Konkurs – Cognition: An Erica Reed Thriller

Nitek dnia 28 września, 2013 o 19:00    75 

Jesień jakaś taka spokojna. Dokładamy do pieca. Mamy dla Was konkurs.

Cognition to rasowa przygodówka point and click spod ręki studia Phoenix Online Studios nad którą także trzymała pieczę Jane Jenssen (Gabriel Knight). W sumie mógłbym Wam pisać co i jak w samej grze, ale na szczęście mam ściągę. Recenzję pierwszego epizodu spod ręki Northropa, którą przeczytać możecie tutaj. Recenzja reszty wkrótce.

W naszym konkursie wygrać możecie jeden z trzech kluczy do Steama na cały sezon Cognition (gra pierwotnie była wydawana epizodycznie – 4 odcinki – klucz Steamowy to wszystkie 4 epizody)

Tu następuje chwila w której możecie zapoznać się z tematem.

Jako że Cognition to thiller w którym borykamy się z Cain Killerem, którego próbujemy pojmać i bawimy się dzielnie w agentkę FBI, zadanie przed Wami następujące. Werble.

Quest Konkursowy

W dowolnie dobranej przez Was miejscówce są cztery osoby i ciało. Waszym zadaniem jest napisać rozwiązanie zagadki – kto zabił i dlaczego.

Oczywiście w dłuższej formie, niż stwierdzenie że lokaj. Liczymy na kreatywne odpowiedzi, z jajem, mroczne, a właściwie to zaskoczcie nas tak jak zaskoczyliście nas już wielokrotnie. Wszystkie chwyty dozwolone, a Waszych historii nie będziemy analizować pod kątem prawdziwości opisanych zdarzeń, zatem można szaleć.

Zasady Konkursu

Odpowiedzi należy wpisywać do piątku (4 października 2013 roku) do godziny 20:00. Każdy komentarz po tej godzinie nie będzie zaliczany jako odpowiedź.

Liczy się tylko komentarz pierwszego stopnia.

Każdy uczestnik może wpisać tylko jeden komentarz konkursowy.

Komentarz do 04 października 2013 do godziny 20:00 może być dowolnie edytowany przez użytkownika.

Osoba biorąca udział musi posiadać konto na Gikzie (liczy się stan na 4 października 2013 roku, godzina 20:00).

W konkursie może brać każdy (kto spełnia powyższe warunki), poza członkami komisji oceniającej (dodam, że zasiadają wybitne osobistości).

Ogłoszenie wyników (zwycięskich trzech wpisów) i wysłanie klucza nastąpi najpóźniej do niedzieli, 06 października do godziny 20:00, a zwycięzca otrzyma nagrodę poprzez gołębia pocztowego na adres, który został podany przy rejestracji na stronie (sprawdźcie więc, czy podaliście poprawny).

Przypominamy, że by zalogować się na konto daaaawno nie używane (również te, które z jakiś przyczyn nie działały na poprzedniej wersji strony), konieczne jest skorzystanie z opcji przypomnienia hasła.

Wasze wpisy będzie oceniać Nitek oraz aihS. W przypadku nieścisłości pomoże nam Bea. Lubimy piwo. Bea woli wino.

 

Klucze do konkursu dostarczyło Phoenix Online Studios

Dodaj komentarz



75 myśli nt. „Konkurs – Cognition: An Erica Reed Thriller

  1. mokraTrawa

    Sa cztery osoby … i ciało należące do osobnika o nicku mokraTrawa. Próbował on przekupić jury tanimi piwami i jakimś sikaczem. Urażeni niską jakością alkoholu tęcza i koń powiedzieli o zdarzeniu tej całej gromadzie osób walczących w zawodach o tym niecnym czynie (oczywiście do przyjęcia łapówki się nie przyznali). Przyszli nocą i pokryta rosą trawa nie miał szans … zadeptali go bezlitośnie

            1. aihS Webmajster

              @Goblin_Wizard

              Opera to obecnie silnik Chroma w Operowej skórce, niczym się nie różni no chyba, że korzystasz z tej ich chmury żeby przyspieszyć wgrywanie stron.

              Nie wydaje mi się aby były jakieś problemy. Korzystam prawie codziennie z gikza na trzech różnych łączach i trzech różnych systemach więc szansa, że jakaś awaria by mi umknęła jest raczej znikoma. Oczywiście nie wykluczam 😉

              1. aihS Webmajster

                @Goblin_Wizard

                Aby włączyć tryb Opera Turbo, wystarczy tylko kliknąć ikonę Opera Turbo w lewym dolnym rogu okna przeglądarki Opera. Gdy znów będziesz mieć szybki dostęp do internetu i tryb Opera Turbo nie będzie już potrzebny, zostanie automatycznie wyłączony.

                Pamiętam, że ciężko tę ikonkę namierzyć wzrokiem za pierwszym razem. Chyba symbol chmurki ma. Tyle, że w przeciwieństwie do tego ustrojstwa z Blueconnecta to to rozwiązanie powinieneś wykorzystywać bo naprawdę działa. Połączenia https idą normalnie bez proxy żebyś nie martwił się, że Opera cie szpieguje.

              2. Goblin_Wizard

                @aihS

                Nowa opera nie żadnego dolnego paska ani tym bardziej ikonek na nim. W starej był i pamiętam dokładnie gdzie więc to nie ten problem. Turbo można było też wyłączyć w ustawieniach, ale w nowej to w ogóle nie istnieje taka opcja. Trudno. Z tym da się żyć. Dzięki za dobre chęci.

    1. aihS Webmajster

      @Goblin_Wizard

      Możesz stać się neofitą jak thiefi 😀
      Możesz też używać zakładając pod każdą grę nowe konto i dysponować sobie nimi jak chcesz. Wiele jest sposobów. Miałem podobne nastawienie do parówki i konto założyłem w 2010 roku dopiero, bo Dawn of War wymagał no i potem znajomy mnie na L4D namówił. Przez długi czas miałem tam tylko kilka gier i nie płakałbym po tym koncie. Teraz właśnie stuknęło mi 270 gier więc pewnie łzę bym za nim uronił 🙁

  2. slowman

    Boże! Dlaczego?! – wykrzyczała z całych sił.
    BO TAK – odezwał się głęboki, dźwięczny głos, dobrze ustawiony, a nie było w pokoju nikogo, kto mógłby narobić tyle hałasu.

    Jedyne dwie przygodówki, które mi się podobały, to Sanitarium i Gemini Rue. Gdybym był większym fanem gatunku, to pewnie bardziej bym się wysilił.

      1. Tasioros

        @Nitek

        Znaków? Już jest 1300 (bez spacji), a to może dopiero połowa. Nie wiem czy uda mi się na czas – chciałem sobie spokojnie w domu skończyć, ale nie było czasu. Tak więc całość będzie stworzona w przerwach w pracy na kolanie. Czyli wysokiej jakości nie ma co się spodziewać.

  3. brodziu

    Pokój hotelowy. Godzina 23:21. Na łóżku siedzą 4 postacie. Nitek,aihS, Bea i brodziu. Na zakrwawionym dywanie spoczywa ciało pokojówki z wbitym prosto w serce korkociągiem. Na stoliku leży przewrócona butelka po piwie. Krople jęczmiennego aromatu kapią miarowo na podłogę odmierzając upływające sekundy. Pod łóżkiem niedbale rzucona butelka po czerwonym winie. Cała czwórka siedzi półprzytomna na fotelach i spogląda martwym wzrokiem na leżące zwłoki.

    Pytanie:
    Co z ofiarą?

    Dodatkowa podpowiedź:

    Użytkownicy Gikza dostali już na ofiarę. Nitek i aihS dostali piwo. Bea wino.

    Rozwiązanie zagadki:

    Pokojówka też dostała. Korkociągiem. Od brodzia. Policzył on bowiem, że dwa kody zostały już rozdane. Jeden za piwo. Drugi za wino. Pozostał trzeci. Gdy pokojówka weszła do pokoju z darmowym sokiem cytrynowym na koszt hotelu, brodziu poczuł się zagrożony. Myślał, że to kolejna łapowniczka. Chwycił leżący pod ręką korkociąg i zamachnął się na kartonik soku. Pokojówka jednak nachyliła się akurat by rozlać go do szklanek i nadziała się sercem na przypadkowe narzędzie zbrodni.

    PS. Jak okazało się parę chwil później, pokojówka nosiła za kitlem hotelowym ketchup i to w niego trafił brodziu korkociągiem. Wolała jednak udawać martwą, a ekipa GIKZa stan pomroczności jasnej.

  4. Losiot

    Kto zabił, kogo i dlaczego? odpowiedź nigdy nie jest prosta. Nie zrobił tego kamerdyner Jan, kluczem francuskim w hallu. Jan nie używa kluczy francuskich – woli płaskie numerowane, Nie zrobiła tego ciotka Barbara kryształowym wazonem w salonie. Znana z krzepy ciotka poradziłaby sobie bez wazonu. Doktor Jerzy ma alibi (“byłem wtedy gdzie indziej”), więc teza o tym, że to on – w bawialni, pogrzebaczem – nie przejdzie. W kręgu podejrzanych jest tez hrabia, choć hrabia – jak twierdzi – całą noc grau w gre na konsoli.
    No ale – ktoś zabić musiał, bo przeciez ciało martwego PC oskarżycielsko spoczywało ułożone przez koronera w plastikowym worku. Zbrodnia doskonała, wydawałoby się.

    Wydawałoby się, bo gdyby ktoś zadał sobie trud i zajrzał pod grubą warstwę czarnej folii – zobaczyłby figlarny uśmieszek i charakterystyczny błysk wcale niemartwych oczu.

  5. gc_reader

    Miejsce jest mroczne. Ściany oświetlają jedynie cztery lampy, które niebawem zgasną na trzy zimne minuty.
    Tak jak poprzednio…
    Jest ich czterech. Przed chwilą było pięciu. Przed chwilą… Zanim zgasły lampy. Kiedy ponownie jasne smugi światła oświetliły pomieszczenie, niby nic się nie zmieniło, jednak na podłodze leżało ciało. Ciało Stefana. Stefana, który jeszcze przed chwilą uśmiechał się i żartował. Teraz leżał martwy. Niewidzące oczy patrzyły w sufit. Zdawały się pytać: czy opuszczę kolejny odcinek „Klanu”?
    Ale zostawmy Stefana. Przecież nie żyje.
    Kim są kolejne postaci, które znalazły się w tym dziwnym miejscu?
    Po kolei.
    W jednym rogu stoi Mario. Gość po trzydziestce. Przyjechał wczoraj by wieczorem spotkać się ze Stefanem, starym kumplem z wojska. Wieczór zapowiadał się udanie. Była wódka, ogórki, „Ona tańczy dla mnie” sącząca się z głośników. Pijani wyszli na miasto i trafili do znanego nam pomieszczenia. Przyszli tu, bo słyszeli, że o tej porze tylko tu można kupić flaszkę.
    W drugim Olek. Kolega Stefana z liceum. Znali się bardzo dobrze. Koledzy z tej samej „dzielni”. Olek też przyszedł tu zakupić wódkę. Odwiedził go szwagier, a jak przyjeżdża szwagier, to liczy się tylko dobra zabawa. Szwagier jest zawodnikiem MMA i jak chce się napić, to trzeba się spieszyć z dostawą alkoholu.
    Trzeci jest Rysiek. Od niedawna Rysia. Silne problemy emocjonalne, które mają swoje podłoże w skomplikowanych relacjach z chomikiem o słodkim imieniu Fluś doprowadziły Rysia do miejsca, w którym znajduje się teraz. Niedopasowana sukienka, nieudany makijaż i chęć spotkania z kimkolwiek w miłym towarzystwie doprowadziły go właśnie tu. Do meliny na osiedlu Kęsy w mieście S., gdzie można napić się wódki i miło pogawędzić.
    Czwartym osobnikiem jest Siekacz. To właściciel tego miejsca. Skąd ksywa? To proste. Ostał mu się tylko jeden ząb. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest sport. Od najmłodszych lat interesował się szachami. I od najmłodszych lat odnosił duże sukcesy. Niestety zgubiła go chęć do ciągłych zakładów. Z każdym swoim przeciwnikiem zakładał się, że jeżeli przegra wybije sobie konikiem szachowym jeden ząb… Siekacz był dobry, ale nie aż tak. Po wielu latach rozgrywek był wyczerpany. Był w stanie przyjmować pokarmy jedynie w płynach. Zapisał się do AS (Anonimowi Szachiści) i wyszedł z szachów. Otworzył „na dzielni” knajpę, gdzie zawsze w późnych godzinach można było kupić wódkę i pogadać o starych dobrych czasach.
    Ale wróćmy do Stefana i spróbujmy rozwiązać przyczynę jego nagłego zejścia.
    Sprawa jest prosta.
    Mario rozpoznał w Ryśku koleżankę z FaceBooka. Rysiek protestował, ale Mario miał nieźle w czubie i nie zwracał na to uwagi. Koniecznie chciał porozmawiać z Ryśkiem o życiu i gwiazdach. Rysiek chciał mniej. Widząc, że Stefan to kumpel Maria, Rysiek zaczął prosić go o pomoc w wytłumaczeniu koledze, że nie ma ochoty na rozmowy. Stefan zignorował prośbę. Za Ryśkiem ujął się Olek prosząc Maria, by zostawił koleżankę. To było dla Ryśka za dużo. Zaczął krzyczeć, że nie jest koleżanką Maria i sobie wyprasza. Musiał interweniować Siekacz. Zaproponował partyjkę szachów dla uspokojenia, ale nikt go nie słuchał. I wtedy na chwilę zgasło światło…
    Nagle Stefana oświeciło w tej ciemności. Przypomniał sobie wróżbę, jaką wypowiedziała mu jego stara ciotka Leokadia w dniu jego szóstych urodzin. Jeżeli kiedykolwiek znajdziesz się w miejscu, gdzie będą osoby, których pierwsze litery imion ułożą się w wyraz SROM lub MORS – umrzesz! Ale pamiętaj. Stanie się tak tylko wtedy, kiedy będzie ciemno, właściciel będzie seplenił, a jedna z osób będzie kobietą z wąsami. Uważaj na siebie i dobrze wybieraj miejsca twych spotkań.
    I stało się…

  6. Tasioros

    Detektyw Kuc przybył na miejsce zdarzenia pół godziny po zajściu. Miał kaca i to ogromnego. Na samą myśl o wczorajszym drinku, składającym się z wódki, mleka i soku po ogórkach treść żołądka podeszła mu do gardła. Do tego za naczynie do picia posłużył mu słoik. Tyle dobrego, że przynajmniej przypominało mu to beztroskie czasy podstawówki.

    Twarz miał chudą, o ostrych rysach i zniszczoną licznymi libacjami oraz niezliczoną ilością wypalonych papierosów bez filtra. Nieprzyjemny, rzadki zarost porastał niemal całą facjatę, z wyjątkiem miejsca, gdzie większość polskich wujków ma wąsy. Ludzie zwykli go określać człowiekiem o twarzy jak tatarskie siodło. Jego nieumyte, tłuste włosy, które wydawały się błagać o choć odrobinę pielęgnacji, wystawały spod kapelusza i lekko zachodziły na oczy. Ubrany był jak stereotypowy detektyw ze starych powieści kryminalnych: ciemne, skórzane mokasyny, stare granatowe spodnie od garnituru i długi, szary, sięgający do kolan… podkoszulek. No i ten przeklęty kapelusz. W końcu każdy szanujący się detektyw musi jakiś posiadać. Ale dlaczego Kuc wybrał akurat sombrero, tego nie wiedział nikt.

    Miejsce domniemanego zabójstwa zdziwiło by każdego poczciwego człowieka. Jakim cudem znalazło się tu kilka osób? Ofiara i trzy osoby, które po wstępnym przesłuchaniu stały pod ścianą oczekując na rozwiązanie śledztwa. Czemu morderca wybrał właśnie taki dziwny kawałeczek świata? Bo to on musiał go wybrać, nie ma możliwości aby zbrodnia na takim terenie była dziełem przypadku. Cóż za chory, pokręcony umysł mógł wpaść na coś takiego? Bez wątpienia był to psychopata najwyższego sortu, a może nawet scenarzysta GTA V. Miejsce to było na tyle osobliwe, że prawdopodobnie nie ma możliwości aby je opisać przed piątkową godziną dwudziestą.

    Na środku natomiast leżało nagie ciało z założoną końską maską. Na głowę. Ułożone było na brzuchu, po którym widać było, że jego właściciel od dawna już nie głodował. Lewa dłoń, za sprawą pośmiertnych spazmów pozostawała mocno zaciśnięta na tanim padzie marki NoName. Kciuk wciskał przycisk „start” z taką mocą, że wokół niego pojawiły się pęknięcia. Tak jakby chwilę przed śmiercią chciał włączyć pauzę i mimo beznadziejności sytuacji zmienić bieg wydarzeń. „Trzeba było sobie wcześniej zasejwować” – pomyślał Kuc i uśmiechnął się pod świeżo zgolonym wąsem z kolejnego, nieudanego dziś żartu. Obok stał taboret.

    – Coś mi tu śmierdzi. – mruknął sam do siebie, wlepiając wzrok w posępny mebel przyozdobiony złowrogimi zaciekami. Coś mrocznego czaiło się w tej z pozoru prostej konstrukcji. Niby zwykły domowy przedmiot stworzony po to, aby zmęczona pracą rolna baba mogła sobie usiąść i odpocząć, a jednak emanował trudną do określenia mocą. Detektyw poczuł strach i w geście obronnym skierował swoje myśli na denata. „Trzeba by w końcu ściągnąć tę gumową maskę i się poznać.” Powoli zbliżył się do ciała. Kuc kucnął. Kątem oka wychwycił niewielkie literki „B” wytatuowane na każdym z pośladków, lecz zignorował ten fakt. Powolnym, ale bardzo szybkim ruchem zerwał imitację końskiego łba z głowy nieboszczyka. Pożałował.
    – O matko, co za morda. Nie dziwię się, że nosił taką maskę. – powiedział trochę za głośno. Widok tak niebanalnej paszczy sprawił, że zakręciło mu się w głowie a kac uderzył ze zdwojoną siłą. Za plecami usłyszał dźwięk wskazujący na to, że właśnie ktoś zwymiotował. Zastanawiał się gdzie skierować wzrok i który obraz będzie dla niego mniej drażniący. Tego już było za wiele. Zamknął oczy i rzucił się w wir myśli. W ten sposób rozwiązał niemal połowę wcześniejszych spraw, tym bardziej, że ta dzisiejsza była jego drugą w karierze. Jeszcze raz postanowił przeanalizować świadków:

    Świadek numer 1: starsza Pani, mimo wieku około 70 lat bardzo się Kucowi spodobała, od zawsze lubił dojrzałe kobiety. „Po sprawie jeszcze się do niej odezwę” – zanotował sobie w pamięci. Mówiła, że nic nie widziała, że nic nie wie, po prostu czeka sobie na swój autobus, lecz nie pamięta jaki. Miała wyraźne oznaki choroby Alzheimera. Dodała, że bardzo szkoda tego młodego człowieka, mimo jego oczywistej szpetoty. Tak to już z tą młodzieżą jest, naoglądają się głupot, nagrają w te durne gry wideo i myślą, że mają kilka żyć, a teraz nic ino blada, zimna rzyć.

    Świadek numer 2: młody, wysoki, przystojny, wysportowany – typowy nałogowy gracz. Bardzo lubił wszelkiego rodzaju gry akcji, traktujące o zabijaniu ludzi na różne sposoby. Bardzo się niecierpliwił, ponieważ był umówiony z kolegami na jakąś sesję w „koda”, czy coś w tym stylu. „Ja tam nigdy tych gejów nie rozumiałem.”

    W tym miejscu już wszystko mogło być jasne. Ostatnie raporty wiele mówiły o rosnącej agresji wśród starszych ludzi. Z pozoru miła staruszka może okazać się demonem wcielonym potrafiącym rozerwać człowiekowi krtań z najbardziej błahego powodu. Kuc pomyślał o zakuwaniu jej w kajdanki i zesztywniał. Strasznie ścierpła mu noga, gdyż przez cały ten czas był w przysiadzie. Wstał i podskoczył parę razy śmiesznie wierzgając nogami. „Czyli sprawa oczywista – starsza pani zabiła brzydala. Może wystraszyła się jego maski? Do tego jej historia w ogóle nie trzymała się kupy: autobus w takim miejscu?” Jednak spokoju nie dawał mu ten ostatni gość.

    Świadek numer 3: wielki, łysy z ogromnym złotym łańcuchem na szyi. Na łańcuchu znajdował się wisiorek w kształcie złotego łańcucha na szyję. Wyglądał jak mieszanka wszystkich dresiarzy z najniebezpieczniejszej dzielnicy Krakowa. Ponad dwa metry wzrostu, brak szyi oraz w przybliżeniu 150 kilogramów wagi robiły wrażenie. Cały czas głośno sapał i miarowo zaciskał oraz rozluźniał pięści. Ksywa: Fafik. Jedyne zdanie jakie z siebie wydusił brzmiało: „Nigdy ch*ja nie lubiłem”. Ale co z tego? Wnioskując z aparycji zabitego niewiele osób go lubiło.

    – Dobra, czas zakończyć ten cyrk! – wykrzyknął dziwnym falsetem detektyw Kuc. Spojrzał na wszystkich świadków razem i na każdego z osobna w tym samym czasie. Wiedział, że przez to zmiękną jeszcze bardziej. Kiedy wykonał pierwszy krok, faktycznie w ich oczach pojawiło się przerażenie. Nieznacznie się uśmiechnął zadowolony z efektu, lecz po chwili zrozumiał, że to nie jego się przestraszyli. Wszyscy wlepiali wzrok w taboret. „Cholera, całkiem o tym zapomniałem!” – skarcił się w myślach Kuc. Po plecach, niczym rozhasany wombat, przebiegł mu lodowaty dreszcz. Bardzo, ale to bardzo powoli obrócił się w stronę mrocznego stolca. Oczekiwał najgorszego, mimo oczywistej absurdalności tej myśli. Wbrew woli mocno zacisnął powieki i pośladki. Odczekał kilkanaście sekund, po czym gwałtownie podskoczył rozstawiając nogi i unosząc gardę. Otworzył oczy. Nic się nie zmieniło. Trup leżał. Taboret stał i mroczniał z każdą chwilą. „Co jest grane? Czemu ta banda tępaków tak wybałusza oczy? Jak mogłem dać się nabrać na tak stary chwyt? Co tu robi ten taboret? I kim jest do cholery Bob?”

    Lekko powiał wiatr. Kulka złożona z suchych łodyg, której nazwę zna tylko parę osób na świecie pokulała się w pobliżu. Pod taboretem coś cichutko zaszeleściło. Wprawne ucho Kuca od razu wychwyciło ten szmer, gdyż pomimo wiatru, przez cały czas było cicho, że oko wykol. Pochylił się i ujrzał kartkę przyklejoną kawałkiem taśmy do spodu siedziska. Pokonał strach jaki w nim wzbierał i szybkim ruchem zerwał papier. Był cały zapisany z wyróżnionym nagłówkiem: „Historia pewnego taboretu”. Nie tracąc nawet chwili nasz dzielny detektyw przeczytał notkę, i prawdopodobnie jak wcześniej pół koński nieszczęśnik, też umarł ze śmiechu.

    Legendy głoszą, że po wszystkim jednak nadjechał oczekiwany przez starszą panią autobus, kierowca wysiadł i zaczął klaskać, ale to już zupełnie inna historia…

    FIN

  7. Havlo

    Dla lepszego efektu imiona i nazwiska jak w telenoweli 😉

    Kiedy sierżant wszedł do celi zobaczył jak stoją nad ciałem Espinozy. Oczy mieli wielkie jakby ducha zobaczyli, wszyscy, bez wyjątków – klawisz i dwóch współwięźniów. Sierżant Garcia 😉 od razu zaczął podejrzewać Lopeza osadzonego z do niedawna żywym jeszcze Espinozą: „Nie lubił typa, z jego papierów wynika, że handlarzy narkotyków miał za największe ścierwo, za wyjątkiem ćpunów których cenił jeszcze niżej”. Lopez jednak zarzekał się, że to nie on zabił Espinozę. Wrócił z więziennej pralni gdzie pracował, a kiedy wszedł do celi ten już tu leżał, zabity, na śmierć. Lisandro Rodriguez nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa – dopiero zaczął pracować w więziennictwie, a tu masz – zgon na bloku akurat na jego zmianie „Mierda! Tego mi było teraz trzeba…” Najspokojniejszy z nich wszystkich w tej chwili wydawał się być Delgado, może dlatego że należąc do gangu sam załatwił kilka osób i śmierć była dla niego chlebem powszednim. Na co dzień jednak spokojny nie był w ogóle, zalazł za skórę wszystkim w więzieniu – osadzonym, klawiszom, poza murami też miał rzeszę swoich oddanych wrogów… W tym jednak momencie, pomimo spokoju wypisanego na twarzy, nie krył zaskoczenia nagłym zejściem współwięźnia. Siedział z Espinozą w pierdlu już dobrych kilka lat. Mógł mieć motyw żeby się go pozbyć, bo jakiś czas temu, tamten przestał doręczać mu towar przemycany z zewnątrz. Z jego relacji zdanej sierżantowi wynikało, że chwilę przed śmiercią osadzony, a teraz już denat Espinoza zerwał się ze swojego łóżka, posiniał, zaczął łykać łapczywie powietrze jak gdyby celebrował swoje ostatnie oddechy przed wykonaniem wyroku śmierci, a chwilę potem z pianą na ustach leżał sztywny na podłodze….

    Dobra, a teraz rozwiązanie skupcie się!

    Sierżant dokładnie prześledził dane ,historię i kontakty wszystkich zainteresowanych na zewnątrz więzienia, po czym oskarżył… młodego klawisza o nieudaną próbę otrucia problematycznego Delgado. Rodriguez chcąc wykończyć agresywnego więźnia a jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń uknuł intrygę, wykorzystując do tego Lopeza. Ten otrzymał od Rodrigueza kilka porcji narkotyków, w tym jedną z domieszką arszeniku, przeznaczoną dla Delgado. Następnie powiedział Espinozie że podczas pracy w pralni otrzymuje z zewnątrz dragi do dalszej dystrybucji za kratami. Przekazał towar więziennemu dealerowi, w nadziei że ten obsłuży naciskającego na szybką dostawę Delgado i w pierwszej kolejności odda mu przeznaczone dla niego porcje. Nikt jednak nie spodziewał się, że Espinoza sam wciągnie akurat TĘ działkę do ostatniej kreski…

  8. Mindestens

    Protokół
    Wskazanego dnia w godzinach nocnych otrzymaliśmy zgłoszenie, w którym informowano, że na ulicy Ciemnej i Odludnej odnalezione zostały zwłoki mężczyzny. Nasz patrol, w skład którego wchodzili jeszcze starszy posterunkowy i posterunkowy, znajdował się wtedy najbliżej miejsca zdarzenia, podejmując już inne czynności służbowe wezwany do pobliskiej awantury domowej o to, kto będzie teraz grał w Battlefielda 5. Według słów poszkodowanego żona obserwując jego grę zwyzywała go od nubów, twierdząc, że matka ostrzegała ją przed nim i tym, że ma niskie K/D, ale nie posłuchała jej, myśląc, że będzie potrafiła to zmienić. Sam poszkodowany tłumaczył się lagami. Tej nocy sfrustrowana niskim skillem męża, odebrała mu kontroler i zaczęła grać sama na koncie poszkodowanego, by podexpić postać i odblokować lepsze bronie którymi, cytuję „Może on nauczy się w końcu grać”. W mieszkaniu prędko ustaliliśmy, że kobieta miała całkowitą rację, dlatego w momencie, gdy zostaliśmy wywołani przez radio, mogliśmy bezzwłocznie udać się na ulicę Cichą i Odludną, życząc kobiecie miłej zabawy, a mężowi radząc baczne przyglądanie się i robienie notatek.

    Na miejscu zdarzenia zastaliśmy obywatela, który telefonicznie poinformował policję o swym znalezisku. Obywatel wylegitymował się jako pan Kuń. Bezzwłocznie odesłałem posterunkowego do zabezpieczenia terenu, wydając też polecenie starszemu posterunkowemu, aby przeszukał denata w celu odnalezienia czegoś, co pomogłoby w jego identyfikacji, samemu zaś przystąpiłem do przepytania świadka.

    Pan Kuń zrelacjonował przebieg wydarzeń następująco: Był pochłonięty własnymi sprawami i wciskaniem przycisków, kiedy w pewnym momencie poczuł nieodpartą ochotę na owies, a z braku owsa postanowił udać się do najbliższej działającej przez całą dobę stajni. Po drodze zauważył jednak leżący na ulicy i znacznych rozmiarów, przyjrzawszy się zaś baczniej również o dziwnym kształcie, żółty pluszowy przedmiot. Wzbudziło to jego zainteresowanie. W wyniku bliższej obserwacji okazało się, że jest to kostium, według słów pana Kunia „Chyba wiewiórki”, a w jego wnętrzu znajdował się mężczyzna, który nie dawał żadnych oznak życia. Próba reanimacji nie powiodła się, jednocześnie pozwoliła mu ona stwierdzić, że poszkodowany chyba nie był pijany. Wobec tego zaskakującego spostrzeżenia Kuń postanowił wezwać policję.

    Zapytany o wykonywany zawód, pan Kuń odparł, iż jest specjalistą od wciskania przycisków w pociągach. Dopytywany o charakter swej pracy odparł, iż nie chciałby zanudzać organy ścigania skomplikowanymi szczegółami technicznymi w takim momencie, gdybym chciał jednak poszerzyć swą wiedzę, odesłał mnie do cyklu tekstów „Tabor czy taboret” rosyjskiego inżyniera Maka Betonowa, znanego popularyzatora dziedziny, jak twierdził pan Kuń. Starszy posterunkowy dokonujący w tym czasie oględzin zwłok poinformował mnie, że przy zmarłym nie udało mu się znaleźć hasła do Steama i można założyć, iż zostało ono skradzione, ponieważ nikt normalny z własnej woli by się go nie pozbył, czemu skwapliwie przytaknąłem. Pan Kuń wysunął wówczas pytanie, czy denat był normalny. Ani ja, ani starszy posterunkowy nie potrafiliśmy udzielić odpowiedzi na to pytanie. Wobec naszego przedłużającego się milczenia, pan Kuń zapytał, czy jego obecność jest jeszcze konieczna, ponieważ naglą go ważne sprawy służbowe. Pozwoliłem mu się oddalić, gdyż na miejscu pojawił się właśnie wcześniej wezwany zespół pogotowia celem stwierdzenia zgonu mężczyzny. Przybyły lekarz poinformował mnie, że śmierć nastąpiła najprawdopodobniej w wyniku uderzenia w głowę, na co wskazywałyby obrażenia, jednak do czasu przybycia straży pożarnej ze sprzętem ciężkim, aby rozciąć kostium wiewiórki, bardziej konkretna opinia nie jest możliwa. Wtedy zaś zająć się tym będzie mógł już lekarz medycyny sądowej. Następnie wrócił do karetki i odjechał w stronę wschodzącego słońca.

    W toku dalszych czynności moją uwagę przyciągnął interesujący szczegół: Na czaszce denata spostrzegłem odciśnięty ślad kształtem oraz wielkością przypominający podkowę, o czym poinformowałem przybyłego niebawem na miejsce technika kryminalistyki. Ten jednak pouczył mnie, abym pozwolił pracować fachowcom i nie przeszkadzał. Wobec niepojawienia się na miejscu do tej pory prokuratora oraz zakończenia się już dawno w tym dniu czasu mojej służby, postanowiłem udać się do domu, korzystając z przysługujących mi regulaminowych ośmiu godzin snu.

    Odchodząc, słyszałem głos rżącego konia.

    —–

    Postanowienie

    Prokuratura Rejonowa w Gikzie w osobie prokuratora prowadzącego postanawia o umorzeniu toczącego się postępowania, sygn. sprawy BLABLABLA/666, ze względu na niewykrycie sprawcy.

    Uzasadnienie

    Organ procesowy przyjął, że doszło do popełnienia czynu zabronionego w rozumieniu obowiązującego Kodeksu Karnego, to jest rozboju i pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    Bezpośrednią przyczyną śmierci było uderzenie w głowę przez nieustalonego sprawcę przy użyciu nieustalonego narzędzia w bliżej nieokreślonym czasie, wynikiem czego była śmierć mężczyzny w – jak początkowo błędnie przyjęto – żółtym kostiumie wiewiórki (w toku śledztwa na podstawie opinii sporządzonej przez biegłego wiewiórkologa ustalono, iż wcale nie chodzi o wiewiórkę, co potwierdziła dodatkowa ekspertyza wydana przez innego niezależnego biegłego w dziedzinie wydawania ekspertyz).

    W wyniku nieoczekiwanego przełomu w śledztwie na podstawie informacji przekazanych przez osobę trzecią, to ruszyło na nowo ze zdwojonym zaangażowaniem organów ścigania. “Tato, to psecies Pikaczu”. Prokurator prowadzący przeprowadził szereg dodatkowych czynności, faktycznie potwierdzających, iż chodziło o stworka z japońskiego anime.

    W dalszym toku postępowania wykluczono ponad wszelką wątpliwość hipotezę, iż czyn mógł mieć podłoże rasistowskie (denat nie był Azjatą, ani obywatelem Japonii), czy wiązać się z jego niepełnosprawnością (przepytani na tę okoliczność świadkowie twierdzą, że ofiara była tylko lekko szurnięta).

    Prokurator zdecydował się wtedy na powołanie biegłego egzorcysty, mającego pomóc ustalić, czy można mówić o mordzie rytualnym lub udziale sił nadprzyrodzonych w zdarzeniu. Biegły egzorcysta stwierdził, że najlepszym dowodem działalności Złego jest brak dowodów jego udziału, na co prokurator prowadzący wyraził wątpliwość, czy jest to wystarczający dowód procesowy. Wówczas biegły egzorcysta wysłał go do diabła. Niestety, Prokuraturze Rejonowej nie udało się ustalić miejsca pobytu pana Diabła, gdyż nie figurował w żadnym rejestrze obywateli polskich lub osób przebywających czasowo na terytorium RP. Wówczas o pomoc prawną zwrócono się do Interpolu. Bezskutecznie.

    Prokuratura Okręgowa w Internecie, która rozpoznała skargę na przewlekłość, błędy oraz zaniechania w toczącym się postępowaniu wniesioną przez rodzinę, uznała, iż “W świetle obowiązujących przepisów właściwych do sprawowania i wykonywania funkcji prokuratora, wiedza z zakresu wiewiórek wykracza poza zakres obowiązków służbowych, a już tym bardziej oglądanie japońskich pierdół”, dodając, że błędów nie popełniają tylko nieroby i oddalając skargę jako „Meh”. Jednocześnie pochwalono czteroletniego syna prokuratora prowadzącego za obywatelską postawę, który wykazał się ponadprzeciętnymi kompetencjami, sugerując, by został przyjęty do Wyższej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury w Grakowie poza kolejnością, gdyż jego wiedza mogłaby okazać się w przyszłości użyteczna dla organów ścigania. Prokurator prowadzący podziękował, mówiąc, że syn ma to już pewne i tak.

    W sprawie przeprowadzono wszelkie czynności procesowe: Zabezpieczono miejsce zdarzenia i dokonano jego oględzin, przesłuchano świadków, dokonano odtworzenia monitoringu miejskiego, rozważono liczne hipotezy. O pomoc zwrócono się również do firmy Valve, pragnąc ustalić personalia osoby aktualnie posługującej się kontem ofiary, na co po trzech miesiącach uzyskano pisemną odpowiedź, w której w języku chińskim dziękowano nam za kontakt z działem technicznym, następnie zaś zaproponowano, byśmy zrestartowali komputer. W wyniku przeprowadzonego eksperymentu procesowego okazało się, iż jest to metoda niewystarczająca do uzyskania żądanych danych, skutkiem czego dalsze próby ich ustalenia postanowiono poniechać ze względu na brak istniejących środków technicznych. Wobec braku odpowiedzi ze strony NASY w zakresie dysponowania odpowiednimi narzędziami, Prokuratura Rejonowa zmuszona była uznać swoją bezradność, mając jednak nadzieję, że być może kiedyś w przyszłości ludzkość raz jeszcze udowodni swą wielkość albo poprzez ich wynalezienie, albo też samodzielne oddanie się sprawcy w ręce organów ścigania, targanego wyrzutami sumienia.

    Konkludując, zebrany materiał dowodowy nie pozwala na ustalenie sprawcy przestępstwa.

    Na postanowienie o umorzeniu śledztwa przysługuje zażalenie na zasadach określonych w art. 306 § 1 i 2 K.P.K.
    ——————-
    Skończywszy czytać uzasadnienie, Kuń zarżał z ulgą.

  9. Fraa

    Kiedy rankiem porucznik Peyton ścierał sobie resztkę jajecznicy ze spodni, zdawało mu się, że ma zły dzień. Jednak dopiero przyszedłszy do biura przekonał się, jak bardzo miał rację. Co specjalnie go nie zaskoczyło, bo w tym temacie nigdy się nie mylił. Jego życie składało się ze złych dni i jeszcze gorszych nocy. Albo na odwrót. W każdym razie pamiętał, że ostatni raz się uśmiechnął na jakimś zlocie rodzinnym przed szesnastu laty, chyba to był pogrzeb czy coś…
    Potrząsnął głową, usiłując wrócić do rzeczywistości. Raz jeszcze rzucił okiem na zegarek, potem na nieruchomą twarz komendanta.
    – Gdzie to się stało? – powtórzył z niedowierzaniem.
    – U starego Grenville’a – cierpliwie odparł przełożony, poprawiając na nosie okulary w cienkich oprawkach.
    – Dziś…
    – …w nocy, owszem. – Komendant westchnął teatralnie. – Po prostu się tam rozejrzyj.
    – Elsa nie będzie zachwycona – mruknął Peyton.
    – Nie jesteśmy tu, żeby ją zachwycać, tylko żeby łapać zwyrodnialców. Jedź – odciął się przełożony, po czym pochylił się nad biurkiem, tym samym dając do zrozumienia porucznikowi, że rozmowa skończona.
    Peyton, wciąż kręcąc głową i mamrocząc, opuścił biuro.

    Dworek mieścił się niewątpliwie w pięknej okolicy: zaraz za zachodnim skrzydłem rozciągał się jakże romantyczny las, naprzeciwko zaś połyskiwało w świetle wschodzącego słońca jezioro. Peyton zaklął pod nosem i depnął po hamulcach. Cholerny wschód słońca. Wschód słońca, a on tkwił czterdzieści kilometrów od własnej kanapy i telewizora! Parszywy los. A najgorsze z tego wszystkiego było…
    – Panie poruczniku! – pisnęło nagle Najgorsze Z Tego Wszystkiego. Peyton schował kluczyki do kieszeni, raz jeszcze westchnął i spróbował przywołać na twarz coś w rodzaju uśmiechu wyrażającego radosne zaskoczenie. Bez powodzenia zresztą, co szczególnie go nie obeszło.
    – Witaj, Gemmo – mruknął.
    Oczywiście. Musiała tu być. Ze wszystkich nieboszczyków w kraju Peyton musiał zająć się akurat tym, który był dziadkiem pierwszej wielkiej miłości porucznika. Czemu cały ten dworek z tą głupią rodziną nie mógł po prostu spłonąć do cna?! Tyle problemów by się rozwiązało.
    – Och, poruczniku, to takie straszne! – szczebiotała tymczasem Gemma, jakby nie mogąc się zdecydować między rozdzierającą żałobą po dziadku a równie rozdzierającą radością na widok dawnego kochanka.
    – Nie wątpię. Prowadź – odparł Peyton ponuro.

    Gabinet wyglądał schludnie i niemal sterylnie, gdyby tylko nie fakt, że na fotelu przy biurku spoczywał ewidentny trup. Trochę już siny, z matowym wzrokiem wbitym gdzieś w niewidoczny punkt w przestrzeni. Rozchełstana podomka ukazywała owłosioną klatkę piersiową, jedna ręka wisiała bezwładnie, druga zaś spoczywała na poręczy. Ciężkie, zdobne biurko pokrywały faktury, wyciągi z kont bankowych i rachunki, otwarty na oścież sejf za obrazem ział pustką. Na bordowym dywanie, tuż obok biurka, leżała szklanka po whiskey.
    Porucznik rozejrzał się po gabinecie i, westchnąwszy, ścisnął palcami nasadę nosa. Naprawdę nie chciał tu być. Miał po prostu przyjść do biura, odklepać kilka godzin przy papierkach, po czym wrócić do domu i spróbować zapomnieć, że ten dzień w ogóle miał miejsce. Nie powinno go tu być.
    – Proszę zebrać tu wszystkich domowników – rzucił obojętnie.
    – A gości? – pisnęła Gemma, a złociste loki upięte wysoko na głowie zatrzęsły się jak galareta. Zresztą, Peyton miał wrażenie, że cała dziewczyna jest jak galareta. Rozedrgana, chichocząca przy najdelikatniejszym dotyku. No dobrze, galarety nie chichoczą. Z dwojga złego więc, Peyton chyba wolałby przebywać tutaj z galaretą niż z Gemmą. I z jej wymyślnymi fryzurkami czy idiotycznymi, plisowanymi spódniczkami.
    – Gości też – niemal warknął przez zaciśnięte zęby.
    Już wkrótce w gabinecie zgromadziły się nad świętej pamięci Marmaduke’m Grenvillem cztery osoby: porucznik Peyton, wnuczka Gemma, lokaj Terence oraz bratanek lokaja, Gareth, młodzieniec potężnej postury, w roboczym kombinezonie i zielonym kapeluszu. Peyton otaksował go szczególnie uważnym spojrzeniem i uznał, że szczyl najwyraźniej dorabia sobie tutaj jako jakiś ogrodnik albo ktoś taki. Biorąc jednak pod uwagę pytanie Gemmy o gości, nie był stałym lokatorem rezydencji.
    – Czy to wszyscy, którzy byli tu obecni dziś, wczoraj i w ogóle? – upewnił się porucznik.
    Gemma gorliwie skinęła głową, a loczki podskoczyły jak w euforii.
    – Terence, ciebie znam. Kim jest ten chłopak? – zapytał Peyton, usiłując ignorować dziewczynę.
    – Gareth McCracken, do usług, sir – przedstawił się młodzieniec i ściągnął zielony kapelusz.
    – McCracken? – Peyton uniósł brew i powiódł spojrzeniem po zebranych, zatrzymując się w końcu na lokaju. Ten skinął głową i wyprężył chudą pierś.
    – Mój bratanek, sir – oznajmił flegmatycznym tonem, takim, jaki tylko lokaj potrafi z siebie wyłuskać.
    – Poproszę po kolei. Gem… Panno Grenville, proszę opisać wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. I wszystko pomiędzy – polecił Peyton, po czym obszedł biurko i pochylił się nad ciałem. Na lewym nadgarstku nieboszczyka zauważył sińce, jakby ktoś go przyciskał prawą ręką do poręczy fotela. Drugą dłoń stary Marmaduke miał zaciśniętą w pięść, ale coś z niej wystawało. Porucznik wsłuchał się w piskliwy głosik Gemmy, próbując rozewrzeć palce trupa.
    – No więc – zaczęła dziewczyna, chichocząc nerwowo – wczoraj ja właściwie nic nie robiłam… To znaczy dopiero przyjechałam. Rozumiesz… rozumie pan porucznik, z uczelni. – Znów przerwa na nerwowy chichot. – Przyjechałam dość późno i byłam taka padnięta! – Gemma teatralnie przewróciła ślicznymi oczkami. – Od razu rzuciłam się na łóżko i zasnęłam. Dopiero dziś rano, jak zeszłam do dziadka po… porozmawiać, to zobaczyłam go… no… – Tu dziewczynie głos się załamał, a ramiona zadrżały konwulsyjnie. Loczki też.
    Peyton zmełł w ustach przekleństwo i zwrócił się do lokaja:
    – A ty, Terence?
    – Wieczorem grałem, sir – odparł ten, a na jego pociągłej twarzy odmalowała się szczera pogarda dla każdego, kto nie podziela jego muzycznej pasji. – Myślę, że wszyscy mogą to zaświadczyć. Opus trzydzieste dziewiąte Brahmsa.
    – A rano? – nie poddawał się porucznik.
    – A rano spałem, sir. W mojej rodzinie w nocy się sypia.
    – Do południa? – Peyton nie mógł powstrzymać się od drobnej złośliwości.
    – Sir, dokładnie o szóstej siedemnaście obudził mnie krzyk panny Grenville. – Widać było, ze Terence napiął się jak struna. Jego wąskie usta przypominały pojedynczą kreskę maźniętą ołówkiem H2. – Dla jasności dodam, że zgodnie z harmonogramem wstaję o godzinie siódmej zero zero.
    – Świetnie. – Porucznik uśmiechnął się krzywo, ale w tym właśnie momencie udało mu się wydobyć przedmiot z ręki nieboszczyka. Przyjrzał się niewielkiemu, okrwawionemu nożykowi do papieru. – A pan, Gareth? Jak pan spędził ostatnie kilkanaście godzin?
    – Nie było mnie tu. – Co prawda Peyton nie patrzył na bratanka lokaja, ale byłby przysiągł, że ten w owej chwili wzruszył ramionami.
    – A gdzie byłeś?
    – Spędzałem wieczór gdzie indziej. Nie mieszkam tutaj.
    – Więc co tu robisz dziś z rana?
    – Gemma do mnie zadzwoniła.
    – Doprawdy? – Porucznik podniósł się z klęczek i odwrócił się do dziewczyny. – Po co go wezwałaś?
    – Ja… – Gemma przesłoniła smukłą dłonią usta. – Nie wiedziałam, co robić…
    – I uznałaś, że powinnaś zadzwonić do tego tu chłopca, zamiast na policję?
    – Ja… – Oczy dziewczyny zaszkliły się, a loczki zadrżały nerwowo.
    – Proszę dać jej spokój. Szukała pomocy przyjaciela, to wszystko, tak? – wtrącił z ociąganiem Gareth.
    Porucznik raz jeszcze zmierzył wzrokiem ludzi w pokoju.
    – A to? – Wyciągnął przed siebie dłoń z nożem.
    – Co to…? – szepnęła Gemma, a jej szyja sprawiała w tej chwili wrażenie, jakby rozciągała się teleskopowo.
    – A na co to wygląda? – parsknął Peyton, nim zdołał się ugryźć w język. Ot, profesjonalizm jej mać…, przemknęło mu przez myśl.
    – Czy to nóż?
    – Nie, wyżymaczka. – Jak już grać opryskliwego buca, to po całości, pomyślał z jakimś gorzkim zadowoleniem porucznik.
    – To jest nóż! – wykrzyknęła Gemma, jakby w istocie dopiero teraz dotarł do niej ten fakt.
    – Otóż to, to jest nóż. Dodam, że z krwią. Teraz państwa dokładnie sobie obejrzę, proszę nie robić trudności.
    – Ale… Jak dokładnie…? – zapytała dziewczyna, a na jej policzki jak na zawołanie wystąpił pąs. Peyton przejechał dłonią po twarzy i westchnął, ale nie odpowiedział. Po prostu szarpnął Gemmę za rękę, aż młoda dama wystawiła obie dłonie do przodu.
    Nie trzeba było długo szukać. Rozcięcie na kciuku było wyraźnie widoczne.
    – I tak zrobimy analizę, która nam wszystko powie, ale może nie przeciągajmy tego. To twoja krew na ostrzu? – rzucił oschle porucznik.
    – Ja… Tak.
    – Opowiesz nam o tym?
    – Oczywiście…! Rozcinałam korespondencję. I się zacięłam. Nic wielkiego… – Gemma na przemian to drżała, to się rumieniła, a jej wielkie, błękitne oczy miotały wokół szklistym spojrzeniem.
    – Rozumiem – uciął Peyton. Wyjął z kieszeni foliowy woreczek i schował do niego nóż. – Panie McCracken, co łączy pana z panną Grenville? – rzucił nagle, prostując się. Gareth cofnął się o krok, jakby rozważał ucieczkę, zaraz jednak się opanował. Odchrząknął i zapytał:
    – O co panu chodzi?
    – Z tego co zauważyłem, kiedy zdejmował pan kapelusz, jest pan leworęczny, prawda?
    – Owszem. – Młodzieniec zmrużył oczy.
    – Proszę sobie wyobrazić, że przytrzymuje pan kogoś do fotela. Jedną ręką. Skoro przytrzymuje go pan jedną-
    – Co pan sugeruje?! – wykrzyknął Gareth, zaciskając dłonie w pięści.
    – Niczego nie sugeruję, panie McCracken – uspokoił go porucznik. – To czysto hipotetyczne rozważania, proszę mi nie przerywać. A więc przytrzymuje pan nieszczęśnika jedną ręką zapewne dlatego, że w drugiej ma jakąś broń, która skutecznie powstrzymuje oponenta od wyrwania się. Ot, nóż przy gardle, dajmy na to. Naturalnie nóż przy gardle trzyma się tą ręką, której używa się na co dzień. Przytrzymanie jest tu bardziej formalnością, do której można użyć drugiej ręki. W pana przypadku chodziłoby o prawą, prawda? – Peyton spojrzał przelotnie na Garetha, ten jednak nie odezwał się, wsadzając tylko dłonie do kieszeni. – Kontynuując: przytrzymując kogoś prawą ręką, ślady zostawiłby pan na jego lewej. Myślę, że dokładnie takie ślady.
    Porucznik okrążył fotel z nieboszczykiem i wskazał siniaki na nadgarstku.
    – Czy pan mnie oskarża…? – syknął Gareth.
    – Skądże. Niewątpliwie jednak dostrzega pan kłopotliwą sytuację, prawda? No i mamy ten nóż. Myślę, że łączy państwa zażyła relacja. Zgadłem?
    Gemma i Gareth spojrzeli po sobie z przerażeniem. Młodzieniec jako pierwszy odwrócił wzrok i wzruszył ramionami, podczas gdy dziewczyna kolejny raz spąsowiała.
    – Nie, nic z tych rzeczy – mruknął bratanek lokaja.
    Peyton uniósł brew, ale nie odezwał się.
    – Już nie – wtrąciła Gemma, nerwowo wyginając sobie palce.
    Porucznik skinął głową do własnych myśli.
    A więc wszystko jasne, powiedział sobie w duchu. Kiczowate jak z harlequina. Wnuczka bogacza i bratanek lokaja. I dziadek, który najpewniej sprzeciwiał się związkowi. Co za burdel…
    No tak, ale on mówił, że go tu nie było, skojarzył nagle Peyton.
    – Gdzie pan był wieczorem? – odezwał się na głos, spoglądając na Garetha.
    – Na wyścigach, jeśli musi pan wiedzieć. Mnóstwo osób może to potwierdzić.
    – Nie wątpię. Później poda nam pan ich listę.
    – Nie wierzy pan?
    – To nie ma najmniejszego znaczenia. No dobrze… – Porucznik posłał lokajowi zmęczone spojrzenie. – Terence? Co z tymi wyścigami?
    – Młody człowiek musi się wyszumieć, sir – odparł dumnie lokaj, stając niemal na baczność.
    – Jasne. – Peyton spojrzał na podłogę. – Czy pan Grenville pił? – zapytał dla porządku.
    – Nic z tych rzeczy! – zawołał gorliwie Terence, podczas gdy Gemma przygryzła dolną wargę i znów się zarumieniła.
    – Kontynuuj. Widzę, że masz coś na myśli – zachęcił porucznik lokaja.
    – Pan Grenville… miał pewne problemy. Wszyscy w rodzinie o tym wiedzieli. – Kątem oka Terence zerknął na dziewczynę, ta jednak nie próbowała się wtrącić. – Natomiast tylko ja wiedziałem, że przed dwoma tygodniami pan Grenville się zaszył.
    – Słucham…? – zdziwił się Peyton.
    – Tak jak mówię. Pan Grenville za punkt honoru postawił sobie naprawienie swojego życia. Zaczął regulować długi i wypowiedział zdecydowaną walkę nałogowi.
    – A szklanka? – zapytał porucznik, po czym, nie czekając na odpowiedź, pochylił się raz jeszcze nad nieboszczykiem. Czubkiem długopisu podniósł mu górną wargę i przyjrzał się uzębieniu. Na jedynce dostrzegł niewielkie ukruszenie, ale nie potrafił ot tak określić, kiedy powstało.
    – Pan Grenville z całą pewnością nie wychyliłby jej. Nie z wszywką. Nie z postanowieniem naprawienia swojego życia – zaperzył się Terence.
    – Hmm… Widzę szklankę, ale nie widzę butelki. Wiesz, gdzie mogę jej szukać? – Peyton jakby nie słyszał gorliwej obrony lokaja.
    – Owszem, wiem.
    – Proszę mówić.
    – Pan Grenville przyszedł przedwczoraj do mojego pokoju. Z butelką Johnny Walkera. Powiedział, że skoro on już tego nie tknie, to szkoda, żeby się zmarnowało. I żebym od czasu do czasu wychylił jego zdrowie. Mogę to zeznać pod przysięgą.
    – Będziesz miał jeszcze okazję. Masz ciągle tę butelkę?
    – Nie tknąłem jej, sir.
    – Doskonale. Mówisz, że się zaszył. I nikt oprócz ciebie o tym nie wiedział?
    – Pan Grenville darzył mnie ogromnym zaufaniem – odparł z dumą Terence, ponownie wypinając pierś.
    – To nie stawia cię w dobrym świetle. A gdyby ktoś usiłował go zabić wmuszając w niego alkohol?
    – Co pan mówi!
    – Mówię, jak mogło być. Uspokój się.
    Peyton po raz kolejny okrążył biurko i zerknął na papiery rozrzucone na blacie.
    – Istotnie, zajmował się finansami, jak widzę. – Potarł oczy knykciami, po czym wziął pierwszy z brzegu papier. – Myślę, że będziecie to wszyscy tłumaczyć na komendzie.
    – Słucham?! – zaperzył się lokaj.
    – Terence, przecież wiesz, że to nie moja zła wola. Widzisz sam, jak przedstawia się sytuacja. Zaatakowaliście go razem, twój bratanek unieruchomił starego, ty wlewałeś mu alkohol, a kiedy stary zdołał wyszarpnąć nóż młodemu, oberwało się Gemmie. Koniec końców, przez nieuwagę zabrałeś butelkę z resztą zawartości ze sobą. Jesteście umoczeni jak diabli. Ale wyjaśnicie to policji.
    – A nasze alibi?! – wykrzyknęła przerażona Gemma. Naprawdę wyglądała na przerażoną.
    – Alibi, alibi… Takie alibi to każdy może mieć. Że spałaś? Że młody McCracken był gdzieś w tłumie? Pewnie wszyscy byli pijani i powiedzą to, co chcemy usłyszeć. Brahms? Mogliście to dogadać. Nie opuszczajcie tego pokoju.
    Z tymi słowami Peyton wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki telefon. Irytowało go, że reszty ekipy ciągle nie ma. Pewnie utknęli w śnieżycy, jechali wszak z drugiej strony niż on. Na tej ich wsi drogi zupełnie nie były odśnieżane.

    Wiele tygodni później porucznik Peyton przechadzał się po cichej, martwej rezydencji Marmaduke’a Grenville’a. Wszystkie pokoje przetrząśnięto dawno temu w poszukiwaniu dowodów rzeczowych. Krew na nożu należała do Gemmy. Na jaw wyszedł romans i fakt, że Terence podkradał z kasy pana Grenville’a, by uszczęśliwić Garetha, którym obiecał się opiekować swojemu bratu. Gareth zaś był uzależniony od wyścigów, a co jak co, ale szczęścia to on nie miał. Dodatkowo w toku dochodzenia okazało się, że Gemma zupełnie nie radziła sobie na studiach i żeby się na nich utrzymać, nieustannie potrzebowała pieniędzy dziadka.
    Cóż prostszego w takiej sytuacji? Utłuc starego. Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze, prawda? A jeszcze ten romans… pewnie z tym młodzi też chcieli mieć spokój.
    Peyton usiadł w fotelu i odchylił się do tyłu. Stukając palcami o poręcz, popadł w zamyślenie.
    Lubił tu od czasu do czasu wracać. Teraz rezydencja była zimna i milcząca. A on czasem potrzebował zimna i milczenia. To miła odmiana od tego ciągłego jazgotu, który w domu zapewniała mu Elsa. Klucze miał jeszcze z dawnych czasów, kiedy łączył go z Gemmą namiętny romans.
    Nagle wyczuł dziwny uskok pod palcami. Na krańcu poręczy, jak mu się wydało, było coś w rodzaju klapki. Zaczął tam skrobać, aż istotnie niewielki kawałek drewna odskoczył z cichym pyknięciem. Ze schowka wypadła niewielka kartka. Peyton rozwinął ją i odczytał:
    „HA HA HA”

    Nigdy się nie dowiedział, co o tym myśleć.

    ***

    Marmaduke Grenville istotnie był alkoholikiem. I prawdą było, że miał wszywkę i że próbował zrobić coś ze swoim życiem. Sęk w tym, że jego plany utrudniali mu najbliżsi. Wnuczka ciągle żebrała o dodatkowe pieniądze, a lokaj okradał, by spłacać hazardowe długi bratanka. Stary Marmaduke stracił cierpliwość. Kiedy Gemma któregoś dnia, przyjechawszy w odwiedziny na święta, zacięła się przy otwieraniu korespondencji, plan właściwie sam się wykluł. Senior rodu miał niemal sto lat. Nie miał nic do stracenia, a przynajmniej mógł mieć satysfakcję. Niepostrzeżenie podebrał nożyk do papieru Gemmie, zaniósł lokajowi butelkę i wrócił do gabinetu. Kiedy ucichła muzyka Brahmsa i Marmaduke upewnił się, że wszyscy śpią, rzucił na podłogę szklankę po whisky – tej samej, którą sprezentował Terence’owi – i zacisnął palce na własnym nadgarstku. Zaciskał do bólu. Potem zwyczajnie pochwycił nożyk i… zażył cyjanek.
    Umierał z błogą świadomością, że te wszystkie sępy, pijawki i niewdzięcznicy dostaną za swoje… Oni po prostu dostaną za swoje…

Powrót do artykułu