Kane & Lynch 2: Dog Days – recenzja

Bleszczynski dnia 1 lipca, 2012 o 13:23    0 

Błyskawiczny spadek ceny o kilkadziesiąt procent w miesiąc po debiucie, mocno krytyczne recenzje, 66/100 na Metacritic, co w dzisiejszym świecie oznacza niemal krapiszcze, jeszcze niższa ocena graczy – jak na kontynuację dość głośnego tytułu, dorobek Kane & Lynch 2: Dog Days prezentuje się bardzo mizernie. Zobaczmy jak gra wypada teraz, niemal dwa lata po pojawieniu się na rynku, oceniania w oderwaniu od towarzyszących premierze emocji.

 

Pierwsza część Kane'a & Lyncha wzbudziła sporo kontrowersji i równie nieprzychylnych ocen. I owszem, gameplay niedomagał w wielu miejscach, a po twórcach Hitmana można się było spodziewać nieco bardziej wyszukanej rozgrywki niż ubijanie setek przeciwników, ale K&L równoważył te niedostatki świetną, bardzo dorosłą atmosferą, znakomicie wykreowaną parą bohaterów oraz zaskakującą różnorodnością misji. Ba, są nawet dwa alternatywne zakończenia i ta alternatywność bynajmniej nie sprowadza się różnego koloru promienia w kosmosie (damn you, Bioware!). Nie ukrywam, że gra mi się podobała i choć do ideału brakowało jej, delikatnie mówiąc, niemało, to dostarczyła mi kilka godzin twardej, męskiej rozrywki (a co!).

Kane & Lynch 2 robi rewelacyjne pierwsze wrażenie. Bardzo fajny, przypominający nieco Half Life 2, ekran menu, dobre otwarcie fabuły, naturalne dialogi – po dziesięciu minutach pomyślałem: "Ta gra nie może być zła". Czy na pewno?

Co mi się podobało?

Stylizacja graficzna. Chyba największy wyróżnik gry. Cała akcja przedstawiona jest, jakby za bohaterami chodził krok w krok operator kamery VHS. Ekran się trzęsie, faluje, ujęcia są bardzo dynamiczne, światło się rozszczepia, czasem odbija od kamery, a na obiektyw pryskają krople krwi. Naprawdę robi to wrażenie i wzmaga poczucie realności przedstawianych wydarzeń. Filtry nałożone na ekran pełnią jeszcze jedną funkcję – doskonale maskują niedostatki graficzne. Gra wygląda bardzo dobrze, choć graficznie jest zwyczajnie słaba, co widać po wyłączeniu wspomnianej wizualnej nakładki.

Klimat. Atmosfera przywodzi na myśl brutalne i mroczne filmy akcji. Jest krwawo i bezlitośnie. Dorosły gracz wreszcie czuje się traktowany poważnie, a nie jak tatuś, który zasiada w niedzielę do konsoli z 10-letnim synkiem. Swoje robi także ciekawa, podtrzymująca napięcie oprawa muzyczna.

Kane i Lynch. W dalszym ciągu są świetni. Brutalni, bezwzględni, choć niepozbawieni złudzeń. Non stop gadają, narzekają i komentują bieżące wydarzenia. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, dzięki rewelacyjnemu dubbingowi oraz naprawdę nieźle napisanym dialogom. Jak dla mnie, to zdecydowanie ekstraklasa postaci z gier komputerowych i bardzo bym chciał zobaczyć ich kiedyś w pierwszoligowej, ale w dalszym ciągu bezkompromisowej produkcji.

Co mi się nie podobało?

Gameplay. Niestety. Już w pierwszej części strzelania było za dużo, ale mieliśmy system wydawania rozkazów partnerowi, trzeba było go leczyć, a spora część misji miała długi i zróżnicowany wstęp, nim doszło do wymiany ognia. Tutaj wycięto wszystkie te elementy, zostawiając jedynie nieprzerwaną kanonadę z dziesiątkami przeciwników na raz. Żeby jeszcze te strzelaniny były fascynujące… Prze się do przodu, od osłony do osłony, wybijając kolejne fale wrogów. Ich inteligencja jest dość denna, ale w miarę sprawnie chowają się za przeszkodami i celnie strzelają. W efekcie pół gry spędza się za murkiem/biurkiem/skrzynią, z celownikiem skierowanym już w miejsce, gdzie wiemy, że za chwilę wyłoni się głowa oponenta.

Gra czasem próbuje udawać, że oferuje więcej, niż jest w stanie w istocie nam dać. A to bodaj w trzech misjach sugeruje się graczowi skradanie się zamiast frontalnego ataku, a to rozpoczynamy uzbrojeni jedynie w pistolet z tłumikiem. Uwielbiam skradanki, więc próbowałem. Plac 20 na 20 metrów, kilka osłon i na nim z piętnastu przeciwników, jeden od drugiego nie dalej niż pięć metrów. Żadnych oznaczeń ciemnych miejsc, żadnego sposobu cichego wyeliminowania wrogów, a sterowany przez komputer partner bezceremonialnie łazi pośród nich, bo akurat taka ścieżka wydała mu się najbardziej optymalna. No prawie Splinter Cell… Straciłem po kilkanaście minut na próby w tych sytuacjach, by w końcu po prostu wystrzelać całe towarzystwo w trzydzieści sekund i ruszyć dalej.

Umrzeć nie jest łatwo, bo śmierć jest dwuetapowa. Najpierw padamy z ciągle wyciągniętą bronią, ograniczoną mobilnością (przypomina to perka Last Stand w multiplayerze Call of Duty, od Modern Warfare 1 wzwyż) i szansą na podniesienie się. Zdrowie na normalnym poziomie trudności regeneruje się bardzo szybko. Mimo to zdarzało mi się zginąć, choć głównie z powodu własnej niecierpliwości i zbyt wczesnego otwartego szturmu, lub z winy nie najlepiej działającego systemu przylepiania się do osłony.

Strzelanie. Tak, strzelanka ze spieprzonym strzelaniem. Choć broni jest sporo i niektóre są całkiem fajne, to nie mają kopa, odrzutu, soczystości, no niczego, co sprawiłoby, że gracz czułby w łapie giwerę, z której rozwalił stu przeciwników w ostatnich dziesięciu minutach. Wrogowie też za bardzo nie chcą reagować na trafienia. Strzał z shotguna powinien rzucić ofiarę na najbliższą ścianę, a tu mamy jakieś śmieszne pyknięcie strzelby i łapiącego się za brzuch niemilucha. Gdyby nie krzyżyk, w który zmienia się celownik w momencie trafienia, to nie wiedziałbym nawet, że strzał był celny.

Kane i Lynch. Tak, tak, to nadal fantastyczne postaci, ale znacznie mniej fajne niż w pierwszej części. Lynch, zdemoralizowany zabójca z niestabilną psychiką, potrafiący w jednym ze swoich odpałów wystrzelać zakładników jak kaczki, zakochanym po  uszy misiem jęczącym do słuchawki czułe słówka? Naprawdę? Kane, zdeterminowany, kalkulujący wszystko na zimno weteran, romantykiem gotowym brnąć do końca w całkowicie beznadziejną transakcję, tylko po to, by zdobyć kasę na dostatnie życie z córką, która nie chce go znać? No c'mon, to się nie trzyma kupy.

Animacje. Są tak żenujące, że przy całym pseudorealistycznym stylu graficznym bardzo kłują po oczach. Sposób poruszania się postaci przywodzi na myśl produkcje z końcówki ubiegłego wieku i pachnie budżetowością na kilometr.

Zakończenie. Jak to? To koniec? Żadnego filmu nawet, fajnego dialogu, zawiązania akcji kolejnej części? Na pewno będzie coś po napisach. (15 minut później) Yyy, nie. Brawo!

Podsumowując, gdybym miał oceniać K&L2 na zimno, maksymalnie mógłbym wystawić 4/10 (ujdzie). Miejscówki są dość fajne, otoczenie częściowo ulega destrukcji, fabuła da się przeżyć i granie w to generalnie nie boli, choć wielkiej radochy też nie przynosi. Nowatorska stylizacja gry, dobre dialogi i oczywiście para głównych bohaterów znacząco zwiększają jednak grywalność i brnie się do przodu przede wszystkim dla nich. Za te składniki +1 do oceny. Przy tym wszystkim śmieszna długość gry, wystarczająca na 3,5 do 4,5 godziny, w zależności od wprawy gracza i tego, czy będzie na siłę kombinował, z wady staje się zaletą.

Do zakupu po pełnej cenie nie namawiałbym nawet największego wroga, ale te 2,5 euro, za jakie już kilkukrotnie próbowano wypchnąć grę na Steamie, można dać.

Moja ocena: 5/10 (średnia)

Dodaj komentarz