniem po ścianach. Do tego jeszcze kucowa “powieść”, która się ukończyć nie może i nie wiem jaki alkohol może przyspieszyć produkcję.

    Filmy czekają na mnie dwa: “Sucker punch” do patrzenia i prawdopodobnie “Dallas buyers club” do oglądania. A i tak może stanąć na tym, że obejrzę jakiś badziewny pseudo horror o grupie nastolatków – jakieś pomysły?

    Co do gier: bardzo chcę ukończyć kiedyś Cestlevanię 1, aby zabrać się za Spec Ops, ale Fallout: New Vegas pożera większość mego czasu przy monitorze, bo umiejętność “przyciąganie gracza” ma rozwiniętą na 90%.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @Tasioros

              To się ogląda jak teledysk, albo niekoniecznie jak teledysk. Najlepiej, jeśli możesz przewijać fragmenty, które Ci nie leżą. A czy będą to poważniejsze kwestie szpitalno-burdelowe, czy przestylizowane nawalanki, to już Twoja sprawa.

              Ogólnie mam wrażenie, że reżyser nie bardzo wiedział co chce opowiedzieć, ale wiedział jak chce to zrobić. Powrzucał więc wszystko, co mu przyszło do głowy, mając nadzieję, że widzowie uznają to za głębię. I część rzeczywiście tak uznała.

            2. Twoja_Stara

              @Tasioros

              Sucker Punch daje rade, jak Bosman pisal wyzej, najlepiej traktowac to jak teledysk, bo wizualia i sciezka bardzo dobrze sie lacza. Jesli chodzi o fabule, mi podeszlo, wiele osob narzeka, tak bywa. Ale zdecydowanie polecam sprawdzic samemu, najlepiej ze szklaneczka czegos wysoko oprocentowanego

              1. Tasioros

                @powazny_sam

                @ wszyscy poczciwi ludzie z Gikza

                Oświadczam wszem wobec i każdemu z osobna, iż omawiany film obejrzę, nie pogardziwszy przy tym trunkiem niekoniecznie zacnym, acz poniewierającym. Przy okazji zaznaczam, iż to przez Was zachęcony to tego czynu zostałem i wszelkie pretensje współmałżonki mej do Was będą kierowane.

              2. teekay

                @Tasioros

                Nie powinieneś się zawieść oglądając Sucker Punch, jeżeli tylko lubisz gry. Bo to taki najbardziej growy film jaki wyprodukowano. Dużo akcji, heroiny z widocznymi atrybutami itd. Jednocześnie mam wrażenie, że gdyby jakieś duże studio postanowiło zrobić grę na podstawie tego filmu, twórcy wycięliby całą tą mistyczną otoczkę i zostawiliby samo siekanie potworów i strzelanie do robotów, co byłoby bardzo krzywdzące dla pierwowzoru i zrujnowałoby cały przekaz filmu. Ja akurat nie traktuję tego filmu, jak koledzy wyżej, li jedynie jako teledysku. Bo poza oczywistym przesłaniem, ma też w sobie pewną zakamuflowaną, uniwersalną prawdę nie tylko o nas graczach, ale chyba w ogóle o ludziach.

              3. bosman_plama Autor tekstu

                @teekay

                A najbardziej growym filmem wszechczasów nie jest “Scott Pilgrim vs. the World”? (no i gra tam Mary Elizabeth Winstead).

                To znaczy, oczywiście, najbardziej growym filmem w historii jest “Digital Estate Planning”, czyli 20 odcinek trzeciego sezonu “Community”. Ale, że to serial, to zalicza się do osobnej kategorii.

              4. Twoja_Stara

                @bosman_plama

                Ale Scott Pilgrim stara sie byc growo komiksowy, a Sucker Punch taki jest, nie ma dymkow, nie ma oczywistych nawiazan a jednak wrazenie ze wszystko mogloby byc wyjete z gry zostaje.
                @teekay, przeslanie filmu niesie sie samo, chodzi o akceptacje formy w jakiej film jest zmontowany, przeciez nikt nie mowi o calkowitym opuszczeniu watku fabularnego na rzecz podziwiania strony audiowizualnej.
                ed: Mary Elizabeth Winstead rzeczywiscie 🙂

              5. projan

                @furry

                Nie oglądaj. Ja sam miałem zajawkę typu łe, młode laski, napieprzają się z różnym tałatajstwem w zajebistej stylistyce. Jak może się to nie spodobać. I zimna ryba. Nudno było po prostu. Choreografia jest mało interesująca, nie ma efektu ŁAŁ, który mam przy starych filmach z Jackie Chanem. 🙂 (a najciekawsze sceny to te ze szpitala)
                Tzn. można obejrzeć, ale jeśli cenisz swój czas (a wiem, że tak) to tyle jest zajebistych filmów czekających w kolejce…
                (dla mnie wyznacznikiem tego czy mi film podejdzie jest ocena “audienców” w serwisie http://www.rottentomatoes.com/m/sucker-punch-2010/, idealnie pod mój gust)

              6. urt_sth

                @Marcin O

                Tak na marginesie, jakiś serwis wprowadził algorytmy “dopasowania” filmów na podstawie masowych danych statystycznych?

                W sensie po własnej ocenie iluś tam w filmów aby mieć wystarczającą próbkę oraz masowych ocen ze strony innych użytkowników, wykonuje predykcję jeszcze nie ocenionego filmu czy podejdzie czy nie bardzo?

  5. mamrotha

    Highlight: Pierwszy pełny tydzień w robocie po 6ms urlopu rodzicielskiego. Jest mocno 🙂
    ZERO grania (kieeeeedy mam?), za to wyczyszczenie folderu wstydu z filmów o ultrabiegaczach i lektur o neurobiologii wysiłku
    I rower. dużo szczęścia w słońcu (10km do roboty to optymalna odległość by się przewietrzyć)
    Planowana wisienka na niedzielę – miejsce na pudle na zakończenie GP zbiegiemnatury

  6. Yerz

    Oglądam Battlestar Galactice, Już 2 sezon leci i dzięki temu nie ma czasu na granie. Sa plany by powrócić do GW2. Nowa postać już jest zrobiona. Język niemiecki ustawiony, bo trzeba go podszkolić. Ostatnio częściej na Xboxie, dzięki Diablo niż na PC w cokolowiek się gra. TItanfall – portfel zeka na przecene bo ta gra nie jest warta tych 120 zl imo.
    Dark Souls 2. Czekam na recenzje wersji PC i zobaczenie faktycznie czy jest grafa o kilka leveli wyżej niż na konsolach czy też nie postarali się.

  7. yustus

    Ja zapewne dzisiaj/jutro zacznę czytać ostatnią część Trylogii San Francisco Gibsona bo Idoru mam już prawie skończone.
    Jak junior zwalczy wreszcie gorączkę to na pewno pogramy w Lego Marvel Super Heroes a wieczorami planuję konwersować z moją małżonką, oglądnąć z nią kolejny odcinek Sherlocka, czekają też Nędznicy i Batman Arkham City z kupki wstydu 🙂

              1. Tasioros

                @yustus

                Ja akurat musicali filmowych nie trawię. Lubię jak są zachowane choć jakieś pozory realizmu (oczywiście w danej konwencji). Więc mogą się napierniczać mieczami świetlnymi, latać nad budynkami, czytać sobie w myślach, grzebać nawzajem w bebechach, ale nie śpiewać do siebie – to jest najmniej prawdopodobna rzecz na świecie.

              2. bosman_plama Autor tekstu

                @yustus

                Sweeney Todd to historia o szaleńcu, więc kupuję, że mógł śpiewać w sytuacji, gdy normalni ludzie mówią. Tak samo kupuję odcinek Scrubs, w którym wszyscy śpiewają, bo od razu jest powiedziane, że to majaki pacjentki z guzem mózgu (Greys anatomy i ten odcinek zwaliło od Scrubsów, tylko, oczywiście, zrobiło to duuużo gorzej).

                Ale żeby normalni ludzie śpiewali zamiast mówić? Ta konwencja mi się wymyka.

              3. MusialemToPowiedziec

                @bosman_plama

                Mnie urzekł odcinek Malcolm in the Middle, gdzie Dewey pisze operę opierając ją na dialogach rodziców, przez co Tata i Mama sobie śpiewają – co prawda tylko dwie operowe piosenki, ale i tak fajnie (zwłaszcza dziś patrząc jak Walter White śpiewa jak to wciąż kocha żonę mimo że ona wcina pizzę ze śmietnika).

                I ta końcówka, na premierze opery: “są tu wszyscy nasi znajomi, mam nadzieje że nasz synek się nie ośmieszy”.

      1. urt_sth

        @bosman_plama

        Niewątpliwie konwencja musical’u (szczególnie w filmie) jest trudna w odbiorze, ze względu na swą nienaturalność, ale nędzników oglądałem z przyjemnością (tych ostatnich filmowych), bo teatralni na licencji w Romie mi nie podeszli, to znaczy gdyby nie jakieś idiotyczne wstawki rozpieprzające nastrój przez śmiech cisnący się na usta było by OK, ale tak wyszedłem zawiedziony.

        PS. No ale ja jestem fanem powieści gdzieś od 25 lat, więc nie mogę być obiektywny.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @urt_sth

          O, powieść też bardzo mi się podoba. Po prostu w moim mózgu brakuje przełącznika służącego do uruchomienia nevermajdyzmu w sytuacji, gdy jakaś postać w filmie/teatrze zaczyna śpiewać zamiast mówić. Gdy w “Nędznikach” Anne Hathaway zarabia oddając się jakiemuś typkowi i równocześnie śpiewa, że to dla niej ciężka sprawa, odpadam inaczej ryzykuję, że mózg mi wybuchnie.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @urt_sth

              Rzeczywiście, w teatrze jestem w stanie przełknąć więcej, bo teatr niejako z definicji opiera się na umowności. Więc tam jakieś śpiewanie w postaci chóru, czy cuś jeszcze ujdzie.

              Ale – jak dla mnie – już nie, że ludzie do siebie śpiewają zamiast mówić. Raz w życiu byłem w operze i powiedziałem sobie po tym to samo, co po doświadczeniu piciu bimbru na cukrze i kiwi – nigdy, ….., więcej.

              1. urt_sth

                @bosman_plama

                Opera to zdecydowanie nie dla mnie, ale to raczej ze względu na zakresy partii wokalnych. Niektóre fragmenty tak, ale prędzej czy później (zwykle od samego początku) wychodzą po za tolerowaną prze ze mnie skalę.
                Generalnie na operę nie patrzę jak na opowiadaną historię, tylko raczej taki “teledysk”, ale muzyka nie ta.

  8. bad_puppy

    true detective:

    Spoiler! Pokaż

    Takich uciętych seriali które żyją w chwale jest więcej.. dodałbym na pewno SG: Universe, który w odróżnieniu od pozostałych SGtów, nie tylko da się oglądać, ale i jest cholernie wciągający.

    gry:
    Hearthstone i Desktop Dungeons (kradnące czas i perfidnie trudne zło sprowadzone na mnie przez Pana Nitka)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @bad_puppy

      Ja tam lubiłem pozostałem SG za luz i humor, jakie w nich się pojawiły a także za zarąbiaszczą wizję wszechświata. Ze SG:U był ten problem, że w pierwszych odcinkach był właściwie klonem BSG (nawet postacie miały swoje odpowiedniki). A jak zdobył wreszcie swoistość i oryginalność i zaczął się robić naprawdę świetny, to go skasowali, takie syny.

      Ale chętnie zobaczyłby też jakiś nowy serial SG w starym stylu.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @Twoja_Stara

            Hehehe, na sieci nazywano go “Greys anatomy w kosmosie”:). Ale rzeczywiście był naprawdę niezły, a w dodatku to było SF bliskiego zasięgu, więc trzymało niezłe współczesnawe tematy – jak np. pomysł, że wyprawę sponsorują prywatni sponsorzy i astronauci muszą konkretnego dnia odstawić akcję promocyjną jakiejś firmy.

            Z kolei w tle były czadowe motywy o antyutopijnej superkonserwatywnej Ameryce. Zdaje się, że nawet jakaś woja tam się kiedyś zdarzyła, ale nigdy nie powiedzieli o niej wprost, tylko puszczali tropy na ten temat. Też żałowałem, że serial padł.

  9. Probabilistyk

    Bosman, właśnie odebrałem z paczkomatu Twoje nowe dzieło (jeszcze nie rozpocząłem lektury), ale mogę już wspomnieć o 2 rzeczach:
    1. Fajnie, że jest wzmianka o tym, że udzielasz się na gikzie 😉
    2. Okładka w ostatecznej wersji jest zdecydowanie “in plus” jednak, jest bardzo ciemna i niewiele tam widać 😉

  10. mr_geo

    A ja się będę przez łykend przeklikiwał przez kolejne kilometry sesjmiki z ofszora Tanzani 🙁 Po dwunastu godzinach takich uciech to grać się nie chce nawet w pasjansa.

    Seriale kryminalno-obyczajowe zastępuje obecność w załodze dwóch ukraińców (jeden ma rodzinę w Symferopolu…) i dwóch rosjan, z których jedna para na dodatek musi pracować na tej samej wachcie, w tym samym kontenerze o pow. jakiś 10 m kw…

    I jeszcze kurna przyszła pora deszczowa i przez 18h/doba zap… woda z nieba jakby kto wiadrami lał. Tropiki, urwał jego mać.

      1. urt_sth

        @Beti

        Aż tak domyślny nie byłem, choć byłem pewny że się jeszcze pojawi.

        Spoiler! Pokaż
Powrót do artykułu