Spode łba – serialowo

bosman_plama dnia 22 sierpnia, 2017 o 8:51    44 

tytudef

Ponieważ jeśli chodzi o gry, to w oczekiwaniu na dodatek do Uncharted 4 nie pcham się w nic nowego (nawet w prawie równie oczekiwane Hellblade) i z coraz mniejszym przekonaniem pocinam w Fallout 4, napisać mogę co też się wyczynia ostatnio w serialach, bo tu z kilkoma jestem względnie na bieżąco. Uwaga – będzie spoilerowo.

Najważniejszym serialowym wydarzeniem ostatniego serialowego tygodnia jest niewątpliwie fakt, że Dougie włożył widelec do kontaktu, czym wyłączył światło w całym mieszkaniu. Nareszcie! Oczywiście, może się okazać, że tak naprawdę nic to nie oznacza a Lynch zrobił widzom psikus i kolejne przełomowe wydarzenie w życiu Dougiego nie będzie żadnym przełomem. Na pocieszenie więc w tym samym odcinku reżyser pokazał, że nawet zły agent Cooper może sprawić człowiekowi odrobinę satysfakcji poprzez nakopanie typkowi bardziej wrednemu niż on sam. Tyle o Twin Peaks, bo i tak wszyscy najbardziej napalali się na Defenders. Na Twin Peaks nie napala się już chyba nikt. Fani siedzą i z abstrakcyjnym spokojem obgryzają paznokcie nie ekscytując się przedwcześnie oczekiwaniami. W przeciwieństwie do innych seriali, nikt nie zastanawia się co reżyser i scenarzyści mogą wymyślić w Twin Peaks. Fani zrozumieli już, że przewidzieć się tego nie da, Lynch i tak wszystkim zagra na nosie i zrobi coś nieoczekiwanego. Nie-fani natomiast dawno już ten serial porzucili.

the-defenders

Defenders też nikogo tak naprawdę nie zaskoczyło. Wszyscy ci, którzy tak bardzo rozczarowywali się Iron Fist, są teraz rozczarowani Defendersami. Poważnie, gdzie by się człowiek w sieci nie obejrzał, zaraz trafia na kogoś wyrażającego zasmucenie, że Netflix coraz bardziej knoci Marvela. Mało kto już załamuje ręce i uderza  wysokie tony. Fani pogodzili się z nieuchronnym… A nie, nie pogodzili się. Z utęsknieniem czekają na mesjasza, jakim ma być Punisher.

cage

Tymczasem Defenders to niezły serial. Jego winą jest, że nie przynosi nam żadnych zaskoczeń i oryginalnych nowości, jak zrobił to Daredevil (pierwszy) i stanowi typową komiksową historię o nawalance. W przeciwieństwie do poprzedzających go originów jest pusty, to prawda. Daredevil jednak coś tam kombinował z tematyką społeczną, Jessica Jones stanowiła nie tyle manifest co proporzec triumfu dobrych mniejszości nad złymi konserwatywnymi większościami a Luke Cage opowiadał czarny kryminał w Harlemie podrzucając znów kwestie społeczne jak DD, do tego podkręcając tło kłopotami rasowymi i korupcją. Nawet Iron Fist miał to i owo w tle – degenerację na szczytach władzy i oderwanie ludzi ze szczytów od rzeczywistości maluczkich. Choć nie eksponowano tego szczególnie, IF całkiem nieźle (jak na ekranizację superbohaterskiego komiksu) muskał kwestie odpowiedzialności społecznej wielkiego biznesu i starał się pokazać, że po kryzysie tak naprawdę nic się nie zmieniło.

dare

Defenders podobne kwestie ignoruje. W dodatku zderzyło „realistycznych” Daredevila, Jessicę Jones i Cage’a z magicznym Iron Fistem, co zresztą Cage ciągle komentuje (marudzi). Defenders to rozwałka dla rozwałki i przez to wydaje się trochę pusta po tych wszystkich przygotowujących na nie originach. Oczywiście, jest w serialu trochę o miłości a wszelkie relacje Elektry z innymi postaciami nabierają cech mitycznych. Elen Ripley Signourey Weaver jest postacią w 3D a nie cieniem bez charakteru, choć czasu na porządne rozwinięcie ma tyle, co kot napłakał. Niemal całe Defenders to zabawa w budowanie paki twardzieli, wykorzystywanie faktu, że każde z nich jest wściekłym indywidualistą nieprzywykłym do pracy na partnerskich zasadach z kimś innym. Co ciekawe Jonem Snow ekipy okazuje się Daredevil, który dokonuje zawsze najgłupszych wyborów, podejmuje decyzje z tylnej części ciała i miota się jak taki jeden upośledzony cień Dartha Vadera we mgle. Biedak padł ofiarą scenarzystów, którzy chcieli, żeby było dramatyczniej.

jessica-jones

W ogóle największym problemem tego serialu jest fakt, że scenarzyści chcą, żeby było dramatyczniej, ale brakuje im czasu i ochoty, by dramatyzm wprowadzać z sensem. W efekcie bohaterowie od czasu do czasu wychodzą na kretynów niemal równie wielkich jak kosmonauci Ridleya Scotta z XXI wieku.

Ale przy tym wszystkim nie jest to zły serial i nawet fajnie się go ogląda. Trochę się w nim biją, dużo rzucają sobie nawzajem złośliwości, trochę się kochają. Era originów dobiega końca (prawie). Pewne wątki zostają zamknięte. Problemem Defenders nie są jego wady, ale to, że wcześniej Netflix pokazał nam te wszystkie originy. A one zawsze są ciekawsze od nawalanki, która nawet nie jest zwieńczeniem, lecz odskocznią do czegoś nowego. W historii filmu chyba tylko raz udało się zrobić „część środkową” serii, która przeskoczyła i otwarcie i zakończenie. Tak, mowa o Imperium Kontratakuje. Defenders nic nie otwierają, więc nie intrygują tajemnicą, nie wprowadzają nam bohaterów, którzy są ciekawi, bo jeszcze ich nie znamy. Nie zamyka też jednak dramatycznie opowieści, bo nie może – przedstawienie będzie trwało dalej, ciąg dalszy nastąpi. Nie stanowi dla nas zaskoczenia nową formułą superbohaterskiej opowieści, bo niby jak ma być świeżutko oryginalne po pięciu sezonach seriali wprowadzających taką właśnie formułę. Defenders nie jest więc winne tym rozczarowaniom wyrażanym przez całkiem sporo widzów i recenzentów. Obrywa najczęściej za to, że stanowi konsekwentnie rozwijany styl i jest tym, czym być miało – zwieńczeniem opowieści o początkach karier bohaterów i wprowadzeniem ich w trochę inną rzeczywistość.

tytudef

Czy jego oglądanie sprawia jakąś dziką radość? Nie. To kolejny odcinek serii. Całkiem fajny. Nie przełomowy. Do obejrzenia.

Nie jest, na szczęście, siódmym odcinkiem najnowszego sezonu Gry o Tron. (TERAZ BĘDĄ LECIAŁY SPOILERY BEZ OSTRZEŻEŃ) Tam naprawdę puściły wszystkie szwy. Należę do osób, które odetchnęły z ulgą, gdy serial uwolnił się od powieści. Nie przeszkadzały mi teleportacyjne zdolności mieszkańców Westeros, ani pewne skróty fabularne, póki służyły dynamice drepcącej wcześniej w miejscu opowieści. Kłopot w tym, że ostatni odcinek nie zaproponował w zamian za te wszystkie przymknięcia oczu nic, co mogłoby to wynagrodzić. Za to przekroczył kolejne granice umowności. Dawniej mogliśmy jakoś sobie tłumaczyć, że to nie czas biegnie różnie dla różnych postaci, tylko pewne rzeczy nie zostają pokazane. Teraz już jedynym wytłumaczeniem jest, że zarówno kruki pocztowe, jak i smoki potrafią poruszać się z prędkością warp 10. A w zamian za to nie dostajemy nic. Bo kolejna szarża smoków palących wrogów nie jest fajna, właśnie dlatego, że jest kolejna. Już to widzieliśmy, w dodatku fajniej zrobione, z postaciami o które mogliśmy drżeć. OK, nowością jest, że jeden smok zdechł. I to by mogło być mocne, gdyby nie fakt, że pokazano to w tak pozbawiony napięcia i dramaturgii sposób, że pewnie część widzów umarła z zaziewania a część z zażenowania. Jego dalsze losy były oczywiste, więc „mocna końcówka” dobiła zaziewaniem tych, którzy jakoś przetrwali bitwę.

dragon

Daredevilem (Dougiem?) tego odcinka został Jon Snow, którego scenarzyści chyba nie lubią. Wiecie, w książce to był jednak całkiem sprawny organizator i niezły dowódca. Owszem, nadszlachetny ale jednak nie głupi. W serialu stał się niepanującym nad emocjami kretynem. Jego wyczyn z ostatniego odcinka dałoby się może wytłumaczyć skłonnością do popadania w berserk, gdyby ją posiadał. Niestety, nie posiada. Scenarzyści robią z niego kretyna, żeby łatwo budować sobie okazję do dramatycznych scen. Niepotrzebnie. Jon stracił mój szacunek i sympatię, a odcinek nie zyskał dramatyzmu. Stał się tylko prymitywniejszy, a przez to słabszy.

Niestety, w tym odcinku widać – i to jest rzeczywiście dramat – że twórcom brakuje czasu. Wszystko dzieje tu dzieje się na gwałt. Potrzebują czasu, by zbudować pakę siedmiu wspaniałych i relacje między nimi i mają na to jakiś kwadrans. Potem drugi kwadrans na dramatyczne losy wyprawy, potem pięć minut na finał. No i nie wyrobili się ze wszystkim w tym czasie, bo nie mogli. Szkoda.

Po drodze dostaliśmy rozgrywki u Starków. Littlefinger znów okazał się wybornym graczem, ale wychodzi na to, że Sansa mu dorównuje, albo przynajmniej zaczyna. To chyba jedyny dobry element tego odcinka. A w każdym razie byłby, gdyby nie to, że Aryi gwałtownie spadł iloraz inteligencji (pewnie z zimna). Pojawiły się też znaczące rozmowy między takim jednym niewysokim przystojniakiem a Daenerys. Po nich obstawiam, że na samym końcu opowieści Targaryenowie połączą się ze Starkami ale nie tak, jak wszyscy sądzili. Moim zdaniem Tyrion skonsumuje w końcu małżeństwo z Sansą i oboje zasiądą na smoczym tronie.

 

Dodaj komentarz



44 myśli nt. „Spode łba – serialowo

  1. Fantus

    Co do GoT to jeszcze najnowszego odcinka nie widziałem, ale jestem świeżo po seansie poprzedzającego. Chciałoby się rzec „a nie mówiłem?”(Jaime) :-) Najbardziej żenująca jest „idiot plot” polegająca na pokazaniu wiadomo czego Cersei. No i na co oni liczą? Że kobieta, która przecież słynie ze zdrowego rozsądku, co wówczas zrobi? To jest tak głupie, że nawet nie śmieszne. A jeszcze ta typowa, RPGowa drużyna ruszająca za mur! Wojownik, paladyn, barbarzyńca, kapłan, łotrzyk… Z tego dwójka z bronią +k6 od ognia. Aż będę zawiedziony, jeśli nie dołączy do nich wiadoma mag ognia. W sumie chyba bym nawet wolał jakby serial w całości skupił się na nich i pokazywał jak expią levele :-) Byłoby więcej frajdy. PS. Czy ktoś mógłby sprawdzić, po którym dokładnie odcinku Bethesda odkupiła prawa do serialu od HBO?

  2. Revant

    A ja siedzę na Netflixie i spokojnie rozkoszuje się ST: Voyager. Świetna seria, a pani kapitan da best ^_^ jeszcze tylko Enterprise (ktoś poleca? bo różne opinie są), a we wrześniu netflixowska seria. Na razie wygląda na papkę ala JJ Abrams, ale może coś z tego wyjdzie, kto wie. Z żonką zaś ze względu na naszą pracę zabraliśmy się za Atypowy. Bardzo polecamy, jakby ktoś chciał czegoś spokojniejszego, ale za to z ciekawymi postaciami i „normalnością”.

    1. Daimonion

      @Revant

      O, fajnie! Ja właśnie jestem na czwartej serii Voyagera:) Nie wiem, czy gdzieś bardziej skopali wyjściowy potencjał. Federacja i Maquis na jednym statku po paru dniach zostają kumplami, a przygody w dziewiczym kwadrancie obfitują w awarie holodecku i kontakty z podróbką klingonów… Meh. Nie wiem, jak daleko jesteś, ale bardzo mnie wkurzyło, kiedy wykopali z obsady drugą z moich ulubionych postaci (numerem jeden tej serii jest Doktor, a kto twierdzi inaczej, ten się nie zna). Przy okazji pozostawiając takie mdliny jak Harry i Czikoteeee, Jar Jara Neelixa i tę kretynkę z maszynowni, której jakimś cudem jeszcze nikt nie zatłukł za fochy.
      Enterprise mam za sobą (tak, wiem, oglądam w dziwacznej kolejności) i trudno powiedzieć, co powiedzieć… Tak naprawdę skasowali ten serial, kiedy zaczął się robić dobry. Dopiero czwarta seria jest porządnym prequelem, gdzie znajomość np. TOS daje rewelacyjne smaczki. Trzecia seria jest w sumie cała o wojnie z Xindi, czyli takie military space opera, za czym nie przepadam. Pierwszą i drugą serię w zasadzie można pominąć, bo z małymi wyjątkami to chłam (obejrzyj sobie odcinki z Shranem – gra go aktor od Weyouna i to wystarcza chyba za rekomendację). Podstawowym koszmarem, który trzeba przełknąć przy tym serialu jest Scott Bakula. Jak zdzierżysz tę beznadziejnie napisaną i „zagraną” postać, to z resztą sobie poradzisz:)

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Daimonion

        Ja mam słabość do Scotta:). Lubie tę jego gębę zmęczonego konia z kopalni i nic na to nie poradzę.
        Poza tym nikt, kto miał fuksa całować się z Famke Janssen nie może być do końca nieudany;).
        Dzięki Netlfixowi też robię sobie powtórkę ze ST, ale idę w kolejności kręcenia. Właśnie niedawno skończyłem ST:NG (nadal moje ulubione, do żadnej załogi się tak nie przywiązałem) i teraz jestem na etapie DS9. Tu się nawet ciesze, bo gdy to szło w tv nie widziałem wszystkich odcinków a później jakoś nigdy nie nadrobiłem.

        1. Daimonion

          @bosman_plama

          Już to tutaj mówiłem, ale powiem jeszcze raz. Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale normalnie nie jestem w stanie przebrnąć przez TNG. Jezus Maria, to jest tak potwornie nudne, że nie wyrabiam. Załoga okropna, bufonowaty kapitan, marna podróba Kirka jako pierwszy, kompletnie bezosobowościowa lekarka i jej synalek, android ujdzie (ale z kategorii „dziwak kontestujący ludzkie obyczaje” zdecydowanie wolę Spocka, Odo, Doktora, a nawet Siedem; poza tym Brent Spiner zmasakrował mnie jako Soong w Enterprise i tam go wolę), klingonom w całości mówię zdecydowanie nie, a ta cała telepatka to najbardziej wnerwiająca postać w historii Treka. Dała się lubić doktor Pułaska, ale jest krótko. No zabijcie mnie, nie mogę… Mam to zostawione na koniec, czyli po Voyagerze, ale jestem raczej pesymistą, bo czuję, że odbiję się po raz dziesiąty.
          Wielka szkoda, że tej charakterystyki Bakuli nie zaserwowałeś wcześniej, bo oglądanie Enterprise’a ze świadomością patrzenia na zmęczonego konia z kopalni byłoby zdecydowanie przyjemniejszym doznaniem:)

      2. Revant

        @Daimonion

        Doktor wymiata, ale później robi się dla mnie wkurzający z tym jego ciągłym fochaniem się, że ktoś robi coś nie po jego myśli (choć docinki potrafi mieć genialne ;) ). Harry to rzeczywiście tragedia, Czikotej tak sobie, ale dziwie się, że ludzie mają Neelixa za Jar Jara. Z początku zapowiadał się jako typowo komiczna postać, ale z czasem poważnieje, nie tracąc tego właśnie komicznego powabu. Seven of Nine to na razie dla mnie nowość bo też jestem na czwartym sezonie :P

        Dzięki za opinie o Enterprise ^_^

        1. Daimonion

          @Revant

          Seven mi się o dziwo podoba, choć na widok jej stroju i biustu od razu wiedziałem, po co scenarzyści stworzyli tę postać… Ale początki ma niezłe. Ostatnio wygarnęła Flemeth… eee… znaczy pani kapitan, że najpierw ją zachęca do samodzielnego myślenia, a potem opieprza i zmusza do wykonywania rozkazów.
          DS9 uwielbiam:) To moja ulubiona seria zaraz po oryginalnej. Trochę się popsuła przez wojnę z Dominium (tak, wiem, prawdziwi fani ją uwielbiają), ale i tak miała co najmniej kilkanaście kapitalnych odcinków (np. ten o czarnoskórym pisarzu, któremu blokują twórczość, albo o tym, jak Jake poświęcił całe życie na ratowanie Bena, albo jak nareszcie zabili Jadźkę…). No i te postacie drugiego planu (Garak, Dukat, Winn, Weyoun, Brunt) – chyba w żadnej serii nie mieli takiej ekipy.

  3. powazny_sam

    Obejrzałem ostatni odcinek GoT i zgadzam się w 100%. Wcześniej było czuć że historia podupadła, ale można było przymknąć oko na niedociągnięcia, widać było że wszystko zaczyna zmierzać do jakiegoś końca. Ale to co odstawili teraz to jedno wielkie „wtf” ale w zdecydowanie negatywnym znaczeniu. Szkoda.

  4. Zebulah

    Ja po długiej serialowej przerwie zainteresowałem się ostatnio Mr. Robot i wciągnęło.
    Jak skończę to następne w kolejce mam House of Cards. Potem może Gra o Tron. Nie dałem rady skończyć drugiej książki.
    Seriale i filmy superbohaterskie jakoś mnie od pewnego czasu zupełnie nie pociągają.
    Natomiast przypomnieliście mi, że Star Treki też kiedyś miałem na liście do obejrzenia więc dopisuję ponownie.

  5. Szmatan

    Co za ulga, że ktoś jeszcze ogląda Twin Peaks. 15 odcinków, o których sam nie wiem co myśleć. Z żoną próbujemy, że tak powiem, dochodzić o co chodzi, ale ech, to jest jak oglądanie polskiej reprezentacji sprzed ery Nawałki – męczenie się przed TV za każdym razem, tylko po to by nie przegapić przełamania złej passy…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Szmatan

      Coś w tym jest. Choć nawet w gorszych odcinkach da się znaleźć coś, co przykuje uwagę. No i muzyka na koniec bywa niezła.
      Przy okazji odcinka z wybuchem atomowym zacząłem się zastanawiać się, czy nie można Twin Peaks potraktować jako dalszego ciągu Carnivale (karzeł, hehe). Oba opowiadają o nadprzyrodzonej walce dobra ze złem, są podobne w tonie i tajemnicy, tylko Carnivale jest mniej zakręcone jednak. No i Carnivale miało się kończyć wybuchem bomby atomowej, a od tego zaczyna się przebudzenie Boba w Twin Peaks,

      Jedyny problem, że w Carnivale ten wybuch miał oznaczać ostateczny koniec świata magii. No, ale można uznać, że coś nie wyszło i przebudzenie Boba zburzyło naturalny porządek rzeczy. A magia skończyła się o tyle, że nie został na Ziemi już żaden dobry mag.

      1. Szmatan

        @bosman_plama

        Gdzieś kątem oka widziałem teorię, że ten pierwszy udany wybuch zakończył erę konwencjonalnego zła i rozpoczął nową, czego symbolem, czy też uosobieniem jest właśnie Bob. A że wiele odcinków jest tak abstrakcyjnych – cóż, tym szaleństwie jest metoda – jak nie dostrzegamy sensu, to zmusza nas do głębszych przemyśleń. Tylko niech już zdradzą, jak bardzo się wygłupiliśmy z teoriami :)

        Btw – dzięki za Carnivale, wygląda ciekawie

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @cachaito

              On był tak strasznie źle dobrany w T3, że aż ginął na tle innych postaci. Najwidoczniej miał dobrego agenta, który go tam wcisnął, ale w efekcie zrobił mu złą robotę.
              Inna sprawa, że ta postać była w T3 dziwnie napisna: „poddaję się, mam w dupie” – przywódca ludzkości:). Tzn. niby to nie jest zły pomysł, ale na inny film, na pewno nie na rozwałkę.

  6. emperorkaligula

    Defendersi mi się nie podobali. Tragiczny Iron Fist i jego równie słaby „support”, dialogi no w sumie komiksowe (w złym tego słowa znaczeniu), „TOTALNE ZŁO” których to chyba nie można zrobić gorzej i to wszystko okraszone niskobudżetową choreografią walk. A gra aktorska jednej postaci to jest kryminał, zęby bolały od patrzenia… Niby są walki grupowe, ale przypomina to starusieńkiego herculesa/xene w złym tego słowa znaczeniu. Do współczesnych azjatyckich filmów walki nawet się nie zbliża – ba, wiekszość scen walki jest w specjalnie robiona w półmroku i z astronomiczną ilością zmian kamery. Kurwa, to jest nawet gorsze niż antyczne filmy z jackie czanem (lata 70?) jeśli chodzi „karate”. Plusy? Kończy się i mamy sporo fajnych postaci by ogarnąć jakieś nowe zło. Z plusów jeszcze prawie wszystkie postacie poboczne (szczególnie supporty bohaterów), ładne widoczki, Wu-Tang (ocenzurowany…………………….)

    Luke = Daredevil > Jessica > Iron Fist = Defenders.

    W tym roku jeszcze Punisher. Aktora nie lubie, ale gunfighty łatwej nakręcić niż szermierke na piąchy :D

    PS: Dziś (25.08) hamerykański Death Note… strach się bać. No niby mam zasade, że jak znam temat i lubie temat to ekranizacji nie tykam… ale chyba rzuce okiem ;)

  7. QRec

    Dla mnie zajefajność Marvelowego serialu definiuje główny przeciwnik.
    Daredevil pierwszy miał King Pina/Fiska – 10/10 – najlepszy bad ass, jakiego widziałem od lat. Przekonujący, mroczny, niejednoznaczny i naprawdę można się było bać o los DD.
    Jessica miała naprzeciw Killgrave’a – vilian prawie że omnipotentny, do tego o mocno psychopatycznej osobowości. Tu również można mieć było wątpliwości, czy JJ da sobie z nim radę.
    Luke, dopóki zmagał się z Cotton Mouth’em, dopóty było nieźle. Potem, mniej więcej w połowie serial siadł.
    Wszystkie sezony, gdzie za głównego złego robiła Ręka, ssały niemiłosiernie. DD2 ratował tylko Frank Castle.
    Tak więc: DD1 > JJ > LC > DD2 > IF > D

  8. cachaito

    A ja Was pewnie zaskoczę i przytoczę mało znany w Polsce serial (dzięki Netflix!) Master of None, którego drugi sezon naprawdę mnie wciągnął. Dawno nie widziałem w żadnej produkcji aby miasto odgrywało tak ważną rolę. Pierwszy odcinek drugiej serii, Hindus-Amerykanin w Rzymie i stylizacja na Złodziei Rowerów…. Wyborne. Ogólnie miałem wiele frajdy z podglądania perypetii Deva, Nowego Jorku. Polecam!

      1. creep

        @lemon

        To jak z tegorocznym Twin Peaks, tylko ze sto razy lepiej. Widzimy ludzi i miejsca, ktore znamy, tylko wczesniej. Gralem krotko, ale dwa razy robilem rybe, mruczac what the fuck pod nosem. I ta muzyka! Bardzo ciekawie patrzy sie tez na to wszystko, wiedzac, co sie z kazdym stanie, i ze nie bedzie to nic dobrego. Taka impreza pod wiszaca skala.
        Mi kliknelo prawie od razu, i scisnelo za gardlo. Jak ktos ryczal pod koniec LiS, w prequelu tez sie zeszkli.

Powrót do artykułu