Jeszcze trochę gier w obrazku, czyli: Arcane: League of Legends

bosman_plama dnia 9 listopada, 2021 o 10:21    4 

Nigdy nie grałem w LOLa. Wiecie, należę do tych samotnych szczurów, które przemykają przez kampanie single player i ani im w głowie pchanie się w tłumy walczące na sieci. Nie, żebym nie spróbował. Spędziłem dziesiątki godzin strzelając się sieciowo w MoH:AA i nieco mniej w Bad Company 2. Spróbowałem sił w SW: Old Republic. Bywało fajnie. Ale nie łyknąłem bakcyla i nadal wolę samotne wędrówki w grach. Dlatego nie zagrałem w LOLa i na serial wywodzący się z tej gry patrzę jak nigdy nie będzie mi dane spojrzeć na ekranizacje Diuny. Z boku i bez oczekiwań. I – uwaga spoiler – bawię się znakomicie.

Ponieważ jestem wręcz niewiarygodnie mądry, przewidujący i pozjadałem wszelkie rozumy, mogę powiedzieć, jak detektyw Pikuś Konopka z powieści Janusza Domagalika: „przewidziałem to”. Poważnie, przynajmniej ze dwa razy wymądrzałem się na Gikzie, że to właśnie animacja jest właściwą ścieżka ekranizacji gier, ponieważ podobnie jak one, opiera się ona na pewnej umowności a równocześnie pozwala, względnie tanio, oferować odbiorcy odpowiedni rozmach. Przy wszystkich swoich zaletach jestem oczywiście zbyt leniwy (cecha większości geniuszy) by odszukać te teksty w archiwaliach gikza. Z pewnością zdarzyło mi się poruszać temat przy okazji Castlevani – jednego z pierwszych animowanych seriali Netflixa, który bazował na grze i zaproponował nam wcale niezgorsza opowieść spinającą niezwykłe sceny walki. Sceny walki o tyle istotne, że opierające się na umiejętnościach (niemalże statystykach) bohaterów i do nich dopasowane. Dzięki temu nie tylko każda postać walczyła trochę inaczej, ale też strategię a nawet fizykę pojedynków i bitew zaplanowano wedle charakterystyk ich uczestników. Jak w grach. I, o rany, jak świetnie się to oglądało.

Filmy aktorskie, dzięki nowoczesnej technologii pewnie też by to potrafiły. Niestety, to co w animacji jest względnie tanie, w filmie wymaga znacznie więcej nakładów finansowych. Dochodzi do tego problem, o którym już mówiłem – z umownością. Kiedy na ekranie widzimy żywych aktorów, nasze mózgi pracują z nieco mniejszą otwartością, zakładają pewną realność wygibasów, jakie obserwujemy na ekranie. Nie mówię o fabule, prawdopodobności wykreowanych światów magicznych, superbohaterskich i dalekogalaktycznych, ale o tym do czego mogą być zdolni bohaterowie. Jak bardzo można zaszaleć z ich choreografią, fizyką poruszania się, a nawet fizyką katastrof jakie generują. Wiem, granice tego, co można, są cały czas przesuwane, a seria o Szybkich i Wściekłych fizyczne ograniczenia z brawurą i pogardą. Ale to ciągle jeszcze nie ta beztroska radość, jaka towarzyszy scenom szalonych ucieczek z takich filmów jak np. Zaplątani, czy Sindbad: legenda Siedmiu Mórz (tak, wymieniam jedne z moich ulubionych kreskówek). Kiedy siadamy przed filmem animowanym, nasze umysły wrzucają trochę inny bieg, włącza się tryb: umowność, bo to wszystko przecież zostało narysowane. Prawie tak samo, jak w grach. Z tego powodu filmy animowane są, w moim przekonaniu, bliższymi krewnymi gier niż aktorskie. I może dlatego aktorskie ekranizacje gier zwykle okazują się wtopami, a animowane niekoniecznie. Tym bardziej, że nie tylko nam, odbiorcom, inaczej pracują mózgi przy filmach animowanych i aktorskich. Twórcom też. Odnoszę wrażenie, że gdy poważni, tradycyjni filmowcy siadają do prac nad aktorską ekranizacją gry, mruczą do siebie nad kawami i energetykami: „musimy to teraz przełożyć na język filmu, bo to zupełnie inny rodzaj narracji”. Kiedy nad tym samym materiałem siadają spece od animacji mówią, być może: „O rany, ale to fajne, zróbmy to!”

Oczywiście, serialowej Castlevani pomogło, że była wariacją na temat gry (pomogło też, że scenariusz pisał stary komiksowy – znowu większa umowność – wyjadacz, Warren Ellis). Na tej samej zasadzie serialowi Arcane pomaga, że – póki co – nie sili się na opowiadanie o co chodzi w grze, ale w pierwszych odcinkach stanowi rodzaj prequelu, później zaś, na ile można oceniać po trailerze, także wychodzi od postaci z gier, jednak by opowiedzieć własną historię. Czy na pewno? Zobaczymy.

Na razie jest co najmniej bardzo nieźle. A pod względem wizualnym wręcz wspaniale. Jakimś cudem ktoś przekonał ludzi z Netflixa, że ich pomysł na „własne anime” nie zawsze będzie grał równie dobrze jak we wspomnianej Castlevani, a poza tym po kilku identycznie nakręconych serialach może się widzom przejść. Dlatego Arcane to zupełnie inna animacja, grająca trójwymiarem, naturalnymi niemalże ruchami postaci. A to wszystko na bajecznie (albo antybajecznie, bo to raczej ponury świat) pięknych tłach. Ludziska w sieci słusznie się nimi zachwycają. Dałoby się prawie każdy kadr drukować, oprawiać w ramki albo ustawiać jako tapetę w komputerze, telefonie, czy gdzie tylko zechcecie.

Zważywszy na źródło moglibyśmy się spodziewać, że fabuła serialu skupi się na bijatykach i bitwach. I walk rzeczywiście w nim nie brakuje, nie stanowią jednak osi fabularnej. Opowieść z jednej strony krąży wokół dosłownie podziemnego półświatka, a w szczególności paczki młodocianych włamywaczy znajdujących się pod opieką szefa wszystkich szefów, z drugiej zaś zabiera nas na szczyty władzy, byśmy mogli przyglądnąć się przełomowi naukowemu (naukowo-magicznemu właściwie) i temu, jak wpłynie on na politykę. Wątki są rzecz jasna posplatane i dwie główne bohaterki z podziemia (gracze swoje już o nich wiedzą, zaskoczeń będzie dla nich mniej, dla nie-graczy to po prostu niezłe postacie z serialu) muszą się wplątać w przerastające je afery. Co ważne, scenarzystom udało się tak poprowadzić fabułę, by już w trzech pierwszych odcinkach zrobiło się gęsto. Dostajemy nie tylko historię sióstr, ale także sięgającą w przeszłość historię ich patrona (i jeszcze historię jego wrogości z niegdysiejszym kumplem), ukazana zostaje nam sieć zależności między górą a dołem (tych oficjalnych i nieoficjalnych), walki i stronnictwa polityczne wśród rządzących też dostaniemy i odrobinę wykładu o fizyce tego świata też. A to wszystko umiejętnie wpisane w fabułę, w której są i walki i pościgi i knowania… Trzy odcinki zostają w ten sposób nieźle zapchane materiałem. Czytałem opinie w sieci, z których wynika, że niektórzy widzowie marudzili, iż trafiały się dłużyzny. Z mojego punktu widzenia oznacza to, że oczekiwali od serialu rąbanki, a tymczasem, prócz niej, otrzymali kawał sensownie poukładanego świata i postacie, które nie wzięły się znikąd i nie są tylko lalkami na sznurkach wątłego scenariusza. W Arcane wszystkie postacie są „jakieś” – wszystkie mają osadzenie w świecie, historię i coś do zrobienia prócz wygłoszenia kwestii przed przywaleniem antagoniście w gębę. Dzięki temu świat tego serialu żyje a nie tylko pięknie wygląda (a wygląda pięknie). Jasne, serial zaczyna się do porządnego przytupu (włamanie, wybuchy, ucieczka, pościgi, mordobicie), po czym z lekka zwalnia by więcej opowiedzieć nam o świecie i bohaterach i dopiero w trzecim odcinku znów zaproponować gigantyczną rozwałkę. I pewnie to spowolnienie tempa obracaniem kalejdoskopem nawalanek niektórym widzom przeszkadza. Ale mnie właśnie się spodobało. Bo potrzeba go było dla zbudowania klimatu, historii i relacji między postaciami. Tym bardziej, że dynamika samej opowieści wcale nie zwalnia. Obserwujemy rodzące się nowe konflikty i koalicje, narastające napięcie i widzimy jak powoli jedni bohaterowie zapędzani są coraz mocniej do ściany a drudzy podejmują decyzje, które mogą zmienić świat. Jesteśmy świadkami walk politycznych, tak wśród elit, jak i w półświatku. Dzięki temu gdy wreszcie przychodzi do mordobicia, strzelanin, rozrywania ciał na strzępy i spektakularnych wybuchów, są one mocno osadzone w opowieści i wiemy jak do nich doszło i czemu mają służyć. A same nawalanki… Wiecie, tu najlepiej byłoby sparafrazować wypowiedź Siłacza z Kajka i Kokosza: „jak walą, to walą”. To wprawdzie nie ten poziom batalistycznego szaleństwa, jakie trafiało się w Castlevani, ale też nie potrafię się na nie skarżyć. Są emocje (bo są, ten serial dba oto, żeby zagrać nam na emocjach), jest widowiskowość i można poczuć siłę ciosów.

Czy to serial wybitny, który zmieni wasze spojrzenie na rzeczywistość? Nie. Mnie nawet nie skłonił, żeby spróbować zagrać w League of Legends. Ale, o rany, jak dobrze się bawiłem!

Dodaj komentarz



4 myśli nt. „Jeszcze trochę gier w obrazku, czyli: Arcane: League of Legends

  1. aryman

    Przekonałeś mnie, dodane do “Mojej Listy” (z oglądaniem poczekam na całość). Też nie znam się na bieganiu po lejnach i odpalaniu ulti, więc myślałem, że serial nie będzie miał nic ciekawego dla mnie. Skoro jednak bawi laików, to spróbuję 🙂

    Ps. Ktoś jeszcze nie widział animacji “Niezwyciężony”? Warto obejrzeć!

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aryman

      Kurcze, widać jak zakręciły mnie tegoroczne konwenty fantastyczne i inne wydarzenia lemologiczne:p. Przeczytałem Twój wpis i od razu zacząłem szukać kto zrobił animowaną adaptację powieści Lema:D. A to chodzi o ekranizację Kirkamana. Tak, bardzo dobra. Podobała mi się chyba nawet bardziej niż komiks.

Powrót do artykułu