Karma. Incarnation 1 – psychodelicznie

Nitek dnia 4 listopada, 2016 o 12:39    0 

Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jeśli podobał się wam Samorost, którykolwiek, Karma przeora Was w równym stopniu.

Choć o detale fabularne jest tu niezwykle trudno, skupmy się na naszej postaci, teorteycznie sympatycznej czarnej kulce, o oczach zakrapianych kwasem z grzyba #potwierdzoneinfo, którą sterujemy na modłę point and clickowej przygodówki, którą de facto Karma jest. Waszym zadaniem będzie pokierowanie owym blobem, nie mam pojęcia jak go nazwać i odzyskać trzy magiczne artefakty. Droga jaka wiedzie do celu jest mocno osobliwa i jeśli myśleliście, że nic was nie zaskoczy, pomyślcie raz jeszcze. Jest stosunkowo prosto, a sam interfejs zabawy przypomina mobilna klikankę, co nie jest specjalnie złe.

Złe rzeczy zaś dzieją się na ekranie, kiedy po zakropieniu oczu grzybem, serio, okazuje się, że mamy moc patrzenia w głąb wszechświata, co przydaje się do rozwiązywania zagadek wszelkich. Nie są jakieś specjalnie skomplikowane, rozwiązania przychodzą do głowy właściwie od strzała. Słusznie, bo zabawa nie odrywa zbytnio od doświadczenia płynącego przez drażnienie neuronów oryginalną designem całości. Ten jest znakomity, choć w innej stylówie, niźli wyżej przytoczony tytuł. Co nie oznacza, że ręcznie rysowana przygoda jakoś specjalnie odstaje. Wręcz przeciwnie. Do tego dzieją się tu dziwne rzeczy, serio.Nie brakuje w tym wszystkim surrealizmu wysmarowanego sennymi marami, a co lepsze, wszystko ma jakiś tam sens.

Dla wielbicieli nietuzinkowej przygody, rozgrywanej bez słów jak w mordę strzelił, choć reklamowane przy okazji Karma wybory moralne być może i są, ale jakoś niespecjalnie je czuć. Także nie spodziewajcie się morałów i twistów niczym w przygodach od Telltale, a mocno podbitej wyciągiem z pejotlu przygody.

Ciężko powiedzieć co oznacza jedynka w tytule, bo droga do końca w moim przypadku jeszcze trwa. Acz zabawa to przednia.

Dobre rzeczy, milordzie.

Dodaj komentarz