Spode łba – Solo

bosman_plama dnia 28 maja, 2018 o 15:01    34 

solo1

Poszli na ten film wszyscy, poszedłem i ja… A nie, jak się okazuje, mało kto poszedł. Zdziwiłem się widząc w kinie może z czternaście osób (cztery zaraz wyszły, bo jak się okazało pomyliły seanse) i to w sobotę, dzień po premierze. Pomyślałem jednak, że to dlatego, iż wybrałem seans przedpołudniowy. A w dodatku w sali, którą stali bywalcy znają z tego, że psuje się w niej projektor (czego dowiedziałem się po tym, jak się zepsuł). Pierwsze wyniki z USA pokazały jednak, że jak na Star Wars, Solo miał dość niskie otwarcie nie tylko w Krakowie.

W internetach zastanawiają się czemu tak się stało. Część wini słabą promocję, inni antypromocyjne przecieki z planu, jeszcze inni winią Last Jedi. Ja zaś nie jestem przekonany do wypuszczania jednych SW pół roku po poprzednich. Nie zbudowano przez to hype’u, nie dano nam się stęsknić za światem Dalekiej Galaktyki. Jak by nie było, pod względem sprzedaży film ten na razie nie wyszedł tak, jak zaplanowano.

A pod innymi względami?

Trudno powiedzieć. Pierwszych reżyserów, których nad nim pracowali zwolniono, nie wiadomo więc co, z tego, co sobie zaplanowali (pomijając fakt, że słyną raczej z improwizacji niż planowania) trafiło ostatecznie do filmu. Podobno niewiele, jakieś 30-40%. Resztę miał podokręcać wezwany na ratunek Ron Howard (zaraz, czy ja nie naruszam RODO podając jego nazwisko?), czyli stary wyjadacz i to wyjadacz znakomity. Skoro więc nie bardzo wiadomo czym ten film miał być i jak wyglądać, pozostaje skupić się na tym czym się stał i jak wygląda.

ekipaW sieci można znaleźć jedno z oficjalnych zdjęć przycięte tak, żeby nie było widać Hana. I faktycznie, też uważam, że z osobami widocznymi na tym ujęciu (przyciąłem sam), film byłby lepszy.

Wygląda niebrzydko, bo to przecież Gwiezdne Wojny, a tu musi być widowiskowo. Dostajemy skakanie po dachu pociągu śmigajacego między zaśnieżonymi górami, kuzyna Wielkiego Przedwiecznego (siły mistyczne zadziałały i w tym właśnie momencie zepsuł się projektor i ekran zaczął już tylko pulsować krwawą czerwienią) a także najbrudniejszą z dotychczasowych gwiezdnowojennych scenę bitewną – kameralną, bo nic nie widać. Niemniej taką dość realistycznawą – nie wiadomo kto strzela skąd, nadpobudliwi frajerzy giną od strzałów znikąd, przy życiu pozostają cwaniaki chowające się w leju po bombach. Niestety, dużo więcej wojny już w tym filmie nie ma, a szkoda, bo może pozbawiono nas tego, co mogłoby być w nim najciekawsze. A to dlatego, że nie bardzo wiemy co robił Han Solo zanim załapał się na fuchę do Jabby. I choć ten film trochę nam o tym opowiada, to nie pokazuje tak naprawdę czegoś, czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli. A żółtodziób Solo na wojnie? W dodatku brudnej, żmudnej i ani trochę nie radosnej? Po stronie sił ciemności, zmagający się z drętwymi zupakami? Trochę nam dano tego zakosztować i szczerze mówiąc poczułem ochotę na więcej. Zamiast tego jednak dostałem film o skoku i… Eee… O dorastaniu nie. No to o skoku i miłości. Poprzetykany anegdotami o tym jak Han spotkał Lando, jak wygrał Sokoła, czemu Sokół ma niewyparzony jęzor… No takie tam ciekawostki o bohaterze. Fani mogliby być zachwyceni, zwłaszcza, że w jednej scenie twórcy kłaniają im się w pas. Mogliby, ale chyba niekoniecznie są.

rebelsSolo to w ogóle film dla fanów.  Jeśli siedzicie w świecie SW mocniej, będziecie się bawić lepiej. Kłopot w tym, że jeśli znacie Daleką Galaktykę wyłącznie z filmów kinowych, to w jednej ze scen możecie się poczuć mocno skonsternowani i bez znajomości kreskówek nie zrozumiecie o co, kurczaki, chodzi. A żeby było śmieszniej, to nie jakaś boczna scena.

A to dlatego, że to film idealnie nadawałby się np. na trzy odcinki serialu Rebels, ale jako samodzielne dzieło broni się tak sobie. Po pierwsze ciężko jest wypracować napięcie w filmie, w którym doskonale wiemy, że główni bohaterowie ocaleją (Chewbacca i Han i jeszcze Lando). Wprawdzie nie musimy być pewni losów postaci drugoplanowych, ale trudno wydawać okrzyki zaskoczenia, gdy coś im się przytrafia, bo przecież nie znamy ich z filmów opowiadających co się działo potem. Poza tym scenariusz pisano chyba na podstawie podręcznika: Jak sztampowo poprowadzić akcję filmu o skokach tak, żeby nikogo nie dało się niczym zaskoczyć. Podręcznik dla sześciolatka. Tak więc wszystko jest w tym filmie oczywiste. Aż do bólu. Takiego wielkiego bólu. Jak ból zdrowego zęba rwanego na żywca, połączony z rodzeniem kamienia nerkowego (przez mężczyzn) i odkryciem, że właśnie gdy byłeś o trzy sekundy od zakończenia gry w rogalika, od którego nie wstawałeś od 48 godzin (bo nie ma sejwów), ktoś wyłączył prąd w całym mieście. Taki to jest ból.

Ani scenarzyści ani reżyser nie pomagają też młodemu, ponoć zdolnemu, aktorowi, któremu powierzono rolę Hana. Znalazłem w sieci stwierdzenia, że facet jest niezły i na szczęście nie gra Harrisona Forda, tylko tworzy własnego Hana. Ponieważ ich autorkami najczęściej były kobiety, podejrzewam, że na rzeczy może być jakaś różnica płci, bo całkowicie się z takim odbiorem nie zgadzam. Może i aktor chciał zagrać swojego Hana. Może i próbował (nie zauważyłem). Ale scenarzyści tak świetnie bawili się wariacjami na temat odzywek klasycznego Hana, że właściwie zapomnieli napisać jakieś oryginalne kwestie. Reżyser też chyba co chwilę powtarzał: „a teraz stań jak Ford”. „A teraz się jak Ford uśmiechnij”. W efekcie aktor nic nie gra, jest raczej memem dobudowującym cudzą mimikę do kwestii, którymi możemy zarzucać internet. Co gorsza ów wspominany talent aktorski owego młodziaka (cały czas boję się podawać nazwiska) też jak dla mnie jest trochę bezobjawowy. Po raz pierwszy w życiu zwróciłem w kinie uwagą na sytuację, w której właściwie wszyscy aktorzy wchodzą w role, podczas gdy główny bohater wyraźnie działa od „start!” do „stop!” wygłaszanego przez reżysera. Możliwe jednak, że to wina montażu. Aktor robi, co może, ale kazano mu wskoczyć w buty aktora, który właściwie postać tę stworzył, czasem spierając się z reżyserem, albo przerabiając na własną rękę i improwizując dialogi.

Solo-New-Droid-L3-37Jedna z bardziej kontrowersyjnych postaci Solo (czyli wywołująca jakąś reakcję u widzów) – obowiązkowy zabawny robot. Ten (ta) nazywa się L3-37 i jest robotem, na którego w świecie SW czekałem. Czyli takim, który też (jak ja) nie rozumie czemu inteligentne i posiadające świadomość istoty traktowane są przez pozytywnych bohaterów jak niewolnicy, a właściwie gorzej. Niemniej niektórzy widzowie widzą w tej postaci sztandar feminizmu, inni komunizmu.

Inni aktorzy nie stanęli przed podobnie trudnymi zadaniami, bo grają ludzi znikąd. Wyjątkiem są oczywiście Chewbacca i Lando. Ten pierwszy ma ociupinę łatwiej. Ten drugi radzi sobie popisowo, lud go pokochał. Ale też odtwarzający go aktor, któremu mam trochę za złe, że porzucił serial Community, gdzie grał przecież mesjasza konserwatorów klimatyzacji, stał przed mniejszym wyzwaniem. Prawie wszyscy kochamy Lando, jednak nie był on w klasycznych Gwiezdnych Wojnach postacią tej wagi, co Han. Z tego, co widziałem, internet dość krytycznie podchodzi do roli Emilii Clarke, nadzwyczaj często kwitując jej rolę: „aktorskie drewno”. Moim zdaniem nie jest aż tak źle (acz może tu zachodzić ten sam efekt, który sprawia, iż kobiety sądzą, że odtwórca roli Hana jest utalentowany i w ogóle nieźle gra). Inna sprawa, że znam tę aktorkę wyłącznie z ról ładnych twardziuni, czyli z Gry o Tron i któregoś tam Terminatora. Tu gra bardzo podobną postać, więc gra tak samo. Tak naprawdę jej Qi’ra jest potencjalnie jedną z najciekawszych postaci w tym filmie, ale też trochę niewykorzystaną.

lando

Dopóki jednak siedzicie w kinie i nie zastanawiacie się nad sensem seansu, sporo w tym filmie może grać. Fajnie ogląda się te wszystkie pościgi i strzelaniny. W ogóle najlepszym elementem filmu jest pokazanie tej części Dalekiej Galaktyki, która w nosie ma i Jedi i Moc, kompletnie nie interesuje jej jakimi kolorami mieczy świetlnych machają tajniacy obecnej władzy. Nawet Imperium średnio im przeszkadza. Co najwyżej wtedy, kiedy okazuje się skuteczniejsze w egzekwowaniu prawa niż Republika. Przy czym nawet w Imperium można przekupić urzędasów i strażników, więc widać, że wiele się nie zmieniło. I te fragmenty są znakomite, bo też pięknie poszerzają świat przedstawiany. W fabule akcja goni akcję, postaci przewija się sporo (jak to u Disneya szukającego sposobu, by sprzedać więcej figurek). Niestety, nie ma napięcia. Niestety, zwroty akcji są przewidywalne (jeden, który mógłby trochę zaskoczyć zostaje zdradzony przez… muzykę), a zresztą nikogo nie obchodzą, bo dotyczą kwestii i postaci drugoplanowych.

Odnoszę więc wrażenie, że powstał film, który nie miał tak naprawdę szans. Nawet gdyby po drodze nie zmieniano na biegu reżyserów i wybrano do głównej roki aktora, którego nie musiano odsyłać na lekcje aktorstwa już w trakcie kręcenia filmu. Jedynym ratunkiem dla Solo, byłoby wyrzucenie zeń Hana Solo. Nie dlatego, że aktor nie daje rady (moim zdaniem żaden by nie dał). Ale dlatego, że wiemy co działo się z tą postacią potem, nic nie może nas przestraszyć ani zaskoczyć. To dość istotna kwestia, gdy pomyślimy, że zapowiadane są filmy o Kenobim i Boba Fecie. Nad nimi już teraz wisi to samo fatum. Jasne, można z tego wybrnąć, wpisując znanych nam bohaterów w jakiś zakręcony scenariusz, w którym interesują nas nie ich losy ale potencjalny sukces ich misji. Choćby dlatego, że od owego sukcesu będzie zależeć coś istotnego, co będzie miało dla nas znaczenie. Misja w Solo nie dość, że jest prosta i średnio porywająca nie sprawi, że zadrżymy o jej finał. Bo co od niego zależy? Życie Hana. To byłoby mocne, gdybyśmy nie wiedzieli, że przeżyje.

Dlatego wydaje mi się, że lepiej byłoby dla Star Wars, gdyby uwolniło się od starych bohaterów. Kiedyś stanowili o sile tej serii, dziś stają się jej ciężarem. O ile w głównej, trzeciej trylogii i Han i Luke i nawet trochę Leia jeszcze wnoszą trochę energii, to spin offy pociągną w dół. Nie lubię Łobuza1, nadal uważam, że to najgorszy film Star Wars, ale z braku starych znajomych kręcących się po planie, miał szansę trochę pozaskakiwać i opowiedzieć nową historię (nawet, jeśli była częścią starej). To samo, co w R1, zagrało też w Rebeliantach. I nawet Clone Wars otrzymało swoją szansę dzięki postaci Ahsoki Tano, o którą mogliśmy drżeć (i drżeliśmy, bo przecież nie ma jej w New Hope i reszcie). Solo takiej szansy nie dostał.

Przy czym nie jest to zły film. Ale jest żaden. Nijaki taki. Oglądniecie go, trochę się pouśmiechacie. Może zirytujecie się na sam koniec, jak ja, jednym wątkiem. A potem o nim zapomnicie.

Dodaj komentarz



34 myśli nt. „Spode łba – Solo

  1. aihS Webmajster

    By tradycji stało się zadość – nie zgadzam się :)

    Drugi najlepszy film po Rogue One. Spinoffy są kierowane konkretnie do fanów i to czuć. Bez znajomości uniwersum ludzie są zasypywani masą nazw własnych, nawiązań do wydarzeń itd, których nie rozumieją.

    Do plusów i to sporych zaliczam, że konstrukcja filmu to nie jest pew pew, heheszki, pew pew, heheszki… bo po TLJ miałem już serdecznie dość.

    PS zgadzam się, że filmów za dużo – czas na seriale :)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aihS

      Słyszałem takie głosy. Że drugi najlepszy po tej aboninacji, R1. Rozumiem je o tyle, że też pomyśałem wychodząc z kina, że to drugi najsłabszy po R1:). Potem mi trochę przeszło. Jest lepiej zrobiny niż tryllogia prequeli, ale one znów były jakieś. A Solo to taka niepotrzebna pustka. Widowiskowa, fajna, z niezłymi postaciami w tle, ale przypominająca piwo bezalkoholowe.

  2. lemon

    Nie byłem i już chyba nie pójdę. Zero hajpu z mojej strony od pierwszej zapowiedzi. Główny aktor też od początku mi się nie podobał (już nie będę wklejał linków do YT tego młodziaka, co wygląda jak nieślubny syn Forda i tak fajnie odgrywał Hana). Mother Of Eyebrows umie grać tylko na jedno kopyto, ale to Daenerys, więc przyciąga ludzi do kin.

    Chyba nie jestem fanem Star Wars. :D

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @aihS

              To byłby dla mnie jeden z dowodów upadku cywilizacji, gdyby nie to, że trylogia jednak lepiej zarabia od Historii. Wygląda więc na to, że ludzie, którzy się na dwóch pierwszych trylogiach wychowali chcą wiedzieć, co będzie dalej, ale już niekoniecznie są szczególnie zainteresowani tym, co się działo w tym samym czasie naokoło. Choć, oczywiście, Han w tych zmaganiach ciągnie finansowo Historie w dół.

              To zresztą dla mnie dość ciekawe. Zauważcie, że w przypadku obu Historii Disney zatrudniał dodatkowych reżyserów, żeby poprawiali filmy. R1 został przemontowany przez innego reżysera, a Solo nakręcony od nowa w 60-70 procentach. A równocześnie twórcom odcinków trylogii zostawia się wolną rękę do tego stopnia, że każdy z nich zdaje się robić co chce. To by znaczyło, że ci od trylogii, spoiwa całego uniwersum, mają większą swobodę twórczą niż reżyserzy spin offów, które tak naprawde sa tylko dodatkami i przypisami. Wydawało się, że tam twórcy powinni móc pozwolić sobie na więcej. A jest na odwrót.

              Albo też w Historiach tak bardzo „pozwalają sobie na więcej”, że aż trzeba po nich poprawiać.

            2. /mamrotha

              @aihS

              No dobra, poszedłem sobie z okazji Dnia Dziecka. Solo jest okej, chociaż gra trochę na jedną nutę; robot jest zajebisty, relacje między Solo i Lando też całkiem całkiem, ale ogólnie to jakieś strasznie kameralne jest. Na Pustyni Błędowskiej mogliby nakręcić i nikt by nie zauważył różnicy. Poza wirem, to zero rozmachu i epickości, brakowało mi tego trochę.

              No i kompletnie zjebane 3D w scenach w kabinie Sokoła. Te światełka idealnie je rozwalały (nie wiem czy to kwestia mojego kina, czy tak wszędzie się rypało).

  3. aryman222

    Nie wiem czemu z emisją nie poczekali do BN… To już była taka mała, świecka „ekstradycja” – SW na święta, a tak to poniosą finansową porażkę i pewnie w ogóle zrezygnują z opowieści pobocznych. Ja tam i tak się wybieram do IMAXa – jedna scena walki z Tie-fighterami (przecież musi być, cmon!) wynagrodzi kreację młodego Solo :)

  4. Revant

    Byłem, zobaczyłem i się głowię. Jeżeli dzieli się teraz odbiorców na tych co lubią nowe ‚epizody’ i nie lubią ‚historii’ oraz ludzi lubiących ‚odwrotnie’, to gdzie ja się mieszczę jeżeli wynudził mnie R1, całkiem dobrze się bawiłem przy TFA i TLJ, a Solo bardzo mi przypasował? :P dunno. Film uważam za świetną przygodę – są fajni bohaterowi, fajne widoczki, fajna akcja i wiele fan-servisu :D jak się z Tobą bosmanie zgadzałem przy R1, tak tutaj dużo bym się sprzeczał :P główny aktor bardzo dobrze podszedł do postaci Solo – nie robił „swojego” Hana bo dobrze wiedział, że skoro film jest bardziej skierowany do fanów uniwersum (jak aihS już pisał) to zjedzono by go bardzo szybko za odstawianie własnego teatrzyku. Przy Lando uważam wyszło podobnie – gościu z Community bardzo naśladował aktora grającego Lando wcześniej, zwłaszcza poprzez obniżanie tembru głosu. Ogólnie to wyszedł naprawdę dobry film. Nie wyrwał mnie z papuci, ale pozostawił z tym uczuciem zwanym „bardzo-chętnie-obejrzał-bym-go-kiedyś-jeszcze-raz” ;) Skusiłbym się nawet na stwierdzenie, że był lepszy niż ostatnie dwa epizody.

    1. aryman222

      @Revant

      Mi jednak w niektórych scenach przeszkadzał nieco sztuczny uśmiech bohatera, ale sam film naprawdę dobry. Widać, że dokręcali, cięli i montowali to 500 razy, ale ogląda się z przyjemnością. Sokół w przestworzach lśni, Lando też super. Film lepszy niż R1, choć jednak nie tak pasjonujący jak najnowsza trylogia. Najgorzej filmowi ” bez mocy, w świecie, w którym istnienie moc” robi scena przypominająca o tym, że ta moc gdzieś tam jest – od razu trochę opada zadowolenie, jakbym dostał produkt drugiej kategorii. Jak masz bardzo dobry film o pilotach boeingów, to nie pokazuj urywków, że gdzieś tam ktoś lata F-22…

Powrót do artykułu