Motyl i g-suit

WarNerd_PL dnia 23 września, 2014 o 11:23    55 

Nie będę się za bardzo rozpisywał na swój temat, bo to i skromność, i tekst ten powie Wam więcej niż tysiąc słów. Choćby dlatego, że ma ich ponad trzy tysiące.

(Wyjaśnienie na początek co podmiot liryczny miał na myśli: tytułowy motyl symbolizuje towarzyszącą ludzkości od zarania dziejów tęsknotę za lataniem  – dzięki wypasionym symulatorom na PC, zaś g-suit to sztywny korporacyjny skafander, dławiący kreatywność i podcinający skrzydła, przez co nie powstają wypasione symulatory z dynamiczną kampanią, J-TACami, elementami rozwoju postaci i bilardem w bazie, bo by się słupki nie zgadzały).

Pokrótce: kiedyś to się grało, gry były miodniejsze i była panie ta, magia. Teraz możliwości są większe, cóż z tego, skoro leżą niewykorzystane. Wyjątkiem jest Call of Duty: Ghosts, które potrzebuje 8 giga RAM.

Nie jest łatwo 40-latkowi znaleźć satysfakcję. W dzisiejszej branży growej, znaczy się, bo wiadomo, zawsze jest jakieś red tube czy coś w ten gust (tak mi kolega opowiadał).

Pierwszy raz zagrałem na „komputerze osobistym” u kolegi, gdzieś w 1985. Gier było kilka, ale od razu moją uwagę przykuła „Flight Simulation”. Miałem już zdaje się wtedy za sobą dłuższy lot Iłem-62 M (jako pasażer, nie myślcie sobie) i z miejsca nabrałem ochoty na polatanie na stanowisku bardziej kierowniczym. Okładka (tak, to oryginały na kasetach były!) prezentowała się bardzo zachęcająco.

Zresztą, po lekturze „Dywizjonu 303” gdzieś tam nieśmiało wyobrażałem sobie, jak to pocinam na kompie, prażąc do Heinkli-111 i trafiając prosto w ukryte pod pikielhaubami łby szkopskich (znaczy nazistowskich) pilotów.

Growa rzeczywistość była nieco bardziej siermiężna – zresztą, czy muszę to objaśniać w erze hype’u i milionowych budżetów na marketing? Grafika nie dorównywała tej z okładki kasety (zresztą od razu widać że ściema, w samolotach nie ma takich dużych okien), ale cóż, na świecie, poza ściśle wojskowymi symulatorami, i tak nie było niczego lepszego. Ja, kolega, jego rodzina tudzież znajomi tłoczyliśmy się przy stole, na którym centralne miejsce zajmował ZX Spectrum i czarno-biały telewizor.

Kiedyś: okładka...

Kiedyś: okładka…

... i gra właściwa

… i gra właściwa

Głowa rodziny z powagą szykowała się do przeprowadzenia manewru lądowania… i to w nocy! (znaczy noc była w grze, ale za oknem ciemno, bo zima, co tylko potęgowało „immersję”). Wszyscy wpatrywali się w „monitor”, atmosfera była gęsta niczym w NORAD, gdy WOPR potrzebował już tylko jednej cyfry, by wywołać globalną wojnę termonuklearną.

Wtem! Próba lądowania zakończyła się straszliwą kraksą, gdyż czcigodny patriarcha zapomniał wysunąć podwozie. Nie dziwota w sumie –tyle tych zegarów w grze nawalili…

Kto by to ogarnął. Zdaje się, że o kraksie poinformował nas odpowiednio dramatyczny napis, bowiem wbudowany głośniczek komputera (ZX speaker?) głucho milczał. Kolega powiedział mi potem, że ma na kasecie wersję „Flight Simulation” z efektami dźwiękowymi. Jeśli dobrze zrozumiałem jego wyjaśnienia, były tam nagrane odgłosy silnika prawdziwego samolotu, a komputerek odpowiednio sterował magnetofonem, odtwarzając odgłosy stosownie do sytuacji na ekranie. To musiał być kawał solidnej technologii! (Kolega ten utrzymywał także, że ma u dziadków prom kosmiczny, więc z tymi efektami dźwiękowymi to może nie do końca było tak, jak opowiadał).

Gorzej, że 3,5 megahercowy procesorek „spectrumny” dość powoli reagował na polecenia i próby jakiegokolwiek przechylenia samolotu na skrzydło kończyły się dla nas tragicznie, bo z braku widocznej reakcji na ekranie waliliśmy po klawiszach pakując wirtualną maszynę w położenie, z którego nie potrafiliśmy jej już wykaraskać.

Można powiedzieć, że ów jesienny czy zimowy wieczór, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem grę (i do tego symulator lotu!) na 8-bitowcu, był w jakimś sensie przełomowy. Coś się we mnie przełamało. W każdym razie świat nie był już taki, jak wcześniej, pojawił się… głód.

Głód komputera. Wspomniany ZX Spectrum gościł u kolegi w domu tylko sporadycznie, wypożyczany z politechniki. Oferowany był w dwóch smakach: z 16 i 48 kB (kilobajtami) RAM. Niektóre gry „chodziły” tylko na 48 kilobajtach i tu widzicie, pecetowcy, że bariera sprzętowa istniała zawsze.

space

Z racji tego, że komputerek bywał u kolegi jedynie gościnnie, a i w te wyjątkowe dni nie zawsze mogliśmy sobie pograć, bo przesiadywał przy nim tata kolegi (i np. w szachy grał, uwierzycie!) „Flight Simulation” na zawsze pozostała dla mnie w pewnym stopniu tajemnicą.

Wielką, brzydką tajemnicą, trochę jak wątroba. Bo nawet, kiedy udało nam się w końcu dopchać do elektronicznego przedmiotu pożądania, pozostawał jeszcze problem, co wczytujemy. „Hungry Horace”, „Jet Pac” czy może „PSST!” (zwane także potocznie „azotoxem”). Kaseta z „Flight Simulation”, ze względu na „elitarność” i złożoność gry, nie do ogarnięcia dla 12-13 latka (nawet bez ADHD) niezbyt często lądowała w podpiętym do spektrusia Grundigu. Gra ta więc pozostaje dla mnie czymś w rodzaju „Arcanum”, „Privateera” czy „StarCrafta” – słyszałem że dobre, nawet przeczuwałem że warto zagrać, ale z powodu braku sprzętu czy czasu nie pograłem długo, i raczej już tego nie nadrobię.

Rok później i ja doczekałem się 8-bitowca, C-64. Tyle, że bez gier. To znaczy miałem parę (coś ze setkę) na kasecie, ale głównie badziewie, nic ambitnego pokroju FS. Ale czas mijał i powoli dorabiałem się przyzwoitej kolekcji gier (na kasetach magnetofonowych, rzecz jasna). Z konieczności zagrywaliśmy się (co prawda nie w multi, ale każdy na osiedlu, kto miał 8-bitowca, miał też sporo kolegów) w gierki typu „Commando”, „International Karate” (na 2 joye!) czy „Pit Stop 2” (na split screenie!). Pewnego dnia zawitał do mnie kolega z kasetą, na której oprócz kilku innych tytułów znajdowało się coś o nazwie „ACE”. Kolega napomknął, że co prawda to symulator, ale da się w to grać i jest nawet fajne.

Okazało się, że faktycznie tak jest. Żartów nie było – „ACE” to nie jakiś tam zwykły “as” (ani nie niezwykły wybielacz), to „Air Combat EMULATOR”. Nawet ja podejrzewałem, że to coś więcej niż „generyczny” sim. To coś EMULOWAŁO walkę powietrzną na waszym 8-bitowcu! Przeciętny kanapowo-fotelowy pilot myśliwca nie mógł chyba dostać niczego lepszego.

space

Wówczas nie było jeszcze takiego słowa, ale gierka z całą pewnością była GRYWALNA. Taki chyba pierwszy „symulator z ludzką twarzą”. Gałkologia obejmowała coś 11 klawiszy i oczywiście trzeba było to rozkminić samemu, bo nie było „Secret Service”! (Był „Bajtek”, powinniście zobaczyć te Smieną robione “screenshoty” w opisach). Ale jeśli tylko rozgryźliście tajniki obsługi, mogliście w pełni rozkoszować się „emulatorem”, w którym były i walki powietrzne, i ataki na cele naziemne tudzież nawodne, i synteza mowy (teksty były co prawda trochę bełkotliwe, ale to przecież normalne przez radio), a nawet tankowanie w locie. Udało mi się w całej swojej karierze nawet ze dwa razy zatankować, a musicie wiedzieć, że przeszedłem to całe ACE. Co prawda w pewnym momencie nabrałem podejrzeń, że coś jest nie tak, bo na demku (można sobie było odpalić wybierając odpowiednią opcję z menu) widać było atak na jakieś statki czy okręty, a w grze nijak nie mogłem ich wypatrzeć. Podejrzewałem, że może mam jakąś zabugowaną wersję – o patchach na C-64 nikt nie słyszał – ale statki radośnie pojawiły się po zniszczeniu wszystkich celów naziemnych. Wystarczyło je (statki) zatopić i voila! – game over. Normalnie jak dynamiczna kampania!

Ciekawostką w grze był umieszczony na tablicy przyrządów „monitor”, pokazujący obraz ze skierowanej do tyłu kamery – można było w nim dostrzec goniące nas pociski ziemia-powietrze (i odpalić na czas flary), ale też prażący w nas z działka wraży myśliwiec – zdarzało się, że trafiał w kamerę i ją niszczył. Czasem, kiedy nie miałem już amunicji, maszyna była postrzelana, a walka beznadziejna, puszczałem mu flary w nos – nic to co prawda nie dawało, oprócz odrobiny złośliwej satysfakcji.

Warto wspomnieć, że można było grać „na dwóch” – trzeba było mieć tylko dwa dżojstiki, ale to nie było rzadkością, bo te dość często padały i zazwyczaj miało się jakiś zapasowy. Jeden gracz sterował samolotem, a drugi naprowadzał celowniczek na (zgadliście) cele. Nieźle się zgraliśmy z jednym kumplem z klasy. Ot, takie domowe F-15E, rozumiecie…

Jednak nie wszyscy nadawali się do tak wysublimowanej zabawy. Inny kolega (który stał się częstym gościem w moim mieszkaniu – ba, bywalcem! gdy tylko wieść o moim C-64 rozeszła się po bloku), położył maszynę w głęboki zakręt i, obserwując kręcącą się w kółko wskazówkę kompasu, obwieścił: „Zegar się p…doli”.

space

W sumie jednak, jak na owe czasy (1985), „ACE” było całkiem dobrze pomyślaną i grywalną gierką, która naprawdę nieźle wykorzystywała dostępne „możliwości sprzętowe”. Zerknijcie sobie zresztą na opis na c64-wiki.com, jest całkiem zabawny.

A potem… Lata mijały, zbliżała się matura, C-64 powoli odchodził do lamusa. Nie dorobiłem się stacji dyskietek, ojciec – skąpiradło – nie chciał zasponsorować, i tak zostawały jakieś smętne resztki zgrywane na kasetę dzięki kartridżowi Final II. Jeśli ktoś dziś narzeka, że ma 60 klatek w jakiejś grze, to powinien sobie obejrzeć Fighter-Bombera na commodorku. Choć i tak szacun, bo były tam zdaje się modele 3D i widok spoza samolotu – ale grało się w to ciężkawo.

Aż wreszcie, gdzieś tak w 1992, stałem się właścicielem swojego pierwszego peceta. „Skąpiradło” dostrzegło wreszcie potęgę drzemiącą w komputeryzacji i dało się naciągnąć na 386 z 25-megahercowym procesorem i 2 megami pamięci. 2 mega RAM… trudno mi było w ogóle uwierzyć, że można mieć tyle pamięci w kompie – a nie wiedziałem wtedy nawet, że „640 kB powinno wystarczyć każdemu”.

I w tym momencie – nareszcie – spełniły się moje marzenia. Wreszcie mogłem odpalić u siebie „F-19 Stealth Fighter”! Przedmiot westchnień, który do tej pory oglądałem tylko u kolegi, na PC z procesorem 286… i bursztynowym monitorem. Kolega ów był straszliwym symulatorowym profanem (np. w jakimś pionierskim symulatorze u-boota zatapiał lotniskowiec z działek małokalibrowych, a przecież tak nie można), co tylko wzmagało u mnie poczucie niesprawiedliwości dziejowej. Wersja, którą posiadał, była podobno zawirusowana (a może brakowało jakichś plików) i nie zawsze udawało się ją odpalić. Ale kiedy już mu się udało, latał jak pijany, niszcząc coś od czasu do czasu ogniem z działka (dzięki bugowi w grze). Ledwo mogłem na to patrzeć i nie mogłem się doczekać chwili, kiedy odpalę „F-19” u siebie.

space

W międzyczasie znajomi pożyczyli mi na weekend Amigę (wyobrażacie to sobie?). W stosie dyskietek z grami, który mi przywieźli, był także „F-19”. To był totalnie szalony i supergorący weekend… Te widoki z odpalonego pocisku, ten basowy łomot działka… to se ne vrati. Ze dwa lata temu odpaliłem to na emulatorze, ale nie pograłem, oczy nie wytrzymały.

W każdym razie w roku akademickim 1992/1993 miałem sporo wolnego czasu i zaczęła się orgia grania! Wrażeń nie brakowało – w owych czasach, po przesiadce z C-64, takie np. intro z “Another World” mogło nieźle zryć psychę… A widok wrażej armii w “Centurionie”, pierzchającej na nasz widok z powodu braku jakiegoś pliku na dyskietce, zapewniał nam masę radochy. Ale wróćmy do F-19.

W porównaniu z tym, co oferowały 8-bitowce, była masa rzeczy do ogarnięcia. Wybór teatru działań (Libia najłatwiejszy, Związek Radziecki nie do przejścia, no to latałem głównie na Polską, NRD i Czechosłowacją), wybór misji, wybór uzbrojenia… (przy okazji, ekran wyboru uzbrojenia był taką małą bazą danych na temat “środków walki” przenoszonych przez ówczesne amerykańskie samoloty. Lepszego źródła wówczas nie miałem).

Stosunkowo niewielkie możliwości ówczesnych kart graficznych odcisnęły swoje piętno na wyglądzie powstających konstrukcji:

oldgames_dk

globalsecurity_org

egame_013

wingsovereurope_com

Wreszcie – start! Wznosimy się i kierujemy w stronę widocznych na horyzoncie gór. Nie, nie żeby wydrzeć złoto, ale by z chirurgiczną precyzją umieścić pocisk powietrze-ziemia w moście o znaczeniu strategicznym. PC speaker świergocze niemiłosiernie (ściszcie YouTube jakby co). Nie wiem, jak moi rodzice to znosili, grałem chyba głównie jak byli w pracy. Mknę po nocnym niebie na wysokości stu stóp, by dostarczyć miłującym pokój demoludom „shock and awe”! Co prawda czułem się trochę jak zdrajca, gdy tak pomykałem poniżej radaru by zniszczyć most w Katowicach, ale co tam… Drobny kompromis moralny wart był tych emocji. For the greater good! Pamiętam walące serce i ściekający po ciele pot, kiedy po udanej misji podchodziłem do lądowania na postrzelanej maszynie… Katowałem „F-19” do upadłego, do momentu, w którym znałem już tajniki engine’u i bugi, a misje stały się schematyczne i nie zapewniały już tego dreszczyku emocji, co na początku.

Jakiś czas potem kolega podarował mi (!) oryginał (!!) „Chuck Yeager’s Air Combat” na dyskietkach 5 ¼ cala (!!!). Gra była nastawiona wyłącznie na walkę powietrzną i działo się, odtwarzanie scenariuszy z trzech konfliktów: II WŚ, wojny koreańskiej i wietnamskiej potrafiło nieźle wciągnąć i było, jak na owe czasy, nieźle zrealizowane. Intensywnie uczyłem się wtedy angielskiego i próbowałem czytać „…And Kill MiGs” Lou Drendela w oryginale, grając więc mogłem przeżyć namiastkę tego, co opisano w książce. Ta „synergia” powodowała, że emocje sięgały zenitu, bluzgi latały gęsto, a PC speaker kwilił jak zarzynany.

space

Dobra, ale będę się streszczał, żeby nie przynudzać (o ile już nie jest za późno), bo inaczej lektura będzie jak lot patrolowy Cataliną według kalendarza, poza tym z centrali gikza cisną, żebym już przesłał szumnie zapowiadane wypociny.

Mijały lata… teraz sam jestem dziadkiem, czy może raczej czuję się coraz bardziej dziadowsko. Zmieniałem komputery, na dyskach pojawiały się coraz to nowe gry. Stopniowo czasu i chęci na granie ubywało, rzadko odpalałem jakiś symulator, choć przez jakiś czas testowałem i “Total Air War”, i “LockOn”, i “Flaming Cliffs 2”, i “FSX”…

Wreszcie, niemal 21 lat (serio? To nie może być prawda, na pewno coś pochrzaniłem z dodawaniem) po rozpoczęciu przygody z symulatorami na PC, postanowiłem odpalić coś do polatania, coś takiego lżejszego na początek – nie że zaraz „wciśnij Ctrl+Alt+Shift+G żeby wysunąć podwozie”, tylko tak bardziej „wciśnij fire żeby strzelać”.

Poszperałem trochę po sieci… o, Angry Joe chwali “Ace Combat: Assault Horizon”. Angry Joe jest zabawny, a Ace Combat taniej w jakimś bundlu – no to sobie zapodam.

Bolało.

space

Serio, nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się wymęczyłem żeby przejść jeden poziom w nadziei, że potem jest lepiej. Od strony wizualnej nie było nawet tak źle, ale gameplay… serio rozpacz mnie brała, jak po zestrzeleniu w bólach kilku przeciwników wylatywało kilku kolejnych… i jeszcze raz… Nie będę się rozpisywał, próbuję to tym zapomnieć. To uczucie frustracji i wreszcie rozpaczy… Porażka roku (bo “Watch Dogs” testowałem tylko w wersji nieodpłatnej).

“Assault Horizon” wyleciał z dysku tak szybko, jak się na nim pojawił. Seria “Ace Combat” to jest jakiś konsolowy hit, tak? Mam nadzieję, że pozostałe osłony pozostaną „ekskluzywem”.

(Żeby nie było żem fanboj PC: mam Xboxa do grania w „Mercenaries” i 360 do grania w „UFC 3”, „Gears of War” jakoś mnie nie powaliło).

No dobra, co teraz? “W życia wędrówce, na połowie czasu, Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi…” Wujo, jak żyć, co robić???

Po godzinie, jak już ochłonąłem, zacząłem szukać jednak czegoś ambitniejszego, np. żeby dynamiczna kampania była (i żebym w bazie budował bilard).

Postęp taki teraz panie, procki gigahercowe i filtrowanie anizotropowe, na pewno coś się znajdzie. I owszem, znalazłem aż dwa symulatory samolotowe (z dynamiczną kampanią, choć bez bilarda): wspomniany już “Total Air War” i “Falcon 4.0”. Wypas. Zwłaszcza, że oba te tytuły powstały w 1998. 1998… to był dobry rok… Poznałem wtedy swoją obecną żonę. No dobra, powiedzmy więc, że to był dobry rok dla symulatorów.

Trochę czasu minęło (żeby nie psuć sobie nastroju lepiej nie liczmy, ile) i tytuły te raczej trudno odpalić pod Win7. Zmodernizowanym pod nowe windy “T.A.W.” już kiedyś się bawiłem, został “Falcon”. Nigdy mnie F-16 nie kręcił jakoś specjalnie, małe toto takie i lekkie, nie to co F-15E czy F-4G, ale dajmy szansę.

Pooglądałem trochę filmików na YouTube, wyciągnąłem wnioski, po czym raźno wziąłem się za ściąganie “Falcon BMS 4.32”. Nie będę ściemniał, że nie mogłem się doczekać końca zasysania, a potem z wypiekami na licach obserwowałem pasek postępu podczas instalacji. Normalnie, ściągło się i zainstalowało, ziew. Potem dech zaparło mi intro… gdzie tam, jakie intro, jakiś napis tylko, nie umywa się nawet do „Birds of Prey” na Amigę. Potem menu tytułowe… w niskiej rozdzielczości. Zmieniłem parę ustawień i odpaliłem jakiś pojedynczy scenariusz. Zdaje się że tutorial, jak przygotować maszynę do startu, uruchomić silnik i wykołować z hangaru. Całkiem fajne to nawet było i wyglądało nieźle. Nie jak w DCS “A-10C Warthog”, ale nieźle. Taka techniczna pornografia trochę, lubię. Szybko się też okazało, że z dżojem Logitech Attack 3 raczej nie po…latamy. Wyciągnąłem więc z pawlacza przykurzony Saitek X52 Pro. Od razu lepiej.

PMSkorea

Red Flag Korea… nie. Falcon BMS Korea… też nie. PMS Korea!

Ale tylko trochę. „Gra” okazała się dość złożona, bo „fanowski dodatek” BMS swoje zrobił. Na szczęście w folderze z grą jest zestaw pdf-ów z dokumentacją, gdzie można znaleźć opis rozmaitych niuansów symulatora. Ufam, że opis jest dość dokładny, bo dokumentacja ma do kupy coś z 1300 stron. Do przerobienia zostało mi jeszcze jakieś 1200.

Lektury

Po przerobieniu instrukcji nie zaszkodzą lektury nadobowiązkowe

Na szczęście mamy YouTube. Niejaki Krause w przystępny sposób pokaże nam, jak używać radaru do wykrywania celów powietrznych z większej odległości (cztery tryby pracy), podczas walki manewrowej (kolejne cztery) i do wykrywania celów naziemnych (osobne tryby dla nieruchomych i ruchomych) oraz nawodnych. Wyjaśni, jak używać pocisków Maverick, które w F-19 były „pacaneum” w zasadzie na wszystkie cele naziemne, tu zaś nadają się do niszczenia tylko niektórych, a i to zależy od wersji pocisku (ze cztery sposoby, i nie zapomnijcie przed użyciem włączyć zasilania pocisku i odczekać 2-3 minut, inaczej nic nie zwojujecie. Aha, trzeba jeszcze odblokować układ naprowadzania). Dowiemy się także, jak używać pocisków do niszczenia stacji radiolokacyjnych, jak zrzucać bomby („głupie” i naprowadzane laserowo, w trybie wyświetlania punktu uderzenia albo zwolnienia bomby), jak tankować w locie i wreszcie – jak lądować z zachowaniem prawidłowego kąta natarcia, by hamować kadłubem (niekoniecznie szorując brzuchem po ziemi), nie przeciążając hamulców.

DLC

Nogi, mapa i lista częstotliwości dostępne jako DLC

Warto wspomnieć, że kokpit jest w pełni (no, prawie) klikalny, więc jeśli uważacie, że przełączanie Master Arm kombinacją Shift + Ctrl + Alt + M jest niezbyt wygodne, możecie to zrobić myszą. Można też powiększać obraz kręcąc rolką myszy, tak by ten cholerny przycisk, w który nie idzie wcelować przez turbulencje, zajmował 1/4 ekranu.

Kiedy już to wszystko jako tako zapamiętacie i opanujecie, możecie spróbować swoich sił w scenariuszach (Tactical Engagement), albo rzucić się na głęboką wodę i odpalić tryb kampanii (mam ich w tej chwili ze sześć w trybie single player, bo jest jeszcze online).

Nawet w SP nie latamy jednak samotnie, tylko ze skrzydłowym albo w czwórkę, poza tym w misjach uderzeniowych często towarzyszy nam eskorta i Dzikie Łasice, zwalczające radary i wyrzutnie rakiet ziemia-powietrze. Na początek (gdzieś tak po tygodniu) wybrałem kampanię – konflikt między Koreą Północną i Południową. Klimacik jest, bo każdy chyba wie, jaka to kanalia ten Kim Dzong Un. Na Półwyspie Koreańskim są trzy kampanie, potem może polatam nad byłą Jugosławią.

Warto wspomnieć, że w kampanii jesteśmy jeno trybikiem wielkiej wojennej machiny. Oprócz nas, w powietrzu znajdują się często dziesiątki innych samolotów, patrolujących, tankujących w locie, atakujących cele naziemne, wracających do bazy… Co chwilę AWACS podaje namiary na “bandytów”, ktoś prosi o zgodę na otwarcie ognia, ktoś inny właśnie zrzucił bomby, ktoś wykonuje uniki, ktoś dostał, komuś kończy się paliwo… To znakomicie buduje klimat.

A jaka grafika, spytacie, chowani na SLI, Cross-fire i Titanach. Odpowiadam: grafika nie jest najważniejsza – oczy przecież mogą cię oszukać, dźwięk się liczy! No dobra – Falcon wygląda nieźle, jak na grę z 1998 po liftingu to nawet bardzo dobrze. Zresztą, jak Was MiG złapie radarem albo rakietka z ziemi wystartuje, to nie będziecie myśleć o poligonach (chyba że: trzeba było więcej ćwiczyć na poligonie); tylko wystrzeliwać flary, dipole i nurkować w stronę ziemi-matki zbawicielki. Oglądany z lotu ptaka krajobraz często robi wrażenie posklejanego z segmentów metodą kopiuj-wklej, ale pasjonaci pracują nad tym i może w kolejnej wersji albo po kolejnym modzie zielona koreańska ziemia będzie jeszcze bardziej koić oczy. Ciekawe, że podobno rolnicy nawozili tam pola ludzkimi produktami przemiany materii…

DSC02795

Dziś: okładka…

cockpit

… i gra właściwa

Parafrazując Wanię, człeka światłego i obdarzonego świetną pamięcią: kampania – ja pinkolę! model lotu – ja pitolę! awionika – ja chędożę! Do kroćset fur beczek! Wielki szacun dla ekipy, która tę perełkę tworzy za free. Sierra Hotel!

Do tego gra jest modowalna i jest sporo darmowych modyfikacji do ściągnięcia. Instalacja nie zawsze jest prosta, ale… 1300 pages, dude. 1300 pages.

Za to można robić takie czadowe modyfikacje:

pixel

W ustawieniach grafiki nie ma AA, więc piksele czasem rzucają się w oczyAAA

Jest za to pod dostatkiem AAA

Ograniczona pojemność Internetów nie pozwala mi się zbyt długo rozwodzić nad bogactwem Falcona. Dodam, że po odkurzeniu Saiteka zainwestowałem jeszcze w TrackIR5, „kamerkę” śledzącą ruchy głowy gracza. Dzięki temu nie muszę teraz używać aktywnej pauzy i myszy, rozpaczliwie poszukując w kabinie odpowiedniego przełącznika, łatwiej jest mi obserwować rakietę, zanim mnie trafi, mogę też odwrócić wzrok i nie patrzeć, jak ziemia pędzi w kierunku kabiny mojego F-16.

Postaram się jakoś krótko i zrozumiale podsumować temat “Falcona” (choć chyba nie ma tu zbyt wielu konsolowców): temat jest mega i wogle to jest super. Jest kupa nauki i masa rzeczy do opanowania, ale to jest fajne (no jak nie jest jak jest). Ja wiem, że czasem trudno jest znaleźć konkretny temat na tych 1300 stronach instrukcji, ale Ctrl + F pomaga. No i jest jeszcze forum benchmarksims.org (ponad 8000 członków, jak nie napiszecie choć jednego postu, to po tygodniu kasują konto). Przy okazji można się dowiedzieć kupę ciekawych rzeczy o samolotach, sprzęcie, taktyce i lotnictwie w ogóle. Czy to jest potrzebne? Hmmm… powiedzmy że spotykacie na imprezie fajną laseczkę i mówicie: „Wiesz, jak leciałem bombardować ten reaktor w Korei Północnej to na radarze złapałem MiGa, chciałem mu przywalić Amraamem ale nie mogłem zalokować bo nie przełączyłem Master Arm na ON, o ja głupi ja głupi!” no i już może między wami zaiskrzyć, bo i ciekawe to i zabawne, albo: „Zauważyłem że bunkry lepiej rozwalać naprowadzaną laserowo bombą z twardą głowicą penetrującą” – tu taki subtelniejszy hint na przyjemne zakończenie wieczoru.

mil_mav

Inwestycja w tę książkę nie zaprocentuje niestety w grze

Mavericks

Jeśli więc dopadł was kryzys wieku średniego albo we znaki daje się Wam kryzys w branży growej,                znudziły Was już klony CoD na 8 giga RAM-u, niegrywalne SimCity i wykastrowane Simsy, to wiedzcie, że simy lotnicze potrafią być jeszcze całkiem soczyste i poświęćcie kilkadziesiąt długich, zimowych wieczorów na opanowanie podstaw “Falcona BMS” 🙂

Z ostatniej chwili:

Tomowi C. nie spodobał się scenariusz sequela “Top Gun”…

tomcat1

tomcat2

tomcat4

tomcat5

Dodaj komentarz



55 myśli nt. „Motyl i g-suit

  1. /mamrotha

    Ehhh, dzięki za garść wspomnień z mojego dzieciństwa 😀
    Nosić w plecaku w w twardej oprawie bootwalne 5.25 cala z F15 Strike Eagle, by móc w każdej chwili wbić się u starego w robocie na wolne 286 i jeszcze raz sprawdzić czy w okolicach Murmańska faktycznie płynęła wynurzona atomowa łódź podwodna. To były emocje!

    … a jak sobie pomyślę że kiedyś chciało mi się przez godzinę tropić konwój i obliczać na kartce papieru kąty przecięcia dla torped…

    1. Nitek De Kuń

      @/mamrotha

      W pracy u taty na 386 grałem na przemyconym Wolfensteinie ;D I drukowałem jakieś paści, cholera wie po co.

      Reszte pecetowych gierek pykałem wpierw po kolegach. Gdzie tam do mojego Pentiuma 133 musiałem czekać ;___;

      Pamiętam jak kiedyś instalowaliśmy demo Broken Sworda i trzeba było zainstalować Direct Xa. I popsuliśmy komputer, siadły chyba sterowniki, a wtedy ni netu, ni nic. I już nigdy więcej mieliśmy DX nie instalować. Haha

    1. Obledny

      @Nitek

      Ach Gunship 2000…
      Normalnie opanowalem w 100% , wymiatalem , ociekalem zajebistoscia i wogole gdzie tam czterej pancerni i pies kiedy ja tu apaczem popylam.

      Gdy wtem- znalazlem w ustawieniach “realistyczny model lotu” czy jakos tak, co polegalo na tym ze helikopter nie utrzymywal stalej wysokosci lotu przy przyspieszaniu, zwalnianiu, przechylach. Oj.

      Po zibernastu misjach ktore skonczyly sie bez wyjatku zaryciem w ziemie, przestawilem model na nierealistyczny i znow wymiatalem.

      Nie bylem hardkorem. I chyba tak mi zostalo.
      Ale artykul przedni.

  2. Waldek-Mat

    Z symulatorów to tylko Silent Service w obu postaciach i wspomniany przez Nitka Gunship 2000, który był grą niesamowicie grywalną, ze świetną kampanią jak pamiętam. Ale mój dobry kolega zbudował sobie cały kokpit, cztery ekrany, trackIR, super joystick i czeka na Oculusa, więc są ludzie kochający symulatory.

    1. /mamrotha

      @Waldek-Mat

      No ba! Gunship 2000 to była moja pierwsza gra, gdzie doświadczyłem uroków “multiplayera” – jak się człowiek dochrapał squadu botów w powietrzu i mógł im rozmiar wydawać. WOJNA BYŁA TAKA PLASTYCZNA 😀

      A SS wymiatał. Tak dwójka na PC’cie jak jedynka na Atari XL (wgra się czy nie wgra, wgra się czy nie wgra…)

  3. urt_sth

    Nie napiszę, że to moja historia, bo bym skłamał, ale kilka nut wspólnych znalazłem.
    To może z innej beczki: LHX i G2000.
    Natomiast co do C64 i Ace, to grałem jako kolega w coś co miało split screen’a, miało ace w tytule (chyba) no i było symulatorem myśliwców z możliwością udowodnienia, która myśl techniczna jest górą, tylko było to na oko trochę później niż podany 85′.

    1. WarNerd_PL Autor tekstu

      @urt_sth

      Oczywiście LHX-a przerabiałem z kumplem na samym początku 🙂
      Grywalne to było mocno, szkoda że znów brakowało jakichś plików, ale polatać się dało.

      G2000 też był. Mam wrażenie, że trochę przycinał na 386, ale parędziesiąt godzin przy nim spędziłem.

      Ze split screenem to był bodajże Ace 2.

      Z oczywistych względów trochę skróciłem tekst koncentrując się tylko na simach, które mi najbardziej “namieszały”

  4. Caldur

    Autor jak widzę to istna kopalnia wspomnień o symulacjach lotniczych 🙂 Dzięki za tekst, fajnie i na luzie 🙂

    Mnie się przypomniało o symulacjach lotniczych dopiero ok. 3 lat temu i od razu wskoczyłem na opisywanego w tekście dzikiego ogiera, zwanego dla niepoznaki “Falconem BMS 4.32” 😉 Na początku było ciężko, ale mnie wciągnęło, a potem już poleciało z górki: “Rise of Flight”, “IL-2 Sturmovik: Cliffs of Dover”, “DCS: A-10C”, “DCS: BS2”, itd…

    W dobie wszechobecnego YT (masa filmików instruktażowych) można nawet nie dotknąć podręczników i też będzie dobrze 😉

      1. Caldur

        @WarNerd_PL

        W “10” daję radę, ale proszę mnie nie pytać o obliczanie korekty “rozrzutu ładunków” w oparciu o wiatr (do wpisania w LASTE) 😉
        Do “Falcona”, “A-10” i reszty “study simów” trzeba mieć niezłe zacięcie i psychikę, której za nagrodę wystarcza satysfakcja ze zrobienia czegoś dobrze za 20 razem 🙂

        Używam “kombinowanego” tracka opartego na Freetracku, więc dokładnie ci nie powiem, ale wydaje mi się, że największa różnica polega na tym, że w Falconie komputer ma do dyspozycji o wiele więcej zasobów niż w DCS – stąd może się pojawiać efekt wrażenia mniejszej płynności. Trudno powiedzieć, równie dobrze ED mogło coś napsuć 😉

        Mam nadzieję, że “A-10” zainstalowałeś w wersji pod DCS:World?

        Z książek stricte o F-16 warto poczytać “Vipers in the storm” oraz “Viper Pilot” – ta druga na pewno wyszła również w polskim tłumaczeniu, ale z tego co słyszałem jest ono dosyć kuriozalne.

        1. WarNerd_PL Autor tekstu

          @Caldur

          Nie jestem pewien co do wersji A-10, bo instalowałem na osobnym dysku i chyba jeszcze przed instalką DCS World.
          “Vipers in the Storm” ktoś mi chwalił, co do “Viper Pilot” kwestionowali momentami wiarygodność. Mam w wersji elektro ale kiedy to czytać, chwilowo na raty przerabiam “Fighter Pilot” Robina Oldsa, stało z rok na półce, ale wreszcie się doczekało.

          1. Caldur

            @WarNerd_PL

            Pozycji książkowych masa, tylko skąd wziąć czas na czytanie (i pieniądze na zakupy) – znam to 🙂

            Samodzielny A-10 nie jest już rozwijany. Tzn. ten pod DCS:World już też tyle co nic, ale za to grafika pod DCS:World jest ładniejsza, a będzie (miejmy nadzieje) jeszcze lepsza po premierze DCS:World 2.0
            DCS:World można zainstalować pod Steamem (aktywację modułu A-10 robisz za pomocą klucza z wersji pudełkowej), albo w wersji zwykłej (moduł instalujesz spod “Module Managera”).

            To tak na przyszłość 😉

            1. WarNerd_PL Autor tekstu

              @Caldur

              Dzięki za info.

              Wydaje mi się, że A-10 jest już dość rozwinięty. Kolega się zachował i druknął mi kiedyś instrukcję – niezła cegła, 700 stron. To może by tak wypuścili… dynamiczną kampanię? 🙂
              Teraz “wszyscy czekają” na Falcona 4.33.
              Książek trochę jest, co nie znaczy, że wszystko warto czytać. Swego czasu trochę tego nakupowałem, z kilkadziesiąt pozycji chyba.

              1. Caldur

                @WarNerd_PL

                Dynamiczna kampania jest, i pewnie również pozostanie, w sferze marzeń oraz wzdychania do czasów minionych, złotej ery symulacji lotniczych, której zresztą fragment opisujesz w swoim tekście 😉
                Jeżeli chcesz coś poczytać o sytuacji branży symulacji lotniczych w chwili obecnej to zajrzyj tutaj – http://symulatory.org/showthread.php?tid=187
                i tutaj – http://symulatory.org/showthread.php?tid=131
                Mądrze chłopaki piszą.

                Od ostatniego patcha do 4.32 jeszcze trochę i minie rok, więc pora najwyższa na coś nowego.

      1. Caldur

        @Wyspa

        Ja mam właśnie odwrotnie – bardzo lubię “latające komputery”; starsze helikoptery, drugowojenne i pierwszowojenne samoloty też są super. Natomiast Mig 21 to takie “klikadło”, że aż strach – pięknie zrobiony, genialny w odwzorowaniu szczegółów moduł, ale nie mój rewir 😉 Poczekam na F/A-18C.

        1. Wyspa

          @majkel

          Odpowiednia ilość elektroniki to jest w ROFie.. tam czuję się swojsko oglądając się na lewe skrzydło w celu sprawdzenia licznika prędkości :D. Zresztą moja ulubiona maszyna ma Radiator zamiast przedniej szyby a jak chcemy w niej celować to robimy to przez wąską szczelinę miedzy nim a jakimiś rurkami i belką nośną 😀
          Ale kto by się tam do przodu patrzał samolocie…

  5. majkel

    Badzo fajny artykuł, aż się zarejestrowałem by skomentować. 🙂

    Też zaczynałem od ośmiobitowców, Ace, Fighter Bomber, Gunship!, aż do BMS, DCS, FSX itd., z tym, że żonę poznałem w 1997 roku. 😉

    Najczęściej także “latam” w Falcona, z wszyskich simów ma najlepszy klimat.

  6. mr_geo

    Propaganda zgniłego imperializmu! F-16, Mavericki, Stealth fightery i inne stworzone dzięki wyzyskowi narzedzia lotniczej agresji i ciemiężenia klasy robotniczej miast i wsi przez kapitalistycznych wywrotowców!

    Najlepszym symulatorem jest i będzie Flanker 1.5! Gra gdzie genialne dzieło wielkiego radzieckiego konstruktora Pawła Suchoja: Su-27 niesie pod skrzydłami R-27, R-73, R-77, Ch-29, Ch-31, Ch-59, FAB oraz inne przykłady światłej internacjonalistycznej pomocy i postępu klasowego ku masom proletariatu jęczącym pod butem imperialistycznego reżimu!!!

    //zakłada hełmofon a’la Grigorij z “4 pancernych i psa”//
    Urrrra, za wodku, ogórca i rodinu!!!

    😀

    Bardzo dobry artykuł. Więcej takich!

  7. Probabilistyk

    W F15 Strike Eagel 3 zdobyłem wszystkie możliwe odznaczenia po klika razy. Łącznie z wykurwiście wielkim medalem kongresu (chyba to był medal kongresu) – taka niebieska wstęga. Często przed wykończeniem primary target robiłem nadprogramowe międzylądowania by mieć amunicję na dodatkowe cele 😀 Jedna misja trwała kilka godzin i wszystkie SAMy na trasie przelotu kosiłem… to były czasy, heh.
    No i Chuck – F86 i F4 Phantom – ten dźwięk przy przekraczaniu bariery dźwięku 😀

  8. mtxx

    Na Amisi grałem właściwie tylko w symulatory Birds of Prey (mój drugi oryginał) i Gunship 2000 (mój pierwszy oryginał) – na pamięć znałem offsety w save’ach gdzie zmieniało się rangę swojego pilota żeby szybciej dostać podkomendnych 😉 . Z nielotnych symulatorów była jeszcze Formula 1 Goff’a Crammonda – w nocy o północy wyrwany ze snu byłem w stanie podać bieg i prędkość z jaką można przejechać dowolny zakręt z torów dostępnych w grze. Jak gra okazała się już za łatwa (wygrywałem wszystko 2 krotnie dublując cała stawkę zmieniałem docisk na maksymalny żeby dać komputerowi jakieś szanse 😉

    1. WarNerd_PL Autor tekstu

      @mtxx

      Rozwaliłem się o Birds of Prey (mój pierwszy oryginał). Może to ja byłem tępy, ale instrukcja była dla mnie nieczytelna. Kiedyś jak się przygotowałem do zrzutu bomb to komp sam sobie zmienił cel i wszystko w diabły. Kiedyś postanowiłem polatać F-14 i widok AIM-54 wywijających ósemki koło ruskiego bombowca (mijały cel, zawracały, mijały, wszystko tylko nie wybuchały) był bezcenny, tak że pożyczyłem grę koledze na wieczne nieoddanie.

      1. mtxx

        @WarNerd_PL

        za pierwszym razem też odbiłem się od tej gry ale za drugim podejściem jak już wszystko skapnąłem (klawiszologia itd.) było duzo lepiej i gra mi się bardzo spodobała – udane tankowanie w powietrzu w 94′ na mojej Amisi 600 było niezapomniane 🙂 Część z dostępnych misji mogłem wykonać dopiero po przesiadce na Amigę 1200 (A600 nie miała klawiatury numerycznej i część zadań była po prostu nie wykonalna). A instrukcja od tej gry to była dla mnie kopalnia wiedzy o samolotach, udźwig, zasięg, pułap, prędkość maksymalna. Ehh jak to wtedy wszystko człowiek chłonął jak gąbka a teraz po paru dniach zapomina… 🙁

      2. mr_geo

        @WarNerd_PL

        BoP w wersji PCtowej (nie wiem jak z amigową) miało dziwaczny ficzer/buga: skuteczność rakiet była odwrotnie proporcjonalna do szybkości kompa na jakim odpalona była gra. W rezultacie na “biednym” 286 16 MHz przeciwnicy sypali się z nieba w kawałkach jak płatki śniegu, a na “wypasionym” 386DX 40 MHz ni chu chu nie szło trafić w nic.
        Kiedy pierwszy raz o tym dowiedziałem się od kumpla to myślałem że to ściema (coby se właściele “biednych” AT ego podbudowali), ale potem sam sprawdziłem to w realu i to była najprawdziwsza prawda…

  9. George

    Świetny tekst!
    Jeszcze jak sobie człowiek przypomni hocki-klocki z Fighter Bomber żeby to w ogóle uruchomić (nie udało mi się, za to grafiki w menusach i loadout były zajebiste :).

    Odnośnie technikaliów, to w BMS da się włączyć FSAA w panelu Nvidii, bez tego dalsze obiekty zmieniają się w pełzające robaczki i to nie na moje oczy już…

    1. WarNerd_PL Autor tekstu

      @George

      Jakieś wykastrowane strzępki Fighter Bombera zgrywane na kasetę odpalałem tylko na C-64.

      Na forum BMS jest jakiś wątek o wymuszaniu AA w panelu karty, podobno coś się kaszani z menu wtedy, nie próbowałem. W każdym razie odradzali. Powłączałem co się dało innego w ustawieniach i wygląda to całkiem przyzwoicie póki co.
      Tylko góry trochę kanciaste.

      1. George

        @WarNerd_PL

        Fighter Bombera też miałem na C64, ale na 5,25″. Jednak pewnie też jakiś niefunkcjonujący kastrat.

        Co do AA, to nic złego nie zaobserwowałem (od circa 3 lat), ale należy pamiętać żeby nie włączać FXAA tylko zwykłe wygładzanie krawędzi na min. 8x.

        Góry nie są kanciaste tylko strome 😀

        Wczoraj lataliśmy w BMS i wszyscy byli zgodni, że efekt deszczu (wcześniej nie było chyba okazji na taką refleksję) jest lepszy niż w DCS , gdzie co prawda Czernaja Akula ma trzy tryby pracy wycieraczek, ale nie ma czego wycierać…. :]

  10. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    Ależ tekścior! No i jak tu nie kochać gikz.pl?? No ale gdzie jeszcze można taki tekst przeczytać?
    Autorze: czytało się świetnie, human tacz jest – brawka.
    Ja na Atari grałem nieco w Solo Flight i ciut więcej w F16 Strike Eagle i chociaż jakoś w symulatanie się nie wci ągnąłem to pamiętam ze wtedy się dobrze bawiłem. Na Amidze też coś odpaliłem ale to już bardziej rozbudowane było i nie ogarnąłem. zresztą na Amidze to u mnie w powietrzu Wings rządzili.

Powrót do artykułu