Z innej beczki – najnowsze Star Wars

bosman_plama dnia 14 listopada, 2019 o 8:57    17 

tytul2

Oczywiście musiałem napisać ten tekst. Choćby po to, żeby aihS się ze mną nie zgodził. Planowałem machnąć dzisiejszy wpis już wczoraj, ale wszystkie zdarzenia na niebie i ziemi mi w tym przeszkodziły. No trudno. W efekcie dostaniecie krótki (jak w tej chwili sądzę) wpis o The Mandalorian w czwartek, gdy już pewnie przeczytaliście o nim w kilkudziesięciu innych miejscach.

Jak pewnie część z Was (a może i wszyscy) kocham się w Star Wars od dziecka, co w moim przypadku oznaczało bodaj ośmio, ale może i sześcio albo i siedmiolatka z zapartym tchem oglądającego Nową Nadzieję w kinie, którego już nie ma. Brzmi to więc jak czasy starożytne i trochę tak na owo oglądanie i Nową Nadzieję należy spoglądać. Świat, w którym filmowe franczyzy istnieją tak długo to coś nowego w historii sztuki. Nie jestem pewien, czy ktoś się tego kiedyś spodziewał. A mamy już przynajmniej cztery takie serie. James Bond pojawił się w roku 1962 by zakończyć w 2002, co by nie mówić to czterdzieści lat trwania, po których nastąpiło trzynaście lat panowania uzurpatora bazującego jednak na uznanej marce, pod którą się podszywa.

bondIndiana Jones jest nieco młodszy, przyszedł na świat w 1981 roku. Podobnie jak Bond był odgrywany przez różnych aktorów (jak dotąd pięciu), inaczej jednak niż w przypadku Bonda kanoniczny Indy jest jeden, czterech pozostałych aktorów odgrywało Jonesa w różnym wieku. Inaczej też niż w przypadku Bonda seria filmów o zuchwałym archeologu tworzy pewną fabularną całość, nawet jeśli każdy z filmów opowiada inną historię. Do tego Indiana Jones dorobił się serialu, dzięki któremu można było poznać kawał historii świata. Dla nas (znaczy: Polaków) ciekawostką może być fakt, że w każdym odcinku młody Indy poznawał jakąś postać, z amerykańskiego punktu widzenia istotną dla świata i sławną. W przypadku Polaków była to oczywiście Skłodowska, chyba najczęściej pojawiająca się Polka w popkulturze. Ale, co interesujące Indy spotkał i innego Polaka, dość znanego za granicą (wystarczająco sławnego by załapać się do serialu) a niekoniecznie równie rozpoznawalnego  w Polsce. Był to Bronisław Malinowski, u nas kojarzony zapewne najlepiej jako autor Życia seksualnego dzikich – książki potrafiącej bardzo rozczarowywać napalonych nastolatków.

bronislaw-malinowski

Napisałem o czterech seriach, niemniej jednak jedna z nich budzi nawet moją wątpliwość. Mowa o Star Trek, które życie rozpoczęło wprawdzie w roku 1966 ale jako serial. Pierwszy film kinowy pojawił się dopiero w roku 1979. Co gorsza seria obejmuje filmy o dwóch różnych załogach a potem jeszcze coś w rodzaju reebootu, którego akcja toczy się w innym wszechświecie.

Czwarte (ale nie w kolejności chronologicznej) są oczywiście Gwiezdne Wojny. Film, który przez kolegów – reżyserów Lucasa został potraktowany jako żart, który zdaniem producentów i dystrybutorów miał przynieść średnie zyski (jeśli w ogóle) i który zaczynał się jako czwarta część serii. A dorobił się – na razie, za chwilę będzie już jedenasty – dziesięciu filmów kinowych i jednego telewizyjnego, o którym wszyscy starają się ze wszystkich sił nie pamiętać oraz jeszcze jednego, nie wliczanego, o ile wiem, do kanonu filmu The Ewok Adventure: Caravan of Courage. Do tego doszło takie zatrzęsienie powieści i komiksów, że nawet właściciele franczyzy się ich przestraszyli, cztery (póki co) seriale animowane i całkiem sporo gier. Przede wszystkim jednak Gwiezdne Wojny przeorały popkulturę, odmieniły ją na zawsze i stały się jej naturalnym elementem. Dlatego Rachel przebiera się w Przyjaciołach za księżniczkę Leię, by spełnić erotyczne marzenia każdego, kto widział Leię w stalowym bikini, a Barney z Jak poznałem waszą matkę dzieli ludzkość wedle kategorii: „kto nie cierpi Ewoków”. Gwiezdne Wojny nie tyle stały się częścią naszego kodu kulturowego, co wręcz przepisały go na nowo.

friends-the-one-with-the-princess-leia-fantasy

I teraz, w końcu, po czterdziestu dwóch latach, doczekaliśmy się pierwszego serialu aktorskiego w tym świecie. Wynika to po części z tego jak bardzo wzrosła rola i siła seriali po tym, jak zerwały one kajdany tradycyjnej telewizji. Rewolucja zaczęła się oczywiście wcześniej, niektórzy twierdzą, że od Archiwum X, inni że od Lost. Kiedy kino popularne zaczęło brnąć w tworzenie w kółko tych samych historii, seriale pokazały, że ich językiem można opowiedzieć coś oryginalnego. I to opowiedzieć nie tylko w fascynujący, czasem eksperymentalny sposób, na który kino za wielkie pieniądze nie może sobie pozwolić, ale także opowiedzieć nie biednie. W seriale także są zainwestowane całkiem spore sumy. A dzieją się w nich rzeczy niezwykłe.

Dzięki temu nawet Gwiezdne Wojny będzie można opowiedzieć nieco inaczej. Pierwszy sygnał ku temu dały, w moim przekonaniu, animowane Wojny Klonów, które rozpoczęły się jako przygodówka dla młodzieży a zakończyły jako mroczna opowieść o wojownikach zdradzanych przez wszystkich i walczących w świecie pozbawionym nadziei. Tam pojawiły się pierwsze poważne sceny batalistyczne, w których bohaterowie przegrywali i ginęli a relacje między nimi bardziej przypominały Kompanię Braci niż gwiezdnowojenne kolorowe naparzanki. Niemniej to było dopiero preludium.

The-Wild-BunchTo Dzika Banda

Teraz dostaliśmy Mandalorianina. Na razie pierwszy odcinek, zaledwie 35 minut. AihSowi się pewnie nie podoba, bo mnie i owszem. Mnie przede wszystkim za westernowość, celową i podkreślaną. Bohater chodzi w krótkim płaszczu, który może – i zapewne powinien – kojarzyć się z ponczo Clinta Eastwooda z trylogii Leone. Czemu powinien? Bo gdy pierwszy raz pojawia się na ekranie towarzyszy mu melodia wzorowana na muzyce Ennio Moriccone, nie ostatni zresztą raz w tym odcinku. Mandalorianin jest odpowiednio milczący, a pod hełmem nie pali zapewne resztki papierosa, wyłącznie dlatego, że w obecnych czasach to nie wypada. Za to strzela z biodra celniej i szybciej niż inni, cedzi słowa niechętnie i bierze każdą robotę jeśli polega ona na schwytaniu kogoś żywego lub umarłego. Przyjdzie mu też ujeżdżać krnąbrnego wierzchowca i stoczyć wściekłą strzelaninę w czymś, co wygląda jak meksykańska hancjenda. Zakończy zresztą wymianę ognia w sposób, który mnie wydaje się oddaniem hołdu Dzikiej Bandzie Sama Peckinpaha.

The-Mandalorian-Big-GunA to The Mandalorian

Dostajemy więc western, ale raczej ten kojarzony ze spaghetti westernami i antywesternami: jest więc brudno a bohater to póki co raczej antybohater. Taki powinien być Han Solo zanim w ostatnim filmie zmienili go w idealistę z Beverly Hills 90210. Trochę szkoda, że w roli głównej osadzono znanego aktora, znamy bowiem jego warz. A tak zastanawialibyśmy się czyją gębę zobaczymy pod hełmem, którego bohater w pierwszym odcinku nie zdejmuje. Przy okazji dowiadujemy się, że „Mandalorianie nie zdejmują hełmów” co nie do końca zgadza się z tym, co mogliśmy zobaczyć w animowanych serialach. Z drugiej strony ci z Wojen Klonów byli absurdalnymi pacyfistami, więc pewnie żyli wedle innych zasad.

dzika bandaI jeszcze raz Dzika Banda, żeby pokazać scenografię

Co więcej? Świat serialu na razie więcej ma wspólnego z pierwotnym Gwiezdnymi Wojnami niż wszystkie ostatnie filmy razem wzięte. Jest tu sporo ras innych niż ludzie i to owa mieszanka tworzy większość, ludzie są tylko jednym z jej elementów. Wszystko jest też mniej kolorowe niż w nowych filmach (do nowych wypada też w tym wypadku zaliczyć trylogię prequeli). Migają nam w kadrach znajome stworki, niektóre w rolach, jakie znamy np. z Nowej Nadziei, inne w postaci przysmaku przygotowywanego na rożnie. Nawet lekki powiew baśniowości pojawia się na chwilę w Mandalorianinie, choć na razie nikt tu nie macha mieczami świetlnymi i nie nawija o Mocy. Ujmuje ukazanie upadającego Imperium – zbroje szturmowców są powyginane i pobrudzone, żołnierze reagują nerwowo, niczym zaszczuci rebelianci i przypominają raczej pokątnych gangsterów niż militarną potęgę. Ich czasy minęły, choć parę imperialnych szych już marzy o odzyskaniu pozycji.

robotA tu w tle scenografia The Mandalorian, zresztą scena bardzo dzikobandowa

Czy zatem jest dobrze? A skąd mogę wiedzieć po 35 minutach? Wydaje się, że jest nieźle, że świat SW łapie w tym serialu odrobinę oddechu, którego szalenie mu brakuje po miotających się we wszystkich możliwych kierunkach filmach. Mandalorianin na razie nie jest ani Ostatnim Jedi ani Łobuzem 1 i moim zdaniem nie jest mu bliżej do żadnego z tych filmów. W przeciwieństwie do Łobuza ma w sobie pewien luz, wolny jest też, póki co, od tworzenia postaci tylko po to, żeby sprzedawać je w kolejnych franczyzach albo żeby uśmiechać się nimi do chińskiego rynku (to swoją drogą wspaniała historia pokazująca jak w Stanach ciągle nie rozumieją Azji i uważają, że wszyscy tam wyglądają jednakowo; toż wpakowali w TLJ mocną postać azjatycką, żeby Chińczycy się cieszyli, a Chińczycy się za to obrazili bo to Wietnamka). Póki co postaci są, ponieważ mają jakiś cel w fabule. Z drugiej strony nie ma Mandalorianin przesadnego jajcowania TLJ. Korzysta z bogactwa świata (czego nowe filmowe odsłony nie robiły), ale wykorzystuje go po swojemu. A równocześnie nie odwołuje się rozpaczliwie do klasycznych Gwiezdnych Wojen, a nawet szuka innych inspiracji niż one (western zamiast filmów samurajskich, choć oczywiście trochę westernu też w Nowej Nadziei było). Korzysta zatem z gwiezdnowojennych źródeł, ale nie tak przeraźliwie odtwórczo. To daje nadzieję. A czy zostanie spełniona, zobaczymy. 35 minut to za mało, by zdecydować.

Dodaj komentarz



17 myśli nt. „Z innej beczki – najnowsze Star Wars

  1. lemon

    Celne spostrzeżenia, bosmanie. Mnie też się podobało. Zdaje się zresztą, że skoro serial jest w rękach Favreau i Filoniego, to w ogóle możemy być spokojni. Fajnie, że dostajemy nieco mandaloriańskiego lore, bo dotąd na ekranach tego nie było zbyt wiele (więcej pewnie w komiksach i książkach).

  2. Daimonion

    Moje uwagi można wypunktować następująco:
    1. Jak zwykle mnie nie zawiodłeś, nazywając pewnego jegomościa uzurpatorem. Jest to stanowisko niezmiernie i niezmiennie mi bliskie, więc dziękuję.
    2. W temacie Star Treka – jeśli ktoś lubi serię oryginalną, polecam Star Trek Continues, które ostatnio oglądałem. Teoretycznie jest to produkcja fanowska, więc nieistotna, ale… Matko kochana, jak oni to pięknie zmajstrowali! A facet grający Spocka jest lepszy niż dziesięciu Kwintów razem wziętych. Ale uprzedzam – jeśli ktoś, podobnie jak ja, ma dziką awersję do Nju Trek, ta awersja tylko się nasili na widok tego, że jednak można nawet dzisiaj zrobić coś porządnie i gigantyczne pieniądze utopione w gów… znaczy w Discovery można było spożytkować znacznie lepiej.
    3. Mandalorianin zapowiada się rzeczywiście zaskakująco nieźle. Clint narzuca się od pierwszej sceny, aluzji do „Dzikiej Bandy” samodzielnie nie wychwyciłem, ale masz rację, jest niezaprzeczalnie. Niech tego tylko nie spierniczą, a będzie przyjemny western.

    1. Fraa

      @Daimonion

      ST: Continues obwąchuję już od dawna i ciągle się obawiam tego, że jednak to jest fanowskie, więc będzie, no, takie sobie. Plus w ogóle nie leży mi tamtejszy Kirk… Z drugiej strony, Scotty to Doohan :D Aż tak dobre to jest? o_O W sensie: fan Oryginalnej Serii może bez bólu i obaw zasiąść do oglądania?

      1. Daimonion

        @Fraa

        Doohan ma akcent znacznie gorszy niż jego ojciec. Kirk jest… Specyficzny, ma niespecjalnie dobry głos, ale radzi sobie w podrabianiu Shattnera całkiem dobrze (na pewno lepiej niż Pine), zresztą sam Shattner był dość drewniany, więc sam rozumiesz… Spock jest, moim zdaniem, najlepszy od czasów oryginału (któremu, wiadomo, dorównać się nie da). McCoy jest poprawny (zmielili aktora chyba po dwóch odcinkach, ten drugi jest bardziej podobny fizycznie). Uhura przeszkadza, bo to jednak nie ta figura i nie ten wygląd, ale mało jej jest. Z początku nowe twarze przeszkadzają, ale mnie przestali denerwować po kwadransie. To nie są goście zgarnięci z konwentu, pojawiają się też aktorzy z „prawdziwego” Treka (np. DeLancie). Ujęło mnie podrabianie klimatu oryginalnej serii – identyczne dekoracje, muzyka, efekty, nawet format obrazu i filtr. To naprawdę wygląda jak zaginione odcinki. Nie twierdzę, że mamy do czynienia z majstersztykami fabularnymi i powiastkami filozoficznymi, ale poziom jest zadowalający i oglądałem z wielką przyjemnością i nostalgią. Widać, że twórcy kochają klasycznego Treka. Dwuczęściowy finał to świetne zakończenie pięcioletniej misji i pomost z pierwszym filmem (np. wiarygodne wyjaśnienie, dlaczego Spock porzucił flotę i medytował na Vulcanie). Jeśli kręci cię ten rozbrajająco niedzisiejszy klimat oryginału, sądzę, że nie będziesz rozczarowany.

  3. aihS Webmajster

    Psikus bo się zgadzam. Zgadzam się, że James Bond skończył się w 2002 i kurde jestem rad, że wreszcie znalazłem jakiegoś sojusznika ;)

    Mandalorianin mi się podoba, ale piszesz to przed obejrzeniem drugiego odcinka więc może ci się po nim odmieni. Póki co jest bardzo nietypowo a z drugiej strony chwilami mam wrażenie jakbym oglądał klasyczną baśń Disneya. Nie, w drugim też nie zdejmuje kubła. Pewnie tak będzie do końca i wtedy się okaże, że tam wcale nie grał Pedro Pascal ani Nick Nolte tylko Disney wykupił prawa do wizerunku i umieszcza ich w napisach ;)

    Martwi mnie jedynie, że z tego co wiem serial ma mieć raptem 8 odcinków więc cala historia nadal będzie niemalże w filmowym skrócie bo przecież to trochę ponad 4 godziny. Cieszy natomiast, że nie odcinają się na siłę od starego kanonu i tak Mando’ade wciąż noszą beskar’gamy i są jak można się po przebłyskach z pilota domyślać często sierotami adoptowanymi przez Mandalorian.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aihS

      Drugi wydał mi się mniej interesujący. Obejrzałem go dopiero co, bo weekend spędziłem na Opolconie i nie bardzo miałem jak. Mniej interesujący, ponieważ mniej było wprowadzania w ten świat, który mnie interesuje. Doceniam procent Gwiezdnych Wojen w Gwiezdnych Wojnach, ale akurat bardziej mnie ciekawi co dzieje się w galaktyce i jakie przemiany ona przechodzi. Ekspozycję bohatera i westernowe kadry dostaliśmy już w pierwszym odcinku.

      Ciekawostka: oczekiwałem, że przy użyciu Mocy pojawi się motyw muzyczny Mocy i byłem nieco rozczarowany, gdy to nie nastąpiło. Rozumiem, że klimat muzyki serialu jest ciut inny, ale muzyka w tej serii stanowi bardzo mocny i ważny element i też mogłaby pomóc w budowaniu relacji serialu ze światem.

      Niemniej nadal jest nieźle i czekam na następne odcinki.

      1. lemon

        @bosman_plama

        Co do muzyki, to wydaje mi się, że tu nie chodzi o sam klimat – taka jest świadoma decyzja twórców, aby oddzielić „opowieść z uniwersum SW” od „SW Epizod N”. Z tego samego też powodu w R1 i Han Solo brakuje charakterystycznych przewijanych napisów na początku filmu. A tak swoją drogą, to podoba mi się muzyka w Mandalorianinie, bardziej niż np. w serialach animowanych.

              1. Tasioros

                @bosman_plama

                Nie bądź pan rura i nie pękaj! Klikaj śmiało.
                Poza tym nie rozumiem pilnowania się niemal przez cały rok i np. ktoś pisze, że odpadł już w maju. Ja tak jak sezon świąteczny uznaję od pierwszego dnia grudnia, tak też walkę z „Last Christmas” od tego dnia zaczynam. Czyż nie takie był pierwotne zasady?
                Jednak nie wiem, czy w tym roku już sobie w ogóle nie odpuścić, jako że powoli TA GRA staje się społecznościowym fenomenem, przez co traci swój… hmm… elitarny charakter.

Powrót do artykułu