Spode łba – rozpalanie i stygnięcie oczekiwań

bosman_plama dnia 12 stycznia, 2016 o 9:24    79 

tyt2

Coraz częściej bywa tak, że „nowymi” dla mnie tytułami są te, które ukazały się przed rokiem, albo wcześniej. Z jednej strony to efekt czekania, aż to, co ma zostać połatane zostaje połatane oraz na wrzucenie na rynek wszystkich DLC i dodatków, najlepiej w jakiejś edycji GOTY. Z drugiej to efekt samonapędzającego się mechanizmu – jeśli raz spóźnisz się z kilkoma grami, to albo zignorujesz któryś rok, albo zawsze będziesz nie na czasie. Pomimo tego, zawsze są jakieś gry, na które czekam w nowym roku.

Czekam, a potem często nie kupuję ich od razu, ale to inna sprawa. Ewentualnie kupuję, a potem każę leżeć latami na mojej półce wstydu. W tym roku jednak może być inaczej.

W 2016 ma przecież ukazać się Uncharted4. Prawdę mówiąc kilka lat temu sadziłem już, że jestem stary, zgrzybiały, że do cna ostygły moje ekscytacje związane z grami. Ostatni efekt: „WOOOOOOW” w grze towarzyszył mi prawie w ubiegłym stuleciu (wiecie, efekt „WOOOOOOW” w moim przypadku polega na tym, że serce, mózg i dusza zamierają mi z zaskoczenia bądź z zachwytu, pod wpływem chwili, obrazka, klimatu, rozwiązania – co tam sobie chcecie; miałem o tym napisać dłużej, ale przypomniałem sobie, że kiedyś popełniłem wpis tylko o tym). Gry ciągle potrafiły mnie cieszyć, ale rzadko czymś mnie zaskakiwały.

Uncharted-4_elenaZ jakim przejęciem nie patrzyłaby Elena, ja i tak czekam na Chloe

Ale w 2007 roku Bioshock pokazało mi podwodne miasto, wśród wieżowców którego pływał wieloryb, a pierwsze Uncharted pokazało mi u-boota w dżungli. Zrozumiałem, że ten obszar mózgu, który odpowiada za niedowierzanie i cieszenie się niezwyczajnością obrazka wciąż jeszcze działa. Zostałem fanem obu serii. O nowym Bioshock nic nie wiem, ale Uncharted wraca, a ja oczekuję, że znów będzie dobrze. Jak dotąd ta seria mnie nie zawiodła. Nie tylko świetnie grało mi się w kolejne jej części, ale też każda z nich podrzucała mi kilka chwil i doznań niezwyczajnych.

whale

Wydarzeniem, na które także czekam jest brak wydarzenia, czyli też fakt, że ma nadejść rok (nie jestem pewien, czy to ten, czy następny) bez kolejnej odsłony „dużego” Assassin’s Creed. Nie wyzłośliwiam się teraz. Od jakiegoś czasu króluje przekonanie, że jeśli jakaś seria AAA (a właściwie TOP AAA) nie będzie miała swojej odsłony co roku, to świat się skończy a my wszyscy umrzemy w męczarniach. Jeśli krótki odpoczynek zrobi AC dobrze (a niemal wszyscy zgadzają się, że serii by się to przydało – żeby ktoś jej zrobił dobrze), to może przyjdzie nowa moda? Sądzę, że wszyscy byśmy na tym skorzystali. Każdego roku i tak ukaże się więcej tytułów, niż będziemy w stanie ogarnąć. Oczywiście, to nie będzie rok tak zupełnie pozbawiony AC, bo ukaże się „mała” odsłona serii (te nazwy to moje prywatne rozróżnienie). Zdaje się, że tym razem akcja ma zostać osadzona w czasach Rewolucji Październikowej, a nowy zabójca ma ową rewolucję wspierać. Jeśli tak, stanowiłoby to potwierdzenie mojej prywatnej intuicji każącej mi od początku kibicować Templariuszom (swoją drogą ma powstać o nich serial na History Channel).

filmGry może nie będzie, ale film już tak. Swoją drogą, to chyba rok obfity w growe nadzieje filmowe. Osobiście bardziej ciekawi mnie drugi mocny tytuł – Warcraft.

Zapewne nie oprę się pokusie i kupię tak szybko, jak tylko będzie to możliwe Hellblade. Sam pomysł, by kierować bohaterką nie do końca zdrową psychicznie już wydaje mi się atrakcyjny. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że za tą grą stoi Ninja Theory, czyli ludzie, którzy już kiedyś złamali mi serce Heavenly Sword, a potem powtórzyli ten numer Enslaved. A zatem to znów twórcy gier zdolnych poruszyć w jakiś sposób moje zlodowaciałe starcze emocje. Ich gry to zresztą dość ciekawa sprawa. Bo powiedzmy sobie to wprost – nie robią wielkich karier. Mógłbym próbować tłumaczyć to niezrozumieniem dla oryginalności i geniuszu, ale prawda wygląda tak, że Ninja Theory nie produkuje gier powalających grywalnością. Nie, że gra się w nie źle, bo to nie to. Gra się w nie zwyczajnie (choć etapy ze strzelaniem z kuszy – i nie tylko – w Heavenly Sword to fajny pomysł). Zwyczajnie, czyli nieźle ale bez błysku. „Błyskami” w grach NJ są zawsze: światy, fabuły, historie postaci oraz same postacie (czy dobre, czy złe, bossowie w HS są znakomici właśnie pod względem konstrukcji postaci). Czasem „błyskiem” bywa fizyka włosów bohaterki. I zawsze grom tym towarzyszy smutek oraz fakt, że pod ich koniec dzieje się coś, co sprawia, że gwałtownie nabieram powietrza w płuca, by po chwili rzucić: „ożesz taka twoja panna lekkich obyczajów!”. Właśnie dlatego czekam na Hellblade, nawet jeśli grywalność tej gry będzie średnia (co nie znaczy zła).

tytEkipa z NInja Theory lubi bohaterki o mocnym makijażu

kai

Swoją drogą, Kai też nie była taka znów najzwyczajniejsza umysłowo

Inna sprawa, że nie jestem pewien, czy chcę zgadzać się na terror grywalności, jako głównego kryterium oceny gier. Co z „grywalnością” The Walking Dead na przykład? A może warto podejść do tego inaczej? Gry ewoluowały przecież na tyle, że można się nad tym zastanowić. Może wczuwanie się w postać, przeżywanie jej wzlotów i upadków to też część grywalności, która w niektórych grach bywa równie ważna jak sekwencje walki czy podskoków?

HeavenlySwordTak jest, fizyka włosów

Czas na inny poryw emocji. Tym razem chodzi o ból. Być może ostatni gwóźdź do trumny, o tę kroplę goryczy, która sprawi, że stanę na rozstajach o północy i sprzedam duszę diabłu. Rzecz dotyczy gry Wild, w której zabujałem się na zabój od pierwszego ujrzenia trailera. Już wtedy jednak moją radość zatruł robak niepewności. A jeśli to będzie MMO? No i ostatnio przebito mi serce, a potem wątrobę, nerki, oczy i inne organy potwierdzeniem – Wild będzie grą sieciową. Jeszcze ostatnimi atomami paznokci trzymam się krawędzi nadziei, że sieciowość Wild będzie podobna do tej z Journey. Tam nie tylko można było pokazać jej środkowy palec i wyłączyć (co oczywiście zrobiłem przechodząc grę po raz pierwszy), ale też jeśli pozwoliło się jej zaistnieć (na przykład przy drugim podejściu), okazywała się sieciowościa nieinwazyjną. Nie spotykało się wielu graczy, a interakcje z tymi, których się spotykało (całkowicie anonimowymi zresztą – wszyscy wyglądali niemal tak samo, różniąc się tylko długością szali, a ich nicki poznawaliśmy dopiero po zakończeniu gry) były mniej niż minimalne, bo pozbawione słów i gestykulacji. Można było tylko skakać wokół siebie, podładowywać sobie manę nawzajem (też w ograniczonym stopniu) i ewentualnie czekać na siebie nawzajem. Albo poświęcić się dla współgracza (trzeba było widzieć jak mi się siostra popłakała gdy anonimowy gracz się dla niej poświęcił). Jeśli tak, Wild zostanie uratowane. Ale obawiam się, że nic z tego.

wild2Co będzie dla mnie niepojęte. Przewagą Wild nad nowym Far Cry, które osadzono w niemal identycznych dekoracjach, stanowi dla mnie fakt, że w Wild istotna ma okazać się magia a nie dosłowność zabijania. Jasne, w FC też mamy otrzymać możliwość szamańskiego spojrzenia przez orła, ale ten orzeł to po prostu inny rodzaj drona. Ze zwiastuna Wild wynika, że tam pierwotna, plemienna magia ma przenikać świat do cna. No i niech mi ktoś teraz wytłumaczy jak można zrobić grę opartą na ulotnej magii i klimacie, a potem oprzeć ją na trybie polegającym na wpuszczeniu setek tysięcy ludzi, żeby deptali sobie po piętach? Słyszeliście kiedyś o uroku, magii albo klimacie tłumu? Nie, bo czegoś takiego nie ma. Grami dla tłumu są gry w okładanie się młotkami po głowach, taki rodzaj magii jest dla tłumu w sam raz.

wildWidać grupę? Widać. Dlatego od początku czułem niepokój

Możliwie więc, że Wild złamie mnie ostatecznie, po tym, jak nadłamały mnie The Old Republic i Wildstar. Sprzedam diabłu duszę w zamian za spełnienie jednego życzenia: aby nigdy nie zaistniały na świecie gry MMO. W ten sposób trafię do piekła, gdzie pewnie wyląduję w kotle obok wszystkich tych, którzy odpowiadają za tworzenie gier MMO (nie ma mowy, żeby trafili gdzie indziej). Wieczne męki osłodzi mi fakt, że będę ich obrzucał płonącymi kawałkami węgla. I pluł im do zupy.

wtw

Jak widać wyszło na to, że czekam w tym roku niemal wyłącznie na gry na PS4 (ma jeszcze wyjść nowy Tekken). To nie tak, że PC nic mi nie obiecuje. Ale trochę boję się rozpalać oczekiwania wobec Torment: Tides of Numenera, bo mogły by się okazać zbyt wysokie. Na Warhammer Total War nie czekam wcale. O ile Shogun 2, tak bez dodatków, jak i z nimi, dostarczył mi mnóstwa zabawy, to od Rome 2 odpadłem po dwóch kampaniach i nie bardzo chce mi się do niego wracać.Obawiam się więc, że albo ja oddalam się od serii, albo ona ode mnie. Jeśli miałaby ukazać się w tym roku Cywilizacja VI pewnie też kupiłbym ja od razu, nawet jeśli wiem, że prawdziwie fajna stanie się dopiero po parunastu miesiącach, gdy już wyjdą na nią wszystkie dodatki. W tej chwili mam na kompie zainstalowaną Civ V, na laptopie Civ IV a na bardzo starym laptopie Civ 2 i w każdą czasem zdarza mi się zagrać. (na zupełnie najstarszym laptopie, kupionym przez ciekawość na… tanich ciuchach za pięćdziesiąt zeta mam za to jedną z najwcześniejszych wersji Microsoft Flight Simulator, ale prawie go nie odpalam, choć kiedyś obiecałem sobie, że podłączę to cudo do sieci).

Przegapiłem jakieś fajne tytuły?

Dodaj komentarz



79 myśli nt. „Spode łba – rozpalanie i stygnięcie oczekiwań

  1. Sekal

    Mam tyle nieogranych gier, że w tym roku tak naprawdę czekam tylko na Deus Exa nowego, głównie dlatego, że ostatnio siedzę mocniej w klimatach cyberpunkowych no i poprzednią część przeszedłem ze dwa miesiące temu dopiero.
    Normalnie napisałbym, ze czekam też na Warhammera, ale po Rome II to owszem, zagram, ale za rok/dwa, kiedy będzie bardziej kompletny niż ta okrojona wersja, którą chcą wydać na początku, ku mojej irytacji (Chaos tylko w DLC, wielu innych rzeczy brakuje już na starcie i dodadzą dopiero w 2 następnych częściach gry!!!! :/).

  2. powazny_sam

    Rzadko poddaję się hype’owi, ale …. DOOM ! To już w czerwcu!

    Średnia trójka studzi wprawdzie emocje, ale oglądając materiały łatwo o tym zapominam i znów się „jaram”. No i z wolfem się w końcu udało stanąć na wysokości zadania to może i tutaj…

      1. Daimonion

        @lemon

        Mam pretensje, że żeruje na nostalgii do pewnych dwóch udanych ce-erpegów i serwuje gniota, a na dodatek udaje, że jest tam jakaś fabuła i interesujący kompanioni. Ale żeby być sprawiedliwym – to i tak lepiej niż DA:I, bo przynajmniej nie muszę płacić, żeby się z tym mordować.

              1. Private_dzban

                @aihS

                Nie chodzi mi o kwestie porównywania rozmiarów czy jakości uniwersów tych tytułów, a o samą czynność. Bo jeżeli przyznajemy nagrody dla TOR za fabułę tylko i wyłącznie z tego powodu, że ta fabuła jest czymś więcej niż ścianami tekstu, którą po jakimś czasie przestajesz śledzić (jeśli nie jesteś masochistą) i ograniczasz się do klikania „accept”, no to nie rozmawiamy tu o fabule, a o sposobie jej prezentacji.

              1. Private_dzban

                @lemon

                No właśie o tym mówię. W WoWie się dziao i dzieje. Problem w tym, że dowiaduję się o tym z wowwiki… W GW2 za mało grałem, żeby się wypowiedzieć. Jestem BW wdzięczny za krok jaki wykonali z prezentacją fabuł, niemniej z punktu widzenia osoby, która zasiada do MMO z nastawieniem na dobrą fabułę na miarę zwykłych cRPG (no a tak nam to było sprzedawane), trudno mi oceniać grę z innego punktu widzenia, bo gdyby nie owa fabuła w ogóle bym się za nią nie wziął.
                Nowy Battlefront nie ma fabuły = nie kupuję, nie gram i jednocześnie nie mam pretensji, że nie ma fabuły, bo wiem na czym stoję i jaką decyzję podjąć a jakiej nie ;)

              2. Daimonion

                @Private_dzban

                O to, to! Mnie się GW2 nawet podoba i to wcale niekoniecznie ze względu na jakąś porywającą fabułę. Po prostu gra się w to całkiem dobrze. A dla takich osób jak ja (aspołecznych, którzy nie lubią organizować się w grupy) system grupowego ubijania bossów jest optymalny:) Co najważniejsze – GW2 nie udaje czegoś czym nie jest. To jest temat, który czasem się na gikzie przewija – kwestia braku hipokryzji wydawcy, który nie wmawia nam, że strzelanka jest erpegiem, albo jakoś tak. Po to istnieją (z grubsza, ale jednak) gatunki, żeby każdy wiedział, z czym może mieć do czynienia, i wybrał to, co lubi. Jak mi wydawca paple na prawo i lewo o „story driven RPG”, to mam prawo czuć pewien absmak, jeśli dostaję przeciętniaka, w którym większość czasu spędzam ciekając po wielkich i w zasadzie pustych mapach.

      2. Private_dzban

        @lemon

        To jest grubsza sprawa. Pamiętam naszą rozmowę i wciąż się noszę z zamiarem szrajbnięcia kilku słów o TOR, ale najpierw muszę sobie poukładać kilka myśli. Generalnie: kto się jarał Mass Effectem 3 i DA: I, zajara się nowym Knights of The Fallen Empire, ale już teraz mogę polecić, aby nie kupować subskrypcji tylko po to żeby pograć w fabułę KoTFE. W obecnym kształcie jest to chamski skok na hajs.

      1. larkson

        @Nitek

        Tego Just Cause 3 może sprawdzę kiedyś i Mafię III, jeśli tylko okaże się dobra. A tak to muszę skończyć tego kwasa Killer is Dead i Enslaved. Teraz jeszcze mi się ściąga MGS V, bo ten Online jest w już becie podobno i zerknę na niego chociaż, choć wiem, że nie będę siedział przy nim zbyt długo.

  3. Tasioros

    W planach na ten rok do ogrania mam takie starocie jak: Binary Domain, Enslaved, CoJ: Gunslinger, Broken Sword 5, Fallout 2 (w trakcie) oraz dokończenie Deus Ex: HR (jestem blisko końca, na liczniku ponad 50 godzin! Takie uroki prób grania przy dziecku – 3 godziny czasu, pół godziny gry rzeczywistej). Wszystkich tych tytułów i tak pewnie nie uda mi się ukończyć do grudnia, a i jakieś pomniejsze ciekawostki się znajdą dodatkowo. Dlatego też nie czekam na nic, tylko próbuję wyszarpywać niewielkie kawałki czasu na granie w to co mam. Muszę, ponieważ w ostatni weekend taka rozmowa miejsce miała:

    Żona: Będę musiała zaraz poodkurzać.
    Ja: Nieee… ja chcę to zrobić!

    Po czym stwierdziłem, że przez brak alkoholu i grania zaczyna mi odpierdalać. Ale poodkurzałem.

  4. Revant

    Ja zaznałem klimatu tłumu. Przy Red Orchestrze 1 i 2 chociażby – wspólne parcie na pozycje wroga, ciągłe osłanianie się, a wszystko skąpane w deszczu artylerii i klekotu mg42 nad głową. Do dziś pamiętam ostatni etap z mapy Mosty nad Duzhiną (z RO2), gdzie dowódca kazał nam się ustawić, wygłosił krótką przemowę w stylu „kurczaki, idziemy razem, byleby jeden dotarł do drugiego końca tego kurczakowego mostu!”, a reszta posłuchała, przygotowała się na rzucone przez dowódców granaty dymne i na znak ruszyli z kopyta. Dodam, że gra ma zdaje się zaimplementowane, że jak Ruscy ruszają to dodaje taki wspólny okrzyk bojowy. Mówię wam – magia tłumu ^_^

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Revant

      To nie magia, to typowy efekt tłumu, który sprawia, że łatwiej w nim iść na rzeź (albo urządzać rzeź komuś):).
      I w scenach batalistycznych ten tłum się przydaje, dlatego czepiam się MMO (a nie trybów multi), które udaje, że dokonujemy czynów sami (ewentualnie z drużyną kumpli), tymczasem naokoło nas gania tłum robiący dokładnie to samo, co my. Błeee.

      W ogóle MMO to niewłaściwa uliczka multi w cRPG. Trzeba było rozwijać pomysł z NWN, a nie iść w tłumy:(.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @lemon

          No niestety, nie daje kokosów. W efekcie powstaje cała masa kalekich stworów MMO, z których znaczna część i tak stosunkowo szybko pada. Utrzymują się głównie te pierwsze, które wyrobiły sobie markę przed boomem oraz te najtańsze. No i TOR, w który włożono taki nieludzki szmal ale i tak żyje chyba głównie dzięki sile marki.

          Do tego trzeba doliczyć MMO z Azji. Azję chyba stworzono, żeby MMO zmieniło ją w swoje imperium (+ stworzenie Japonii, żeby wyobraźnią ludzi zawładnęły namalowane dziewoje o nieludzkiej anatomii).

          A tak naprawdę MMO to zbiór bubli. Fabuła lepsza jest w singlach. Wspólna walka lepsza i fajniejsza jest w każdej innej grze sieciowej, czy będą to kolejne wersje LOLa, czy strzelanki. Fajniejsze wspólne przygody cRPGowe oferują właśnie cRPGowe multi w stylu NWN, gdzie można tworzyć mody, własne mapy, zostawać mistrzem gry itp. itd. MMO łączy elementy, z których wszystkie gdzie indziej działają lepiej. A do tego marnuje naprawdę fajne pomysły na światy. Trudno o wyrazistsze potwierdzenie teorii, że gorszy pieniądz wypiera lepszy.

          1. Redook

            @bosman_plama

            MMO jak uda sie przywiazac gracza do postaci to wtedy zbiera kokosy. Mozna sobie taka postac rozwijac, szpanowac przed innymi i potem w pewnym stopniu sie uzaleznic. Potem to juz mozesz miec jakiekolwiek slabe rozwiazania w sensie rozgrywki a i tak beda grac. Dosc duzo gralem w TOR i tam sie naogladalem jak slabe, nudne i powtarzalne rzeczy sa w stanie robic ludzie zeby zeby zdobyc ‚item’, albo co chyba nawet gorsze, ‚achievement’.

      1. Revant

        @bosman_plama

        „To nie magia, to typowy efekt tłumu, który sprawia, że łatwiej w nim iść na rzeź (albo urządzać rzeź komuś):).”

        Tu się mylisz bosmanie. Idąc za Twoimi myślami to równie dobrze można podczepić pod to każdą drużynową grę, choćby CS-a. Z tego co ja zrozumiałem to Tobie chodzi o ten efekt wow, gdy gra zarzuca takim klimatem, że czujesz się tam w środku, a nie za szkłem monitora. I to daje seria RO, która nie jest typowym „trybem multi”, gdzie sprowadza się wsio do jak największego kill ratio. Można nawet rzec, że to trochę RPG – w zależności od klasy masz inne zadania, a jak nie będziesz się ich trzymał i myślał, że atak ala zerg fala to dobry pomysł, to nie wyjdzie na dobre nikomu. To jest taktyczny, oparty właśnie na tłumie fps, który wykorzystuje obecność innych, a nie daje tylko wyzwanie. Tego pewnie szukasz w MMO – wpływu każdego gracza na daną rozgrywkę. Problem jednak polega na tym, że MMO zaczęły od RPG, gdzie jednak wszystko skupia się na tym, że rozwój postaci to główna oś gry. Przez to trudno narzucić graczom konkretną „rolę w tłumie” i mamy takie zbiorowisko wszelakich postaci drepczących sobie po piętach.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Revant

          Niezupełnie. Kiedy odpaliłem TOR, pomyślałem: „teraz będę dżedaj, który wykonuje misję”.
          Okazało się, że nie zostałem dżedaj, bo zadania dostawałem czysto sithańskie: „idź i trochę pozabijaj tego i owego” i nie wykonywałem misji, tylko przebijałem się przez tłum identycznych sithodżedajów mordujących to, co jak przed chwilą mordowałem, albo co miałem zamordować za chwilę.
          To miałem na myśli pisząc o tłumie.
          Tu nie ma magii, ani nawet psychologii tłumu. Trudno mi powiedzieć co tu jest poza casualowym przyciskaniu klawiszy.

          Kiedy grasz w CSa zgranie drużynowe ma sens. Kiedy grasz w RO też go ma. W obu przypadkach te gry wyewoluowały z single strzelanek, ale zachowały ich podstawy, tylko je rozwinęły. MMORPG wzięło podstawy cRPG i zdegenerowało je.

          1. Revant

            @bosman_plama

            True. To jest właśnie brak konkretnej relacji świat gry – tłum graczy. Założenia w tym przypadku są typowo single’owe, a więc równie dobrze można biegać bez tłumu. Są jednak MMO, gdzie podobno jest inaczej – zdaje się np. takie EVE bardzo dobrze sobie radzi z tłumami graczy.

            Damn, nie lubię takich ninjna edytek :P pamiętaj tylko, że ja specjalnie wymieniłem RO, bo w porównaniu do CSa, ta seria bardziej kładzie nacisk na klimat i świat, niż same strzelanie. Podobnie jakby porównywać RPG z h&s – niby tu i tu często gra się tak samo (chodzisz, zbierasz questy, rozwiązujesz je – głównie siłowo lub nie), ale wiemy dobrze, gdzie są różnice.

  5. maladict

    Mówiąc o grach ‚nowych’, czyli wydanych w 2015. Zakładam, że większość gików stara się być na bieżąco, więc wartoby było pomyśleć nad rozdaniem Złotych Podków. Choć odnoszę wrażenie (choćby po wynikach Zardzewiałej Krypy), że dwie – dla AAA i Gry Roku można dać Wiesławowi bez głosowania. No chyba, że ktoś ma nowy pomysł na formułę, wzbudzający mniej kontrowersji a możliwy do przeprowadzenia. Jestem otwarty na każdą rozsądną ideę.

  6. Fantus

    Bosman, jakaż to gra wywołała u Ciebie to wooow? Stawiałbym na KOTOR, ale to chyba zbyt proste.

    Ja na nic nie czekam, no może na XCOM 2, ale nie samą grę (to też) tylko mody. Po tym co zapowiedzieli twórcy gry to spodziewam się ich wysypu. Może ktoś pokusi się o zrobienie remake Silent Storma bez panzerkleinów? Może remake Jagged Alliance?

    A i jeszcze jedno, bo nie zdążyłem skomentować felietonu o „egranizacjach”. Jest jedna perfekcyjna ekranizacja gry i to jednej z Twoich ulubionych – Cywilizacji. Nazywa się „Odyseja Kosmiczna”… Think about it ;-)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Fantus

      Właściwie to niekoniecznie chodziło o to, żeby cała gra wywołała taki efekt, co pewne jej elementy. Bo przecież odpalając grę nie krzyczysz: „WOOOOOOOOOW!” przez czterdzieści do dwustu godzin. Zwykle coś takiego dzieje się na samym początku, przy zakończeniu i w niektórych momentach.
      KoTORy byłyby tu dobry przykładem, oba. Np. pierwszy lot Ebon Hawkiem był niezwykły, bo po raz pierwszy poczułem się prawie jak w Sokole Millenium:). W Journey szczęka mi opadła, gdy na moment zmieniło się ustawienie kamery. W Medieval 2 Total War raz zapomniałem, że komputer może mi przyprowadzić posiłki, co zaowocowało okrzykiem zachwytu, gdy z mgły wyprysnęły klinem trzy ciężkozbrojne chorągwie w chwili, gdy szykowałem się do śmierci moich niedobitków odpierających straceńczo szturm za szturmem.

      A numer z Odyseją przedni. Acz to byłby chyba przypadek jasnowidzenia;).

  7. lemon

    Bosmanie, podobno lubisz Soulsy – nie czekasz na trójkę?

    Mnie chyba nic nie jara na tyle, żebym się podniecał, ale z chęcią obadam (tu włączam sobie listę nadchodzących gier, bo oczywiście z pamięci mało co potrafię wymienić):
    Firewatch – z tego co pokazali jeszcze niewiele wynika, ale coś mi mówi, że fabuła nie zawiedzie.
    Deus Ex: Mankind Divided – HR nie zawiodła, chyba nawet przejdę jeszcze raz, żeby sobie przypomnieć (tak, na pewno znajdę czas ;) ).
    Krew i wino do W3 – no bo jak nie, jak tak?
    Unravel – przygody włóczkowego diabła wyglądają tak, że hej.
    The Witness – artystyczna gra dziwnego gościa, ale Braid był wyborny.
    Kingdom Come: Deliverance – chociaż nie wiem, czy zdążą wydać w 2016 r.
    A, no i ten Escape from Tarkov, jeśli uda się dorwać betę.

    Parę exów na nowe konsole wygląda ciekawie, ale przed zakupem PS4 wypadałoby w końcu nadrobić zaległości z PS2 i PS3.

          1. Geralt_Bialy_Wilk

            @bosman_plama

            Zrozumiałe. Ja mam żal o to jak została wydana pierwsza część na PC – bez modów, grzebania w plikach i paru innych rzeczy, nie da się w to grać. A każdy patch sprawiał, że trzeba czekać na aktualizację fanowskich poprawek i aplikować je od nowa.

            W ogóle na dwójkę już nie patrzyłem nawet, bo nagrałem się przez poprzednie dwie części. Sztucznie nadmuchana trudność to nie dla mnie :D

  8. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    „Ostatni efekt: „WOOOOOOW” w grze towarzyszył mi prawie w ubiegłym stuleciu ”
    No pewnie też bym tak mógł powiedzieć gdyby nie zeszłoroczny Wiedźmin 3. Skończyłem niedawno w końcu fabułę z podstawki, z rozpędu zabrałem się za dodatek, też skończyłem a teraz to już tylko wypełniam niedokończone questy, zaległe zlecenia etc. (I dobrze że to robię bo np. przegapiłem naprawianie kapliczek, wątek z początku a przez to bym stracił rewelacyjną rozmowę ze studentami) I czekam z niecierpliwością na drugi dodatek bo, tak po prostu, zachwyciłem się tą grą. Dla mnie gra roku, bez żadnej wątpliwości. A tak szczerze mówiąc to pewnie i ostatniej dekady. Przyssała mnie na circa 140 godzin i cały czas mam ochotę do niej wracać. Zresztą sam fakt „skończenia” to już wiele – bo mnóstwo erpegów miałem rozgrzebanych i tak pozostawionych. A tu proszę. Więc „efekt wow” był i to wielki. I bardzo mi to poprawiło humor bo okazało się że jednak są gry które potrafią mnie zainteresować na dłużej niż kilka chwil. A już myślałem że internet tak mi mózg zniszczył że nie potrafię się na niczym skupić na dłużej.
    A co do czekania. No chyba tylko na ten dodatek czekam, bo z tego co widzę po premierach nic nie powoduje drżenia serca. Może coś wyskoczy nieoczekiwanego co kupię w premierze. Ale za bardzo w to nie wierzę. No dobra, ta C6 wspominana pewnie by mnie skusiła (bo przecież mam poprzedniczki) – ale, Bogiem a prawdą, tak niewiele grałem w V że będzie to chyba zakup li tylko kolekcjonerski. Pozostałe gry o których piszesz to znam tylko z nazwy, więc, ten, tego, meh, zimna ryba. A, Total War. Mam niby część poprzedników ale jakoś specjalnej atencji do serii nie czuję, do Warhammera takoż – więc oglądałem filmiki, trochę mnie rozbawiły ale do mieszka raczej nie sięgnę. Może gdy po roku już wyjdzie wypasiona wersja z dodatkami i rzucą ją do Biedronki…

  9. Mnisio

    Jedyne na co czekam to Master of Orion.
    Co prawda po części 3 i patrząc na to kto jest wydawcą to czekam z duszą na ramieniu, ale tak czy siak niecierpliwie.

    Efekt wow ostatnio miałem przy wieśku pierwszym przy prowadzeniu śledztwa, oraz po zobaczeniu jak fajnie działają heksy w cywiizacji.

Powrót do artykułu