Monsters and Monocles – potwory po dżentelmeńsku

Nitek dnia 17 sierpnia, 2016 o 14:29    2 

Dawno nie było żadnego strzelania w stylówie top down, prawda? PRAWDA?No nie.

Nie zmienia to faktu, że jak na twór ledwo wjeżdżający w podwoje wczesnego dostępu, Monsters and Monocles prezentuje się nader okazale. Uprzedzając pytanie, nie, nie uważam, że jest lepsze od Enter the Gungeon, ale to nie oznacza, że nie może być.

Cztery postacie do wyboru, na chwile obecną poza wyglądem nie różniące się niczym. Jest pies, dżentelmen, przemiła pani i pies w gajerze. Malowniczo. Dwie spośród tych postaci posłuży Wam za sianie pożogi w loklanym coopie, cztery zaś do łupania online. Bling, bling, dolary w oczach, bo funkcji sieciowych Gunegon ani No Man’s Sky nie ma.

mam2Inna sprawa to paleta narzedzi przerabiających na mielonkę. Jest skromniej, ale i tu pofolgowano w kwestii użytkowania, dmuchając świeżością po modelu zabawy. Każda z giwer, nieważne czy to podstawowy gnat, rewolwer, miotacz ognia, granatów czy garłacz, posiada swój pasek zniewagi. Naładowawszy go, broń sprawia większy ból, ma zwiększony zasięg i w ogóle esy floresy. Wic polega na tym, że należy przeciwników eliminować szybko i ciągiem, budując wysoki licznik śmiertelności kombinacji w danym obszarze. Chwila spoczynku i wskaźnik gaśnie, co może być spowodowane przez konieczność schłodzenia się pukawki.

Grać przez to należy rozważnie i odważnie, bo każda chwila oddechu to mniejsze obrażenia dla przeciwników. To diametralna różnica między tymi dwoma tytułami, bo zamiast siedzieć za przewróconym stołem, latamy napędzani furią i herbatką, grzejąc z czego popadnie. Nie ma co narzekać na zastój akcji. Kwestię uników załatwiono popularnym obecnie driftem, czyli teleportu z wślizgiem.

Nie pominięto kwestii interakcji z otoczeniem, choć jest uboga w kwestii efektywności. Za to warto przestawiać te wszystkie szafki i wazony, bo a to moneta wypadnie, a to apteczka, czasem nawet jakaś giwera czy okazyjny power up mieszający nam w uzbrojeniu jeszcze bardziej.

mam3Bawić się przyjdzie w sześciu sceneriach różniących się od siebie wizualnie, ale także pod względem palety potworów chętnych na zrzucenie z nas mięsa. Obecnie dostępne są trzy krainy. Są bossowie, ale są też zróżnicowane cele poszczególnych plansz, dobierane każdorazowo losowo, podobnie jak i całe plansze. raz trzeba dojść do wyjścia, innym wyciąć w pień potwory wszystkie na mapie, których liczba idzie w setki. Czasem coś odnaleźć, gdzieś zanieść, zapowiada się różnorodnie, co jest fajne.

Wizualne aspekty sa w porządku, choć z początku trochę raziło mnie w oczy. Oprawa ma swój urok, przywodzący na myśl gry z wozu serwującego niegdyś rozrywkę na automatach i po chwili urzeka. Problemem dla mnie było ogarnięcie interfejsu i orientowania się co i kiedy zadaje mi obrażenia. Niby życia są trzy i potem jazda zaczyna się od nowa, ale nie potrafiłem wyłuskać momentu, kiedy ktoś sprzedaje mi nadwyżkę ołowiu, ani który glut na ziemi mnie spowalnia, a który odpompowuje osocze.

Zabawa sączy się przednia, pewnie w multi jeszcze bardziej, ale tu wymagana jest znajoma osoba, by kłótnia o monetki szła na wyższy poziom, wiadomo. Mimo to samemu bawię się na tyle dobrze, że często doń wracam, choć to wczesny dostęp. O ile nie od sztycha, tak warto przyczaić się na temat, bo może Gungeona nie przeskoczy, ale kijem wali go po piętach.

Podesłał developer.

Dodaj komentarz



2 myśli nt. „Monsters and Monocles – potwory po dżentelmeńsku

Powrót do artykułu