Na szybko – …ale kosmos!!!

bosman_plama dnia 27 maja, 2013 o 15:11    47 

"W obliczeniach był błąd." – to jedno z najsłynniejszych otwarć powieściowych w polskiej SF. Może z nim rywalizować chyba tylko to zdanie: ""Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru." Jeśli ktoś nie wie z jakich powieści pochodzą, niech pogugla. Dla mnie ważne jest to, że oba te początki i powieści, które po nich nastąpiły w sposób radykalny przebudowały mi mózg, niczym szalony naukowiec z horrorów klasy Z. Zrobiły ze mnie miłośnika kosmosu. I rakiet.

I nie, dzisiejszego na szybko nie zainspirował Ziuta poniedziałkowym wpisem o Lemie. Ojcem chrzestnym dzisiejszego NS jest niejaki Śledziu.

Dla niezainteresowanych – będzie dużo obrazków.

nostromo1.jpg

Kosmos zimny, ciemny i ponury. Jedyni spotkani w nim obcy plują kwasem. I nikt nie usłyszy Twojego krzyku.

Do pewnego stopnia to dość lemowska wizja.

 

Każdy z nas, kto miał w życiu odrobinę szczęścia, przeżył podobną chwilę. Nitek, kiedy zobaczył swojego pierwszego wombata, Makbeton, gdy po raz pierwszy wsiadł na rower i zakręcił pedałami, Owca, gdy jej rozszerzonym z zachwytu oczom po raz pierwszy ukazała się łąka – miękuchna i pachnąca świeżej niż kostki zapachowe w dworcowych toaletach. W jednej chwili byliście zwyczajnymi, normalnymi ludźmi zerkającymi na bliźnich spode łba, albo wręcz przeciwnie, posiadającymi jakieś młodzieńcze plany a nawet aspiracje, kombinującymi jak by tu wysępić od staruszków kasę na dropsy, a nagle nastapiło BUM i świat już nigdy nie był taki sam. Ułamek pierwiastka inspiracji zasuwający przez miliardy kilometrów niekończących się przestrzeni nie tylko trafił w waszą łepetynę bądź serducho, ale jeszcze zderzył się z krążącym w którymś z nich atomem zapotrzebowania na zachwyt.

 

odyseja.jpg

W Odysei Kosmicznej nikt nie pluł kwasem, ale i tak było zimno, ciasno i ciemno. 

Kubrick i Scott zgadzali się, że kosmos to średnio gościnne miejsce.

 

Jedni w takich chwilach widzą w wyobraźni przyszłość jaką mogą zapewnić im sztangle, inni odkrywają miłość do kalkulatorów i żyją dostatnio jako księgowi (tyle, że gracze ich nienawidzą), ktoś może odkrył, że podoba mu się Mariolka z pierwszej ławki. Ja zobaczyłem kosmos – wielkie, niekończące się przestrzenie pełne gruzu i kosmicznych piratów. Miałem wtedy może sześć lat (o ile pamiętam) i do wizji wystarczyła mi okładka z rakietą – srebrną, prostą, piękną – która "nie przeszła nad atmosferą, ale zderzyła się z nią", jak dowiedziałem się, gdy przeczytałem pierwsze zdania z powieści ukrytej za tak wspaniałą okładką. Pochłaniałem kolejne książki o kosmosie, czy były to powieści SF, czy też atlasy nieba, albo słowniki astronomiczne. Gapiłem się w gwiazdy, potrafiąc nazwać po imieniu większość z widocznych na niebie (dziś używam do tego mapy google) i przez jakiś czas widziałem kosmos tak, jak ukazywali mi go Lem czy Kubrick – zimne niebezpieczne miejsce naznaczone technologicznym romantyzmem śmiertelnego mrozu i świata nie wybaczającego błędów. A potem przyszedł Lucas i zamieszał. Przygoda w kosmosie była obecna i wcześniej, Lucas nadał jej jednak posmak awantury, dorzucił trzy szczypty baśni i wywalił w… no, odesłał do diabła fizykę. Jak miliony innych zakochałem się w jego kosmosie pełnym ruchu i dźwięków. I choć sentyment do pustki i ciszy nadal we mnie tkwi, to ów anaukowy kosmos przepełniony różnorodnym życiem porwał mnie. Pewnie dlatego tak bardzo spodobał mi się komiks Śledzia (Michała Śledzińskiego) "Czerwony Pingwin musi umrzeć!", który skusił mnie m.in. okazyjną ceną na cdp.pl.

 

star_trek.jpg

Star Trek zawdzięczamy wielobarwny kosmos – wiecie te wszystkie kolorowe mgławice, 

bajeczne kłębowiska gazów i dostojnie umierające gwiazdy.

Wszystko to, co w Star Wars widowiskowo wybucha, w Star Trek majestatycznie a pięknie przesuwa się za iluminatorami.

 

Cały ten strasznie długi wstęp o kosmosie wziął się stąd, że "Czerwony Pingwin…" w pierwszym momencie mnie nie zachwycił, ani nawet nie porwał. Wiecie jak jest ze Śledzińskim prawda? Facet pisze tak błyskotliwe dialogi, że w jego iskrzących humorem, aluzjami, odniesieniami, przywalaniem tym i owym komiskach prawie nie ma – zwykle – miejsca na fabułę. Zastępują ją wspomniane dialogi oraz znakomicie napisane i narysowane postacie. Koleś zajechał na śmierć ileś tam konsol (tak, przykra sprawa, jest konsolowcem), klasykę anime zna pewnie na pamięć i jak wieść gminna niesie zjadł kilkanaście egzemplarzy komiksów Baranowskiego, żeby przesiąknąć ich nastrojem. I wszystko to w jego komiksach widać (zza oparów trawy). Uwielbiam jego prześmiewczą kreskę skłonną do szaleńst i karykaturowania, z zapartym tchem śledzę u niego nawiązania (odjechałem widząc Niedźwiedzia w komiksie o… komisarzu Żbiku), ale nauczyłem się nie oczekiwać od komiksów Śledzia specjalnie rozbudowanej fabuły. Dlatego kiedy "Czerwony Pingwin…" zaczął się od gadki szmatki dwóch kolesi, z których jeden kojarzył mi się z klasyczną kreskówką o marynarzu wsuwającym szpinak, a drugi tak trochę przypominał kudłatego wielkoluda potrafiącego przy pomocy tego samego (jak by się zdawało) ryku skomentować Joyce'a albo zażądać żeby robot przegrał z nim w szachy, nie zdziwiłem się. Gorzej, że gadka ciągnęła się nie nabierając specjalnie sensu, co gorsza bohaterowie zaczęli zdradzać objawy zarażenia charakterów schematami z mangi (jeden traci rozum na widok sutka, a drugi wariuje gdy nie zje czegoś co pięć minut – takie cechy podane w sposób przerysowany znajdziecie w co drugim anime, tudzież mandze). Potem zdarzył się cud deus ex machina i trochę mi się gęba od tego pomarszczyła, a zwoje mózgowe wyprostowały. Pomyślałem: "Kurde, Śledziu zrobił sobie dowcip niespecjalnie wysokich lotów, a ja wywaliłem na to prawie dychę!" (dla niezorientowanych. jestem z Krakowa, dycha to dla mnie poważny wydatek). I już, już popadałem w posępny nastrój wydymanego centusia, kiedy zobaczyłem to:

 

pingwin4.jpg

 

Dla tego obrazka gotów jestem wydać coś ok. 40 zeta na album. Na razie powiększam go sobie od czasu do czasu na kompie tak, aby zajmował jak największą część ekranu. Uwielbiam takie klimaty – absurdalnie nierealne statki fruwające nad miastem, okręty kosmiczne przypominające kutry rybackie, albo parowce z Mississippi i kosmicznych piratów stojących na ich burtach, jakby próżnia nie istniała. Mogę sobie być fanem Lema, Simmonsa i Miszczaka (dostał nominację do Zajdla za znakomite kosmiczne opowiadanie SF i zniknął), ale zawsze szczególnie cieszyły mnie obrazy kosmosu jak na obrazku poniżej.

 

nerwosolek3.jpg

Profesorek Nerwosolek w kosmosie.

 

Bo choć naukowo kosmiczne przygody potrafią być porywające, to kosmos wręcz prosi się o tę odrobinę szaleństwa, która pozwoli bohaterom podróżować przezeń we wnętrzu kosmicznej gigantycznej ryby (u Śledzińskiego), uprawiać kompletnie nieopłacalny (realistycznie rzecz biorąc) przemyt międzyplanetarny (w całej masie filmowych i literackich space oper), a statki komiczne, w imię igraszki z fizyką kwantową napędzane będą każdym napędem, jaki tylko sobie wymyślimy (cykl powieści M. John Harrisona). Nie kochamy serialu "Firefly" za realizm i odwzorowanie fizyki, prawda? W komiksie Śledzińskiego mrugnięcia okiem mogłyby mnie momentami nużyć, ale szalona, nierealisyczna przestrzeń kosmiczna obiecująca wielką przygodę i brak okowów dla wyobraźni musiała mnie porwać. Owszem, barwna załoga, w skład której wchodzi m. in. penisoidalny gderliwy karabin została stworzona, by wzbudzić sympatię i wzbudza ją do licha! Ale – jak dla mnie – stanowi ona tylko dodatek do kosmosu, jaki trafia prosto do tej części mojego mózgu, która odpowiada za emocje, sympatię i wyobraźnię.

 

serenity1.jpg

Nie ma prawdziwej kosmicznej opowieści bez jakiegoś złomopodobnego

ale najrączejszego w galaktyce zajefajnego statku kosmicznego.

Wiecie, co zaraz napiszę, prawda?

Chętnie, a nawet bardzo chętnie, zagrałbym w grę osadzoną w takim właśnie szalonym kosmosie. Znam komiksy o nim, znam o nim filmy i książki też znam (jedną nawet piszę, a co). Teraz chcę gry, w której opuszczając pokład statku kosmicznego zabieram ze sobą parasol przeciw meteorom, a gdy zajdzie potrzeba mogę złowić gigantyczną kosmiczną rybę i przy jej pomocy dostać się w bardziej gościnne rejony wszechświata. Jeśli taką znacie, czekam na rekomendację. Na razie wydaje mi się, że gry czekaja na swojego Lucasa – gościa, który doda innym odwagi. Film przerobił epokę wierności (z grubsza) nauce, by ośmielony przez Lucasa wzruszyć w końcu ramionami i wejść na ścieżkę beztroski i szaleństwa. Gry wydają się być – na razie – bardziej konserwatywne. Kosmiczne strzelanki i strategie wciąż udają, że dotrzymują wierności fizyce. Owszem, powstało od groma gier z serii Star Wars, ale inacej niż w przypadku kina, nie przyniosły one rewolucji. Mass Effect, choć ściąga z KotOR ile może, pod względem naukowym stanowi raczej krok w stronę naukowego konserwatyzmu.

A komiks Śledzia? Czy dobry? Przecież napisałem, że są w nim sutki, gadający penisoidalny karabin, wielka ryba i mrugnięcia okiem.

 

pingwin3.jpg

"Czerwony Pingwin musi umrzeć"

tom 1.

Michał Śledziński

Wersja drukowana: Wydawnictwo Kultura Gniewu.

 

Wklejam przypominajkę, wyhaczoną od ojca chrzestnego na MFK'12 – Nitek

 

2012_10_08_21_00_57.JPG

Dodaj komentarz



47 myśli nt. „Na szybko – …ale kosmos!!!

  1. Lock

    Z realizmem w Space Operach jest trochę tak jak z efektem Tru-Motion w TV. Dla jednych jest nieodzowny, inni dostają odruchu wymiotnego na sam widok. Dla mnie, jako wiecznego “rozmyślacza” – realizm trochę zabija przyjemność z odkrywania i opisywania sobie świata po swojemu.

    Z tego też powodu nie lubię oglądać wiadomości – bądźmy szczerzy, ja wiem, że na świecie jest szaro, brudno i biedno a każdy chce każdego wy… wrócić? Po co każdego dnia sobie uświadamiać takie rzeczy? Toć tylko depresji można dostać.

    Dlatego w dobrym SF cenię sobie wyobraźnię i niejako brawurowe podejście autora do wszechświata – dopóki zostanie to ciekawie i z polotem opisane, bohaterowie mogą przemierzać mgławice na gigantycznej truskawce. Z drugiej strony taki Battlestar Galactica ujął mnie właśnie tym, że tam wszystkie odgłosy w przestrzeni niby są, ale tak przytłumione, że widz rozumie przesłanie – to tylko umowne, żebyś sobie nie musiał na siłę wyobrażać.

    Poza tym jeżeli wszystko zaczniemy analizować pod kątem zgodności z prawami fizyki, może się okazać niezłym zaskoczeniem gdy największe odkrycia techniki będą się opierać na czymś, co kompletnie tymże prawom zaprzeczy. A imć Newton przewróci się w grobie – ze śmiechu :).

  2. urt_sth

    Właśnie rozważam zakup “pingwina” bo ujął mnie rysunkami. Cytowany statek (ten z zębami) kojarzy mi się z [url=”http://25.media.tumblr.com/tumblr_lpgmaolKh01qhttpto1_r1_1280.jpg”]animacją[/url] Hayao Miyazakiego (swoją droga jego Sen to Chihiro no kamikakushi zrobił mi z mózgu jesień średniowiecza lub antyczne katharsis inaczej pisząc) .
    Amatorem komiksów nie jestem, ale aktualnie zapełniam tablet młodemu i mnie sentyment ogarnia. Ostatnio kupiłem na cdp.pl Ryjówkę przeznaczenia i zwracając uwagę na nieaktualny baner z promocją na tę pozycję dostałem ciekawą odpowiedź z obsługi klienta: “Promocja na ryj”.

  3. powazny_sam

    Wow kolejne mega długie na szybko bosmana które przeczytałem jednym tchem 🙂

    A tak bardziej w temacie, widziałeś może animację dla dzieci “Treasure Planet” ? Właśnie sobie przypomniałem że uwielbiałem jej klimat ale moje dzieciaki niestety nie przepadają za nią… A przecież “sobie” bajeczki nie puszczę.
    [url=”http://www.filmweb.pl/film/Planeta+skarb%C3%B3w-2002-32254″]http://www.filmweb.pl/film/Planeta+skarb%C3%B3w-2002-32254[/url]

            1. Nitek De Kuń

              @projan

              nie wiem co oglądałeś, ale przemocy nie pamiętam.

              bardziej abstrakcje i mrugnięcia okiem, ale przemocy jakoś niespecjalnie. do tych najbardziej abstrakcyjnych zjazdów zaliczym np. ED, EDD & Eddy jak którys scenario pisario musiał kimnąć koło kleju, a EEE ściągnęli w kreskówce kontury i małego Jimmiego musieli trzymać w wazonie żeby się nie rozlał. Do dziś mózg rozjebany.

              odcinek do oblukania http://youtu.be/lKDQz-zo6X4

              1. mr_geo

                @bosman_plama

                Owszem, tylko że naparzanie się w Jacku miało SENS. Nie było tylko mordobiciem dla mordobicia.
                Tak w ogóle uważam że akurat “Samuraj Jack” to kreskówka – jedna z bardzo niewielu – która wręcz POWINNA być oglądana przez dzieciaki. Bo uczy tego że nie wszystko da się załatwić właśnie praniem się po łbach, że jeśli już trzeba się prać to o coś ważnego, że dobrzy często mają pod górkę ale na dłuższą metę to oni właśnie wygrywają, że własna doraźna korzyść to nie wszystko, że opłaca się pomagać innym i że nasze wybory kształtują nasz świat (patos mode off :P). I że nie wszystko jest czarne albo białe.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @urt_sth

                Ponoć część starej ekipy robi teraz My Little Pony, ale tu Ziuta musiałby się wypowiedzieć, bo jest fanem. W każdym razie fakt, że miał powstać kucykowy mod do Fallout:NV oraz planowano wydać nawalankę o kucykach, świadczy, że jest coś na rzeczy.

                Co do mnie – z kreskówek pozostały mi Pingwiny. W żadnym wypadku nie dla dzieci.

              2. Ziuta

                @bosman_plama

                Owszem, Bosman ma rację z Kucykami. Nowe serie My Little Pony wymyśliła Lauren Faust, współtwórczyni Atomówek. Pracowała też przy innych klasycznych kreskówkach CN (jako animator, scenarzysta, rysownik itp.). Do pracy nad MLP ściągnęła sporo kolegów ze starych czasów. Polecam, zwłaszcza drugi sezon. Trzeci, niestety, jest gorszy, bo producent zaczęli wtrącać się twórcom do pracy.

                Pingwiny oczywiście rządzą i panują. Fajny jest też Fineasz i Ferb

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @powazny_sam

      Tego filmu nie widziałem. Cowboy Bepop jest mi znany. Z anime jestem fanem Last Exile, przede wszystkim za bitwy olbrzymich statków powietrznych, choćby dla nich warto zobaczyć ten serial (ale fabuła też jest niezła).

      W tym NS zabrakło mi miejsca (musiałoby zmienić nazwę na: Na Bardzo Długo), ale za tydzień pociągnę temat i napiszę o moich ulubionych statkach i okrętach kosmicznych. Tu macie przedsmak – [url=”http://www.rodneymatthews.com/lavendercastle.htm”]Lavender Castle[/url]

  4. mr_geo

    A ja nie bardzo rozumiem rozgraniczenie na “poważny kosmos” Lema i “kosmicznych piratów” Nie-lema które są niby rozłączne.
    A “Cyberiada”, “Bajki robotów” a “Dzienniki gwiazdowe”? To jest właśnie typowy i chyba najpełniejszy kosmos jajcarski, gdzie po paliwo do rakiet chodzi się z wiadrami, supernowe gasi ręcznymi gasidłami, kosmiczne smoki zwalcza wstrzeliwując im dodatkowe tranzystorowe głowy, a superkomputery konstruuje wsypując do beczki parę szufel oporników i zalewając je elektrolitem.
    A przy tym oprócz radosnej rozpierduchy, absurdalnych gagów i pokręconych dialogów jest w tym jajcarskim kosmosie też jakieś przesłanie i skłonienie do refleksji.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @mr_geo

      Masz rację. Leciałem ku Śledzińskiemu i przypomniałem tylko poważną twarz Lema. A miał i błazeńską (w dobrym tego słowa znaczeniu).
      To jest w ogóle osobna sprawa, bo nawet to, co Lem pisał na poważnie, ze względu na rozwój technologii dziś może wyglądać odjechanie. Dukaj wykorzystał taki pomysł w “Oku potwora”, gdzie kosmiczni nawigatorzy posługują się (jak czasem u Lema) technikami wyznaczania kursów rodem z XIX wieku.

  5. Qbik

    Hm jak bosman lubi statki kosmiczne podobne do morskich 🙂 to az dziw ze nie wspomnial o space operze > honor harrington tam wlasnie walki i opisy okretow sa zblizone to morskich a i cykl bardzo przyjemnie sie czyta chetnie bym zobaczyl gre w tym uniwersum 🙂 btw w allods online bodajze lata sie statkim wlasnie “kosmosie” jako endgame

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Qbik

      No wiesz, o wszystkich wspomnieć się nie dało. Honor znam, mam (ukłony dla tego, co wie, że to do niego) i nawet trochę myślałem o tym cyklu, ale w końcu go nie ująłem, bo trochę mi się nie mieścił w temacie.
      Regulaminy marynarki a floty kosmiczne to osobny temat, nad którym siedziały różne tęgie głowy. Flota ze Star Trek na przykład też działa jakby jej regulamin przeniesiono z XIX wiecznego regulaminu floty morskiej (przy czym wyłączono chłostę). Jakoś tak się utarło, że kosmonauci są jak marynarze. W cyklu o Honor ma to sens, ale nie zawsze się sprawdza.

Powrót do artykułu