Glen Cook “Droga zimnego serca”

bosman_plama dnia 25 sierpnia, 2015 o 9:18    73 

Z pewnością słyszeliście, że George Martin to straszny okrutnik, ponieważ każe czekać na kolejne tomy swojego najsłynniejszego cyklu latami. Z pewnością tak jest. Jednak Glen Cook wyciął lepszy numer. Tak się wkurzył z powodu kradzieży rękopisu, że do cyklu Imperium Grozy powrócił dopiero po dwudziestu czterech latach. Ta przerwa, jak sądzę, nikomu nie wyszła na dobre. Co nie znaczy, że poniżej zamierzam zmasakrować powieść.

Istnieją pisarze i powieści, których związki z grami są nieoczywiste. O ile nikt nie ma wątpliwości, że nie byłoby gier z serii o Wiedźminie, gdyby nie opowiadania i powieści Andrzeja Sapkowskiego, a popularność cyklu Martina doprowadziła do powstania gier osadzonych w jego świecie (prawda, że dopiero po tym, jak sukces odniósł serial), to nie każdy zdaje sobie sprawę, że gra Planescape: Torment jest zadłużona u Rogera Zelaznego, nie tylko dlatego, że ten pisarz lubił, gdy jego bohaterowie tracili pamięć i musieli odzyskiwać tożsamość, ewentualnie przestawali rozumieć o co chodzi w świecie i musieli to odkrywać. W przypadku P:T jest o tyle łatwiej, że twórcy gry nie ukrywali inspiracji twórczością Zelaznego.

mythSwego czasu seria Myth była uznawana za jedną z ciekawszych strategii. Mieliśmy tu siepaczy, łuczników, saperów (krasnoludy) oraz magów i należało nieźle nakombinować się, by odpowiednio wykorzystać wszystkie te rodzaje wojsk – nierzadko od tego, czy odpowiednio je wykorzystamy zależało zwycięstwo. Te drzewka, domki i pagórki widoczne na obrazku też potrafiły namieszać. Z Czarną Kompanią łączy grę sporo. Na początek fakt, że kolejne rozdziały zaczynają się od kronikarskich wpisów kronikarza oddziału. Przeciwnicy – upadli magowie – zdumiewająco przypominają Schwytanych z powieści (niektórzy noszą nawet imiona powieściowych magów). Nasi żołnierze mają swoje imiona (o ile pamiętam też można było trafić na imiona z powieści) i historie, a klimat gry przypomina klimat CK.

Z inspiracjami powieściami Glena Cooka sprawa nie jest tak prosta. Jeden z moich znajomych do dziś jest przekonany, że twórcy gry Warhammer: Dark Omen musieli czytać Czarną Kompanię. Bardzo możliwe. Mało prawdopodobne, by nie czytali jej twórcy serii Myth. Podobieństw jest zbyt dużo (łącznie z niektórymi imionami ważnych postaci). Z całą pewnością mogę jednak napisać tylko, że na podstawie Czarnej Kompanii powstała seria mapek do Heroes IV, bo to ja je robiłem korzystając z narzędzi udostępnionych w grze. Może je kiedyś jeszcze gdzieś znajdę. “Zmapkowałem” trzy pierwsze tomy cyklu. Jakiś moder próbował na podobnej zasadzie zrobić mapy i scenariusze do Neverwinter Nights, ale nie wiem, czy kiedykolwiek ukończył pracę.

Na pewno Czarną Kompanią inspirował się natomiast inny pisarz fantasy, Steven Erikson, który dziś chyba jest popularniejszy od Cooka. Erikson nie ukrywa swojej fascynacji Cookiem, mówi o niej w wywiadach, a jeden z tomów Malazańskiej Księgi Poległych Cookowi zadedykował. Ponieważ zaś cykl Eriksona zaczął się od sesji RPG, można zgadywać, że sesje te były mocno na powieściach Cooka oparte.

Czarna-Kompania-_bn2017W moim przypadku wszystko zaczęło się od tej okładki. Był rok 1991 (albo coś koło tego) i księgarnie pełne były powieści SF i fantasy autorstwa ludzi, których nazwiska nic mi nie mówiły. Kupowanie książek przypominało loterię, często nie wiedzieliśmy czy trafimy na arcydzieło, czy na gniot. Na większości okładek albo prężyli muskuły półnadzy barbarzyńcy, albo prężyły biusty półnagie laski. Czasem łączyli się w pary, Okładka Czarnej Kompanii przyciągała więc wzrok nie tylko malowniczością i dramatyzmem, ale też swego rodzaju oryginalnością. Opis z tyłu trochę mnie rozśmieszył, bo zwiastował “połączenie stylu Howarda, Żelaznego i Chandlera” (wtedy jeszcze fani fantastyki wiedzieli kim był Zelazny). Stwierdziłem, że to wyjątkowa ściema i miałem odłożyć książkę, ale na wszelki wypadek przeczytałem pierwsze zdanie.

Osobiście najchętniej zagrałbym w grę opartą na cyklu czarnych kryminałów w świecie fantasy. I choć w okolicach piątego tomu Cook zaczął zdecydowanie tracić formę, to przynajmniej cztery pierwsze opowieści o prywatnym detektywie Garrecie, którego wspólnikiem jest dawno umarły przedstawiciel starożytnej magicznej rasy, są zdecydowanie warte polecenia.

Piszę, jakbym spodziewał się, że wszyscy znacie twórczość Glena Cooka (znając Was wiem, że wielu zna), tymczasem mogą się trafić jacyś nieboracy, którzy po lekturze pierwszych akapitów mają mgliste jedynie pojęcie o czym piszę, bo grali w Warhammera i Myth. Ci zgadują zapewne, że Cook pisuje fantasy, w którym jest sporo bitew.

ck2Okładki nowych wydań wyglądają tak. To interesujący styl, przyjęty za amerykańskim wydawcą. A pierwsze zdanie powieści brzmi następująco:
Znaków i cudów było pod dostatkiem, powiada Jednooki. Sami musimy mieć do siebie pretensję,
że źle je zinterpretowaliśmy. Ułomność Jednookiego nie wpływa zupełnie na jego cudowną zdolność
przewidywania wszystkiego po fakcie.

To trafne przypuszczenie. Znawcy fantasy cenią tego autora za wprowadzenie do gatunku tzw. bohatera zbiorowego. Miejsce herosów, magów i księżniczek zajął u Cooka – w Czarnej Kompanii – oddział najemników. I choć istnieją w nim postaci ważniejsze, bohaterowie pierwszego planu, a narracja jest zawsze pierwszoosobowa, to jednak bohaterowie giną i umierają, a Kompania trwa. Zmieniają się narratorzy – kronikarze Kompanii, pozostaje cel i ów bohater zbiorowy: żołnierze kompanii.

Czy było to rzeczywiście tak rewolucyjne, niespotykane wcześniej rozwiązanie, nie jestem pewien. Niemniej nikt przed Cookiem nie napisał powieści (cyklu) równie konsekwentnie i ne odniósł z podobnym pomysłem porównywalnego sukcesu. Duże znaczenia ma na pewno styl Cooka. Kronikarze Czarnej Kompanii, ostatniej z Wolnych Kompanii Khatovaru, to żołnierze nie bajarze. Ich styl jest prosty, szorstki (i sarkastyczny), oszczędny. Dlatego w przeciwieństwie do wielu innych powieści fantasy w Czarnej Kompanii nie ma upojenia bitwą i epickich opisów bitew. Żołnierze wiedzą, że w bitwie mogą zginąć. Gdy walka się kończy są przede wszystkim zmęczeni i zmartwieni śmiercią towarzyszy. Dlatego część “opisów” bitew i operacji, które w innych powieściach zajmowałyby pół tomu, u Cooka potrafi zostać zamknięta w dwóch zdaniach w stylu: “Kazali nam zdobyć twierdzę. No więc zrobiliśmy to. Podkradliśmy się i w środku nocy ją zdobyliśmy” (a mowa o niezdobytej twierdzy, na której wykrwawiały się całe armie). Nie bez znaczenia jest fakt, iż pisząc Czarną Kompanię Cook korzystał ze swoich wspomnień z wojny w Wietnamie. Dlatego metody działań Kompani przypominają metody współczesnych jednostek specjalnych. Podobno jeszcze w Iraku i Afganistanie CK należała do powieści chętnie czytanych przez  żołnierzy, którzy w jej bohaterach łatwo odnajdywali siebie.

igO ile powieści należące do cyklu Czarnej Kompanii noszą proste tytuły, to w przypadku Imperium Grozy Cook już zaszalał. Okładka pierwszego polskiego wydania też ma w sobie “to coś”, nawet jeśli należy do wielkiej rodziny okładek, które mogłyby pasować do absolutnie każdej powieści fantasy. To i tak lepiej niż w przypadku okładki pierwszego tomu CK, która nie ma nic wspólnego z treścią powieści. No dobra, w powieści jest jakieś morze.

Kolejną ciekawą metodą stosowaną przez Cooka, jest stawianie na pierwszym planie “tych złych”. Dziś to żadna nowość, ale w 1984, gdy ukazał się pierwszy tom Czarnej Kompanii a wcześniej, w 1979, gdy świat ujrzał pierwszy tom Imperium Grozy, rzeczy miały się trochę inaczej. Choć fantasy znało już bohaterów niejednoznacznych, jak np. Kane Wagnera (Conan to raczej koleś znajdujący się poza dobrem i złem), to jednak były to raczej wyjątki, rzadko też bywały tak ostentacyjne. Cook wyraźnie lubił wziąć na warsztat jakiś bajkowy topos i nie przerabiając go nawet specjalnie umieścić złą królową albo wrednego czarnoksiężnika w centralnych rolach. Przy czym, inaczej niż np. zrobili to twórcy filmu Maleficent, Cook nie udaje, że źli stali się nagle dobrzy. Czarnoksiężnik Varthlokkur z Imperium Grozy, który w imię zemsty za śmierć matki obrócił w perzynę starożytne imperium, podczas seansu jasnowidzenia odkrywa, że za kilkaset lat urodzi się kobieta, którą pokocha. Nie robi się od tego dobry. Przeciwnie – do końca pełni rolę wrednego czarownika z baśni, starającego się za wszelką cenę zepsuć dobrą miłość pięknej księżniczki i jej księcia. Knuje, zabija, doprowadza do wojny, uprowadza. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla jego obsesji. Zła Królowa (Pani) z Czarnej Kompanii to wredna zdradziecka, podstępna sucz gotowa mordować, torturować i unicestwiać narody. Nie cofnie się przed żadną podłością. Kłopot w tym, że Varthlokkur jest sojusznikiem naszych bohaterów a Czarna Kompania zaciąga się na służbę nie do szlachetnych bojowników o wyzwolenie spod rządów tyrana, ale wstępuje w szeregi armii Złej Czarownicy, by  dobrych buntowników tępić.

No to już macie względne pojęcie jak i o kim pisze Cook. Z czasem sytuacja trochę się zmienia a ci, którzy byli dobrzy niekoniecznie muszą takimi pozostać do końca, zaś źli mogą się iście bajkowo zmienić (miłość wyczynia z nimi straszne rzeczy). Jednak gdy ukazywały się pierwsze tomy obu cykli, czytelnikom mogły opaść szczęki. I wielu opadały.

Slodki_srebrny_blues1Rozbudowane tytuły to także cecha cyklu “Garretta”. Tytuły te są zresztą tworzone według klucza – ich częścią zawsze jest rodzaj jakiegoś metalu. Podrzucam tu okładkę z pierwszego polskiego wydania, ta ilustracja podobała mi się bardziej niż celowo pulpowe okładki MAGa.

Tym bardziej, że to nie koniec ciekawostek. Na lata przed tym, jak Martin wpadł na to, że bohaterowie mogą być niejednoznaczni i zmienni a kobiety potrafią dokonywać straszliwych czynów w imię macierzyńskiej miłości, Cook już to napisał w paru tomach. Nawet Tyrion mia swojego starszego kuzyna w postaci Szydercy (znacznie ciekawszej i bardziej skomplikowanej postaci, swoją drogą). Martin trafił jednak na lepsze czasy, gdy czytelnicy byli gotowi na takie herezje. Jest też lepszym warsztatowo pisarzem – póki mu się chce. Cook, nie licząc pierwszeństwa, ma nad Martinem tę przewagę, że nigdy nie pozwolił sobie popaść w rozwlekłość i nieludzkie mnożenie niepotrzebnych wątków, co Martinowi się w ostatnich tomach zdarza. Za to Martin potrafi pisać efektowniej i błyskotliwiej. Niemniej trochę mi przykro, ilekroć czytam, że Martin odnowił fantasy, wprowadził doń obyczajowy realizm itp. itd. Cook zrobił to wszystko znacznie wcześniej.

Po takim wstępie recenzję Drogi zimnego serca powinienem zawrzeć w trzech zdaniach, bo już przekroczyłem wszelkie limity.

Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że raczej na pewno nie jest to ostatni tom cyklu. Teoretycznie mógłby się on tak skończyć, ale Cook ukazał w tym tomie zbyt wiele tajemnic do odkrycia. W wywiadach z pisarzem pojawiały się zresztą informacje, że coś tam jeszcze się pojawi.

droga

Te okładki – w stylu charakterystycznym dla nowych wydań Cooka, czy będzie to Czarna Kompania, czy Imperium Grozy, czy delegatury Nocy – mają swój klimat. I nawet mogę się domyślić kto na niej jest. Nie zmienia to faktu, że też mogłaby pasować do połowy powieści fantasy. Niemniej lepsze to niż laska w pancernym bikini. Nie, żebym miał coś do lasek w pancernych bikini. Ale mogę sobie takie oglądać w grach i komiksach.

Ja na ten tom czekałem zbyt długo. Może nie dwadzieścia lat, ale wystarczająco wiele, by pogodzić się z faktem, że dość ponure zakończenie powieści Nadciąga zły los jest ostatecznym. Do świata Imperium Grozy powracałem więc bez specjalnych ekscytacji, choć trochę cieszyłem się, że jest nadzieja, iż Bragi Ragnarsson nie skończy tam, gdzie utknął na ponad dwie dekady. Kłopot w tym, że nie przypomniałem sobie lektury poprzednich tomów i w efekcie momentami nie bardzo wiedziałem kto jest kim w powieści. A to miało takie konsekwencje, że zupełnie nie przejmowałem się połową wątków i losami połowy postaci. Tam, gdzie pojawiali się najstarsi dla cyklu bohaterowie – Ragnarson, Król bez Tronu, Varthlokkur, tam czytałem z prawdziwym zainteresowaniem. Tym bardziej, że Haroun zachowywał się tak, jak to on potrafi, a Bragi zaczynał wracać do formy. Tu warto wspomnieć o jeszcze jednej charakterystycznej dla Cooka rzeczy, rzadko obecnej w innych seriach fantasy – jego bohaterowie się starzeją. Niektórzy bohaterowie Czarnej Kompanii potrafili umrzeć po prostu ze starości. Bragi (jak kiedyś Konował) łapie zadyszkę. Varthlokkur miewa problemy z pamięcią (to akurat nie dziwne, zważywszy, że czarownik żyje coś z tysiąc lat, jeśli nie więcej), Haroun jest z nich wszystkich w względnie najlepszej formie, ale nawet on bywa zmęczony psychicznie i traci z oczu cel swojego życia (zabił już prawie wszystkich do zabicia, tronu wyrzekł się sam, a stare nienawiści przygasły).

Imperium Grozy nigdy nie było napisane równie wartko jak Czarna Kompania. Może w środkowych tomach, traktujących o młodości Ragnarsona i Harouna cykl nieco przypominał CK (poniekąd dlatego, że Ragnarson był najemnikiem). Poza tym był cięższy i mroczniejszy. Jego bohaterowie zbyt często upadali i zdradzali by dało się ich bezwarunkowo lubić, zabrakło na pewno opisującego ich losy kronikarza w typie Konowała, darzącego wszystkich swoich braci bezwarunkową miłością (nawet tych, za którymi nie przepadał). Zabrakło dodającego lekkości sarkazmu w narracji. A że Cook będąc autorem pod wieloma względami oryginalnym i ciekawym do wirtuozów pióra nie należy, to Imperium Grozy mogło wielu zniechęcić. Także tym, że pod względem losów bohaterów bywało bardzo ciężkie. Martin może się schować. Jego bohaterowie giną, czasem w okrutny sposób, ale póki co, nie zdradzają swoich by próbować zabić swych najlepszych przyjaciół. Bohaterom IG przytrafiały się nawet takie upadki.

gorzkie-zlote-serca,big,7728Dla porównania – drugi tom przygód Garretta w wydaniu Maga.

To cykl dla tych, którzy lubią fantasy i gotowi są zaryzykować lekturę czegoś niecodziennego. Dla mnie Imperium Grozy to poniekąd eksperyment, cykl wyprzedzający tzw. “swoje czasy”, nie w pełni udany – kiedyś było na niego zbyt wcześnie, dziś jest chyba za późno, to, co w 1979 było szalenie nowatorskie dziś już czytelnicy wychowani np. na Martinie i Abbercrombiem mogą uznać za oczywiste i nie zauważyć, że Cook w IG idzie dalej i mocniej. Co ciekawe w Drodze zimnego serca widać także, że kombinuje z konstrukcją świata. Nie tylko powraca do znanej z Czarnej Kompanii koncepcji wieloświata (na upartego można by się zastanawiać, czy oba cykle nie należą do tego samego multiversum), ale odsłania własne koncepcje magii pod pewnymi względami przypominające technologie oparte na odmiennej fizyce. Zdaję sobie jednak sprawę, że fascynujące mnie światotwórstwo niekoniecznie musi interesować innych.

Z pewnością nie ma sensu sięgać po Drogę zimnego serca, jeśli nie zna się poprzednich tomów. A czy warto sięgać po owe poprzednie tomy? Podobno są tacy czytelnicy, którym się one nie podobały. Podobno istnieją nawet tacy, którym nie podobała się Czarna Kompania. Ja w tym drugim cyklu jestem zabujany na amen, a pierwszy bardzo lubię. A jeśli odpalicie Fallouta 1 lub 2, to możecie spróbować poczytać Cooka w trakcie turowej walki waszej karawany z bandytami. Ja tak czasem robiłem. Dwie wielkie przyjemności w jednym.

Dodaj komentarz



73 myśli nt. „Glen Cook “Droga zimnego serca”

    1. furry

      @Nitek

      Doskonały tekst łączący mistrzowskie inspiracje: rozmach space opery Petera F. Hamiltona metafizykę Franka Herberta i twardy realizm wojny spod znaku Glena Cooka.

      We wszechświecie dogasa największa wojna, jaką pamięta ludzkość. Zrujnowano całe systemy. Wraki dziesiątek orbitalnych miast spadają na ruiny spustoszonych planet. Związek Wspólnych Przestrzeni szykuje się do odbudowy po zdławieniu wojny domowej. Niedobitki pokonanych starają się przetrwać, zwycięzcy zaczynają już walczyć między sobą o łupy.

      Na tle zgliszczy korespondent wojenny szuka dla siebie nowych, mocnych tematów. Prywatny detektyw przyjmuje enigmatyczne zlecenie. Generał przegranej strony daje się ponieść rozpaczliwej nadziei dla siebie i swoich żołnierzy. Garstka teoretycznie zwycięskich weteranów odkrywa, że nowi liderzy skazali ich na zagładę – Pniak, Pies i Rachuba zostają uwikłani w wielką politykę i wyruszają na poszukiwanie zaginionej floty. Wojna pokaże jeszcze pazury, wszyscy oni spotkają się w ogniu walki. Niektórzy zaś odkryją, że śmierć to dopiero początek.

  1. emperorkaligula

    Nowy tom zamówiony i już do mnie leci pocztą 🙂 Ale jestem podjaranyyyy 😀

    a kto tłumaczy nowe IG bosmanie ? nie ma takich kwiatków jak w trzecim tomie delegatur nocy gdzie nawet część imion/pseudonimów pozmieniali…

    ps: jak już marzenia się spełniają (kolejny tom IG) to liczę, że ktoś się zlituje i Garrett’a też odnowi i zacznie tłumaczyć dalej.

    EDYTA: w ciemno do Cooka dobrałem Django Wexler i 2 tomy serii – ktoś czytał, albo coś słyszał ? Gwiazdek dużo zbiera 😛

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @emperorkaligula

      Z tłumaczami Cooka jest, niestety, jazda. Choć pierwsze tomy nowych wydań CK tłumaczyli ci sami ludzie co starych, to pozamieniali imiona i te, które dawniej były tłumaczone, teraz czasami już nie są i na odwrót. Albo są tłumaczone inaczej. Nie sprawdziłem nazwiska tłumacza Drogi…, ale trafiłem w tekście na wpadkę, która trochę mną potrzepała. Nie była to wtopa na miarę: “granicę tego państewka dałoby się objechać rowerem w dwa dni” (czy jakoś tak, istotny jest ten rower), co brzmi raczej kuriozalnie w powieści fantasy, ale coś w tym stylu. Inna sprawa, że nie sprawdziłem oryginału, może to nie wina tłumacza, a autora?

    2. bosman_plama Autor tekstu

      @emperorkaligula

      Tu jestem nieobiektywny. Parę lat temu, jak wydawca chciał coś ode mnie, posłałem mu do wyboru dwie rozpoczęte powieści – “Pokój Światów” i coś, co nosiło roboczy tytuł “Awanturnicy” i stanowiło fantasy oparte z grubsza na kampanii egipskiej Napoleona. Wydawca wybrał PŚ, bo tamto drugie za bardzo mu się kojarzyło z cyklem Cornwella o Sharpie.
      No i teraz nie ma już sensu kończyć tego drugiego (choć BookRage wyraził zainteresowanie).
      Tak więc czytałem pierwszy tom Wexlera i zgrzytałem zębami.

  2. ixtern

    O ile Czarną Kompanię mogę czytać od początku raz na pięć-dziesięć lat, o tyle Imperium Grozy pozostawiło po sobie pewien niesmak (może też dlatego, że musiałem kiedyś pisać recenzje poszczególnych tomów, w miarę jak wychodziły). Zwłaszcza, że pierwszy tom wydany w Polsce (najwcześniejszy napisany przez autora) zakrawał na grafomanię. Nigdy więcej do Imperium Grozy nie wróciłem, podczas gdy Czarną Kompanię przetrawiłem (literacko, nie dosłownie) kilka razy.

    P.S. Bosmanie, czy chcesz następną porcję książek? Znowu muszę zrobić miejsce (żona naciska :).

  3. bosman_plama Autor tekstu

    Tymczasem na fejsie dyskusja na temat: “czy jak lubisz Wiedźmina, to musisz lubić Michaela Jacksona” trwa. Dyskusję zapoczątkował, nie do końca świadom co robi, Obledny. Większość jej uczestników napisała, że lubi Wiedźmina z MJ nie. Ale pojawił się już tez głos: “za moich czasów to była muzyka, a teraz jest chłam”.

    1. lemon

      @Revant

      Nie mam pojęcia. Ludzie najróżniej reagują na styl Cooka. Na jednym biegunie masz bosmana, na drugim typów twierdzących, że nie wiedzą, jak coś takiego można czytać (i mówię tu o fanach fantasy). Znowu muszę odesłać do próbek w necie. (Moje zaś gusta pokrywają się z bosmanowymi, mniej więcej). 🙂

  4. Fantus

    U mnie Cook nigdy nie chwycił. Czytałem kilka pierwszych tomów Kompanii, do tego Sweet Silver Blues… Kompania w porządku, ale zachwytu nie było. Klimat fajny, ale fabuła czy postaci jakoś gęsiej skórki nie wywoływały. Garret to już całkowicie “meh”, ale nigdy nie przepadałem za kryminałami.

    No, ale ja Furry’emu polecałem Feista, więc nie można moich opinii brać na poważnie 🙂

    1. furry

      @Fantus

      No, ale ja Furry’emu polecałem Feista, więc nie można moich opinii brać na poważnie 🙂

      Ale chyba już ustaliliśmy, że najprawdopodobniej jestem na Feista za stary, może gdybym miał 15 lat? No ale wtedy nie miałem jeszcze dostępu do internetu, a w bibliotece chyba nie mieli.

      Czyli wychodzi na to, że powinienem przeczytać “Czarną kompanię”, w sumie już dawno się zabierałem, książka kurzy się na czytniku, ale miałem nadzieję, że wcześniej skończę Eriksona, żeby mi się nie mieszali z Podpalaczami Mostów. Zresztą obawiam się trochę, że Erikson zrobił to samo co Cook, tylko lepiej, czytałem dwa tomy Delegatur Nocy i, jak to ująłęś, “w porządku, ale zachwytu nie było”.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @furry

        “Delegatury…” są, niestety, słabe. Dużo słabsze od CK.
        Co do Eriksona zdania są podzielone. W moim przekonaniu nie zrobił lepiej. Za bardzo to rozwlekł. Za to istnieje problem, że po przeczytaniu Eriksona możesz mieć poczucie deja vu czytając CK, bo ja czytając “Ogrody Księżyca” odnosiłem wrażenie, że czytam plagiat (tylko gorzej). Potem się Erikson usamodzielnił, ale ten pierwszy tom… Uch. Kiedy pojawiła się tajemnicza niema dziewczynka cisnąłem książką o ścianę.
        Po prostu pamiętaj, że Cook był pierwszy a Kruk i Jednooki wyprzedzili Sójeczkę i Szybkiego Bena i są trochę ich wujkami, w których Podpalacze Mostów nieco się zapatrzyli i brali z nich przykład.

        Na szczęście style obu autorów są mocno inne. Cook stara się pisać szybko, wręcz skrótowo, lakonicznie. Potrafi być autoironiczny. Erikson więcej uwagi i miejsca poświęca konstruowaniu świata, podczas gdy Cook tylko go lekuchno szkicuje, wzorując się na na naszym zamiast wymyślać własny. Gdy Erikson stara się z rozmachem namalować tworzenie się nowych legend i bogów, Cook załatwia to jednym zdaniem i już się więcej sprawą nie przejmuje.

  5. Waldek-Mat

    Z Cooka cenię najbardziej pierwsze trzy tomy Czarnej Kompani i pierwszych czterech Garretów. Czarna Kompania w następnym tomach się namieszała, choć przyznaję że czytałem to dawno temu, teraz po Jordanie i Martinie pewnie poszłoby łatwiej, ci to dopiero mieszają wątkami. W dalszych tomach Garreta zgubił się gdzieś ten specyficzny humor pierwszych tomów.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Waldek-Mat

      Pierwsze trzy tomy (i Srebrny Grot) CK są najlepsze. Ale ja lubię to, co dzieje się później – rozwój świata, relacje Pani – Konował – dziecko. Także zmiany kronikarzy mają klimat, w tym to, jak nowi kronikarze patrzą na starych (np. obserwowanie Konowała jako starego paranoicznego niedźwiedzia:) ). No i nostalgia ostatnich dwóch tomów jest niesamowitą siłą. A także samo zakończenie ostatniego (znów śmiałem się przy Czarnej Kompanii).
      Wolałbym, by Cook niczego już nie dopisywał do tego cyklu. A dopisuje.

      W przypadku Garretta rzeczywiście coś się dzieje z humorem w dalszych tomach – znika gdzieś jego lekkość, niektóre numery (np. papuga) sprawiają wrażenie dopisywanych na siłę. Do tego całość kręci się w miejscu, powtarzają się gagi. Ale lubiłem tamta paczkę, więc pewnie doczytam cykl do końca, co oznacza, że będę musiał ściągnąć tomy niewydane w Polsce.

  6. Kawira

    Czarna Kompania <3. Jak dla mnie prawdziwe arcydzieło, gdzie w sumie trudno pozostać obojętnym wobec kogokolwiek…szczególnie Jednookiego i Goblina :D. Już nie mówiąc, że gdy byłem pewien co się dalej wydarzy, to Cook pokazywał mi wielkiego faka i obracał świat do góry nogami

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Gileq

      IG też uważam za najsłabiej napisany z cykli (choć może to wina tłumaczy). Podejrzewam, że Cook się na nim trochę uczył pisać cykle (pierwszy tom IG to chyba jego trzecia powieść w ogóle), stąd pojawia się tam czasem wrażenie chaosu. Z tym, że tam bohaterem jest raczej pewna historia, nie ludzie. Bragiego, który z czasem wyrasta na główną postać cyklu w pierwszym tomie prawie nie ma. Np. u Martina, który też pisze historię pewnego królestwa, fabuła jest jednak oparta na konkretnych bohaterach. Cook potrafi odsunąć bohaterów na bok, żeby zrobić miejsce dla historii. I nie zawsze mu to wychodzi.

      Dopiero w ostatnich dwóch tomach te wszystkie historie, które sprawiają wrażenie wielkiego chaosu, układają się w całość – historii o pewnych powiązanych ze sobą ciągłymi wojnami królestwach i spiskach Gwiezdnego Jeźdźca.

      No i cyklowi nie pomaga, w moim przekonaniu, to, jak Cook traktuje w nim bohaterów. To, co zrobił np. z Szydercą jest pod pewnymi względami fascynujące, ale zupełnie nie pasuje do fantasy. W fantasy się tak z postaciami nie postępuje.

  7. Iago

    Bosman przywołuje wspomnienia…
    Czytać Cooka zacząłem wiele lat temu od Garretta (pierwszy tom w wydaniu Alfy, dopiero po latach dorwałem następne, w lengłydżu), później dopiero przeczytałem pierwsze tomy Czarnej Kompanii (ostatecznie skompletowałem to nowe, 4. tomowe wydanie – i wściekałem się na zmianę tłumaczenia). Chyba Garrett podobał mi się bardziej – albo tłumaczenie było lepsze, albo styl autora mniej chropowaty (co bynajmniej nie znaczy, że CzK była zła – była inna). Za to Imperium Grozy odpuściłem nie skończywszy pierwszego tomu – nie dało się tego czytać.

    Poza tym stwierdzam, że jeśli chodzi o połączenie fantasy i kryminału to jednak Dresden Jima Butchera jest lepszy (choć ostatnie tomy są mało kryminalne).

  8. /mamrotha

    Czarna Kompania wstrząsnęła mnie swoją ponurowatością (z 15l temu) i przez X tomów nie mogłem się doczekać happy-endu i powrotu niedobitków do domu.

    Wspomniany tu na marginesie Garret wymiatał ( też z dwie dekady temu połączeniem noir, świata rodem z Terrego Prachetta i narracji a’la Sapkowski – przynajmniej tak pamiętam czytane przy (za) dużej liczbie zimnych pliki txt zassane z SoulSeeka. Hmmm, może czas na jakieś bundle z Amazonu…

    1. MisBimbrownik

      @/mamrotha

      Czy, tak klasycznie, czyli z innej beczki, mógłbym poprosić o rekomendacje książek podobnych do Lewej Ręki Boga?
      Bardzo odpowiadał mi zarówno styl, świat jak i taktyczno-militarne strategie poruszane w sadze.

      Analogicznie odpowiadały mi wątki poruszane w pochodnych Gry Endera – o ile większość z nich była, oględnie rzecz nazywając, trudna do przebrnięcia, kwestie taktyki i długofalowego planowania uważam za jedne z ciekawiej opisanych.

      Z góry dziękuję za rekomendacje 🙂

  9. SzalonyBlazen

    Czarna kompania. 🙂 Mój ukochany cykl odkąd się z nim spotkałem bodajże około 1997 czy 1998. Przeczytany już pewnie z kilkanaście razy 🙂
    Garret fajny ale ja ogólnie bardzo lubię połączenie kryminału z fantastyką.
    A IG nie skończone :/ ale przypomniałeś i dziś robię kolejne podejście 😉

Powrót do artykułu