Assassin’s Creed 3 – Recenzja

Nitek dnia 27 grudnia, 2012 o 19:31    18 

Szanowny Panie, chciałbym zostać asasynem. Mam certyfikaty!

Hola, hola. To jest trzeci Assassin’s Creed, a Ty niekoniecznie musisz znać części poprzednie. Pokażemy ci zatem co i jak. Powiemy kto jest kim i dlaczego. Nie tylko w intro. Przez sześć początkowych rozdziałów gry będziemy pokazywać co i jak, byś posiadł tę wiedzę. Wiedzę i szaty asasyna. Bez możliwości przerwania, ani skrócenia tego nauczania. Pozwólcie zatem, że ja wam nic na ten temat nie powiem wystarczająco wiedzy posiądziecie przez te rozdziały opowieści. To i trochę mięsa z okolicznej zwierzyny wpadnie wam do kabzy, ale o tym później. Póki co, przetrzyjcie oczy i zobaczcie jak wyglądały Stany nie do końca Zjednoczone.

 

AC3SP_2012_11_22_23_54_03_294.jpg

 

Trzeba przyznać, że gra przedstawia tamte czasy całkiem nieźle. Chociaż nie mam w nich do końca rozeznania, a same miejscówki są mi obce. Zwłaszcza z tamtych czasów. Miasta tętnią życiem, gra generuje dużą ilość NPC-ów na raz, przechadzając się po mieście czy też okolicznych wioskach słyszymy rozmowy obywateli, podejmujemy się różnych zadań pobocznych czy skaczemy po dachach. Brzmi znajomo? Powinno. Gra powiela schematy znane z poprzedniczek – przyznaję się bez bicia, pierwsza część odepchnęła mnie po jakiejś godzinie nieustającej nudy – daje nam miasto, punkty na mapie, a my robimy co chcemy. Właściwie to podejmujemy się poszczególnych zadań w wybranej przez nas kolejności – a to zabijamy na zlecenie, a to obijamy policzki zaczepnym żołnierzom, a to ratujemy dzielnicę przed epidemią ospy. Asasyn to zacny druh! Misje oczywiście pomagają nam wyzwolić miasto spod jarzma wrogiego najeźdźcy i to jest ich cel nadrzędny. Możemy także omijać je szerokim łukiem. Co nam zostanie wtedy? Szukanie piórek znane z poprzednich części czy też szukanie skrzynek, z których dobra możemy sprzedać w pobliskim sklepie (sam zorientowałem się, że to sklep w połowie mojej gry), ale też stuff ze skrzynek specjalnych możemy zhandlować na informację o lokalizacji skarbu Kapitana Kidda. Tyle w miastach. Nie ma możliwości kupowania nieruchomości jak w poprzednich częściach, nie ma aż tak rozbudowanego rekrutowania innych asasynów jak wcześniej, nie ma misji na modłę tower defence (to akurat dobrze) znanej z AC Revelations.

 

AC3SP_2012_12_05_20_26_44_903.png

 

To co jeszcze można robić na mieście?

Dwóch, zapomniałem wspomnieć. Właściwie już nic. Mam wrażenie, że miasta zostały wyparte przez okoliczne lasy i parę domków na krzyż jakie tam znajdziemy. Owszem, możemy skakać po drzewach. Bitch, please. Bieganie po drzewach to liniowe skakanie na autopilocie. Trzymamy przycisk i ciśniemy do przodu. Jaki z tego profit? Można atakować z zaskoczenia zwierzęta i żołnierzy. W grze stosunkową małą ilość lokacji zrekompensowano nam zmieniającymi się porami roku. Tak świetnego śniegu, z tak dobrą animacją głównego bohatera nie widziałem już dawno. Connor – nasz bohater – nie mógł nie dostać nowych zabawek. I tak może korzystać ze sznurowadła niczym Skorpion z Mortal Kombat i podwieszać przeciwników na przemierzanych przez niego gałęziach. Są także pistolety. Jednostrzałowe i strasznie wolne do przeładowania – w zwarciu właściwie bezużyteczne. Prócz tego tomahawki, szabelki, ukryte ostrza, dość standardowo i nie ma za wielu innowacji. Nie ma także spadochronu, który był obecny w poprzedniej części. Trochę to nie dziwi, bo budynki nie są za wysokie, a i drzewa niezbyt wyrośnięte.

 

AC3SP_2012_12_18_19_59_24_852.jpg

 

Prócz polowania na żołnierzy możemy polować na zwierzynę. Nie ma tutaj takiego wachlarza zdobyczy jak w Far Cry’u 3, ale nudzić się też nie można. Zatem przyczaimy się w krzakach na bobra, szopa, ale też jelenia czy niedźwiedzia. Niektóre załatwimy jednym strzałem, inne przy pomocy QTE i wciskania przycisków w odpowiednim momencie. Po co? Żeby oskórować i później sprzedać, ewentualnie wytworzyć inne rzeczy i też sprzedać. Niby fajne, ale w ogóle z tego nie skorzystałem. No, może na potrzeby tutoriala, żeby w końcu zaczęło się coś dziać. Jak dla mnie wyszło to na minus i polowanie można potraktować jako ciekawostkę, ale w żadnym wypadku jako główny ficzer gry. Chociaż przynajmniej Connor nie mamrocze przy każdym skórowaniu jak Jason we wspomnianym FC3.

 

AC3SP_2012_12_16_21_07_15_284.jpg

 

Nie ma rozbudowy nieruchomości w miastach, ale można rozbudowywać swoje małe miasteczko otaczające dom Connora. W wyniku wysiedleń trafiają tam osoby chwytające się różnego fachu od drwala po kowala, na pani myśliwej kończąc. Przez cały wątek główny ciągniemy ich historię do przodu, przeganiamy niewiernych mężów czy też odbieramy porody (a wy myśleliście, że to Batman staje się chłopcem na posyłki latając po mieście i szukając pytajniczków od Riddlera). Wszystko to, by mogli wytwarzać dla nas lepsze rzeczy wystawiane później na sprzedaż. Jeśli myślicie, że jest to potrzebne, to pomyślcie raz jeszcze. Zupełnie nieopłacalne, nic nie wytwarzałem, pieniędzy miałem aż nadto. Z wykonania tych wszystkich misji pozostał mi tylko acziwment na Uplay’u. Bezcenne.

 

AC3SP_2012_12_10_23_41_33_299.jpg

 

Na co kasa?

Na broń, na uzupełnianie ekwipunku, co można zrobić szabrując zwłoki oponentów, na mapki z lokalizacjami innych skarbów, na ciuchy. Full serwis. Nic czego nie byłoby wcześniej. Ach no i na upgrade statku. To jest najlepszy ficzer, który powinien być wciskany wszędzie, gdzie mowa jest o Assassin’s Creed 3. Bitwy morskie. Otóż do dyspozycji mamy statek i śmigamy nim po Karaibach, waląc z armat do wszystkiego, co nie jest naszym statkiem. Element dość uproszczony, ale Boże daj, niech zrobią z tego pełnoprawny tytuł. Już nie pamiętam czy w ogóle był jakiś tytuł z misjami pobocznymi, które robiłem z wywieszonym językiem i smuciłem się, że już się kończą (no, były w Arkham City). Do statku dokupujemy armaty, opancerzenie i inne ulepszenia. Zresztą przykładowe bitwy możecie obejrzeć niżej.

 

 

 

System walki mogliście zobaczyć tutaj. Nie zmienił się za wiele od części drugiej. Przeciwnicy dalej nie wiedzą, że mogą atakować w ilości większej od jednego na raz, a nawet jak się zdarzy, to jednym przyciskiem kładziemy wszystkich od razu. Pościgi gubi się jeszcze łatwiej niż kiedyś, nawet bez wykorzystywania ruchu Connora znanego z trailerów czyli przebiegania przez czyjeś mieszkanie – to element wyciągnięty z multiplayera i chyba nawet raz z niego nie skorzystałem. Zresztą poziom trudności jest ustawiony dość nisko i nie ma problemu nawet z kolejką 30 wojaków. Nie myślcie, że nie da się dostać po mordzie. Da się i ginąłem nawet często, ale to raczej z zapatrzenia się niż z powodu niesamowitych umiejętności walki przeciwników. Dodajcie do tego, że przez nieprzepisowo długi czas nie wiedziałem, że akurat to oznaczenie wskazuje na sklep na mapie i walczyłem przez sporo czasu tylko z ukrytymi ostrzami i dawałem sobie znakomicie radę, a będziecie wiedzieli, że coś jest jednak nie tak. To oraz brak podwyższania poziomu trudności. Czyli jak na tę serię nic nowego. Misje główne można skończyć od strzału za pierwszym podejściem, chyba że będziecie chcieli pobawić się w opcjonalne warunki ukończenia poziomu jak ograniczanie zabójstw czy też pozostawanie całkowicie niewidocznym. Polecam serdecznie podążanie tą drogą, bo sprawia tyle samo frajdy, co frustracji.

 

AC3SP_2012_12_18_23_54_33_985.jpg

Siedzę na koniu

Soczysty liść należy się też twórcom za brak jakiś bardziej charakterystycznych postaci. W poprzedniczkach był Leonardo Da Vinci pokazany w sposób dość oryginalny. W AC3 są postaci historyczne jak chociażby Benjamin Franklin, ale przewijają się one gdzieś w tle i są na tyle szarobure, że nie zostają na dłużej w pamięci. Same głosy i modele postaci są dobre, ale też nie jakieś wybitne. Jeśli zaś chodzi o muzykę to, mimo że nie jest to już Jesper Kyd, jest bardzo dobrze. Przyjemnie się jej słucha nawet poza grą.

 

AC3SP_2012_12_03_19_13_08_50.jpg

 

Warto także wspomnieć o trybie multiplayer. Niestety nie przysiadłem do niego na dłużej, ale tryby standardowe niewiele różnią się od tych znanych chociażby z Brotherhooda. Jest to dość specyficzny typ rozgrywki, nie dla ludzi z ADHD, którzy nie potrafią ustać w miejscu. Tu potrzeba cierpliwości i spostrzegawczości, żeby wyłapać w tłumie nasz cel, a także prześladowcę. Nie każdemu się spodoba. Trybu bazującego na wspólnym działaniu nie zaznałem, bo nie mam znajomych. Znajomych posiadających Assassina. Poniżej znajdziecie przykładową rundkę prostego Death Matchu. Później wszelkie podpowiedzi znikają i działamy praktycznie po omacku i dopiero wtedy granie w multi nabiera dodatkowego smaku.

 

 
Czyli ominąć Assassin’s Creed 3?

Jeśli graliście w poprzedniczki, możecie poczuć się obrażeni zbędnym udziwnianiem rozgrywki i tak naprawdę, poza zmianą czasu w jakim gra się rozgrywa, małą ilością innowacji. To po prostu dobry sequel, poniekąd zamykający wątki fabularne poprzedniczek, a do tego produkcja bardzo nierówna. Poza misjami toczącymi się na morzu, poszukiwaniem skarbu Kapitana Kidda, nie doznacie opadu szczęki na podłogę z powodu wylewającej się z ekranu zajebistości. Jest bez wątpienia lepsza, niż przynudnawe Revelations, ale nie wali po głowie w takim samym stopniu co Assassin’s Creed 2 czy Brotherhood. Mimo, że spędziłem z grą, robiąć wszystko, co było do zrobienia, mam wrażenie, że brakło tutaj czegoś faktycznie zabijającego nowością. Swoistej iskry rewolucji.

 

Plusy:

– oprawa
– udźwiękowienie
– dużo rzeczy do robienia i zbierania
– bitwy morskie
– Żądło Skorpiona z Mortal Kombat

Minusy:

– stosunkowo mało zmian w stosunku do poprzedniczek
– nierówne misje, w dodatku liniowe
– niedopracowany mechanizm polowań i handlu
– kolejkowanie się przeciwników podczas potyczek
– “martwe” miasta, tylko dwa
– ograniczony parkour
– niski poziom trudności bez możliwości zmiany
– sześć rozdziałów tutoriala, których nie da się ominąć

Ocena:

dla miłośnika serii to 3/5, które być może wyewoluuje w późniejszą ocenę 4/5, która mogą śmiało przyjąć za wyjściową nowi w serii. Dobrze zarzucana wędka na nowych graczy w postaci szcześciorozdziałowego tutoriala może odepchnąć, wszak to pół gry, jednakże warto przez to przebrnąć dla lepszej drugiej połówki. Zupełnie jak w życiu.  

 

Dodaj komentarz



18 myśli nt. „Assassin’s Creed 3 – Recenzja

  1. Twoja_Stara

    Bugi, bugi, bugi! Jak chociaz to http://www.youtube.com/watch?v=fSpD4fG7psw
    Zawieszajacy sie, gubiacy sciezki NPCe, zbugowane zwloki i elementy podlegajace fizyce, ktore potrafia lewitowac, albo latac bez ladu.
    Do tego, nagroda za najgorzej zdubbingowanego glownego bohatera idzie do Connora… Juz Ezio, ktory moze nie byl wybitny jakos zapadal w pamiec glosem, Connor jest tak dretwy ze momentami chce zeby tylko sie zamknal. Ponadto, nie ma za grosz charyzmy i generalnie jest najgorszym z glownych postaci z serii.
    Stealth nie istnieje praktycznie, ale gdy nie chcemy maxowac punktacji, to i tak nie ma znaczenia.

    Ale ogolnie to calkiem spoko, brakuje mi smaczkow jak glify i zagadki, jedna jaka do tej pory znalazlem, to jakis projektor w podziemiu, a raczej trudnia nie byla. AC jak AC, fajnie sie skacze i zabija, jednak Boston i NY nie sa tak fajne jak Florencja czy Rzym.
    Fakt, statki sa zajebiste.
    A co do misji w Homestead, to lubie je robic, bo mam nadzieje na pozniejsze korzysci, ale jesli i tak bedzie wiecej kasy, to przynajmniej bede wiedzial ze asasyni chetnie pasali swinie…
    Multi mnie jakso nie jara ;/

    1. Nitek Autor tekstu De Kuń

      @crisi91

      proste, sam sobie odpowiedziałeś – bo to dość dobry sequel czyli trochę nowego, dużo starego, inne otoczenie, bebechy te same.
      albo lubisz serię i jest Ci z tym dobrze, albo Ci się przejadło, albo jesteś świeży w temacie. Jeśli nie jesteś tym w środku będzie Ci się podobać. Mi się podobało przez te 30h mimo, że przez początkowe 6 rozdziałów chciałem sobie wbić palec w oko i gmerać sobie w mózgu, tak mnie nudziło wprowadzenie w tej części.

      co do bugów to są. albo ktoś się źle poskłada, albo lewituje w powietrzu. zdarza się.
      dubbing dubbingiem, ale jak pisałem, nie ma tu jakiś charakterystycznych postaci, które zapadają w pamięć. Włączając w to głównego bohatera. Ezio to Ezio. Ezio jak się przedstawiał vel Ezio Audittore da Firenze to nie było chuja we wsi.
      A Connor, to Connor. Taki Steven Segall wśród dotychczasowych asasynów pod względem aparycji, zachowania i mowy.

        1. Nitek Autor tekstu De Kuń

          @crisi91

          ja tez poprzedniczki ograłem i pierwsze sześć rozdziałów to jakiś żart – dla tych co grali wcześniej. Nawet w GTA tutoriale szybciej się kończą.
          całość wypada lepiej od Revelations i AC1. zresztą jakby mi nie leżała ta odsłona to nie poświęciłbym jej tych 30h

          co nie zmienia faktu, że connor jest najbardziej nijakim asasynem.

          wracając do tego czegoś co miały poprzedniczki – miały poniekąd oryginalność. Tutaj jest syndrom sequela, pisałem wyżej. trochę nowego, dużo starego, generalnie jest to samo ciut inaczej. jak zmęczył Cię temat AC, wszak wydają go co rok mogło to nastąpić. ja tego typu gry po prostu lubię.
          nie umiem tego wytłumaczyć. podobnie jak Minecrafta

      1. Twoja_Stara

        @Nitek

        A i moze ktos mi powie, jak to jest ze wg gry, w ciagu niecalego roku, Connor z chlopiecia zmienil sie w wielkiego byka z twarza zabijaki? Przed rozpoczeciem treningu jest 1773, po zakonczeniu treningu dalej jest 1773… A i misje morskie. Mam 1773, wchodze na statek jest 1776, wracam jest 1773, delorean?

  2. teekay

    Może będę za bardzo surowy, ale wg mnie seria Assassins Creed to niemal idealny symbol gier tej generacji. Pamiętam, że deathclaws (wcale nie pamiętałem, sprawdziłem poprzednią notkę o AC3 ;p) już napisał komentarz pod jednym z artykułów w podobnym tonie. Otóż seria ta jest swoistą klamrą spinającą gry z głównego nurtu, które w znacznej liczbie są przykładami dobrze zrealizowanych, ubranych w ładne opakowania produktów. Produktów, w których brak ikry, muśnięcia geniuszu. Po prostu pozbawionych klimatu. Pamiętam, że grając w pierwszą część AC gra nigdy nie dawała mi zapomnieć, że jest tylko grą. Nigdy nie miałem uczucia “wejścia” w jej świat, przyjmowania historii przedstawionej jako swojej, czy chociażby przywiązania do prowadzonej postaci. W grze miałem do dyspozycji manekina w świecie figur woskowych. Czułem się jakbym brał udział w teatrze kukiełkowym. Sztuczność i jednocześnie powierzchowność aż biły od tej produkcji.
    Seria AC to też przykład na to jak bardzo można eksploatować jeden pomysł i jak często można srać tytułami z jednej serii, co obecnie również jest dość częstym zjawiskiem. Okazuje się jednak, że z korzyścią dla producenta można wydalać co rok kolejną grę w trochę innym opakowaniu. Gracze to kochają, bo ich żądze są zaspokajane, księgowi tym bardziej, bo widzą rosnące słupki sprzedaży. Ale czy w takim toku produkcyjnym jest jeszcze miejsce na coś więcej niż stworzenie kolejnej “fajnej gry”? Jakaś myśl, przekaz, coś co świadczyłoby, że dana gra to coś więcej niż tylko oddanie hołdu dla mechaniki i wymyślnych efektów graficznych? Śmiem wątpić. Kiedyś była taka firma, której myśl przewodnia brzmiała: “od graczy dla graczy”. Wydawało mi się to wtedy strasznie wyświechtane, teraz jednak patrzę na to w trochę inny sposób jednocześnie żałując, że pewne rzeczy zostały w mojej ocenie przewartościowane w tej materii.
    Chciałbym zakończyć moje gorzkie żale jakąś ambitną puentą, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy, więc tylko napiszę, żebyście pamiętali o myciu zębów po każdym posiłku. ;p

Powrót do artykułu