Z innej beczki: nowy tom Czarnej Kompani

bosman_plama dnia 3 października, 2019 o 9:14    15 

oklczk

Nie mam ochoty porzucać Gikza, ale prawda jest taka, że ostatnio prawie nie gram. Wiecie, te wszystkie masowo rąbane ( ;) ) powieści nie napiszą się same, a do tego jest tyle książek do przeczytania i seriali do ogarnięcia… Gry są od nich wszystkich bardziej wymagające czasowo. Dopiero dwa tygodnie temu kupiłem w końcu RDR2 i póki co zdołałem pograć w niego jakieś dwie godziny. Tak, ciągle siedzę w górach, choć zebraliśmy się już z bandą, żeby je opuszczać. Ale nie o tym dzisiaj będzie. A o Porcie cieni Glena Cooka. Tak jest, powieściowy odpowiednik Fallouta nareszcie trafił w moje ręce.

Oczywiście, to jest mój osobisty odpowiednik Fallouta, czyli cykl powieści, do których wracam co jakiś czas (rok temu zrobiłem sobie powtórkę całości) i który uważam za jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się mojemu czytelniczemu życiu. Zdaję sobie sprawę, że istnieją heretycy, którzy Czarnej Kompani nie lubią, bądź nie doceniają. Podobnie jak Fallouta.

Cykl liczy już 35 lat i stał się jednym z kamieni milowych literatury fantasy. Przed Cokiem mało kto tak pisał. Przychodzi mi do głowy Karl E. Wagner i jego Kane oraz Roger Zelazny z Dilvishem. Wagner nie ukrywał, że uczynił bohaterem łajdaka, z kolei bohater Zelaznego, podobnie jak wielu innych bohaterów jego powieści, był przede wszystkim opętany żądzą zemsty. Łajdakiem wprawdzie nie był, ale zapytany czy należy do białych czy też czarnych magów, odpowiedział: „szarych”. Korzystał z magii piekieł i jeździł na demonie. Trudno go uznać za nowe wcielenie Bilba Bagginsa.

Rzecz w tym, że Cook poszedł o krok dalej. Kane i Dilvish pracują dla siebie, należą też do bohaterów fantasy o tyle klasycznych, że to indywidualiści jak Conan. Nawet w fantasy, które kreuje wielgachne bitwy (jak u Tolkiena) w centrum znajduje się los jednostki. Cook po pierwsze wprowadził bohatera zbiorowego, co w fantasy ówczesnych czasów stanowiło rodzaj herezji, po drugie nie sięgnął po bohaterów z wyższych sfer, albo przynajmniej dotkniętych jakąś niezwykłością (jak Kane i Dilvish), nie są oni też początkującymi mesjaszami (jak Frodo). Niby więc skorzystał z elementów, które gdzieś się kiedyś pojawiały ale nie wszystkie na raz, nie w takim stężeniu i nie tak ostentacyjnie. Tak, ostentacyjnie, bo Cook nie tylko robi ze swoich bohaterów drani walczących po stronie zła, ale też co pewien czas przypomina o tym ich ustami.

Gdy więc Czarna Kompania ujrzała po raz pierwszy światło dzienne, wielu czytelników, krytyków i im podobnych, otworzyło szeroko usta i powiedziało: „o kurczaki!”. Bo po raz pierwszy w historii fantasy czytali powieść o bandzie najemników, dla których życie i złoto są cenniejsze niż honor (choć jakiś honor mają i gdy przychodzi im złamać zasady szukają wykrętów, żeby sami się przed sobą usprawiedliwić) i którzy otwarcie służą złu, bo ono lepiej płaci. Ale to nie wszystko. Cook liznął wojny (Tolkien też, swoją drogą, ale pochodzili z różnych środowisk, różne były wojny, w których brali udział – I światowa i wietnamska – różne mieli doświadczenia bojowe) i swoją opowieść snuje z punktu widzenia doświadczonego żołnierza. A zawodowy wojak nie szuka chwały, nie odnajduje przyjemności w zabijaniu i częściej jest zmęczony niż skory do zgłaszania się na ochotnika. W efekcie więc zaskoczeni fani dostali powieść o żołnierzach, którzy jak mogą unikają otwartych bitew, oszukują, najchętniej atakują z zasadzek, a czasem mordują, rabują i gwałcą. To taka jednostka specjalna ze średniowiecza. Z  zapijaczonymi, wiecznie kłócącymi się ze sobą magami w roli wsparcia. Otrzymaliśmy wręcz antywojenne fantasy, bo w wojnach Czarnej Kompanii nie spotykamy chwały ani nawet bohaterskich uniesień, towarzyszą nam głównie: śmierć i strach a zwycięstwa i sukcesy zwykle bolą.

To musiało narobić trochę szumu. A ponieważ bohaterowie byli barwni, historia interesująca a świat ciekawszy niżby się na pierwszy rzut oka zdawało, Czarna Kompania wzięła szturmem czytelnicze serca.  Jej powstanie zaowocowało całym nurtem w fantasy. Obecnie bardziej od Cooka jest w nim znany Erikson z Malazańską Księgą Poległych (której bez CK pewnie by nie było, Erikson nie ukrywa inspiracji w wywiadach, jeden z tomów zadedykował Cookowi) a pewnie i Meekhanu Wegnera też nie. Od siebie dodam, że moje Niebiańskie Pastwiska czy Jedyne też pewnie wyglądałyby trochę inaczej. Podobnie jak parę gier. Na przykład w miarę świeże Tyranny, które jest CK mocno zainspirowane.

Cykl liczył dziesięć tomów, ostatni z nich ukazał się w 2000 roku. Oceny tomów po pierwszej „trylogii” bywały różne, bo pisarz nieco zmieniał styl (co miało sens, wydarzenia w powieściach zawsze poznajemy z punktu widzenia kronikarza Kompanii, a kronikarze się zmieniają). Co więcej, bohaterowie – kolejna rzecz niezbyt częsta w fantasy – starzeli się i nieco zmieniali z wiekiem. Paru nawet umarło w sposób niegodny herosów – ze starości.

Minęło prawie dziewiętnaście lat i dostaliśmy kolejny tom: Port Cieni. W historii cyklu jego akcja została umiejscowiona pomiędzy pierwszym a drugim tomem. Bohaterowie są więc względnie młodzi, Kompania pozostaje w służbie Pani – ultra złej, niemal wszechmocnej czarownicy, będącej tym, kim stałaby się macocha Śnieżki (mam wrażenie, że Pani jest na niej nieco wzorowana), gdyby zwyciężyła, nabrała jeszcze więcej mocy i zbudowała imperium. Na jej zlecenie Kompania pokonuje kolejne niedobitki buntowników i przyjmuje rozkazy, by ganiać na krańce imperium, gdzie znowu dzieje się coś podejrzanego.

Port Cieni to pod paroma względami dziwna powieść. Bohaterowie są młodzi, ale pisarz już niekoniecznie. I widać, że tworzył tę powieść autor starszy, którego interesowały już trochę inne tematy niż Cooka w okolicach czterdziestki. Pod względem tematów właśnie, a czasem nastroju bliżej w efekcie Portowi Cieni do ostatnich tomów cyklu niż do pierwszych. Cook zdaje sobie z tego sprawę, dlatego czasem Konowałowi (kronikarz, główny bohater cyklu) zdarza się niemal przełamujące tzw. czwartą ścianę zdziwienie własnym stanem. Napisałem: „niemal”, bo Cook wpisuje to wszystko w logikę świata przedstawionego, nie łamie jej, ale uzupełnia świat.

czkomp

Sama historia jest więc mniej więcej taka, jak zwykle: Kompania staje przed wyzwaniem, które okazuje się poważniejsze, niż początkowo się wydawało. Pani toczy własną grę a służący jej wielcy czarownicy własne. Kulawiec próbuje odgryźć się Kompanii za wszystko, co zrobiła mu w pierwszym tomie, a żołnierze nie mogą być pewni skąd nadejdzie atak i kto ostatecznie okaże się sojusznikiem a kto wrogiem. Jak zwykle? Jak zwykle, z tym, że tym razem skołowany może być też czytelnik, bo pojawia się zaskakująco sporo postaci, które są ważne, albo przynajmniej istotne, a których… nie ma w Cieniu w ukryciu (do tej pory drugim tomie cyklu). Co się z nimi stało? Od początku podejrzewałem potężną rzeź w finale. Z tym, że im bardziej zagłębiałem się w powieść, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że nie będzie to takie proste.

Nie koniec na tym. Jak to czasem w cyklu bywa, Konował korzysta z cudzych znalezionych zapisków. dzięki temu otrzymujemy właściwie dwie opowieści. Jedna to kroniki Konowała o bieżących wydarzeniach. Druga… O, druga toczy się w czasach Dominacji – jeszcze bardziej okrutnego imperium ze starożytnych czasów, gdy Pani była jeszcze naprawdę młoda i była małżonką prawdziwie przerażającego nieśmiertelnego supermaga, pełniącego w świecie Cooka rolę szatana, który jest uwięziony i pragnie wrócić, by zrobić wszystkim zimę średniowiecza. I w tej opowieści poznajemy dwie siostry noszące nazwisko, które u wszystkich fanów Czarnej Kompani wywołuje mniej więcej taki efekt, jak na kapitanie Klossie kwiatek w doniczce wystawiony na parapecie. Aha, że starożytny przykład i nikt nie rozumie? No to jak alarm w centrum nasłuchu służącym sprawdzaniu czy bomby atomowe przeciwnika nie zostały właśnie wystrzelone.

Nie da się ukryć, to powieść tylko dla fanów. Ktoś, kto Czarnej Kompanii nie zna, wprawdzie zrozumie mniej więcej o co chodzi, ale nie jestem pewien, czy wciągnie go lektura. Bohaterowie nie są tak interesująco odmalowani jak w pierwszych tomach cyklu, bo Cook założył, że czytelnik ich zna. Co więcej – pisarz trochę się nimi bawi, w sposób, który dla nowego czytelnika będzie raczej nieczytelny. Dla przykładu – Jednooki z Goblinem prawie się nie kłócą (Jednooki w ogóle jest trochę wycofany, zresztą Cook stara się jak może by usuwać obu czarodziejów z głównego planu), co wzbudza niepokój bohaterów. Jak ktoś nowy ma się zorientować o co w tym chodzi? Moim zdaniem nie warto czytać też Portu Cieni w obecnej konfiguracji chronologicznej cyklu (czyli jako drugiego tomu). To powieść napisana dla tych, którzy znają już całość i dlatego będą, jak ja, gryźć w trakcie lektury paznokcie mamrocząc: „no co jest, kurczaki!?”. Sukinkot Cook nieźle z nami poigrał, a po przeczytaniu ostatniego akapitu miałem ochotę napisać mu to i owo. Bo nawet, kiedy wydaje się wam, że facet traci kontakt z rzeczywistością i chyba nie pamięta o czym pisał przed laty, on ma to wszystko cały czas pod kontrolą (z jednym wyjątkiem: w Kompanii, zgodnie z nowym duchem czasów, pojawiają się kobiety, co jest sprzeczne z kanonem; niby Cook to jakoś tłumaczy, ale niezbyt wprawnie). Ten drań, do czego zresztą przyznawał się w wywiadach, planuje wszystko z dużym wyprzedzeniem. Znając jego bezgraniczną miłość do Pani i Konowała, chyba wiem co może mu chodzić po głowie. W takim przypadku kibicowałbym mu z całych sił. Ale pewności nie mam. Pozostaje mi czekać na zapowiedziane A Pitiless Rain. Fani kombinowali do tej pory, że ten tom będzie opowiadał… No tak, bez spoilerów. Zatem, że skupi się na rozwiązaniu jednego z tych wątków, które w ostatnim tomie były tzw. „otwartym zakończeniem”. No cóż, dostaliśmy wszyscy coś jakby prztyczka w nos. A Cook śmieje się z nas w ostatnim akapicie.

Ale czy to jest dobre? Nie pytajcie mnie, ja jestem fanatykiem. No ale dobra. Literacko to jest po prostu Cook, żadne wielkie style, subtelności i metafory. Nie jest to też tak sarkastycznie cudowne jak dwa pierwsze tomy, acz może to być kwestia tłumaczenia. A właśnie, tłumaczenie. Dostosowano je do ostatniej wersji, więc fani pierwszego wydania mogą się trochę poirytować. Ja pewnie spędzę nad tą książką parę chwil z długopisem by przywracać np. Hagopa tam, gdzie zmieniono mu imię. Także imiona nowych postaci trochę mnie irytowały, póki nie uprzytomniłem sobie, że Kompania siedzi tym razem na wschodnich rubieżach. Wracając do rzeczy: jest to powieść napisana lepiej niż Delegatury Nocy (stosunkowo najnowszy cykl Cooka), które przez swoją opasłość i rozwlekłość stanowią wyzwanie nawet dla takiego fana Cooka jak ja. Port Cieni na szczęście trzyma się stylu Czarnej Kompani – pisany jest zwięźle i szybko. Trafiają się w nim dziwne fragmenty, a Konował bywa zbyt uczuciowy i nostalgiczny (jakby był tym starcem z ostatnich tomów), ale… to ma sens. Cook, choć wielkim stylistą nie jest, to i owo potrafi i wszystko sumiennie układa w swoją kolejną wielką mozaikę. Nie czyta się więc tej powieści porywająco, ale czyta się ją dobrze. Kilka momentów jest zupełnie w starym stylu, parę razy można się pośmiać, w paru przypadkach wzruszyć, jeśli ktoś ma tak wrażliwe serduszko jak ja.

Dodaj komentarz



15 myśli nt. „Z innej beczki: nowy tom Czarnej Kompani

  1. maladict

    A niech cię, bosmanie, zmusiłeś mnie do kompulsywnego zakupu. Po polsku, (bo angielska wersja ma tylko pierwszy tom w ebooku, w dodatku zredagowany tak, że oczy krwawią) więc mam pytanie – jak widzę, to nowe wydanie. Czy zatem coś poprawiło się w kwestii tłumaczenia? Bo stare wydania miały z tym… hm… problemy?

    1. furry

      @maladict

      Całość na kindle po angielsku masz tu.

      Ja zacząłem, ale na razie przeczytałem pierwszą książkę z pierwszego omnibusa, fajne ale jakość nie mogę się zabrać. Trochę przez to, że chyba jednak wolę Eriksona, a trochę utknąłem w świecie Expanse… rany jak mnie się to podoba. Serial kiedyś tam napocząłem, teraz na poważnie zabrałem się do książek, czytam po polsku choć korekta i redakcja trochę boli.

      Jedyne też czeka w kolejce :-)

  2. lemon

    Nie mam ochoty porzucać Gikza, ale prawda jest taka, że ostatnio prawie nie gram (…) jest tyle książek do przeczytania i seriali do ogarnięcia

    Ja myślałem, że Gikz co prawda skupia się głównie na grach – z racji zainteresowań Konia – ale śmiało można na nim pisać o książkach/komiksach i serialach. Myliłem się?

  3. Revant

    Ja już nie mogę kompletnie znaleźć czasu na czytanie książek :( granie też zeszło na dalszy plan, a jedyne co mi zostało to…czytanie na komórce. Nie daje radę jednak czytać tekstu ciągłego, więc od długiego czasu zaczytuje się mangami. Postanowiłem zrobić jednak sobie przerwę i zabrać się za komiksy. Powiem jedno – mega się czyta na amoledzie. Pozostając jednak w temacie wpisu – przeczytałem właśnie przygody Franka Castle’a aka Punishera, przed byciem Punisherem, jak bawił się w Wietnamie. Tam też ukazano jak wojna to nie epicka rzecz, a Frank to skur… był jeszcze przed założeniem wdzianka z czachą ;) Polecam, seria nazywa się Punisher: Born.

    I popieram lemona – tutaj nawet o mangach i anime się pisało, a ty bosmanie z „only games” wyskakujesz :P

Powrót do artykułu