Adr1ft – być jak Sandra Bullock

Nitek dnia 11 kwietnia, 2016 o 12:51    0 

Tytuł notki w międzyczasie stał się tak czerstwy, że należy popić.

Nietsety, ale brak odzienia z Oculusa czyni, że takiż sam jest Adr1ft. Piękne, ale jednostajnie nudne dryfowanie w kosmosie bez większych twistów i spektakularnych akcji. W wielkim skrócie, a tak powiedziałem wszystko, co nasuwa się po obcowaniu z premierowym tytułem na Oculusa.

Bo ładnie jest, to należy grze oddać. Widoczki wyrenederowane są prześliczne. Rozwalona stacja kosmiczna, zawieszone w przestrzeni szczątki i fragmenty poszycia, pośrodku tego wszystkiego my. Niemy bohater dramatu, którego zadaniem jest przeżyć i spróbować jakoś ogarnąć sytuację. Zakuci W skafander ruszamy w wyścig po życie w przedstawionej scenerii i…

adrift1

No właśnie, i co. Przesuwamy wajchy, obsysamy pojemniki z tlenem, czasem czytamy cudze maile, to tak żeby nas oswoić z infiltracją, rzadziej natrafiamy na audiologi, a jeszcze rzadziej wpadamy do maszyny reperujące zniszczenia w naszym ubiorze. Te generujemy poprzez nieumiejętne sterowanie, co akurat oddano bardzo fajnie. jest odpowiedni bezwład, nasze ciało okraszoną odpowiednią fizycznością, by można było uwierzyć, że faktycznie tam siedzimy, bohater jest w pełni animowany i obłożony wszystkimi kończynami, więc wczuwa w goglach być może występuje. Ten aspekt akurat podoba mi się i warto podkreślać, kiedy występuje, bo nieporównywalnie lepiej wypada na tle głowy na patyku z karabinem przy oczach, czy inszych symulatorów chodzenia. Na szczęście jest tego coraz więcej.

Fakt popsutych ciuchów to nie jedyne, co jest realnym zagrożeniem w Adr1ft. Drugie to wspomniany tlen, którego brak owocuje zgonem, choć spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, ale być może nie wiadomo jak scenę śmierci ogarnąć w VR. No, bo przecież nie wepchają tam czegoś takiego.

Sama rozgrywka jest niezwykle rozwlekła. Poruszanie, choć zrozumiałe, jest powolne, akcji zero, jakichś skryptów zero, wajchy okazyjnie, zagadek zero. Czasem można pacnąć przelatujące fragmenty statku, czy pojemniki z pożywieniem, a te zareagują na interakcję rozpraszając się po rozerwanych korytarzach naszego gwiezdnego domu.

adrift2I to właściwie tyle. Latamy, patrzymy, słuchamy, symulator unoszenia się w przestrzeni kosmicznej. jestem niezmiernie ciekawy jak Adrift wypada z platformą docelową, Oculusem, ale przy okazji dumam, znowu, czy tak nie będzie wyglądała przyszłość VR. Symulatory chodzenia w różnych okolicznościach przygody, a jednocześnie doświadczenia strasznie krótkie. Adrift niechybnie też jest takowym, bo jakkolwiek gra nie byłaby ładna, nieco zbyt sterylna, ale to wszak stacja kosmiczna, tak bardzo też nie chciało mi się jej kończyć, ani spędzać z nią więcej czasu. Zapomniano tu o tym i owym. Spoiwa między światem gry, bohaterem, ciekawego zdarzenia ciągnącego nas do przodu. Niby jest sekret i tajemniczość wydarzenia, które doprowadziło do obecnego stanu rzeczy, ale prowadzenie akcji wypadło dla mnie wyjątkowo nieumiejętnie. To już kwestia gustu, wiadomo.

Ot, ciekawostka dla standardowych graczy, ale pewnie coś więcej dla osób w goglach. Niemniej jednak choć lubię patrzeć, tak nie pobiegłem do sklepu.

Fajne. Na pięć minut.

Podesłał wydawca.

Dodaj komentarz