Dodaj komentarz



14 myśli nt. „Mistrzostwa Polski W Hirołsów

        1. mr_geo

          @bosman_plama

          Przecież 4ka jest najlepsza
          Dokładnie
          No ba.

          Jooonteeek!!! Sołtysa wołaj, baby i drobiazg na stryszku zamknij i odrzwia orczykiem tęgim zawrzyj, potem chytaj no się za widły a i pochodni dobrze smolnych z drewutni przynieś! Herte… Hertro… Hertero… No nie wypowiem, wciórności… Łodmieńce jakoweś we wsi sie pojawiły!!

            1. bosman_plama

              @michau

              To wina nacisków społecznych. Przyznać się, że czwórka najlepsza, gdy naokoło rządziły plemiona trójkowiczów, obecnie zwane Zakonem Jedynie Słusznej Trójki oznaczało skazanie się, w najlepszym razie, na ostracyzm.
              Miliony naszych wiedziały więc swoje, ale wyrażały zdanie ostrożnie, w konspiracji, bo inaczej od razu zaczynały się łapanki i palenie na stosie:).

    1. Cayden Cailean

      @Revant

      Nie jedynym, dwójka to pierwsza część HoMM z którą się zetknąłem i pierwsza grą w ogóle która wywołała u mnie reakcję – „muszę to mieć!” :D
      Ale jednak 3 miała więcej opcji i była bogatsza w strategię. W dwójce praktycznie obowiązkowo musiałeś iść w magię i mieć nadzieję że w wieży czarów pojawi ci się Dimension Door albo chociaż Town Gate. Wtedy zyskiwałeś naglę taką swobodę swoją armią że praktycznie w kilka tur można było rozstrzygnąć grę.
      W trójce też była kombinacja Fly + Dimension Door ze szkoły powietrza, ale jednocześnie każdy chciał mieć advanced Town Portal [ze szkoły ziemi], a żeby Fly działał dobrze trzeba było mieć Pathfinding [więcej punktów ruchu] i nie można było tak rushować używając tej jednej strategii.
      Generalnie w trójce czary ‚strategiczne’ były nawet bardziej przegięte i pozwalały na więcej – ale ciężko było mieć je szybko i wszystkie.

      ps. @Probabilistyk – wiesz że w 2 liczba jednostek była kodowana short integerem i po przekroczeniu 32,767 szkieletów nagle wychodziłeś na minus? ;) Z ujemnymi punktami życia…

    2. QRec

      @Revant

      Ja zaczynałem od jedynki. Wieki temu, nie znając angielskiego ni w ząb (wersja, w którą grałem, oczywiście piracka, nie była lokalizowana). W każdym zamku w panelu budowy znajdował się obrazek z mewą na pomoście podpisany: Shipyard. Jako, że większość miast, którymi graliśmy była śródlądowa nie mogliśmy go kupić. Zastanawialiśmy się jak potężne muszą być te mewy, skoro nie możemy sobie na nie pozwolić. Pewnie łykają fioletowe smoki, feniksy czy cyklopów na raz.
      Wyobrażacie sobie nasze (moje z bratem) rozczarowanie, gdy któregoś dnia wreszcie trafiliśmy portowe miasto, kupiliśmy port i zamiast przepotężnej mewy zrekrutowaliśmy … łódź?

Powrót do artykułu